okazanie szacunku

Okazanie szacunku mamie i zmarłemu dziecku

„Szacunek, to uznanie godności osoby ludzkiej – kogoś drugiego i swojej własnej. Zasadą jest tu wzajemność, gdyż każda osoba ma prawo do uszanowania (…) Aby szanować innych, trzeba jednak najpierw nauczyć się szanować siebie samego.”
Brigitte Beil

Tego, że będziemy szanowani przez innych – oczekujemy, po prostu. W sklepie, urzędzie, w autobusie… Także w szpitalu. Chcemy, aby szanowali nas podwładni, nasi przełożeni.

Pacjentka zgłaszająca się z rozpoznanym, czy podejrzewanym poronieniem – jest po pierwsze człowiekiem-osobą, matką, matką oczekującą na dziecko, noszącą to dziecko w swoim ciele. Nie jest kolejnym „przypadkiem chorobowym”, kolejnym poronieniem, które zdarzyło się w trakcie dyżuru. Jest osobą – z całym bagażem uczuć, przeżywającą jedną z najtrudniejszych chwil w swoim życiu, oczekującą pomocy.

Poza matką jest tutaj jeszcze osoba dziecka. Bez względu na to, jak wcześnie zakończyła się ciąża – dla matki było to jej dziecko. Zmarłym – nawet tym najmniejszym – należy się również szacunek.

Jeśli tylko możesz, to daj wyraz temu, że widzisz cierpienie drugiego człowieka – może poprzez słowo (bardzo mi przykro; wiem, że to trudny moment dla pani), poprzez gest, wzrok… Ta ludzka solidarność jest w tym momencie bardzo potrzebna.

Nie rób nic, co umniejsza, bagatelizuje cierpienie pacjentki, nie mów, że to tylko poronienie. Nie opowiadaj w tym momencie żartów; jeśli rozmawiasz z pacjentką o nieszczęściu, w którym właśnie uczestniczy, to nie przerywaj na powiedzenie czegoś błahego koleżankom, kolegom z pozostałego personelu, te sprawy mogą poczekać. Nie mów bezosobowo o dziecku – ono nie jest „czymś”. Jeśli trudno Ci przechodzi słowo dziecko, to powiedz embrion czy płód, ale jeśli tylko możesz nie nadużywaj terminów medycznych. Zapłodnione jajo płodowe o dziecku, które zmarło po 12 tygodniach życia wewnętrznego przyniesie dodatkowy ból matce. Podobnie, jeśli w ramach pocieszenia kobieta usłyszy, że to jeszcze nie dziecko.

Z listów – gdy było dobrze
  • Po tygodniu umówiłam się na kontrolę do gabinetu, no i przy USG już po minie lekarza widziałam, że coś jest nie tak – serduszko już nie biło. Poprosił, żeby następnego dnia przyjechać na Klinikę, to sprawdzimy na lepszym sprzęcie. To badanie na prośbę mojego ginekologa wykonał inny lekarz, też spec od patologii ciąży. Niestety, potwierdził poprzednią diagnozę. Obydwaj w czasie badania byli OK, okazywali współczucie i zrozumienie.
  • Pielęgniarki i lekarze na obchodzie po zaglądnięciu w moją kartę robili współczujące miny.
  • W szpitalu nie mogłam narzekać, lekarze i położne bardzo w porządku, pomimo, że przewieźli mnie do innego szpitala, bo tam nie było miejsca, pocieszali mnie itp. w drugim szpitalu też opieka w porządku, położna tak koło mnie biegała, przejmowała się moim stanem, to było miłe, a wierzcie mi nic jej nie zapłaciłam itp. Zdarzają się cudowni ludzie, którzy potrafią Cię zrozumieć.
  • Za to pielęgniarki na oddziale to były WSPANIAŁE KOBIETY. Bardzo miłe, pocieszały itp. Mój mąż przy moim łóżku bywał po kilka godzin – do późna wieczorem – a one nic nie mówiły – nie przestrzegały godzin odwiedzin. Wiedziały, że teraz potrzebuję więcej ciepła i pobycia z bliską osobą – rozumiały to.
  • Lekarz mnie zbadał, młody na stażu. Bardzo delikatny, zbadał palpacyjnie. „Pani bardzo krwawi, pójdziemy zrobić USG, zobaczymy co z dzidziusiem”. Podczas badania (domyślałam się, co mi powie) mówi bardzo mi przykro, nic nie widzę, nie ma bijącego serduszka, ale jeszcze poszukamy. Mówię: panie doktorze, ja poroniłam w domu, ale nie chciałam w to wierzyć, chciałam się łudzić, że dzidziuś jeszcze żyje. Lekarz – naprawdę bardzo mi przykro… Potem narkoza, zabieg. Po przebudzeniu zaraz przyszedł lekarz, ten który mnie badał po przyjęciu do szpitala. Pytał jak się czuję, był bardzo miły, spokojny, łagodny. Jego oczy, wyraz twarzy – mówiły wszystko.
  • Lekarz powiedział, że jest to początek poronienia i podał możliwe rozwiązania: czekanie na poronienie naturalne, leki przyśpieszające poronienie i zabieg. Byliśmy tak oszołomieni, nie wierzyliśmy, że nasze Maleństwo już nie żyje. Zdecydowaliśmy się czekać… Lekarz zaakceptował naszą decyzję, kazał dzwonić, gdyby coś się działo lub gdybyśmy potrzebowali pomocy. Cały czas dawał nam do zrozumienia, że wie, jak nam jest ciężko z powodu straty dziecka i że będzie się starał nam pomoc. (usa)
  • Wyszłam ze szpitala po poronieniu tuż przed świętami i w tym całym nieszczęściu bardzo pomogły mi słowa otuchy lekarzy, pełne zrozumienie mojego bólu i żalu. Wiedziałam i czułam to wyraźnie, że liczą się z moimi uczuciami – pani dr prowadząca wiedziała, że bardzo zależało mi na dzidziusiu i robiła wszystko, żeby być do końca pewną, że zabieg jednak musi być wykonany.
  • Nie mogłam się ruszyć, bo cały czas mocno krwawiłam, cała się trzęsłam. Przez drzwi łazienki poprosiłam męża, żeby zadzwonił na pogotowie. Lekarz z pogotowia – był ludzki, wysłuchał i całą drogę pocieszał, że może, może jeszcze uda się uratować, żebym się nie martwiła.

Z listów – gdy było źle

Żarty, błahe rozmowy

  • Nie zapomnę żarcików opowiadanych między sobą na korytarzu i na sali przed zabiegiem, zero zrozumienia, współczucia.
  • Kilka tygodni temu, kiedy udałam się do lekarza rodzinnego (kobiety) po skierowanie na badania (którego i tak nie dostałam): ”skoro tamta ciąża poszła, to itd”. Poszła??? Za to stwierdzenie, po odpowiednim moim komentarzu, usłyszałam słowo: przepraszam.
  • Lekarka bardzo delikatnie oznajmia mi, że dziecko nie żyje. Przychodzi drugi lekarz na konsultacje. Potwierdza diagnozę i … opowiada dowcip o żabce!!! (nic więcej nie pamiętam, bo zasłabłam).
  • Kiedy zaczęłam krwawić i przyjechałam do szpitala zanim lekarz mnie zbadał wystukiwał na maszynie moje dane i jednocześnie przy mnie oczywiście, opowiadał położnej, że w weekend była na pieczonych u rodziny i świetnie się bawił…

Mylenie poronienia z aborcją

  • Przed samym zabiegiem łyżeczkowania martwej ciąży, praktykant do lekarza: ”Czy to aborcja?” ”Nie, abrazja, usunięcie resztek.”
  • ”No to usuwamy tę nieudaną ciążę” – lekarz tuż przed zabiegiem
  • Kiedy poszłam do lekarki tydzień po poronieniu, powiedziałam jej że poroniłam, a ona na to ”miała pani skrobankę?”
  • Kobieta, pani profesor, omawiamy szczegóły zabiegu itd., konsylium lekarskie. A ona do mojego lekarza : ”D. Ty będziesz skrobał?”
  • Ordynator szpitala do mnie ”co pani wybiera skrobankę czy antybiotyk”
  • Kuba, ją trzeba wyskrobać! – jeden lekarz do drugiego, na izbie przyjęć.

Pomniejszanie straty, bagatelizowanie cierpienia matki

  • Przed samym zabiegiem łyżeczkowania leżałam skulona, zapłakana w łóżku szpitalnym, nagle weszła pielęgniarka (położna ?) i krzyknęła ”na siku i do zabiegowego”
  • Jak mnie mąż przywiózł do szpitala z krwawieniami w 3. miesiącu, lekarz zrobił mi usg i powiedział: ”Ja tu żadnej ciąży nie widzę!” Myślałam, że mam jakieś urojenia. Nie mogę zapomnieć tych słow. Dla niego brak ciąży, dla mnie śmierć dziecka.
  • ”Jeśli w ogóle była Pani w ciąży, to TAM już NIC nie zostało” i zaraz potem ”proszę zrobić beta HCG sprawdzimy, czy w ogóle była Pani w ciąży” tak jakbym ją sobie wymyśliła. BYŁAM, zarówno fizycznie jak i psychicznie (co jest dla mnie ważniejsze)
  • Panie pielęgniarki były absolutnie impregnowane na moje nieszczęście.
  • Zwijam się po Cytoteku na łóżku, późne godziny wieczorne, wchodzi położna i oznajmia ”jak się pani uwinie z TYM do północy, to jeszcze jutro do domu puścimy”.
  • No i cała oczywiście seria od pielęgniarek typu: ”nie ty dziecko pierwsza i nie ostatnia”, ”zdarza się, nie ma co rozpaczać”, ”przecież to nie koniec świata”
  • Ale wyraźnie usłyszałam ”pocieszenie”, że młoda i zdrowa jestem, to następnym razem będzie dobrze, nie przejmować się, uspokoić. Tak jakby ci wszyscy ludzie myśleli, że takie zagadywanie bólu, łez, to pociesza – nie płacz, bądź silna, to tylko 12 tydzień. A do tego mieli wyłączność na jedyny słuszny pogląd na życie – tak jakbym nie mogła planować dziecka na ostatnim roku studiów, jakby to z założenia musiała być wpadka…, spotkałam się też z pogardliwym traktowaniem kobiety z 5 dzieci – upewniano się, że ma wyższe wykształcenie i nie pracuje, bo nie chce, bo taki mają z mężem pomysł na życie…
  • Pierwsza, bardzo wyczekiwana ciąża (14 tydz.- poronienie zatrzymane), leżę na oddziale z bardzo opuchniętymi oczami i ciągle łkająca, a pielęgniarka do mnie ”Nie płacz dziewczyno, lepiej tak niż jakbyś miała mieć za dużo.” Miewam ostry język, ale wtedy mnie zatkało.
  • Rozmowa w szpitalu kilka godzin przed poronieniem całkowitym- ” niech się pani tak nie martwi jak pani poroni i niestety nie będzie pani mogła mieć więcej dzieci to już jedno pani ma”.
  • ”Jak miała pójść to i tak by poszła” i ”DOBRZE, że poszła, bo dziecko mogłoby być chore” – przecież taka gadka nie pomaga – wręcz przeciwnie…
  • Przed samym zabiegiem ktoś mi powiedział ”będziesz jeszcze mieć dzieci”. Wiem, że chciał mnie pocieszyć i doceniam to, ale… W tamtym momencie to było dla mnie, tak jakby wdowie nad trumną męża powiedzieć ”jeszcze znajdziesz sobie nowego faceta”.

Mówienie o dziecku: to, coś

  • Kolejne USG, nadal mam nadzieję, że będzie dobrze, modlę się w myślach, błagam o to, aby serduszko biło…a lekarka krótko stwierdza do drugiej lekarki: ”eeeee….Krysiu zobacz z TEGO to już nic nie będzie”. Nie miałam siły się odezwać i skomentować jej wypowiedzi…
  • Kilka chwil przed podaniem mi atropiny dr Jan K. staje miedzy moimi nogami i stwierdza ”Ale Pani i tak wiedziała, ze z TEGO nic nie będzie, prawda?”
  • 1 stycznia 2001 roku godz 20 9 tydz. Silny krwotok, krew leje mi się po nogach, ciemno przed oczami, koszmarnie bolesne badanie i słowa ”chodźmy na usg zobaczyć czy toto jeszcze żyje”…

Szacunek dla osoby

  • Lekarz,który robił mi USG bardzo się zdziwił – kiedy mu się przedstawiłam i poprosiłam – żeby zrobił to samo.

Dane liczbowe

  • No wie pani, to się zdarza codziennie – lekarz powiedział to nie patrząc mi w oczy, z uśmiechem na ustach. I co z tego, że zdarza się codziennie – jest to moja tragedia.
  • 40-70% ciąż kończy się, zanim kobieta w ogóle się zorientowała, że jest w ciąży. Statystycznie każda kobieta w swoim życiu przeżywa poronienie} – ale ja już wiedziałam, że jestem w ciąży i tracę ją świadomie, tracę moje dziecko. Nie wiem, ile, ale ok. 99.99% społeczeństwa przeżyło (lub przeżyje) śmierć swojego rodzica, czy wtedy też usłyszą to jest częste, tak się zdarza, czym się tu przejmować?