ograniczenie biurokracji

Ograniczenie spraw biurowych do niezbędnego minimum

W szpitalu – o czym dział dokumentacji i administracji wie najlepiej – jest wiele dokumentów, papierów, które należy uzupełnić. Samo przyjęcie pacjentki wymaga podania przez nią jakiejś porcji informacji. To jest niezbędne. Każdy z nas jest inny, inaczej też przeżywamy sytuacje traumatyczne. Jedne, czego możemy powiedzieć, to to, że w sytuacji trudnej, bolesnej potrzebujemy spokoju. Czasami te pytania, wydają się kobiecie oderwane zupełnie od rzeczywistości – ona właśnie traci swoje dziecko, a oni coś od niej chcą. Można przypatrzeć się procedurom szpitalnym i zastanowić się, czy można coś zmienić, czy trzeba coś zmienić?

Z różnych relacji, które otrzymałyśmy wynika, że każdy szpital ma swój własny „zestaw pytań” – jedni krótszy, drudzy dłuższy? Dlaczego? Skoro jakieś pytania padły na izbie przyjęć, to czy muszą być jeszcze raz zadawane przez następnych lekarzy… uzupełniających kolejne dokumenty? Trzeba też zastanowić się nad tym jak są zadawane te pytania. Jeśli, np. pada pytanie o poprzednie poronienia, tonem, jakby chodziło o wyrwanie zęba, to trudno dopatrzeć się tu szacunku wobec cierpienia drugiego człowieka.

Chyba człowiek jest ważniejszy niż jakieś, jakby nie było, papiery. Można się zastanowić, czy wszystkie pytania są konieczne? Czy np. nie może ich uzupełnić ktoś bliski – zazwyczaj mąż/partner wie, czy cykle były regularne, zna długość miesiączki, datę ostatniej… Czy część dokumentacji można uzupełnić w innym terminie, niż kilka chwil po usłyszeniu o śmierci dziecka?

Z listów – gdy było dobrze
  • W nocy dostałam takiego krwawienia, że sama pojechałam z mężem do szpitala. Od razu położna posadziła mnie na wózek i zawiozła na oddzial a mąż załatwiał formalności.
  • Na szczęście papierkową robotą zajęły się lekarka i pielęgniarka, ja tylko dawałam kolejne potrzebne dokumenty. Zresztą i tak nie byłabym w stanie cokolwiek wypełniać, bo emocje nie pozwalały na to.
Z listów – gdy było źle
  • Gdy trafiliśmy na dyżur do szpitala – była już prawie północ. Na izbie przyjęć koszmar wypełniania dokumentów, opryskliwa kobieta, wyraźnie niezadowolona, że przerwaliśmy jej spokój, na szczęście mógł przy mnie być mąż, ja się tak rozkleiłam, że nic nie mogłam z siebie wydusić.
  • Trzymając się za brzuch, skulona i kiwając się z bólu musiałam odpowiadać na jakieś głupie pytania – pielęgniarka wypełniała ankietę.
  • To było moje drugie poronienie (za dwa tygodnie mój własny ślub), siedziałam w pokoju pielęgniarek i wpisywano mnie do przyjęcia, pielęgniarka pyta o wszystkie dane i nagle stwierdza do koleżanki: – Kolejna panienka z dobrego domu… – I pewnie kolejna wpadka… hi hi hi…
  • Jak siedziałam w toalecie roniąc, jakaś pielęgniarka stała pod drzwiami i pytała o moje dane adresowe.
  • W szpitalu na Izbie Przyjęć. Przyjechałam z gorączką 38 stopni, 4 tydzień, lekarz: hmmm 4 tydzień… lepiej, żeby Pani poroniła przy grypie… w takim przypadku nic się nie robi. Nie mogę Pani przyjąć, szpital nie ma pieniędzy na Apap.
  • Izba Przyjęć, jestem w trakcie badania ginekologicznego. Badanie jest dla mnie bolesne. Zza parawanu słyszę głos położnej: miejsce urodzenia. Mówię… Kobieta nie usłyszała. Miejsce urodzenia… Już przez łzy mówię, żeby poprosiła męża, to on poda jej wszystkie potrzebne dane – badanie coraz bardziej boli. Położna zaczyna krzyczeć: tu jest badanie ginekologiczne, jak to, mąż miałby tu wchodzić?! Zza parawanu i tak nic nie widać. Na biurku obok położnej leżą co najmniej dwa moje dokumenty, gdzie jest podana odpowiedź na jej pytanie.
  • Pokój przyjęć i 1000 pytań położnej. Dociekanie, czy jestem mężatką, bo jak nie, to i lepiej, kłopot z głowy.