Mężczyźni i poronienie
Tysiu jestem prawie pewna że Paul też coś takiego powie jak mój Sławek ale potrzebuje czasu
Odpowiedz
U mnie mąż też nie wspomina. Może dla facetów to taka bariera ochronna przed uczuciami, przed bólem. Nie wiem. Czasami chciałabym aby sam z siebie poruszył temat śmierci Dawidka, ale on milczy jak zaklęty. Dziś mija dokładnie 4 tygodnie od śmierci naszego synka. Cały czas myślę o tym co się stało, każdy data, każdy dzień kojarzy mi się z Dawidkiem (w tym dniu dowiedzieliśmy się, że jestem w ciąży, w tym znów widzieliśmy go na usg, w tym mi machał rączką na badaniu usg, w tym dowiedziałam się, że jego serduszko nie bije, w tym go urodziłam, w tym pochowałam i tak w kółko). Jak jest mi strasznie źle i chcę pogadać to wiem, że mogę liczyć na mojego męża, ale on sam z siebie nie porusza tego tematu. I czasami się jeszcze zastanawiam, czy on wogóle pamięta, czy myśli o naszym synku, czy z nim rozmawia.
Odpowiedz
Dorotko mężczyźni myślą że jak nie wspominają o naszych dzieciach ani jednym słowem to nie sprawiają nam ból i że to nam pomaga
Odpowiedz
Witajcie, na wstępie przepraszam jeśli mój wątek umieszczam w nieodpowiednim dziale, mimo starań nie potrafiłem znaleźć na forum analogicznego tematu..

Jestem w półtora rocznym związku, z dziewczyną Ukrainką. 2 miesiące temu, podczas jej pobytu w Polsce zaniepokoiła nas wydzielająca się u niej w co raz większych ilościach lekko brązowa krew z miejsc intymnych. Początkowo, nie sądziliśmy że mogą to być objawy problemów z ciążą, kilkukrotnie wykonany test ciążowy dał wynik negatywny a dziewczyna w początkowym okresie nie zgłaszała żadnych innych dolegliwości. Problem wiązaliśmy raczej z możliwością jakiegoś zakażenia bakteryjnego. Nie czekając szybko zabrałem ja do szpitala na wykonanie wszystkich przydatnych badań, posiew wykazał obecnośc Gronkowca, następne badania hormonów wykazały 3-4 tydzień ciąży. Badanie powtórzone kilka dni później dało obniżony wynik hormonów, co niestety dało przykrą odpowiedź, że doszło do poronienia ciaży..

Ciąża i w następstwie jej poronienie, była ogromną stratą i przeżyciem dla nas obojga, niewątpliwie większą dla mojej dziewczyny, która do dzisiaj nie może pogodzić się z tym co się stało. Dostrzegając jej poczucie bółu i ogromną wewnętrzną pustkę, próbowałem z całych sił okazać jej wsparcie psychiczne, na tyle ile sam byłem w stanie odnaleźć się w tej nowej dla mnie sytuacji. 2 tygodnie później musiała już wrócic do kraju a ja zmuszony obowiązkami pozostałem w Polsce.

Od tamtej pory nasza relacja i jakość naszego związku bardzo sie obniżyła, naszym codziennym rozmowom na Skype towarzyszyło wyczuwalne napięcie, zrodził się miedzy nami dystans jakiego wcześniej nie doświadczyliśmy. W końcu, podczas jednej z rozmów doszło do dużej kłótni, dziewczyna kolejny raz z rzędu wypowiadając się o poronieniu, użyła zwrotu \"moje dziecko\" co jednoznacznie odebrałem jako ukryty żal kierowany do mnie, emocje puściły i zapytałem wprost o co chodzi. Powiedziała, że ma do mnie ogromny żal za moje zachowanie, za to że nie czuła ode mnie wsparcia, zrozumienia, ani zainteresowania problemem. To co mi zarzuciła, było dla mnie szokujące i zupełnie nie pokrywało się z tym co realnie odczuwałem. Stwierdziła, że dla mnie ta ciąża i dziecko było niczym, ponieważ w jednej z rozmów, kiedy próbowałem ją jakoś pocieszyć, powtórzyłem słowa ginekologa, że \"obecnie dochodzi do poronienia ogromnej ilości ciąż\" i że poronienie na tak wczesnym etapie nazwac można \"ciążą mechaniczną\" - fakt, pewnie mało pocieszające, ale to powiedział lekarz a ja nie mając żadnych doświadczeń w takiej sytuacji po prostu powtórzyłem jej to samo Sad Natomiast co do słow o dużej ilości poronień, przypomniałem jej o tym, ponieważ zauważyłem że bardzo się zadręczała, uważała że zawiodła jako kobieta. Starałem się wytłumaczyć jej że to jest to niestety co raz częstsze zjawisko, a przyczyn jest bardzo wiele i nie powinno to wpływać na jej poczucie wartości jako kobiety.

Myslę, że mam w sobie odpowiednią ilość empatii aby zrozumieć jej cierpienie, mimo to zabolało mnie, że przyczepiła sie do mnie o to, wiedząc że tak naprawdę nie miałem nic złego na myśli, zabolało mnie tez to że zupełnie nie pomyslała o tym, że to co sie stało równiez przeżywam i ja.. Następnie zarzuciła mi, że w ciągu następnych 2 tygodni nie zabierałem jej nigdzie na dwór, tylko siedzieliśmy cały czas w domu, co jeszcze bardziej potęgowało myśłi i pogłębiało jej ból. Odpowiedziałem, że byłem tak zestresowany jej stanem zdrowia i cała sytuacją, że po prostu nie miałem w głowie wychodzenia na zewnątrz, byłem w zbyt dużym stresie a w takich sytuacjach po prostu zaszywam się w domu aby spokojnie przeżyć i przemyslec to co miało miejsce.

Mimo iż było mi cholernie przykro, przyjąłem do wiadomości że mogłem zrobić dla niej więcej, jednocześnie jednak mając świadomość, że starałem się i nasze niezrozumienie to wynik tego, że jako facet po prostu zupełnie inaczej przeżywałem to w sobie.

Rozmowa wydała mi się bardzo oczyszczająca i uznałem ją za moment zwrotny, który pomoże nam stanąć na nogi i znaleźć siły aby ponownie zwrócić naszą relację na właściwy tor. Relacja jednak dalej sie pogarszała, kolejne rozmowy były co raz bardziej emocjonalne, praktycznie co kilka dni jakaś większa kłótnia, oddaliliśmy się od siebie. W końcu, kilka dni temu podczas ostatniej rozmowy udało nam się wyjaśnić niemal wszystkie ( wydawało mi się ) nieporozumienia jakie nagromadziły się w ostatnim czasie. Pod koniec rozmowy padło jednak stwierdzenie, które wstrząsneło mną jeszcze bardziej mocno niż tamte wcześniejsze słowa.. Dziewczyna stwierdziła, że najprawdopodobniej nie poroniła ciąży w skutek zakażenia gronkowcem, lecz dlatego, że ja się z nią kłóciłem. Jako drugi powód podała fakt, że mogło się to stać w wyniku noszenia cięzkich bagaży jakie rzekomo była zmuszona nosić. Jednocześnie wyszło na to, że odpowiedzialny za poronienie jestem JA. Zarówno pierwszy jak i drugi argument uważam za absurdalny, bo czy 1 lub 2 sprzeczki mogły byc bezpośrednia przyczyną utraty ciaży? Poza tym, nie kłóciłem się sam z sobą, a w kłótni braliśmy oboje czynny udział. Co do bagażu, nigdy w mojej obecności nie pozwoliłbym aby moja kobieta targała ciężkie walizy, co najwyżej średnio lekką siatkę i swoją wypchana do granic torebkę której z zasady nie nosiłem i nie zamierzam :-) To co powiedziała, było dla mnie ogromnym ciosem, całą winę dosłownie zrzuciła na mnie. Próbowałem jej wytłumaczyć, że nie powinniśmy nikogo obarczać winą za to co sie stało, nie oceniać nikogo negatywnie, tylko wyciągnąć wnioski i iśc dalej, wspierać się. a Jeżeli naprawdę chce oceniać to należałoby zastosować zasadę współodpowiedzialności, jak w poważnym związku dojrzałych ludzi. Mimo tego, zaczęły się u mnie pojawiać natrętny myśli, że to ja jestem odpowiedzialny za wszystko Sad Wróciły wszystkie moje somatyczne objawy związane z zaleczoną już nerwicą, Od 3 dni trzęsę się jak galareta, serce boli i krwawi, psycholog z którym rozmawiałem przedwczoraj na ten temat, stwierdził że to co zrobiła było \"próbą zabójstwa mnie\"i że problem jest bardziej złożony i nie dotyczy nie tylko ciąży. Od siebie dodam, że takie wymuszanie winnego w tak trudnych życiowo sytuacjach dla obojga, słowa obarczające z ust najbliżej Ci osoby ranią bardzo, i naprawdę mogą \"zabić\".



Pewnie to kwestia indywidualnej konstrukcji psychiki, ja nie dałem rady, niestety po tej ostatniej rozmowie powiedziałem jej że to koniec związku, bo mimo iż niewątpliwie kocham ją, to nie jestem w stanie przyjąć tak ogromnego obciążenia psychicznego i dalej funkcjonować, mając przypięta łatkę nieumyślnego zabójcy, jednocześnie będąc w poczuciu nadużycia. W tym momencie czuję wręcz odrazę za jej egoizm i to jak podsumowała wszystkie moje starania, moją walkę o jej zdrowie. W zasadzie nie była to pierwsza tego typu sytuacja, w której nie próbowała dostrzec mnie a widziała tylko siebie, a ta ostatnia sprawiła że po prostu miałem już dość. Teraz tłuczę się z myślami i emocjami.


Chciałbym zapytać się o kilka rzeczy:
Czy lekarz ginekolog miał prawo określić 2-3 tygodniową ciążę jako \"mechaniczną\" ? Czy to naprawdę tak duża moja gafa była?
Czy fakt poronienia na tak wczesnym etapie, w ogóle może być uznany czynnikiem łagodzącym cierpienie kobiety ?
Czy moje słowa nt ciaży i brak wychodzenia z domu, czy to naprawdę mogło tak wpłynąć na pogorszenie jej stanu?
Czy noszenie 2-3 kilogramowej siatki bądź sprzeczka mogła spowodować poronienie?
Czy raczej najbardziej prawdopodobną przyczyną mógł być ten nieszczęsny Gronkowiec?
Czy miała prawo przenieść swój ból na mnie, obarczając mnie odpowiedzialnością za utratę dziecka?
Może jednak wykazałem za mało zrozumienia dla jej stanu w jakim znalazła się po utracie ciaży?

Zdaje sobie sprawę, że odpowiedź na część z tych pytań zapewne znać będzie tylko moja dziewczyna, jednak czuję się zmanipulowany w tej sytuacji i dlatego potrzebuję pomocy pań, które mogłyby na to spojrzeć bardziej neutralnie, z dystansu, mam nadzieję, że znajdzie się tutaj ktoś chętny pomóc. Dziękuję!

życzę wszystkim dużo zdrowia,
Michał
Odpowiedz
mkl czy matka Twojego dziecka umie czytać i pisać po Polsku? Jeśli tak, może ją tu przyślij? Znajdzie tu na pewno wsparcie..
A co do Ciebie to polecam przeczytać https://www.poronienie.pl/warto-wiedziec...a-facetow/
Niestety takie kłótnie jakie opisujesz to w większości normalne. Kobiety i mężczyźni zupełnie inaczej radzą sobie w takich sytuacjach. Mężczyźnie wydaje się zwykle, że jego zadaniem jest być twardym, męskim i stanowić oparcie. Że kobieta płacze, a mężczyzna ma być silnym ramieniem... Do tego mężczyźni raczej skupiają się na działaniu, albo starają się wytłumaczyć sobie i partnerce sytuację \"logicznie\", starają się znaleźć pocieszenie w takich właśnie faktach.
Mój mąż zachowywał się jak Ty mniej więcej. Wspierał, był silny żebym ja mogła być słaba. Nie poruszał sam tematu, żeby mnie nie zasmucać, wiedział że zaraz zacznę płakać itd. A jak ja to odbierałam? Że widać mu nie zależało skoro tak sobie radzi. Że to niemożliwe, żeby nie płakać po swoim dziecku jeśli się je kochało. Dopiero po jakimś czasie zapytałam \"Czy Ciebie to w ogóle obeszło?\" i wtedy zobaczyłam wszystko co w nim siedziało...

Nie chodzi o to, że coś zrobiłeś źle. Chodzi o to jak ona to odebrała, bo potrzebowała poczuć że nie jest z tym sama, że to nie tylko ją zabolało. A Twoją \"siłę\" i próby wsparcia odebrała jako obojętność. Do tego tłumaczenie, że to taka mała ciąża i że wielu kobietom się zdarza odebrała jako umniejszanie jej straty, na zasadzie \"nie ma co rozpaczać, zdarza się\". I nieważne, że dla Ciebie to nielogiczne. Kobieta która traci dziecko nie jest logiczna.... To trochę tak jakby ktoś jej zerwał skórę i była jedną wielką raną- normalnie np głaskanie, przytulenie czy dotyk odbiera normalnie i jako coś przyjemnego, ale z żywą raną każdy nawet teoretycznie miły dotyk może sprawić ból.

O relacjach pomiędzy partnerami: https://www.poronienie.pl/warto-wiedziec...i-partner/


Cytat:[autor cytatu=mkl]

Chciałbym zapytać się o kilka rzeczy:
Czy lekarz ginekolog miał prawo określić 2-3 tygodniową ciążę jako \"mechaniczną\" ?
Pierwszy raz widzę takie określenie, ale pewnie chodziło o ciążę biochemiczną. Tak określa się ciążę, kiedy jedynym jej potwierdzeniem jest wynik testu ciążowego/badania krwi a nie da się potwierdzić ciąży np na usg.
Cytat:[autor cytatu=mkl]
Czy to naprawdę tak duża moja gafa była?
Cóż... dla niej tak. Bo próbowałeś ją tym pocieszyć, umniejszyć znaczenie tej ciąży i straty. Ale każda z nas słyszała nietrafione pocieszenia (Poczytaj tu: https://www.poronienie.pl/warto-wiedziec...cieszenia/)
Cytat:[autor cytatu=mkl]
Czy fakt poronienia na tak wczesnym etapie, w ogóle może być uznany czynnikiem łagodzącym cierpienie kobiety ?
Wszystko zależy od kobiety. Dla jednej tak, dla Twojej jak widać nie był... Wszystko zależy od podejścia kobiety... jednak chyba większość nas tutaj dowiadując się o ciąży widziała już bobasa w swoich ramionach i od tej chwili poczuła miłość do tego dziecka... Niektóre tracąc ciążę wcześniej cierpiały mniej, inne tak samo jak na innych etapach. Tak na prawdę kobieta tracąc dziecko nawet na tak wczesnym etapie nie traci przecież zarodka. Traci to dziecko, które miało się narodzić, usypiać w jej ramionach, które miała odprowadzać do przedszkola, uczyć jeździć na rowerze, wysłać do szkoły, być na jego ślubie itd itd.

Cytat:[autor cytatu=mkl]
Czy moje słowa nt ciaży i brak wychodzenia z domu, czy to naprawdę mogło tak wpłynąć na pogorszenie jej stanu?
Na etapie wczesnej żałoby wszystko może zaboleć, nawet najbardziej niby nieznaczące słowo... Ale myślę, że na pogorszenie jej stanu bardziej wpłynął fakt, że czuła się osamotniona w tej stracie, wydawało się, że nikogo poza nią to nie obeszło i nikt tego nie rozumie.

Cytat:[autor cytatu=mkl]
Czy noszenie 2-3 kilogramowej siatki bądź sprzeczka mogła spowodować poronienie?
Raczej nie... Ale nie oczekuj od kobiety w tym stanie logiki. Ona jest jednym wielkim bólem.

Cytat:[autor cytatu=mkl]Czy raczej najbardziej prawdopodobną przyczyną mógł być ten nieszczęsny Gronkowiec?
Zdecydowanie bardziej prawdopodobne, choć niekoniecznie chyba to musiał być powód/jedyny powód. Ona może się czuć winna, dlatego szuka innych wytłumaczeń...

Cytat:[autor cytatu=mkl]Czy miała prawo przenieść swój ból na mnie, obarczając mnie odpowiedzialnością za utratę dziecka?
Na to pytanie chyba nikt Ci nie odpowie... Pewnie nie powinna, ale znów- na tym etapie człowiek nie kieruje się logiką. A nawet dobrze jest być trochę egoistą... Oczywiście nie powinno się przy tym ranić innych, nie zrobiła dobrze.. ale wtedy na prawdę takie głupie myśli przychodzą do głowy, tyle jest emocji, bólu, złości i rozgoryczenia...

Cytat:[autor cytatu=mkl]Może jednak wykazałem za mało zrozumienia dla jej stanu w jakim znalazła się po utracie ciaży?

Hm.. chciałeś dobrze, po prostu ona miała inne potrzeby. Zrozumienia może trochę było mało, ale wiele z nas tu twierdzi że nikt nie zrozumie kobiety która straciła dziecko. Ja uważam, że każdy może zrozumieć tylko obie strony muszą się starać- jedna zrozumieć, a druga być zrozumianą.


Jeśli nadal Ci na Niej zależy, to trzymam kciuki żeby Wam się poukładało. Jej pewnie też jest ciężko- straciła dziecko, a zaraz potem ukochaną osobę.
Odpowiedz
Michał, wspaniała sprawa że tutaj napisałeś. Myślę, że swoim postem pomożesz niejednej dziewczynie, której wydaje się że została sama z utratą dziecka, że Jej partner bagatelizuje sprawę. Jak widać Wy potraficie równie mocno to przeżywać. Tyle tylko, że mimo że nasz wszechświat jest jeden, to jednak My jesteśmy trochę z Wenus ;-) I tak to jest, że wiele spraw interpretujemy ciut inaczej.

Na pewno odpiszą Ci dziewczyny, które bardzo dobrze znają się na temacie, które będą umiały konstruktywnie odpowiedzieć na Twoje pytania. Ja tylko tak od strony emocjonalnej - kiedy straciłam ciążę (też na wczesnym etapie) poza strasznym żalem, bólem i wszelkimi tego typu odczuciami, stałam się niesamowicie zagubiona. I wiem, że nawet gdyby świat wokół mnie stał się idealny, wyreżyserowany wg mnie w każdym szczególe, nawet gdyby każdy mówił to co chcę słyszeć, znikał kiedy nie chciałabym go widzieć, teleportem zjawiał się na zawołanie, nawet gdybym znała wszelkie medyczne odpowiedzi na pytania które mnie nurtowały, gdyby zimą rosły stokrotki, a temperatura świata wynosiła zawsze perfekcyjne 36,6... wtedy też znalazłabym sobie coś, przeciw czemu buntowałabym się od czasu do czasu. Irracjonalnie, ale jednak.

Twoja dziewczyna być może jest na takim etapie. To Ty jesteś najbliżej i Tobie się obrywa. Wtedy czasem niestety nie liczą się intencje - tak piękne w Twoim przypadku... Niestety. To chyba trzeba przeczekać, konstruktywnie ale przeczekać.

Dużo siły Ci życzę!
(*) dla Waszego dzieciątka.
Odpowiedz
Dziękuję Wam bardzo za te odpowiedzi. Pisząc tutaj, miałem nadzieję, że usłyszę od Was właśnie to co mi przekazałyście. Zamiast rozmawiać o winie, chciałem abyście przeniosły w tej dyskusji swoje własne emocje, aby pomóc mi bardziej zrozumieć postępowanie swojej partnerki. Niestety w naszym przypadku takich rozmów zabrakło. Minąłem się z jej oczekiwaniami. Kiedy ona początkowo czuła ogromną potrzebę porozmawiania na ten temat, ja byłem przekonany, że najlepsze co mogę dla niej zrobić to ulżyć jej logiczną argumentacją, współczuciem i miłym słowem. Czegoś zabrakło, zapewne okazałem za mało empatii i nie poświęciłem jej wystarczająco dużo czasu. Kiedy sądziłem, że jest już lepiej, wcale lepiej nie było. Rzeczywiście, nie poruszałem sam pierwszy tego tematu, ponieważ sądziłem, że w ten sposób tylko pogrążę ją w bólu. A przecież kobiecie było potrzebne właśnie to aby przenieść swoje demony na bliską jej osobę, wówczas mężczyzna ( jeśli posiada w sobie wystarczającą ilość empatii ) jest w stanie ją przyjąć, i oddać jej tyle współczucia ile potrzebowała.

Jestem teraz świadomy, że rzeczywiście mogłem zrobić więcej, ale nie mogę sie za to obwiniać, z prostego powodu - bo chciałem dla niej jak najlepiej i cały czas starałem kierować się sercem.

Odrobinę pocieszające i wymowne jest dla mnie to, że tak jak napisałaś Snopka, każda słyszała nietrafione pocieszenia. Wynika to z ogromnych różnic we wzajemnym postrzeganiu, odczuwaniu. Zabawne jest to, jak różne słowa potrafimy użyć opisując tą samą sytuację, przypomina mi się pewna historyjka z dziewczyną, kiedy wspólnie sprzeczaliśmy się o kolor materiału pewnej sukienki - ona twierdziła że to fioletowy, kiedy ja usilnie twierdziłem że to niebieski :-) I wiecie do czego doszedłem? Oboje mieliśmy rację, bo każde opisywało to co naprawdę, realnie postrzegało.

Podobnym przykładem jest według mnie ginekolog, używający określenia \"ciąża mechaniczna\", cokolwiek to znaczyło, o którym to określeniu notabene nikt tu w dyskusji wcześniej nie słyszał ( głupi byłem, że bez zastanowienia powtórzyłem to partnerce).

Nawiązując do różnic we wzajemnym postrzeganiu, myślę, że mojej partnerce często w życiu brakuje właśnie takiej empatii która rozwinęłaby w niej możliwość współodczuwania. Dyskutowaliśmy o tym podczas jednej z rozmów, i odpowiedziałem na jej zarzuty, że nie dostrzega tego że ja też to przeżywam. Była skoncentrowana wyłącznie na swoich emocjach. Powiedziała, że w tej sytuacji czuła się tak źle, ze nie była w stanie myśleć dodatkowo o tym żeby mnie pocieszać. Ona nie rozumiała, że ja nie oczekiwałem pocieszenia, bo bez żadnych wątpliwości ona przeżywała bardziej dotkliwie. Po prostu chodziło o to aby dostrzec również w tym wszystkim chociaż odrobinę mnie. Ważne jest, aby uszanować fakt odmienności i pozwolić każdemu na przeżywanie w taki sposób, w jaki odczuwa to w swoim własnym świecie wewnętrznym. Można przeżywać ból, jednocześnie pozostawiając przestrzeń na to samo dla drugiej osoby.I tego mi niestety zabrakło - nie pomogłem jej tak jak oczekiwała, ale o mnie nie pomyślano w ogóle. Dlatego mimo iż mogłem zrobić więcej, tak bardzo zabolały mnie słowa o tym, że mi na dziecku nie zależało, że było dla mnie niczym.

Dziewczyna bardzo dobrze rozumie język polski ze słuchu, i całkiem dobrze sama się w nim komunikuje. Z czytaniem też bardzo dobrze, jak na rok nauki Smile Niestety, nie wiem czy kiedykolwiek pokażę jej tą dyskusję, obawiam się że zamiast docenić wartość słów jakie tutaj padły, przyjmie pozycję odpierającej ataki, dodatkowo susząc mi głowę o to że poruszam prywatne sprawy związkowe na publicznym forum. Pewnie tez usłyszę, że zmanipulowałem wypowiedzi, po to aby siebie wybielić itd.. Nie zrozumie, z jakiego powodu tak naprawdę przywędrowałem na to forum.

Nie mam pojęcia czy jest szansa uratować ten związek,problem sięga głębiej a partnerka chyba nie jest w stanie go dostrzec. Mimo iż dzięki Wam zyskałem dużo więcej zrozumienia dla jej zachowań i nieco inaczej teraz postrzegam cała sytuację, nie jestem w stanie znaleźć wytłumaczenia na to, że oskarżyła mnie o pośrednie przyczynienie się do utraty dziecka, coś pękło we mnie, jakbym stracił ostatnie resztki sił. Wcześniej już było nam ciężko z powodu tej odległości, ale jakoś dawaliśmy sobie radę częstymi spotkaniami i codziennymi kilkugodzinnymi rozmowami na Skype. W czerwcu planowaliśmy zamieszkać razem w Polsce. A to co usłyszałem na koniec to był taki łomot jakby walec po mnie przejechał. Pewnie jeszcze mi zależy, ale jednocześnie czuję, że zabito we mnie te najsilniejsze uczucia jakie człowiek jest w stanie podarować najbliższej mu drugiej osobie. Teraz ruch należy do niej, nie jestem w stanie zakwestionować tego jak odczuwam. Tutaj potrzeba chyba jej zrozumienia i chociaż odrobiny skruchy, a tego brak.

Wiem też, że w kolejnych sytuacjach życiowych problem może się powtórzyć, bo w przeszłości również miałem wrażenie że zachowuje się nieco egoistycznie, a to przecież jest bardzo trudno zmienić. Tutaj już ocieramy się o inny temat, którego chyba wolałbym nie podejmować na publicznym forum. Od tego jest terapia, do której podjęcia będę mocno nakłaniał dziewczynę, jeśli uda się reanimować ten związek. Ona moje słowa o odejściu wytłumaczyła sobie faktem, że znalazłem sobie drugą kobietę, pocieszycielkę na boku, co jeszcze bardziej mnie zniechęciło, bo to totalna nieprawda bo jestem jej od zawsze wierny, a ona zupełnie nie jest w stanie dostrzec realnej przyczyny rozstania. Od tamtych niemiłych chwil minęły już ponad 2 miesiące i może jestem w błędzie, ale wydaje mi się, że nie można wszystkiego usprawiedliwiać zagubieniem i emocjonalną huśtawką.



Dziękuję Wam, i ciesze się, że są wśród mnie takie osoby, które mają tak dużo serdeczności i współczucia, bądź co bądź dla zupełnie anonimowej Wam osoby. Pomogłyście mi dostrzec nieco więcej. Wszystkiego dobrego!

PS.

Cytat:[autor cytatu=Snopka]O relacjach pomiędzy partnerami: https://www.poronienie.pl/warto-wiedziec...i-partner/

Bardzo cenny link!
Odpowiedz
Myślę, że Twoja partnerka nie okazywała empatii dla Twojego bólu, bo z jej perspektywy go nie było... Jej się wydawało, że Ciebie to wcale nie boli. Wytłumaczyłeś sobie, że to taka malutka ciąża, że tyle kobiet roni i że to nic takiego... Te różnice w podejściu i odczuwaniu sprawiły, że ona Twojego bólu zupełnie nie widziała i nie wynika to raczej z tego czy jest empatyczna czy nie, tak jak nie z Twojej winy i Twojego braku empatii ona tak to odczuwała.

Co do tego jak odbiera powody rozstania.. cóż mogę sobie tylko wyobrażać, ale po stracie kobieta ma zwykle głupie myśli. Czuje się nie w pełni wartościowa.. Mogę sobie wyobrazić to, że wg niej rzuciłeś ją dla innej kobiety która nie jest \"wybrakowana\", która nie straci dziecka, która nie będzie \"histeryzować\", nie będziesz musiał jej pocieszać itd. Nie zdziwiłabym się też niestety gdyby jednak nie okazała skruchy, uznając że zostawiłeś ją w najtrudniejszym dla niej momencie, zamiast wesprzeć znalazłeś kogoś z kim będzie Ci łatwiej. Nie twierdzę, że tak jest. Po prostu tak to może wyglądać z jej perspektywy z tego co piszesz.
Odpowiedz
pozwól, że się trochę wtrącę mkl jeśli chodzi o wątek oskarżania i niemożności wybaczenia - jeśli zależy Ci na partnerce to rozważ to w kategorii słów, które czasem zbyt pośpiesznie się wypowiada... każdemu z nas zdarza powiedzieć się coś strasznie głupiego, nieprzemyślanego...wiem raniące, ale zadaj pytanie czy to, aby nie były tylko słowa wypowiedziane po to, aby sobie ulżyć...
jestem osobą, która dużo mówi i naprawdę zdarza mi się dość często powiedzieć coś w złości, coś w co tak naprawdę nie wierzę...a mówię to tylko po to, żeby zranić i żeby ten ktoś poczuł się tak jak ja w danej chwili...a potem długo żałuję wypowiedzianych słów...
mam nadzieję, że zrozumiałeś o co mi chodzi...przemyśl to zanim podejmiesz ostateczną decyzję... życzę dużo sił dla Ciebie i partnerki
Odpowiedz
Cytat:[autor cytatu=rodosek]
a mówię to tylko po to, żeby zranić i żeby ten ktoś poczuł się tak jak ja w danej chwili...

A czasem się mówi nawet nie po to, żeby zranić tylko... żeby sprowokować do jakiejś reakcji. Szczególnie jak się wydaje, że ktoś nic nie czuje, jest obojętny..
Odpowiedz
Poroniłam w 11 tc. Dzięki bardzo silnemu wsparciu mojego partnera nie załamałam się. Byłam mu tak wdzięczna za jego wsparcie, że to wypełniło miejsce na ból i żal. O tym jak bardzo mnie wspierał mówiłam wszystkimi. Byłam dumna i chciałam żeby wiedział, że doceniam to. Dzisiaj jestem już 3 tygodnie po poronieniu. Dotychczas było między nami bardzo dobrze, kto wie czy nie lepiej niż przed ciążą. Ale odkąd go znam, wiem, że ma psychikę, której nie mogę zrozumieć. Przez pewien czas jest dobrze, cieszymy się sobą, świetnie sobie radzimy ze wspólnym życiem, po czym z byle powodu, a czasami i bez, przychodzą dni milczenia i obojętności, gniewa się na mnie, jest zły. Mimo tego jak bardzo go kocham, za wczorajszą bezsensowną kłótnie i oddalenie się ode mnie jestem na niego wściekła, a przede wszystkim mam ogromny żal. Za to, że potrafi ranić, mam wrażenie trochę z premedytacją, po tym wszystkim przez co obydwoje przeszliśmy.

Nie chce zaśmiecać forum, bo wiem jak to ważne miejsce dla nas wszystkich. Ale trudno mi się tym podzielić z bliskimi, którym jeszcze niedawno opowiadałam jak fantastycznego mam faceta.

Na marginesie dodam, że jestem pełna podziwu dla zaangażowania tych osób, które piszą i pomagają na forum. Tworzycie wspaniałą wspólnotę. Dzięki Wam jest łatwiej.
Odpowiedz
patrycjaa bardzo mi przykro, że straciłaś dzieciątko z własnego doświadczenia wiem, że czas po poronieniu jest niesamowicie trudny zarówno dla Kobiety jak i dla mężczyzny... mi i mojemu mężowi po niecałym roku udało się porozmawiać o tym wszystkim co nas spotkało i jak to przezywaliśmy (razem i osobno). Też były dziwne kłótnie miewiadomo o co, dni nawet tygodnie milczenia, ja myślałam, że to jego egoizm, a on poprostu strasznie cierpiał... i ogromnie sie bał, ze nie potrafi mi pomóc w tym bólu, bo sam cierpi. Znam mojego męża 7 lat, a wtedy zapatrzona w siebie nie widziałam jak bardzo było mu ciężko, odwracał sie odemnie, bo nie mógł znieść mojego bólu... Jeśli mogęm coś szczerze doradzić, to zanim wkroczycie na taka trudną drogę jaka ja przeszłam z moim mężem, zrób mu niespodziankę i zabierz go na weekend gdzieś, gdzie będziecie tylko we dwoje, i tylko nie naciskaj na rozmowę i zwierzenia z jego strony. Mężczyźni maja silne poczucie bycia oparciem, nawet jeśli ich świat ez się wali. Kochana bardzo dożo wieloletnich związków przechodzi takie chwile, jednych to umacnia innych nie. Wiedz, że z miłością i wybaczeniem przetrwacie te strasznie trudne chwile i tego Ci życzę
Odpowiedz
Patrycjaa dla maluszka (*)
My kobiety niestety mamy zupełnie inną psychikę niż nasi mężczyzni :roll: Jest bardzo wcześnie.Rany są bardzo świeże,ból jeszcze ogromny a organizm jeszcze nie uspokoił się potrzeba czasu,czasu i jeszcze raz czasu.Marzy mi się,żeby przeżycia straty dziecka zawsze umacniały związek.
Dużo sił Wam życzę.
Odpowiedz
Patrycjo, ależ pisz tutaj. Nie zaśmiecasz, bo to forum jest właśnie dla nas i na takie również tematy.

Polecam poczytać na naszej stronie:
https://www.poronienie.pl/warto-wiedziec...i-partner/
A dla partnera:
https://www.poronienie.pl/warto-wiedziec...a-facetow/
Odpowiedz
Mój związek się sypie. A tym razem mialo byc inaczej. Tym razem bylam zaangazowana calkowicie, tym razem on tez sie angazowal. To dlaczego nie wychodzi?
- poronienie zmienilo mnie. Nie jestem szczesliwa osoba. On nie jest w stanie dac mi szczescia. Zaden slub czy wspolne mieszkanie nie sa w stanie mi tego dac. Szczescie to serce bijace pod moim. On tego nie rozumie. Mowi o tym jak o wymowce. To boli.
- kiedy go poznalam pracowal w Niemczech, cwiczyl, czytal ksiazki - teraz nie robi zadnej z tych rzeczy. Spotyka sie ze mna, owszem, bardzo mi pomaga, ale mam wrazenie, ze dla swojego rozwoju nie robi nic i dla naszej przyszlosci rowniez. Przestaje byc dla mnie atrakcyjny.
- unika problemow - nawet jak go cos zaboli to nie powie o tym, ale ja to oczywiscie odczuje
- prowadzi ciagly bilans zyskow i strat - dlatego nie wiem czy mnie kocha naprawde. Nie zrobi czegos, jesli ja nie wyraze inicjatywy. A jesli oboje nie robimy nic i ja w koncu wybucham - wtedy ma do mnie pretensje
- obarcza mnie tym ze sie klocimy - bo to ja wybucham, nie patrzy na to ze w ten sposob czesto wyjasniamy problemy. Mowi ze powinnismy o nich rozmawiac, ale sam milczy i udaje ze nic nie widzi dopoki da sie jeszcze w tym wytrzymac, a ja sie dusze
- zaczyna mi brakowac z nim tematow
- nie probuje w ogole wejsc w moja skore - obraza sie, a jego wytlumaczeniem jest zawsze \" czy ty probowalas wejsc w moja\"? Tak...czasem probuje i widze ze poprzez pragnienie sprawiedliwosci jest niesprawiedliwy. Bo nie powinien mnie traktowac tak jak swoich kumpli czy jak ojciec traktowal jego. Jestem inna osoba niz Ty - mam ochote krzyczec, ale on postrzega moja wrazlowosc jako slabosc. Czasem chcialabym zeby on mnie akceptowal bardziej niz rozumial.
- na poczatku motywowal mnie do rozwoju - mowil chodzmy tu, zrobmy to... robil szalone rzeczy. Teraz tego nie robi. Teraz z gory wie ze czegos nie bede chciala, nawet nie probuje wymyslac nowych atrakcji. Czy jestem az tak negatywna?
- \"Nie wiem\" - te slowa coraz czesciej padaja z jego ust. Ja tez nie wiem... nie wiem czy on chce byc ze mna.
Powiedzial mi zebym nie pozwolila mu odejsc. Ale to nie tylko on jest kotem w tym zwiazku. Kot we mnie sie buntuje - dlaczego ma sie dostosowywac do osoby, ktora zaczela dawac mniej niz dawala kiedys? Ktorej nie moge byc pewna. Ktora swoja milosc uzaleznia od bilansu zyskow i strat.

Mysle ze nasze konflikty zatruly nasza milosc. Mysle, ze mimo checi nie umiemy przejsc... nie, to on nie umie przejsc na porzadek dzienny. On nie potrafi wybaczyć moich uniesien. I ja juz tez nie potrafie... nie jestem w stanie mu calkowicie wybaczyc tego gdy zostawil mnie w maju, gdy nakrzyczal na mnie kiedy moja babcia umarla, gdy tydzien po informacji ze moglam poronic przestal sie do mnie odzywac, bo spielismy sie w kwestii wyobrazen o wspolnym zyciu.
Teraz ja tez mowie \"nie wiem\". Nie wiem czy powinnam byc z takim czlowiekiem. Nie wiem czy powinnam walczyc, czy go zostawic, zeby nie zadac sobie i jemu wiecej ran.
Czesc mnie go kocha, bardzo mocno go kocha, ale czesc... jest nim rozczarowana.
Odpowiedz
Straciłam moje dziecko w 10 tygodniu ciąży. Mój Andrzej był bardzo wspierający i widziałam że bardzo jest mu żal. W różny sposób okazywał mi wsparcie i naprawdę miałam poczucie ze nie jestem z tym zupełnie sama. Teraz kiedy minęło już trochę czasu on już nie ma takiej potrzeby żeby o tym ze mną rozmawiać..Myślę że to dobre bo daje mi możliwość myślenia o czymś innym. Kiedy nieporadnie próbuję się zajmować różnymi rzeczami zauważam ze chwilami mniej czuje ten ból i żal i jest mi lżej i łatwiej. Tylko jemu się to udaje, żebym zapomniała o przykrościach i miała nadzieje na lepsze jutro. Nie myślałam że aż tak mu na mnie zależy i że aż tak mnie kocha. Nie spodziewałam się, że w takim momencie otrzymam od niego tyle miłości. Z każdym dniem dochodzę do wniosku że wszystko to dzieje się po coś. Że to że straciłam nasze dziecko też być może gdzieś miało głębszy sens i miało właśnie tak zmienić nasze życie byśmy zbliżyli się do siebie jeszcze bardziej. Po to żeby nasze przyszłe dzieci miały kochającą rodzinę.
Odpowiedz
Mój mężczyzna i poronienie..
Za pierwszym razem oboje widzieliśmy nieruchomy obraz USG, razem słyszeliśmy od położnej, że nie ma akcji serca.
Pojechaliśmy wtedy do domu, a On wyszedł, był umówiony. Obiecał, że wróci szybko. Nie stało się tak. Do późnego wieczora byłam sama, płakałam, byłam zrozpavczona a mój mężczyzna nawet nie odbierał telefonu.. Wrócił pijany. Miałam mu to za złe. Próbowałam sobie tłumaczyć, że on odreagował w ten sposób ale tak na prawde.. nie umiem mu tego wybaczyć do tej pory.
O stracie raczej nie rozmawialiśmy.
Teraz, za drugim razem otwarcie powiedziałam, że oczekuje wsparcia, że go potrzebuje. Kolejny raz się zawiodłam. Kiedy roniłam on pijany chciał spać, był wręcz niemiły dla mnie. Kolejnej nocy miałam wrażenie, że przeszkadza mu nawet mój płacz..
Przeprosił. Chyba zrozumiał. Jest lepiej. Jednak ja ciągle mam wrażenie, że nie do końca mnie rozumie.
Wczoraj w końcu zdobyłam się na odwagę i zapytałam czy kocha swoje dwa Aniołki. Zapytał jakie Aniołki..
Z kolejnych wypowiedzi dowiedziałam się w końcu jak on traktuje te straty.
Dla niego to nie były dzieci, nie traktuje naszego związku jako związku z dwójką dzieci. To były płody, nieudane próby.
Zabolało. Okropnie. Tym bardziej, że kiedy dzieci były w brzuchu żywe mówił o nich dzieci.
Dodam, że on jest niewierzący i patrzy medycznym punktem widzenia.
Powiedział, że to, że tak to postrzega nie znaczy, że nie cierpi i że szanuje moje podejście. Jemu jest tak łatwiej.
Wiem, że muszę się z tym pogodzić i uszanować i to podejście, jednak te słowa tak strasznie bolały..
Przecież to były moje dzieci.. nie płody, nie próby. DZIECI.
Odpowiedz
Aleksandro, tak bardzo mi przykro :/. Przykro mi również, że nie mogłaś liczyć na wsparcie partnera w momentach, w których najbardziej tego potrzebowałaś. Ja rozumiem, że mężczyźni mogą to przeżywać inaczej, ale w takich momentach powinni być wsparciem, a nie uciekać w alkohol.
Dla Ciebie to były dzieci i tego się trzymaj - nie musisz się z tego nikomu tłumaczyć.
Odpowiedz
Czytam ten wątek i czytam. Widzę, że duża część z nas nie ma tego wsparcia, które powinno być. U mnie również tak było..
Kiedy podejrzewałam, że jestem w ciąży nie docierało do mnie tak naprawdę co to znaczy. Zrobiłam test z partnerem, był pozytywny. Nie cieszyłam się za bardzo, nie planowaliśmy kompletnie dziecka. Z upływem tygodni zaczynało do mnie wszytko docierać. Ciąża. Dziecko. Dalej pracowałam, wracałam bardzo późno. A nie powinnam, nie dbałam o siebie chyba tak jak powinnam i tak jak sobie wyobrażałam, że powinnam.
Na pierwszym usg nie byłam sama, tzn mój partner czekał na mnie pod kliniką, to był 6 tydzień. Na kolejne, już u lekarza prowadzącego (10tc) przyszłam sama. Partner pracował, ok, rozumiałam. Na usg wszystko było dobrze, tak przynajmniej mówił lekarz. Słychać było bijące maleńkie serduszko, co dla mnie było szokiem. Następne tygodnie mijały, koło 14-15 tc intuicja podpowiadała mi dziwne rzeczy, że coś jest nie tak. Zignorowałam to, ponieważ nie miałam żadnych dolegliwości. Żadnych bóli, plamień, nic. Jakiś tydzień później złe przeczucie nie ustępowało. Rozmawiałam na ten temat z siostrą, mówiła "przestań wymyślać, naczytałaś się głupot w internecie". Ok, pomyślałam, może ma rację. Ale kilka dni póżniej mimo wszystko postanowiłam iść do ginekologa. Zapisałam się do prywatnej kliniki. Musiałam przełożyć termin wizyty na 3 tygodnie później. Lekarz powiedział, że szkoda moich pieniędzy, jeśli chodzę państwowo do lekarza, że teraz niewiele będzie widać. Ok, nadszedł dzień wizyty. Partner zawiózł mnie na wizytę i pojechał do domu. Nie chciał być na usg i zobaczyć maluszka. Powiedział, że nie lubi szpitali i lekarzy. Zabolało, trudno.. Jak tylko lekarz zaczął wykonywać usg, wiedziałam, że coś jest nie tak. Byłam w 20tc, ale miałam bardzo mały brzuch. W pracy mówili, że dlatego, bo jestem szczupła. Lekarz potwierdził obawy. Dziecko było bardzo chore, wiele wad wrodzonych, nie będzie miało szans na przeżycie, o ile dotrwa do porodu, przyczyna nieznana oczywiście. Załamałam się, nie rozumiałam co mówi do mnie lekarz. Moje dziecko umrze? I to ma być najlepsze wyjście, żebym poroniła? Nigdy bym nie przypuszczała, że może mi się coś takiego przytrafić.. Od razu zostałam zapisana na kolejne badania, amniopunkcja, genetyk. Zadzwoniłam, żeby partner wrócił po mnie pod klinikę. Jak wracaliśmy wszystko mu powiedziałam, co lekarz mi. Nie mówił za wiele, rozumiałam go. Na pewno też nie spodziewał się tego, takiego obrotu spraw. Całą drogę do domu płakałam.
Dzień amniopunkcji, genetyka. Partner czekał w klinice. Pobrali mi płyn owodniowy. Na wynik miałam czekać do 3 tygodni. Lekarz uprzedził, że zanim dostanę wyniki mogę poronić. Niby wiedziałam, że stracę dziecko. Niby się z tym prawie pogodziłam. Oczekiwanie na wynik miało potwierdzić czy kariotyp dziecka jest prawidłowy. Był. Kariotyp był prawidłowy. To był chłopiec, tak jak przeczuwałam. Dwa dni później pojawiłam się u lekarza z wynikiem. W pracowni usg było dwóch lekarzy i chyba dwóch stażystów. Wynik usg trochę mnie zszokował. "Akcja serca ustała, tu już nic nie ma" powiedział jeden lekarz do drugiego. Nasz dzidziuś, nasz maleńki chłopiec już nie żył. We mnie, umarł we mnie. Prawdopodobnie jakiś tydzień temu lub dwa.. Pod sercem nosiłam nieżyjącego małego chłopczyka. Wyszłam z pracowni i poszłam do izby przyjęć, żeby przyjęli mnie do szpitala na zabieg. Powiedziałam partnerowi. Nic specjalnego nie powiedział, może się tego spodziewał? Nie wiem. Dziwne było jednak dla mnie to, że nic nie czułam, żadnych objawów poronienia. Nic, zero. Następnego dnia pojechaliśmy do szpitala. W końcu zaprowadzili mnie na oddział, partner nie chciał nawet ze mną przejść na oddział. Pojechał do domu. Dostawałam oczywiście tabletki na wywołanie skurczy. Byłam sama, obok w tej samej sali była Aneta, a z nią a to mąż, to siostra, mama.. Koło 13 dopiero przyjechał z kilkoma rzeczami dla mnie partner. Ale tylko na godzinę. Bo tyle wrzucił do parkometru, bo jak pisałam wcześniej nie lubi szpitali, bo się nudzi, bo pojedzie sprzątać w domu.. Pojechał. Załamałam się jego podejściem. Naprawdę, czy wszystko inne było ważniejsze ode mnie i naszego martwego już dziecka, które miałam urodzić? Trudno, pomyślałam. Zawsze musiałam radzić sobie sama, to tym razem też dam radę. W naszym związku to ja podejmowałam prawie każdą decyzję, on sam - nie chciał bez konsultacji ze mną. Może i dobrze liczył się z moją opinią, ale facet ma być facetem i chociaż od czasu do czasu (wg mnie) powinien być tym facetem.
Późnym popołudniem przyjechała po pracy do mnie siostra i koleżanka ze szkoły. Muszę napomknąć, że z tą koleżanką widuję się raz na kilka miesięcy. Jak tylko dowiedziała się gdzie jestem, od razu przyjechała, a spędziła u mnie 2 godziny..
Wieczorem zaczęłam mieć bóle brzucha, nie chciało mi się wierzyć, że tak szybko to pójdzie. U Anety - dziewczyny obok w sali trwało całą noc, zanim do czegokolwiek doszło. Na myśli mam bóle i resztę. Skracając, momentalnie zaczęłam krwawić. Ból był prawie nie do zniesienia. Ledwie doszłam do zabiegowego, mało by brakowało a wszytko skończyłoby się w toalecie..
Po wszystkim zadzwoniłam do partnera, powiedział, że to dobrze, że już po wszystkim, odpoczywaj. Tyle. Rano koło 9:30 zadzwoniłam do niego znowu i powiedziałam, że mnie wypiszą dziś, pewnie przed południem tak jak Anetę. Przyjechała do mnie druga siostra przed pracą. Piszę jeszcze raz do swojego, zapytać gdzie już jest (było koło 11), "za dwadzieścia minut będę wyjeżdżał gdzieś", takiego smsa dostałam. Przed 12 musiałam zwolnić łóżko dla następnych kobiet, Anetę dawno zabrał mąż, siostra i mama. Przykro było na to patrzeć, że mimo cichej nadziei o tym, że chłopak pojawi się wcześniej byłam z tym sama. No, ktoś mógłby powiedzieć z siostrą. Owszem, ale nie jesteśmy zbyt zżyte ze sobą, a jednak przyjechała. Było prawie w pół do pierwszej zanim pojawił się w szpitalu. Nie odzywałam się do niego prawie w ogóle w drodze powrotnej. Postanowiłam zrobić to w domu. Spytał mnie dlaczego jestem zła i obrażona na niego. Zszokował mnie tym, dziwił mi się? Zapytałam czemu tak późno przyjechał - zaspał. Tak się głupio tłumaczył. Wg mnie to śmieszne tłumaczenie, powiedziałam, że skoro zaspał to nie było to dla niego na tyle ważne żeby być u mnie w szpitalu wcześniej. A powinno. Uważam, że jako odpowiedzialny przyszły czy też nie ojciec powinien być przy mnie. Zwłaszcza, że już urodziłam tym bardziej powinien mnie podtrzymywać na duchu, wspierać. Od tego chyba jest partner tak? Bardzo bolało mnie jego zachowanie, a raczej jego brak. Dalej nie rozumiał czemu się złoszczę, a ja nie byłam zła. Byłam zawiedziona, rozczarowana, że w najważniejszym i najbardziej bolesnym momencie mojego (a powinno być i w jego) życia byłam z tym wszystkim sama, jego nie było przy mnie. Od południa do samego wieczora płakałam. Sądziłam wcześniej, że będzie to łatwiejsze, że jakoś to przełknę i dam radę żyć w miarę normalnie. Nie było tak niestety jak sobie wcześniej wymyśliłam. Ryczałam i ryczałam, a on nic. Ani się nie odzywał ani nie patrzył na mnie. Grał na konsoli, jak gdyby nigdy nic, oglądał telewizję, "siedział w laptopie". Zachowywał się jak co dzień, jak by nic się nie stało. Jakbym wymyśliła sobie tę ciąże i to wszytko. Ani w dzień wypisu ani następny nic nie jadłam, nie miałam sił. Dopiero następnego dnia wieczorem postanowiłam podjąć drugą próbę rozmowy.
Dalej mówił to samo, że zaspał i nic na to nie poradzi, że nie związał się z tym dzieckiem, że w zasadzie to nie dziecko, bo było bardzo malutkie (nie rozwijał się prawidłowo, jego waga w momencie śmierci to ok 150 g na 24 tc) i chyba to zabolało najmocniej. Jak mógł powiedzieć coś takiego? Szok.. Wygarnęłam mu wtedy wszystko. Niby mówił, że wie że nawalił. Co z tego, że to mówił. Widziałam, że nie docierało to do niego. Znam go. Nie pamiętam na czym skończyła się rozmowa, pamiętam tylko, że płakałam...
Trochę znowu zbaczam z tematu, wiem, ale jeśli tego nie napiszę nie będzie puenty, którą chcę przekazać.
Chyba następnego dnia zaczęłam myśleć czy zrobić pogrzeb naszemu małemu synkowi. Nie chciałam go wcześniej, bo czułam, że to będzie za dużo, że nie dam rady psychicznie a zarazem finansowo. Zmieniłam po porodzie jednak zdanie, czułam potrzebę zrobienia go. Nie wiem jak to nazwać, czułam, że jeśli tego nie zrobię będę żałować do końca życia. Powiedziałam o tym partnerowi. Był przeciwny, że to za drogo. Posmutniałam. Chciałam pochować maluszka jak należy, mimo tego że był malutki.
Musieliśmy podjąć ostateczną decyzję czy zabieramy chłopczyka czy nie. Rozważaliśmy wszystkie za i przeciw. Finansowo dalibyśmy radę, dowiedziałam się o 4,000 zł z zusu, świetnie pomyślałam. Jednak powiedział, że to będzie dla niego za trudne. W pewnym sensie rozumiałam, w wieku 10 czy 11 lat stracił mamę, więc wie jaki to ból. Powiedział, że pogodził się ze śmiercią malucha już jakiś czas temu i nie chce tego rozdrapywać, że pogrzeb to będzie dla niego i dla mnie jeszcze większa trauma, że dopiero wtedy będzie nam ciężko. Czy dla mnie byłaby to trauma? Może trochę, ale tego potrzebowałam właśnie. Do godziny 15:00 musieliśmy podjąć ostateczną decyzję. Zaraz po porodzie podpisałam zgodę o zrzeczeniu się praw do pochówku, teraz ją podtrzymałam. Pomimo że chciałam bardzo pogrzebu zrezygnowałam z niego. Dlaczego? W drodze powrotnej poprosiłam by zatrzymał się przy zakładzie pogrzebowym niedaleko naszego domu, jak rozmawialiśmy. Chciałam wiedzieć jaki byłby koszt pogrzebu. Nie wiem czemu, ale jak wyszłam z zakładu poczułam jakiś wewnętrzny spokój. Miałam znowu cichą nadzieję, że koszt pogrzebu zmieniłby jego decyzje i że pochowamy maleństwo. Niestety. Wróciliśmy do domu. Powiedział, że nie chce przez to przechodzić, że to będzie bardzo trudne dla niego. Miał łzy w oczach. Nie chciałam by cierpiał teraz, a co dopiero na pogrzebie. To właśnie wtedy mnie przekonał, a w zasadzie nie musiał. Jego ból jaki widziałam w oczach i łzy dały mi do zrozumienia, że muszę mu pomóc. Wesprzeć go. Wiem, on tego nie robił jak go potrzebowałam, ale go kocham i dla niego zrobiłabym wszystko. Zadzwonił więc do szpitala, że dalej podtrzymujemy decyzję. Zaczęłam płakać, znowu. Może dlatego, że dotarła do mnie informacja o tym, że nigdy nie zrobię pogrzebu maluchowi, że nie będę chodziła na jego mały grób. Nie wiem, może z żalu, ze złości, że to właśnie nas spotkało. Widziałam, że partner czuł się winny z powodu jaka decyzja została podjęta ostatecznie. Przyznaję, czułam żal. Jednak miłość do niego i pamiętny ból, odsunęły złe myśli ode mnie.
Teraz, po kilku dniach od straty synka zaczynam myśleć, że dobrze postąpiłam. Nie wiem czy byłabym w stanie normalnie funkcjonować wiedząc, że zraniłam najbliższą mi osobę w życiu w taki sposób. Może podczas tego wszystkiego co się działo nie okazywał swoich uczuć, bo nie potrafił. Nie wiedział jak się zachować. Powiedział, że jak się nie odzywałam do niego nie wiedział co zrobić, żeby mnie nie zranić. Z perspektywy czasu patrząc na nasz związek, to ja podejmuję zdecydowaną większość decyzji, więc czułam, że jestem mu winna wsparcie, tego potrzebował.
Teraz nie jest już łatwo. Myślę cały czas o maluchu i płaczę. Na pewno będzie to jeszcze długo trwało. Pociesz mnie fakt, że rozmawiamy, rozmawiamy o następnym dziecku. Przed tym oczywiście badania i tak dalej, ale mam nadzieję, że z czasem będzie lżej.
To moja historia, w sporym skrócie i tak Wink Także drogie kobietki i nieliczni (ale bardzo tu potrzebni !!) panowie, musimy się wspierać. Wzajemnie, oni też tego potrzebują mimo że nie mówią. My także.
Odpowiedz
Karolino Twoja strata jest jeszcze bardzo świeża. Mam nadzieję, że Twój partner pomoże Ci przejść przez czas żałoby, że będziesz mogła na niego liczyć w każdej sytuacji, że doceni to co dla Niego zrobiłaś.
Odpowiedz
(Tue, 13 Stycznia 2015, 17:35:45)gagusia1988 napisał(a): Karolino Twoja strata jest jeszcze bardzo świeża. Mam nadzieję, że Twój partner pomoże Ci przejść przez czas żałoby, że będziesz mogła na niego liczyć w każdej sytuacji, że doceni to co dla Niego zrobiłaś.

Chciałabym żeby docenił. By i on był dla mnie wsparciem. Czasem mam tylko wrażenie, że moment, w którym widziałam jego łzy był ostatnim, tzn więcej nie obnaży się przede mną w ten sposób i tyle będzie ze wsparcia. Zastanawiam się też czy dotarło do niego z czego zrezygnowałam dla niego, by nie cierpiał podwójnie.
Odpowiedz
Kiedy odszedł nasz Filiepk jego tata przeżył to chyba bardziej niż ja.
Był bardzo wrażliwym człowiekiem,takim co pochyla się nad losem pająka.
Ja wtedy w moim bólu,żalu,cierpieniu nie dopuszczałam go do siebie,nie chciałam by mnie przytulał by nawet cokolwiek mówił.
Po śmierci Filipka nasze drogi się rozeszły,nie byliśmy małżeństwem.
Wiem od znajomych że zaczął pić,że hazard był jego "dobrym kumplem"
Wiem że to też moja wina bo go odtrąciłam ale wtedy nie potrafiłam inaczej,byłam ja i mój ból a reszta świata mnie nie obchodziła.
Ja wróciłam do życia,choć nie ma dnia bym nie myślała o nich obojgu,a on.......depresja,próba samobójcza.
Nie wiem gdzie on dziś jest,nie wiem co się z nim dzieje,nikt z naszych wspólnych znajomych tego nie wie.
Mam nadzieje że mi wybaczył,wtedy nie potrafiłam inaczej,przecież nigdy nie chciałam go zranić.
Kobiety ojcowie waszych dzieci przeżywają śmierć tak samo jak my,a może jeszcze bardziej tylko że przy nas próbują być silni,nie odtrącajcie ich,ten ciężki okres należy przejść razem.
Odpowiedz
Ja miałam ogromne wsparcie od mojego męża. Ja potrafiłam zapłakać, mówić co czuje a on nie. Jest bardzo silny na zewnątrz jednakże jak sobie przypomnę te wielkie smutne oczy, którymi na mnie patrzył tego dnia, gdy dowiedzieliśmy się że dziecko nie żyje to przeszywa mnie taki ból. Nie potrafię nawet opisać tego smutku w tych czarnych źrenicach. Były jak otchłań, nie znajdywałam w nich nic tylko żal. Do dziś mnie to strasznie porusza.
Odpowiedz
Moj partner jest bardzo twardy psychicznie, nie okazuje uczuć, ale kiedy przezywaliśmy najgorsze dni w całym naszym związku on był ze mna. Nie płakał nie skupiał się na sobie- była cały dla mnie. Nic nie mówił-po prostu przytulał,ocierał łzy. siedział ze mną w szpitalu od rana do wieczora. Dopiero po tygodniu doweidziałam sie co czuł i co czuje...A ja mysłałam,że on się po prostu dowiedział i pogodził z sytuacją..
Mężczyźni po prostu przezywaja to inaczej...
Odpowiedz
Mój mąż zostawia mnie 2 miesiące po poronieniu. Pomóżcie ... !!!!
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 2 gości