Miało być moim szczęściem..
#1
Niedługo minie miesiac od poronienia.

Najpierw miałam tylko i wyłącznie pustkę w sercu i mysli o smierci. Mimo dobrego meza, i czwórki dzieci w domu.. nic nie miało sensu. Szukanie pomocy, nic nie powodowalo, żebym czula ze jest jeszcze coś po co warto żyć. Że bedę się cieszyc zyciem..

Miałam poronienia wczesniej, 3 razy, pomiedzy zdrowymi ciążami i urodzonymi żywymi dziecmi, okolo 9 tygodnia.. ale teraz to był 15 tydzien ... Badania prenatalne prawidłowe, wszystko ok... tak bardzo sie cieszyłam...

Na wizycie podczas usg lekarz nie znalazł bicia serca. Dziecko leżało bezwładnie, nieruchomo na dnie macicy.. serce mi pękło na milion kawałków, czuję, że wielu z nich nigdy już nie poskładam na nowo..  

Dostałam skierowanie do szpitala na wywołanie porodu.. nie mogłam znieść mysli, że bede rano czekać z kolejką cieżąrnych czekających jak co dzień, na planowe przyjecie na oddział, po prostu nie mogłam. Pojechałam do szpitala o 4 nad ranem, sama, taksówką. Przyjeli mnie, wszystko zdarzyło się samo, delikatne skurcze i rozwieranie szyjki macicy, mówiłam, że nie muszą podawac nic, bo już się dzieje, ale na wszelki wypadek podali lek dopochwowo, mimo że czułam, że już idzie... Po 5 minutach złapałam synka w łazience szpitalnej na ręce... nacisnęłam ten przycisk alarmowy co są w toaletach i przyszły położne i go delikatnie i z szacunkiem zabrały ode mnie...

Nie chciałam pomocy od nikogo, ani nie chciałam życ. Pierwsze 2 tygodnie po, to był jakiś koszmar.. Najbardziej wróciły mnie do zycia dzieci. I mój najmłodszy dwulatek..

Piszę tu, bo wiem w środku, że to jest lecznicze i dobre. Że przywraca mnie do zycia. Jestem generalnie w ogromnym szoku, że tak wiele z was przechodzi przez to samo doswiadczenie.. myślałam, że to tylko i wylacznie moja wina, że cos robiłam nie tak, coś zjadłam, wziałam za ciepłą kąpiel, miałam za niską dawkę Acardu, nie wiem...

Potem, w odruchu w kierunku powrotu do  zycia i zrobienia czegoś dla siebie, poszłam do dentysty na zaplanowanie wyrwania ósemki, która jest zdrowym zębem, ale jest zbyt oddalona od innych i nie bierze udziału w procesie żucia, ale zostawilam to po radzie poprzedniej dentystki na potem, na po porodzie. Zęby miałam wg niej ok, nawet szarpnęłam się przed ciążą na pantomogram, taki rentgen całej szczeki, żeby wykluczyc wszelkie zagrozenia ze strony zębów. Mówiła, że jest ok.

No i trafiłam do nowego stomatologa chirurga, pokazuje przy okazji ten pantomogram na płycie CD, chce umowic się na wyrwanie tego niepotrzebnego zęba. A on pokazuje mi coś na rentgenie i pyta, czemu nikt nie wyleczył mi tego rozległego stanu zapalnego koło jednego korzenia? Że bakterie już wtedy, miesiac przed ciazą były rozlane i wchodziły w kość szczeki...

Sad

czujecie...? Zmroziło mnie i jak obuchem w łeb.. Szok totalny i smutek..

Nie mam jeszcze wyników histopato dziecka, ale zastanawiam się, czy to nie mogło byc przyczyną.. z jednej strony czuję już nawet nie wsciekłość w kierunku poprzedniej dentystki, że jak jako lekarz tego mogła nie zauwazyc?? .. bardziej poczułam smutek po prostu.. że to było coś co mogłam wyleczyć!!! Zrobić coś... ale też to odrobinę pomogło mi mniej nienawidzic siebie, że może jednak zrobiłam wszystko co mogłam, że może to nie była moja wina...

Umówiłam się na leczenie kanałowe, bede robic pomału wszystko co trzeba u tego nowego dentysty.
Napisałam do was.
Dziś idę z papierami od USC byc moze zorganizowac pogrzeb, o ile wystarczy mi sił.

Dziękuję wam przede wszystkim za to forum, za mądrą moderację i wiele konkretnych pomocnych słów. To niezwykłe miejsce, i te trochę wątków, które tu przejrzałam, dały mi wsparcie, jakiego w ogóle nie spodziewałam się poczuć..
Dzięki dziewczyny, za to że jesteście i otwieracie serca, poswiecacie czas komus po drugiej stronie monitora, z innych miast, kogo w ogóle nie znacie. Dziękuję.
Odpowiedz
#2
Annie, bardzo mi przykro.
Nie będę pisać, że nie ma co się obwiniać, szukać przyczyny... Sama to słyszałam i wiem, że przyczyny i tak się szuka i o tym myśli. Nie będę pisać, że kiedykolwiek Twoje serce się poskłada, a ból zniknie. Nie mam o tym pojęcia. Ale wiesz, ja Ci życzę dużo siły i wsparcia. Życzę Ci aby Twoje otoczenie i Ty sama dała sobie przeżywać tą stratę w taki sposób i tak długo jak potrzebujesz.
Odpowiedz
#3
Dziekuję.. nie dalam rady dziś pójść do zakładu pogrzebowego, jutro może dam radę..

To szukanie przyczyny jest straszne.. z jednej strony część mnie zaczyna znowu pragnąć tego ostatniego dziecko, na zakończenie mojego macierzynstwa, a z drugiej się tak boję. I koło się zamyka, bo jeśli chcę kiedyś znów spróbować, to jest przecież mnóstwo rzeczy i badań, jakie trzeba zrobić, i ten strach póki co mnie paraliżuje..
Odpowiedz
#4
Daj sobie czas. Na wszystko. Na żałobę. Na planowanie. Na badania. Na życie. Na płacz. Na oddech.
Bardzo Ci współczuję.
Odpowiedz
#5
Dzięki PiBi.. to taki dziwny stan teraz. Są chwile, że tkwię w jakimś zawieszeniu i patrzę się w jakiś punkt 20 minut, po prostu znikam. Innego dnia odważam się myślec o staraniach i tym, czy jeszcze bede miec szanse... nazajutrz mam wrażenie, że jest już za późno, bo wiek (39) już działa na moją niekorzyść... taki chaos emocjonalny..
Odpowiedz
#6
(Tue, 06 Października 2020, 18:29:10)Annie napisał(a): To takie trudne, pierwsze poronienie to w ogóle było bagatelizowane, bo wcześniej urodziłam przecież pierwsze zdrowe dziecko. Potem wszystko ok, 3 kolejnych zdrowych dzieci. A teraz dwa poronienia po moim dwulatku...
Takie poronienia jedno po drugim to dla mnie coś niewyobrażalnie trudnego. Takie zachwianie ufności w swój organizm...

Annie, przeniosłam tę część Twojego posta tutaj - tam staramy się trzymać kwestii merytorycznych, związanych z badaniami.

Ja straciłam moje pierwsze dzieci, dwójkę. Bardzo trudno było mi patrzeć w przyszłość, trudno było uwierzyć, że następnym razem może być inaczej. Pozwól sobie na przeżycie żałoby, po tym dziecku a może i po tych wcześniej utraconych. Wiem, to trudne, kiedy tak strasznie boli i chciałoby się, żeby przestało już.
Odpowiedz
#7
(Wed, 07 Października 2020, 09:48:12)asza napisał(a): Annie, przeniosłam tę część Twojego posta tutaj - tam staramy się trzymać kwestii merytorycznych, związanych z badaniami.

Jasne, rozumiem jak najbardziej.

Dziś napisałam list do tego malucha. Zawinęłam wszystkie pozytywne testy ciążowe materiałową tasiemką razem, jeszcze tylko znajdę jakąś pieluszkę tetrową lub kocyk i zawiozę to do prosektorium, żeby zawinęli razem z dzieckiem do pogrzebu..

Wiecie co, dało mi to dużo spokoju.. ten list i zrobienie tego...
Odpowiedz
#8
Ja poprosiłam dzieci o narysowanie laurek na pożegnanie, trafiły do trumny razem z moim listem. Też czułam spokój. Dużo sił na te sprawy organizacyjne i na to, co przyjdzie później.
Ta pierwsza rozpacz, o której pisałaś na początku, też mi cały świat przysłoniła. I usłyszane "ciesz się tym, co masz" czy "bądź silna, dbaj o siebie dla nich" przynosiło efekt odwrotny do zamierzonego. Umarło, tylko to było ważne.
Odpowiedz
#9
Byłam wczoraj w jednym zakładzie pogrzebowym, ale wyszłam.. z polecenia pójdę do innego. Pani nie bardzo chciała pomóc z opcją zrobienia/zamówienia u stolarza małej trumny z drewna, kazała wybierać pomiedzy dużą dziecięcą, a małą urną do której nie chciałam i wydawała mi się po prostu zbyt mała i ciasna..

Do tego zbliża się mi prawdopodobnie okres i te objawy są taaak podobne do stanu bycia w ciąży.... Sad

Bolące piersi, ciepło i pobolewanie w podbrzuszu... tak mi tego brakuje.... Sad tak kochałam ten stan...
Odpowiedz
#10
Bardzo mi przykro z powodu tego, co Cię spotkało. Znajomi, kiedy chowali swoją córeczkę urodzoną w 6 miesiącu, mieli małą białą trumnę, więc chyba da się to zorganizować. Mam nadzieję, że zakład pogrzebowy, do którego trafisz, będzie bardziej przyjazny i pomocny. Wiem, że każdy człowiek jest inny, ale tym moim znajomym ta uroczystość trochę pomogła, może także Tobie przyniesie ukojenie...

Z mężem jesteśmy po stracie dwójki pierwszych dzieci, wiem, jak to boli.
Odpowiedz
#11
DzięKi Kate... tak czuję, że jest mi to potrzebne.. prawdopodobnie będę na pogrzebie sama. Chyba nawet tak wolę.. Mój mąż jest totalnie rozwalony kiedy poruszam temat tego poronienia, widzę, że to jest ponad jego siły. Ja dam radę.
Podzielimy się, on zostanie z dziecmi, a ja pojadę. Tak najbardziej to mi właśnie potrzeba tego i nie mam mu tego za złe.
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości