Ty i otoczenie

„Gdy odchodzi ktoś bliski, opłakujemy wspólną przeszłość, utrata dziecka oznacza utratę przyszłości”

Czy tego chcemy czy nie, od samego początku ciąży jesteśmy faszerowane „dziecięcym marketingiem”: pisma dla mam są pełne zdjęć bobasków, bycie w ciąży jest sexy i trendy. Od pierwszych tygodni możemy oglądać jak maluszek rośnie, co czuje, czego się nauczył przez ostatnie dni. Dziewięć miesięcy oczekiwania stało się czasem kontaktu z dzieckiem. A potem nagle dziecka już nie ma.

Ktoś, kto nie przeżył poronienia, nie jest w stanie sobie wyobrazić uczuć jakie przeżywa kobieta po stracie. Bardzo często jej otoczenie jest przekonane, że skoro ciąża zakończyła się tak szybko, to matka nie zdążyła się do dziecka „przyzwyczaić”. Chcąc ją pocieszyć niekiedy bliscy dodatkowo ją ranią, odmawiając jej prawa do żałoby („to jeszcze nie było tak naprawdę dziecko”), trywializując śmierć („nic takiego się nie stało, to normalne”) i bagatelizując przeżycia kobiety (klasyczne „jest pani młoda, będzie pani miała następne”).

Po poronieniu ciało zwykle dość szybko dochodzi do siebie. Dużo gorzej jest z duszą. Dla kobiety zawalił się jej świat, dla innych to była tylko „mała ciąża”. „Może to lepiej, bo pewnie byłoby chore”, „nie przejmuj się”, „przestań o tym myśleć” – to najczęstsze i bardzo bolesne słowa jakie się słyszy. Wszystko to potęguje poczucie bezradności, zagubienia, lęku, osamotnienia i niezrozumienia, czasem nawet niechęci do życia. Tymczasem matka musi opłakać swoje marzenia związane z dzieckiem, które właśnie utraciła.

Dodatkowo kobieta często ma poczucie winy. Pojawiają się myśli: „Nie potrafiłam dać życia mojemu dziecku, zawiodłam je”. Co gorsza kobieta traci zaufanie do własnego ciała, bo stało się coś, na co nie miała żadnego wpływu ani kontroli. A skoro nie można ufać swemu ciału, to znaczy, że nie można ufać sobie. Kobieta czuje się gorsza – bo nagle widzi dookoła brzuszki, dzieci, a ona została tego pozbawiona. Pojawia się gniew, frustracja, zazdrość: „dlaczego mi się nie udało, w czym zawiniłam, za co ta kara?” Uczucie zazdrości wobec innych kobiet w ciąży, a nawet gniewu czy niechęci, zwłaszcza w początkowym okresie po stracie, są jak najbardziej normalne, choć otoczenie zwykle neguje takie zachowania jako „niewłaściwe”.

Bywa i tak, że według niektórych jeśli kobieta straciła dziecko, to pewnie sama tego chciała, w myśl zasady, że porządnym kobietom „takie rzeczy” się nie zdarzają. A tymczasem i owszem, zdarzają się. Zdaniem lekarzy po rozpoznaniu ciąży uważa się, że 1 na 5-6 potwierdzonych ciąż ulega poronieniu już w pierwszych 14 tygodniach ciąży, 1 na 50 zaś w II trymestrze. Samoistnych poronień w roku 1996 odnotowano 44,5 tysiąca, co stanowiło mniej więcej 10% urodzeń. Ta statystyka w od lat pięćdziesiątych praktycznie się nie zmienia.

Poronienie nie jest karą, jest utratą ciąży na co kobieta nie ma żadnego wpływu. Tylko życzliwość i zrozumienie ze strony najbliższych są w stanie pomóc jej wrócić do życia i rozpocząć starania o następne dziecko. Nie po to by zastąpiło pustkę po tym, które odeszło, lecz by przywróciło jej macierzyństwu sens życia.

Z listów mam po stracie:

xxx
O mnie po stracie dzidzi mówili „jesteś dzielna”, a ja byłam tchórzem!!! Byłam „dzielna” bo nie pokazywałam bólu, rozpaczy, uśmiechałam się, choć wszystko we mnie łkało. Nie umiałam pokazać że cierpię, nie dałam sobie czasu na opłakanie straty, bo byłam dzielna i twarda. Guzik prawda! Byłam tchórzem nie umiejącym powiedzieć: to boli, dajcie mi czas żebym mogła się z tym pogodzić. Na stwierdzenie koleżanki: „szkoda że trafiłaś do tego lekarza tak późno bo pewnie mogłabyś się bawić na Sylwestra, a nie być w szpitalu” nie miałam odwagi powiedzieć jej, że nie ma prawa traktować mojego dziecka tak przedmiotowo! Jak rzecz, która mi przeszkodziła w imprezie. A ja wtedy przytaknęłam jej tylko bo byłam tchórzem, nie pokazującym swoich prawdziwych emocji.

xxx
Może nie powinnam w ten sposób myśleć, odliczać. Myślałam, że łzy, ból, rozpacz są już za mną. Myślałam, że jestem już spokojna, że będę mogła normalnie żyć. Na 7 sierpnia miałam termin porodu. Straciłam moje dziecko w 12 tyg. Minęło już sporo czasu (7 mies.), miałam wrażenie, że otrząsnęłam się z tego koszmaru. A tymczasem czuję się strasznie. Jakbym śniła zły sen, jakbym była nieobecna. Nie mam siły na nic, słaniam się, płaczę po kątach, jestem podenerwowana, trudno mi oddychać. Czy ja żyję naprawdę, czy śnię? Chyba popadam w depresję, nie mogę nawet się uśmiechać, nie chce mi się. Naprawdę chciałabym wziąć się w garść, ale nie daję rady.

xxx
Ze mną nikt o tym nie chce rozmawiać, a ja chyba tego bardzo potrzebuję… tak naprawdę nikomu nie mówiłam tego tak jak wam na forum tutaj… czuje sie z tym taka osamotniona… ja właśnie chciałabym żeby ktoś zapytał jak się czuję, jak sobie radzę… W moim otoczeniu wszyscy milczą…

xxx
Dzisiaj byliśmy z wizytą u mojej mamy i jakoś tak wyszło, że rozmowa zeszła na wiadomy temat (mama wspomniała coś o mojej koleżance, że ma już drugie dziecko). Do tej pory nie zdarzało mi się, żeby rozmawiać o swoich uczuciach związanych z poronieniem (za wyjątkiem rozmów z mężem, no i tu na forum), ale dziś poczułam, że muszę w końcu powiedzieć co czuję, że jest mi w związku z tym źle, że mam żal do Pana Boga… To bardzo pomaga. Może tylko na jakiś czas, ale pomaga… Poronienie to strata kogoś bliskiego, nie można udawać, że nic się nie stało, obnosić przed światem pogodnej twarzy, mówić, że wszystko w porządku, gdy wiemy, że nie jest w porządku. Nasi bliscy są właśnie między innymi od tego, żeby pomagać nam w takich sytuacjach, żeby chociaż tego wysłuchać. Próbujmy rozmawiać o tym z nimi, pozwólmy sobie okazać naszą słabość, bezsilność, ból – taka rozmowa na początku bywa trudna, ale to przynosi ulgę…

xxx
W 2001 byłam w ciąży ze swoim pierwszym dzieckiem i straciłam Je w 8 tc. Wtedy nie było żadnego forum, nie było zresztą nikogo, kto mógłby i chciał ze mną rozmawiać o poronieniu. Mój umysł „zrobił” więc wszystko, aby „nie pamiętać”, bo ból i cierpienie były zbyt ogromne. Teraz po śmierci córeczki już umiem i chcę o tym myśleć i rozmawiać.

xxx
Trochę mi ostatnio smutno … rozmawiałam ze znajomym księdzem… chciałam sie wypytać jak to jest z tymi nienarodzonymi dziećmi … a on od razu o aborcji, o obronie życia, o życiu od poczęcia ble ble ble … a poronienie? pytam. „Poronienie, to przecież samo się zdarza … to nic takiego … tu nie ma żadnej winy …” – to co z tego, że nie ma winy? Dziecka też nie ma?!?!?! Tęsknota za dzieckiem jest taka sama! Dlaczego to wszystko rozpatrywane jest w kategorii winy? Poronione dziecko to nie jest istota ludzka? A dziecko usunięte to jest istota ludzka? Bardzo mnie to boli …

xxx
Moje dziecko żyło we mnie tylko miesiąc. Co z tego, że go nie widziałam, nie przytulałam. To było moje dziecko!!! Lekarz pocieszał – niech się pani nie przejmuje, będą następne ciąże. Tak, ale tej ciąży, w tej chwili – już nie ma. Koniec. Zadaję sobie tylko pytanie – po co to wszystko? Po co dana mi była ta radość, ta szansa, jeśli tak szybko została mi zabrana? Koleżanka powiedziała – nie łam się, ciesz się, że straciłaś dziecko teraz, a nie kiedy miało na przykład 2 latka. A co to zmienia? Czy gdyby moje dziecko nie żyło 1 miesiąc, tylko 1 rok miałabym większe prawo do bólu? Odkąd w ogóle zaczyna się prawo do bólu – czy jeszcze w ciąży, czy dopiero po narodzinach? Takie słowa wzbudzają tylko mój gniew. Zdaję sobie sprawę, że intencje są dobre – ale czuję się po takim „pocieszeniu” jeszcze gorzej. Czuję się oszukana przez los.

Przeczytaj także wątki z forum.gazeta.pl/poronienie:

Czego oczekujecie od znajomych i przyjaciół? – post na forum.gazeta.pl/poronienie
Nie chce spotykac sie z ludzmi – post na forum.gazeta.pl/poronienie
Liczycie tygodnie ?
Re: Miesiąc po poronieniu – jakie samopoczucie?
minął miesiąc… wcale nie jest lepiej 🙁