Co mówić? czego nie mówić?

Słowa, słowa, słowa…

Słowa mają magiczną moc – mogą podnieść człowieka, dać mu nadzieję, pociechę, mogą… Mogą też być źródłem dodatkowego cierpienia, mogą zaboleć, zranić – ile takich sytuacji w życiu każdego z nas? W szpitalu słowa również mają magiczną moc. To, jak lekarz zwraca się do pacjentki, rodziców przeżywających właśnie stratę dziecka, to w jaki sposób informuje ich o tym, że dziecko już się nie rozwija, jest bardzo ważne. To nie są łatwe rozmowy. A w praktyce jednego lekarza pewnie ich wiele. Są lekarze, którzy dar rozmowy, łatwego kontaktu po prostu mają, którzy potrafią wczuć się w sytuację pacjentki, są empatyczni. Są tacy – którzy muszą się takich spraw uczyć. Każda wiedza tu może się przydać – szczególnie ta dotyczące psychiki, emocji, uczuć kobiety, która traci dziecko. Człowiek to nie tylko ciało, które leczy lekarz. Ta postawa lekarza, jak on się zachowuje, może pomóc zbolałej duszy.

Co pomogło?

Chyba wszystko, gdzie zauważono nie tylko samo poronienie, ale człowieka. To są może oczywiste sprawy, ale nie każda roniąca kobieta mogła tego doświadczyć. Żeby zauważyć czyjś ból – nie tylko ten fizyczny – cierpienie spowodowane utratą wszelkich nadziei związanych z dzieckiem. Okazanie szacunku mamie i dziecku.

Grzeczności nigdy za mało – dzień dobry…, nazywam się…, będę teraz pani lekarzem prowadzącym…, dziś mam dyżur w szpitalu i podejmuję się opieki nad panią…. Jeśli lekarz szanuje pacjenta, to będzie również szanowany przez niego. Przykład idzie z góry – od ordynatora uczą się traktowania pacjenta lekarze, od lekarzy położne, od położnych – salowe.

Kobieta cierpi nie tylko fizycznie. Tu też wystarczy kilka słów – bardzo mi przykro…, mogę się tylko domyślać, co pani czuje…, widzę, że pani cierpi…. Są łzy w życiu człowieka, na które potrzeba czasu. Można pomóc przez gest – uściśnięcie ręki, pogłaskanie, wzrok pełen współczucia. Dla matki tracącej dziecko ważne jest, jak się o nim mówi. Nie trzeba się obawiać słów, których używają osieroceni rodzice – dziecko, dzidziuś, dzieciaczek, maluszek, „fasolka”….

Co było przyczyną dodatkowego cierpienia?

Kobieta uczestniczy w tragedii. Bardzo często w ramach „pocieszenia”, szczególnie w środowisku lekarskim, słyszy się odwołanie do częstości tego zjawiska. To, że ktoś inny cierpi – nie jest pocieszeniem. A przy tym argumencie bardzo łatwo otrzeć się o bagatelizowanie tego, co przeżywa pacjentka. To boli – i to bardzo. Podobnie, gdy boli fizycznie i słyszy się, że boleć to dopiero będzie przy porodzie. Personel – poprzez częste pojawianie się problemu poronienia – zaczyna podchodzić z rutyną, obojętnością, dla nich to jest tylko poronienie, jakieś poronienie. Dla rodziców dziecka – nieszczęście.

Ważny jest ton, w jaki sposób się mówi do pacjentki. Kobiety się skarżyły na bezosobowe zwracanie się do nich – pani wyjdzie, pani wstanie, wstać, kłaść się – komendy jak do psa. Takie sytuacje też są obecne w szpitalach, nie we wszystkich, ale są.

W każdym zawodzie używa się żargonu – to jest normalne. Gdy lekarze rozmawiają między sobą, szybciej i łatwiej przekazuje się komunikat. Z pacjentką czy przy pacjentce trzeba już dużej ostrożności. Po pierwsze nadmiar medycznych sformułowań może przerażać, po drugie może też zranić. Ważne, jak lekarz mówi o dziecku: to już się poroniło, tego nie da się uratować, zobaczmy, czy toto żyje, na tym etapie ciąży to jeszcze nie dziecko (bezosobowo), zapłodnione jajo płodowe, tkanki ciążowe, galaretka ciążowa, to tylko taka zygota (blastocysta, morula, pęcherzyk ciążowy) (pomniejszanie dziecka, przerost słownictwa medycznego). Trudno tu nie wspomnieć o tym, jak pacjentki są informowane o zabiegu wyłyżeczkowania – aborcja, skrobanka, no to kto skrobie?, Kuba, ją trzeba wyskrobać!. To wszystko się zdarzyło naprawdę – i naprawdę zabolało.

Zobacz też:
słowa, które nigdy nie powinny paść – post na forum.gazeta.pl/poronienie
słowa i czyny, które łagodziły ból – post na forum.gazeta.pl/poronienie

Copyright by © www.poronienie.pl 2005-2016
All Rights Reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.