lepiej tak niż..

Osoby spotykające kogoś, kto stracił dziecko w wyniku poronienia, często starają się powiedzieć coś “na pocieszenie”, znaleźć dobre strony tego, co się stało. Wszystko po to, by osobie po stracie było łatwiej (?) pogodzić się ze śmiercią. Jednak często – zupełnie nieświadomie – są sprawcami dodatkowego cierpienia. Być może dla rodziców kiedyś przyjdzie czas na szukanie “dobrych stron”, ale tuż po stracie (a pewnie i nie tylko…) to nie jest dobre rozwiązanie dla nich. Czasami choć sami sobie są w stanie wytłumaczyć różne “lepiej”, to nie chcą ich słyszeć od kogoś, kto nie przeszedł poronienia bezpośrednio, nierzadko nie chcą od nikogo słyszeć tego typu sformułowań.

Największym problemem jest nie tylko to, co się mówi, ale jak się mówi. Zbyt często rozmówca stara się zbagatelizować tragedię, która się wydarzyła, zanegować uczucia rodziców po stracie, niechcący przekazując to, co naprawdę myśli: przesadzasz ze swoim bólem, przecież to tylko poronienie.

Ktoś, kto cierpi jest niesamowicie wyczulony na przekaz niewerbalny a i wiele słów niesie niebezpieczeństwo “usłyszenia” zupełnie czegoś innego niż chciał ich nadawca. “Dobrze, że…, bo…” powoduje, że matka po poronieniu słyszy tylko pierwszą część zdania: dobrze, że poroniłaś. To tak, jakby komuś powiedzieć: dobrze, że zmarł ci ojciec. Poniżej znajduje się przegląd standardowych “lepiej, że…, dobrze, że…”

Lepiej, że teraz niż później…

“Lepiej, że poroniłaś na początku ciąży, niż później… cierpiałabyś więcej…” Poronienie jest tragedią i nie ma znaczenia, kiedy doszło do utraty ciąży. Choć strata dziecka w późniejszym etapie ciąży wiąże się z dodatkwoym bólem fizycznym (trzeba dziecko urodzić) to wielu rodziców związało się z dzieckiem od pierwszej chwili, gdy dowiedzieli się, że zostaną rodzicami, niektórzy, szczególnie ci, którzy mieli kłopoty z poczęciem mogli pokochać je dużo wcześniej niż fizycznie zamieszkało ono w ciele matki. Rodzice słysząc “lepiej, że…” mogą się irytować: dla kogo lepiej? Jest to jedno z pytań, na które nie ma odpowiedzi. Może więc nie stwarzać sytuacji, gdy dojdzie do jego zadania.

Gdy słyszę to zdanie dotyczące okresu utraty, to mam ochotę zadać inne pytanie: gdzie istnieje granica, od której cierpi się “dużo”, a do której cierpi się “mało”? W przekonaniu społeczeństwa strata dziecka jest bolesnym doświadczeniem, przecież mówi się, że najtrudniej stanąć nad grobem własnego dziecka, jednocześnie rzadko kiedy o poronieniu myśli się w tych samych kategoriach. Dziecko, które dla innych nie zaistniało, było/jest obecne dla rodziców, żyje często w ich pamięci także po śmierci. Czy kobieta, która poroniła w 9. tygodniu ciąży ma prawo do większego bólu i większej rozpaczy niż ta, która poroniła w 8. tygodniu? Czy jest sens stawiania takich granic? Przypomina mi się też jeden post, gdzie dziewczyna pisała: dwa dni po zrobieniu testu zaczął się nasz dramat, ogromny ból podbrzusza, gdy przyjechałam do szpitala, to się okazało, że to ciąża pozamaciczna. Przez dwa dni można przyzwyczaić się do dziecka, pokochać je, dwa dni wiedzy jego obecności w życiu rodziców wystarczą do tego, aby poronienie było dla nich tragedią. Warto o tym pamiętać, czy może więcej: warto o tym wiedzieć. Kiedyś takim przełomowym momentem ciąży było odczucie pierwszych ruchów dziecka. Teraz zanim kobieta je poczuje (a przy poronieniu często nie zdąży…), dzięki możliwościom, jakie daje nowoczesna aparatura, tych momentów przełomowych jest więcej, mogą do nich należeć: test ciążowy z dwiema kreseczkami, odebranie wyniku Bhcg potwierdzającego ciążę, pierwsze badania usg, w trakcie których można zobaczyć własne dziecko (i nierzadko usłyszeć, jak bije jego serce).

Są kobiety, które straciły dziecko na późniejszym etapie ciąży i po przeżyciu żałoby potrafią powiedzieć: cieszę się, że on/ona był z nami tak długo, to były cudowne tygodnie, kiedy mogłam je kochać, karmić, troszczyć się o nie. Kiedyś w rozmowie z koleżanką, która pytała się o moje poronienia i sposób przeżywania tragedii usłyszałam: może to dziwnie zabrzmi, ale gdybym miała stracić dziecko w trakcie ciąży, to nawet wolałabym, żeby to się stało później, mogłabym wtedy je zobaczyć, dotknąć, pochować…

Dla mnie samej jedną z bardziej bolesnych spraw jest przemilczanie istnienia moich zmarłych dzieci przez otoczenie. Może gdyby odeszły później, gdyby miały swój grób, to rodzina nie udawała by, że nic się nie stało.

Każdy z nas ma w sobie różną wrażliwość… Różnie przeżywamy trudne sytuacje. Na szczęście nie ma żadnego miernika, który by pokazał wielkość cierpienia lub potrafił pokazać, że osoba A cierpi więcej niż osoba B…

Mówiąc „lepiej teraz niż później” można poprzez słowa odebrać rodzicom prawo do bólu, smutku, żałoby… To oni wiedzą, jak boli utrata dziecka, nawet jeśli stracili je w tym, a nie późniejszym okresie ciąży.

Lepiej tak, dziecko pewnie by było chore…

Wada genetyczna zarodka jest najczęstszą przyczyną występowania poronień podawaną przez lekarzy. Dzidziuś na pewno był chory… I choć wiele osób znajduje tutaj pocieszenie, bo trudno sobie wyobrazić rzeczywistość z chorym dzieckiem, to… tak naprawdę bez zrobienia badań wciąż zostajemy w sferze domysłów (czy statystyk), jeśli idzie o przyczynę straty. A badań cytogenetycznych zarodka prawie w ogóle w Polsce się nie wykonuje. Lekarze podają różne liczby. Są tacy, którzy (co chyba najbardziej uczciwie) podają prawdopodobne przedziały liczbowe, mówiąc od 40-70% strat spowodowanych błędem genetycznym. Są tacy, którzy potrafią powiedzieć, że na 99% to była wada genetyczna dziecka. Rodziców ta pewność odpowiedzi na pytanie dlaczego może irytować… Bo przyczyn może być wiele. Zwłaszcza tych, którzy wiedzę o poronieniach zdobyli na sobie… Czasami pokora lekarza wobec rzeczywistości, z którą się zmaga na co dzień więcej przyniesie korzyści w przeżywaniu straty, niż znajomość odpowiedzi na każde pytanie. Medycyna to nie matematyka i nie daje odpowiedzi na wszystkie pytania… Zresztą matematyka również.

Warto też zwrócić uwagę na jeszcze inny problem. Czyżby chore dzieci nie miały prawa do życia…? Czy ich życie jest gorsze? Czy po prostu inne?
Z listów:
Mając chorą i co tu mowić nie rokującą na wyleczenie córkę, (którą bardzo kocham i jej niepełnosprawność jest dla mnie najbardziej akceptowalna na świecie, po prostu ja mam dziecko chore, ty zdrowe, i tak jest na świecie, nie róbmy z tego dramatu) dobijają mnie teksty „samopocieszające” niektórych dziewczyn: „gdybym nie poroniła, to dziecko pewnie byłoby chore” (jak rozumiem: „wiekszą tragedią” jest mieć chore dziecko niz poronić). Nie wiem, czy macierzyństwo polega tylko na kochaniu ZDROWEGO dziecka, a jak chore to już porazka życiowa? Wiem, że taka panuje opinia wśród ginekologów i jakkolwiek ich brutalna ideologia wynika z poglądu, że medycyna dąży do doskonałości, a w tym pojęciu urodzenie chorego dziecka takim lekarzom kojarzy się z porażką zawodową. Dlaczego też w aspekcie humanizmu, czyli ludzkiego podejścia do poronienia utrwala się taki krzepiący pogląd, że lepiej, żeby chorego dziecka nie było, bo to tylko problem? Nigdy się nie zgodzę z takim podejściem. I w aspekcie przeżycia poronienia i posiadania nieuleczalnie chorego dziecka mogę przytoczyć tylko słowa mojej psycholog, która brutalnie uświadomiła mnie w tym zakresie… Przyszłam do niej 2 tygodnie po poronieniu i mówiłam, że nie wiem, dlaczego nie daję sobie rady z moim stanem depresyjnym po poronieniu, przecież potrafię sobie dawać radę w życiu, bo mam chore dziecko, więc nic innego w życiu już mnie nie powinno zdołować: „Kobieto, ty przeżyłaś traumę. Różnica między posiadaniem chorego dziecka a jego stratą jest olbrzymia, bo mając jakiekolwiek dziecko, nawet nieuleczalnie chore, ono pozwala tobie żyć, dawać nadzieję na poprawę, masz kogo kochać, kim się opiekować, ono nadaje sens Twojemu życiu. Strata dziecka to wielka pustka, stan po wojnie, bez nadziei, kropka, enter.”

Lepiej, że tak, niż gdybyś miała mieć za dużo…

To jest dosłowny cytat z wątku słowa, które nie powinny nigdy paść:
Pierwsza, bardzo wyczekiwana ciąża (14 tydz.- poronienie zatrzymane), leże na oddziale z baaardzo opuchniętymi oczami i ciągle łkająca, a pielęgniarka do mnie „Nie płacz dziewczyno, lepiej tak niz jakbys miała miec za dużo.” Miewam ostry język ale wedy mnie zatkało.

Wiem, że ciąża może być niespodzianką, może krzyżować różne plany związane z nauką, karierą itd. może być niechciana, można być zupełnie nieprzygotowaną do niej, może wiązać się z lękiem przed nieznaną przyszłością… ale nie zmienia to faktu, że dziecko już jest… Strata dziecka często przewartościowuje nasz świat. Sprawy do tej pory istotne i ważne wobec śmierci kogoś, na kogo się czekało, przybierają zupełnie inną rangę. To, co do tej pory wydawało się tragedią staje się zwykłym nieszczęściem lub przemijającym problemem, który można rozwiązać. Tragedią staje się poronienie, tym większą, jeśli przeżywa się ją wielokrotnie. Kobiety “po przejściach” już wiedzą, że jeśli jest dziecko, to trzeba się nim cieszyć…

Dobrze, że masz już dziecko…

Gdy urodziłam pierwsze dziecko po ciąży zupełnie bezproblemowej nie zagrzmiały trąby, nie napełniła mnie fala miłości macierzyńskiej… wszystko było takie normalne i zwyczajne. Aż do bólu. Fakt – urodziło się moje dziecko, którym oczywiście się zachwycałam, które kochałam, ale… codziennie rodzi się ileś dzieci. Wcześniej wyobrażałam sobie, jak to jest mieć dziecko i… późniejsza rzeczywistość przerosła całkowicie moje wyobrażenia. Tego, co to znaczy MIEĆ dziecko nie nauczymy się z żadnych książek, poradników… Zarówno posiadanie maleństwa jak i jego śmierć są nieprzekazywalnymi doświadczeniami.

I pamiętam dobrze, nawet bardzo dobrze: wieczór, gdy wracałam z diagnozą o poronieniu z izby przyjęć szpitala. Jechałam tam tylko z plamieniem, wracałam z informacją o śmierci dziecka. Musieliśmy odebrać jeszcze synka od dziadków.

To wtedy zagrzmiały trąby…

Wiem, dziecko które już jest – a przecież nie wszystkim jest to dane – jest ogromną pociechą, wsparciem, usuwa lęki dotyczące, czy kiedykolwiek będzie ktoś, kto powie do nas mamo. Z drugiej strony przez jego obecność wiem jeszcze bardziej, co tracę wraz z przeżywanym poronieniem.

“Dobrze, że masz już dziecko” – w zależności od tego, jak te słowa są wypowiedziane – mogą odebrać prawo do bólu osieroconym rodzicom. Obecność starszych dzieci nie rozwiązuje problemu śmierci. To, że ono jest nie zmienia faktu, że tamtego nie ma.

Dobrze, że na ciebie padło, bo już przez to przeszłaś i się przyzwyczaiłaś…

To jest kolejne z bolesnych zdań, które czasami słyszą kobiety przy wielokrotnych poronieniach. Nie ma tutaj reguł, które poronienie przeżywa się “łatwiej” czy “trudniej”, dla niektórych osób trudniejsze jest to pierwsze, zupełnie niespodziewane, czasami kolejne, gdy już się uwierzyło, że więcej nie będzie. Przy kolejnym może być ciut łatwiej, bo np. wiadomo z czym wiąże się pobyt w szpitalu, ale… zwykle jest tak, że każe kolejne poronienie to jeszcze większa tragedia utraty nadziei.

Czy komuś, kto w krótkim okresie czasu traci dwójkę rodziców, powiemy, że już się przyzwyczaiłeś? Do jednego mega-nieszczęścia dołożone zostaje następne. I trzeba znaleźć siły w sobie, aby przejść kolejne ogromne cierpienie. Nawet jeśli po kilku stratach kobieta teoretycznie się nie nastawia, to przecież nikt nie próbowałby, gdyby nie było w nim nadziei, że tym razem się uda (na innych lekach, po znalezieniu przyczyny, przy zmienionym lekarzu itd. itp.) Do śmierci dziecka nie można się przyzwyczaić.

Dobrze, bo przynajmniej powstała strona…

To usłyszałam już po tym, gdy powstało www.poronienie.pl (Poronienie – informacje dla ciebie). Nie wiem, ilu osobom udało się pomóc, nie wiem, ile osób znalazło w tym serwisie wsparcie. Ale nawet gdyby było ich naprawdę wiele, to zdanie to zawiera w sobie “cenę”, którą jest śmierć dzieci. I to wielu. Gdy spotkałyśmy się w czwórkę w listopadzie 2004 roku (adju, aniao3, Emily, wuchowa), to w sumie miałyśmy 9 dzieci “tam”, 2 “tu” i 2 “w drodze”, na spotkanie nie dojechała wtedy marti z jednym dzieckiem “tam”, w styczniu dołączyła do nas magic, wtedy jeszcze z dwójką po tamtej stronie… Kilka tygodni później przeżywała kolejne poronienie. Ta lista jest dłuższa… Za każdym tekstem kryje się czyjś ból, tragedia… tak często przeżywane w milczeniu czy ukryciu. I każda z nas wolałaby być zwykłą mamą: dumną z pierwszego ząbka, kroku, słowa swojego dziecka. Cokolwiek uczynimy by pomóc innym, cena życia naszych dzieci będzie dla nas zawsze za wysoka.

Po każdym usłyszanym “lepiej, że… dobrze, bo…” odechciewa się nie tylko mówić, tłumaczyć, ale często żyć. Dlatego czasem, zamiast pocieszać na siłę, warto po prostu razem pomilczeć, popłakać, albo po prostu wysłuchać co rodzice po stracie chcą powiedzieć.

Monika (wuchowa)
współpraca: Aniao3, madasia
listopad 2005