Mężczyźni i poronienie
Bardzo mi przykro, ale nie załamuj rąk, trzeba ratować małżeństwo, jeśli się da. Spróbuj znaleźć dla Was pomoc.
Odpowiedz
może,jak pisze del, terapia dla małżeństw?
czy powodem jest poronienie?
Odpowiedz
Beatrisss, jak Ci pomóc?
Przytulam mocno!!
Odpowiedz
Mój mąż... nie chce już rozmawiać ciągle o przeszłości i widzę, że denerwuje go moje podłamanie... szkoda, że muszę mu mówić, żeby mnie przytulił, a nie żeby się wycofywał.

Jednak to złoty człowiek, wysłuchuje mnie, brakuje mu jednak dużo empatii, czasem nie zachowuje się wylewnie, stąd ciężko do rozgryźć...

napiszę krótko: nasze małżeństwo podupadło po poronieniu. Ja muszę zmienić nastawienie, właśnie trzeba wprowadzić zmiany, bo jak ja się dołuję, to On też....
Odpowiedz
Kiedy Filipek urodził się martwy runął świat obojga jego rodziców.
Każde z nas przeżywało to na swój sposób.
W pierwszych dniach tygodniach jego tata wziął sobie w pracy urlop i był ciągle ze mną-dosłownie nie opuszał mnie,przytulał ocierał łzy zachował się jak partner jak ojciec jak osoba odpowiedzialna.Niestety mnie jego ciągła obecność doprowadzała do szału-nie chciałam by ciągle był obok chciałam być sama,z moimi łzami z moim bólem nie dałam rady-po 2 miesiącach się wyprowadziłam.
Nasz związek nie przetrwał takiej próby.
On wpadł w alkohol hazard,stracił ogromne pieniądze,ja rzuciłam się w pracę.
Wiem że to po części moja wina,odtrąciłam go,ale wtedy ja naprawdę inaczej nie umiałam.
Dzisiaj wiem że ma się dobrze,że stanął na nogi,nie założył rodziny zresztą tak jak ja.
W zeszłym roku przed świętami napisał do mnie maila,zdobył kontakt przez dawnych znajomych,chciał się spotkać.
Kiedy dzisiaj tak stałam nad grobem naszego synka uświadomiłam sobie że jestem to winna Filipkowi,powinnam się spotkać z jego tatą,choć to będzie cholernie trudne minęło 11lat.
Może gdy się spotkamy,porozmawiamy może zamknie się koło...........może przebaczenie pomoże nam by chociaż przyszłość była dobra.
Odpowiedz
Myślę, że warto abyś spotkała się z nim spotkała. Nawet po tylu latach można naprawić zniszczone relacje z tak bliskimi kiedyś osobami.
Odpowiedz
Moja opowieść zaczęła się we wtorek, przeszłam przez dwa dni farmakologicznego wywoływania poronienia po obumarłej ciąży, po czym miałam "na deser" łyżeczkowanie. Oboje z mężem tak bardzo wyczekiwaliśmy odgłosu bijącego serduszka, gdy nagle w 8t5d ciąży okazało się, że Dzieciątko się nie rozwija od dwóch tygodni. Tupnęło nagle nóżką i stwierdziło, że tak boleśnie nas opuści... ale nie o tym chciałam pisać. Od samego początku, od przyjścia do domu od ginekologa ze łzami w oczach, mój mąż jest dla mnie wielkim wsparciem. Na okres mojego pobytu w szpitalu wziął oczywiście wolne, jutro musi jechać do pracy, ale później również chce do końca tygodnia być przy mnie w tych najtrudniejszych chwilach. Dużo płaczę, ale też staram się być twarda. Historia opisana przez Motylka namówiła mnie do opisania tego co przeżywamy my, jako Rodzice Aniołka.
Jestem osobą, która rozterki, bóle i żale woli przeżywać w samotności. Zwłaszcza po powrocie ze szpitala nie chciałam widzieć ani słyszeć nikogo. Marzyłam o tym, żeby skulić się gdzieś samotnie i poukładać myśli. Mój mąż jednak stale mnie przytula, głaszcze, ociera łzy, pociesza... Nawet, gdy tego nie potrzebuję, bo jestem aktualnie czymś zajęta. Czytając Wasze historie zdałam sobie sprawę, że tak naprawdę jestem szczęściarą, ale doszło do mnie też coś jeszcze...
Wiele z Was opisuje, że nie otrzymało po stracie wsparcia od mężów, gdy tego potrzebowałyście. Myślę jednak, że w moim przypadku to mnie będzie łatwiej się otrząsnąć, pomimo wszystkich szpitalnych i psychicznych przeżyć. Podświadomie czułam, że zdarzy się coś złego Dzidziusiowi i jakoś... byłam na to przygotowana. To w żadnym stopniu nie umniejsza mojej straty, bólu i poczucia niesprawiedliwości, ale... Mój mąż jest w zupełnie innej sytuacji. Wydaje mi się, że pocieszając mnie próbuje pocieszyć samego siebie, że gdy spojrzę w jego oczy i zobaczę gromadzące się w nich łzy, woli skupić uwagę na mnie, przytulając i mówiąc, że wszystko będzie dobrze, że mnie kocha. Muszę zrozumieć także jego, bo nie tylko ja przeżyłam cios. Jedyną różnicą jest to, że on próbuje to maskować... dla mnie.
Odpowiedz
W temacie mężów....od moment straty mojego dzidziusia strasznie irytuje mnie zachowanie mojego męża który albo nie chce rozmawiać na temat tego co się stało , a jak już staram się mu powiedzieć że ja nie potrafię tak w milczeniu  przejsc nad tą sytuacją do porządku dziennego to mówi mi że go ranie walkujac ten temat... Strasznie wkurza mnie to że odwraca kota ogonem i robi z siebie ofiarę.. Kto inny jak nie maz powinien wspierać w takiej sytuacji.... ? Wiem że to głupie ale wszystkie piszecie o wsparciu męża ze razem jest łatwiej przez to przejść. Chciałam napisać że nie wszystkie z nas tak mają.... Może któraś z was miała podobnie ? Że strata dziecka zamiast zblizyc wytworzyła mur ?
Odpowiedz
U mnie to nie mur to piekło i każda strata dziecka powoduje nawrót .Nie wypowiadam się na temat takich ,,normalnych partnerów" bo strata dziecka to też ból ojca .Jeden okaże emocje bardziej inny będzie tłumił .A bestie nigdy się nie zmieniają wręcz cieszą się z zadanego bólu i kolejnego triumfu. Na samą myśl mam drgawki ze strachu tak się boje powracającego bumerangu .Zazdroszczę w sensie pozytywnym wsparcia ze strony najbliższej osoby i bliskich .
Odpowiedz
Jestem sama z utratą maleństwa dlatego opiszę zachowanie mojego TŻ którego kompletnie nie jestem w stanie zrozumieć może ktoś mi coś poradzi albo chociaż zrozumie przez co przechodzę. Mój TŻ przechodzi to zupełnie inaczej niż ja, nie wiedział, że byłam w ciąży a ja nie umiałam mu o tym powiedzieć jasno więc nie zrozumiał, że poroniłam, miał za dużo pracy. Postanowiłam więc poradzić sobie z tym sama i odcięłam temat. 3 miesiące później dowiedziałam się, że jego młodsza siostra jest w ciąży... ból jakiego wtedy doświadczyłam był ogromny- nie wytrzymałam, mój TŻ był na delegacji, nie mogłam czekać aż wróci, powiedziałam mu o wszystkim.

Mieliśmy porozmawiać gdy wróci jednak ta rozmowa nie nadeszła, przyszły święta, najgorsze w moim życiu... Musiałam patrzeć jak jego siostra głaszcze się po brzuchu którego jeszcze nie widać, jak jej ciężko w ciąży, jak dosłownie umiera na siedząco a reszta rodziny zwracała uwagę tylko na nią. Mój TŻ postanowił szybko wrócić do domu- to było jedyne co dla mnie zrobił, nie rozmawialiśmy. W trakcie którejś kłótni wyrzucił mi, że nie miałam prawa mu nie powiedzieć, że to nie tylko moja strata i na tym się skończyło o jego uczuciach. Potem okazało się, że jej dziecko jest chore i wymaga zabiegu, teściowie mówili tylko o niej, reszta nie istniała, mówili jak jej ciężko, jak to jej źle, bo ma chore dziecko i wiecznie jak my to mówimy "ciśli jej do dupy". Później wyszła informacja, że poroniła... wszystkie uczucia wróciły, mój TŻ, jej facet i moi teściowie pojechali 300 km żeby się dowiedzieć, że tylko źle zrozumiała lekarza. To był cios a dodatkowym ciosem było, że mój TŻ pojechał "dla świętego spokoju" ale naszej rozmowy nadal nie było... Ostatnio pojechaliśmy na kawę do teściów i ona tam była... rozpłakałam się, staliśmy 5minut na podjeździe i zawróciliśmy. Pojechaliśmy do jego siostry, która też jest w ciąży jednak ona się z tym nie obnosi, dzieciątko było planowane w dodatku wcześniej też straciła dziecko więc jestem szczęśliwa, że się jej udało. Niestety mój TŻ zabronił mi o tym mówić komukolwiek... Nie mam więc oparcia ani w kimś bliskim ani w nim a nie mam siły już udawać, że jest w porządku.

Wczoraj w końcu odbyliśmy tą rozmowę... przebiegła zupełnie inaczej niż się spodziewałam, mój TŻ nie chce ze mną rozmawiać o swoich uczuciach, mówi, że to nie ważne i nie zamierza o tym mówić. Zaatakował mnie, że utożsamiam się z jego siostrą, że komentując zachowanie z drugą tylko się nakręcam, że on tak nie robi, że jak temat do niego wraca to go odcina, bo nie ma na to czasu. Dzisiejsze smsy utwierdziły mnie w tym, że jest wściekły na mnie za to, że ja tak "bardzo to przeżywam", nie rozumie dlaczego tak reaguje na jego siostrę podczas gdy on ją ignoruje i nie zamierza rozmawiać o swoich uczuciach.

Niestety ja tego potrzebuję, potrzebuję zrozumieć co on czuje, jak to przeżywa, bo cały czas ten temat jest dla mnie otwarty on sam też twierdzi, że tematu straty maleństwa nigdy nie zamkniemy a ja boję się, że to nas podzieli... W sobotę teściowa odprawia urodziny teścia, w sobotę, bo w niedzielę wiecznie stękająca siostra jedzie do szpitala na kontrole... Nie jestem w stanie sobie wyobrazić przebywania z nią w jednym pokoju, chce mi się płakać, krzyczeć nie będę miała patrzeć na jej brzuch, na to jak się po nim głaszcze i stęka, że dziecko ją uciska i wszystko czuje, że kopie i żeby ktoś tam dotknął. Mój TŻ mówi, że nie może nas to ominąć, że mam o tym nie myśleć, że długo nie będziemy siedzieć ( tak, tylko, że ja będę to przeżywać jeszcze kilka dni). Uwielbiam teścia i bardzo chciałabym tam być ale nie potrafię, mój TŻ karze mi skłamać, że mam zjazd w uczelni a on pojedzie, bo przecież to jego tata... Tak na prawdę byłabym w domu i wiem, że byłabym zrozpaczona, wściekła i rozczarowana jego zachowaniem ponieważ potrzebuję go w domu. Moglibyśmy pojechać w niedzielę gdy byłaby pewność, że ich tam nie będzie. Niestety on tego nie rozumie i jest wściekły...
Odpowiedz
Ja mam wrażenie że mężczyzni poza nielicznymi wyjątkami potrafią zrozumieć co może czuć kobieta po stracie ciąży, szczególnie po stracie na początkowym jej etapie. Mój mąż wogole o tym nie rozmawia, jakby to się nie wydarzyło, jakby to był sen który tylko mi się przysnił.
Odpowiedz
Mężczyźni zdecydowanie różnią się od kobiet w tych sprawach. Przeżywają inaczej. Myślę, ze Twój mąż należy do tych co przeżywają po cichu albo po prostu potrzebuje więcej czasu.
Odpowiedz
No niestety takie sytuacje weryfikują czy ludzie są sobie przeznaczeni czy nie. To chyba najtrudniejszy test dla małżeństwa i w moim przypadku chyba nie uda się go zdać. Zbyt dużo przykrości i obojętności z tej drugiej strony. Tego się nie da tak szybko zapomnieć i wybaczyć.
Odpowiedz
Straciłam mego maluszka 17 czerwca, choć minęło już 2 tygodnie, dla mnie dopiero dwa.
Może napiszę o tym w oddzielnym wątku.
Czytam co tutaj piszecie o swoich partnerach, bo już nie wiem, co sądzić o moim mężu.
Kiedy zaczęłam krwawić zawiózł mnie do szpitala, lekarka jednak kazała wrócić rano( była 22:30) bo to nic nie zmieni, co ma być to będzie usłyszałam.
Niestety nie wziął sobie wolnego ze względu na mnie i na to, co przeżywam. Do szpitala zawiózł mnie syn( lat 18), a starsza córka (lat16)była przy mnie jak przyjmowali mnie na oddział.
Usg, badania, nikt nic nie mówi i to czekanie a jego przy mnie nie ma.
Po paru godzinach przyszedł lekarz rzucił hasło o globulkach i pani podejmie decyzję, ale co jak?
Jego nie było przy mnie. Rozumiem, że praca, że obowiązki.
Ja też pracuję, ale zawiadomiłam w pracy, że jestem w szpitalu.
Przyszedł po pracy, przytulił, poryczałam się.
Zapytał tylko, czy bardzo mnie boli, przyniósł to, o co go prosiłam.
Niestety następnego dnia musieli mi zrobić łyżeczkowanie, jego przy mnie nie było, bo w pracy.
Córka do mnie przyszła i towarzyszyła mi do sali operacyjnej i po zabiegu.
Przyszedł po pracy, nie powiem pomógł mi do łazienki pójść, przyjechał po mnie następnego dnia.
Całą drogę do domu płakałam, a on nic, nie odezwał się słowem.
W domu prosiłam, żeby porozmawiać.
Usłyszałam, że nie mamy o czym Sad
Następnego dnia emocje mi puściły, wybeczałam się, przyszedł, przytulał mnie, ale w pewnym momencie: no weź przestań płakać, masz troje zdrowych dzieci, weź się dla nich ogarnij.
Ja wiem, że mam troje wspaniałych dzieci, ale chciałabym przytulić to czwarte.
Chciałam aby mi powiedział, co czuje, ale usłyszałam tylko, że to jego sprawa i nie będzie mi dokładał.
A ja bym chciała znać jego zdanie.
Niby jest ok, ale mi brakuje rozmów, czułości.
Próbuję go zrozumieć, że może też przeżywa, może to dla niego trudne, może mnie nie chce zranić, ale przez to zamknięcie się jego w sobie oddala się ode mnie.
Czasem wręcz go pytam: czy mnie kocha? bo już sama nie wiem.
Odpowiedz
Czy jest tutaj jakaś kobieta która byla z tym wszystkim sama ? chodzi mi o to że partner postanowił wybrać inną drogę?
Obecnie czekam na poronienie
Odpowiedz
Czesc Samotna. W trakcie pobytu w szpitalu niby nie byłam sama ale w szpitalu tyle się działo i to tak szybko że nawet nie odczulam tej samotności. Natomiast po powrocie do domu byłam sama. Mąż postanowił zupełnie zignorować to co się zdarzyło i każda próbę rozmowy na ten temat ucinał jakby cała sytuacja wogole nie miała miejsca..... Wtedy dopiero poczułam się najbardziej samotna....
Odpowiedz
Trochę już wygasł ten wątek, ale przeglądam różne na forum i doszłam do wniosku, że napiszę tutaj- jako wyraz docenienia postawy mojego Mężczyzny. Swoje drugie dziecko straciłam 4 tygodnie temu. Z moim partnerem jesteśmy razem niecały rok, ale szybko zaczęliśmy rozmowy o dzieciach. W październiku zaszłam w ciążę. Ja od początku zamartwiałam się, bo kilka lat wczesniej straciłam dziecko, a on od początku szalał z radości i mówił, że kocha to dziecko. Nazwaliśmy je "roboczo" zlepkiem imienia męskiego i żeńskiego, jakie chcieliśmy nadać dziecku w zależności, czy urodzi się dziewczynką czy chłopcem. Bo urodzić się miało na pewno. Rafał jeździł ze mną na wizyty, rozmawiał "do brzucha", codziennie przed snem i po obudzeniu dawał nam buziaki. Cieszyłam się, że już jest takim kochającym ojcem. Niestety nie trwało to długo. W 13 tygodniu ciązy, podczas wizyty kontrolnej okazało się, że serduszko naszego dziecka przestało bić. Wyraz twarzy, jaki pojawił się u Rafała w momencie, gdy lekarz nas o tym poinformował, mam przed oczami do dziś. Nie umiem nawet tego opisać. Wiedziałam, że to dla niego ogromny cios. Mimo tego, że cierpiał, ja byłam w centrum jego zainteresowania. Nie wyobrażał sobie, że do szpitala pojadę sama, więc na drugi dzień wziął urlop na żądanie. Był ze mną. Przytulał i ocierał łzy, mimo że sam również płakał. Jest tak nadal. Wiem, że on cierpi, bo widziałam jak płakał kilka dni temu, ale zawsze wspiera mnie, gdy dopada mnie rozpacz. Jestem dla niego najważniejsza.
Dziękuję dziewczyny za ten wątek. Przykro mi, że wiele z Was doświadczyło zupełnie przeciwnej postawy partnera niż ja, ale dzięki temu co napisałyście, wyraźniej dostrzegłam co otrzymałam i otrzymuję od mojego Mężczyzny. To dla niego ten wpis.
Odpowiedz
Moj narzeczony także byl przy mnie cały czas, w szpitalu i w domu, placze razem ze mną i widze ze bardzo sie o mnie martwi.. Wczoraj tylko mial chwilę zalamania, wspomnial ze nie wie jak moze mi jeszcze pomoc. Ale dziś znowu jest silny, dziękuję mu za to.
Odpowiedz
Mój Mąż,na początku był,ze mną wspierał mnie przez parę dni.Teraz jakby się oddalił jak usłyszał,ze potrzebny mi psycholog bo nie daje rady.Widać że martwi się o mnie,ja natomiast potrzebuje żeby mnie znowu przytulił,pocieszył.On daje sobie radę psychicznie ze mną jest gorzej.On cały czas twierdzi że najważniejsze że mi się nic nie stało,bo straszyli mnie tym że mogę mieć usunięty jajnik z ciążą pozamaciczną.Ja czuję pustkę i nie mogę się z tym pogodzić ze staciłam mojego maluszka.Nie rozmawiamy w domu juz na temat dziecka nie umiem sie jeszcze przed nim do końca otworzyć,kilka razy probowałam ale z mojej strony kończy sie to płaczem.Przykre to ale więcej wsparcia dostaje od moich kuzynek i siostry.
Odpowiedz
Malgonia mężczyźni inaczej to wszystko przechodzą. Oni łatwiej sobie z tym wszystkim radzą gdy wracają do szarej rzeczywistości,skupiają się na pracy, na obowiązkach, ale też na pewno myślą o swoich straconych kruszynkach, tylko niestety nie są tak wylewni jak my bynajmniej w większość z nich..
Odpowiedz
Witam, od wielu lat staralam sie z mezem o dziecko. W koncu udalo sie, zaszlam w upragniona ciaze! Jednak nie trwalo to dlugo, bo poronilam w 6 tygodniu. Obecnie czekam az macica sie "oczysci". Wiem ze to bardzo wczesnie i byc moze nie powinnam tego tak przezywac ale strasznie mnie to boli tym bardziej ze nie mam zadnego wparcia, jestem z tym wszystkim sama. W dodatku maz koedys powiedzial ze mimo iz jestesmy malzenstwem to i tak nie stanowimy rodziny, pozniej jednak sprostowal ze nie tworzymy pelnej rodziny, bo nie mamy dzieci. Wiec w momencie kiedy ciaza obumarla stracilam nadzieje na te pelna rodzine.
Kiedy zaczelam krwawic lekarz kazal lezec i dostalam l4. Moj maz stwierdzil ze zrobilam sobie wakacje i ze mam wszystko w d... bo siedze w domu a on musi tyrac po 16godzin (Prowadzimy wspolny biznes).
Nie wiem co mam o tym wszystkim myslec. Czy ja jestem nienormalna czy moze faktycznie zle to wszystko pojmuje??? Czy moze to on jest paskudny i podly mowiac takie slowa....
Przez mysl przeszla mi opcja rozwodu, bo czy z takim człowiekiem dalej mam starac sie o dziecko? 
Czy to w ogole ma jakikolwiek sens?
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 2 gości