Wygrana walka o spotkanie
#1
Drogie aniołkowe mamusie tylko Wy potraficie mnie zrozumieć. Jestem mamą dwóch aniołków Miłoszka i Wiktorii. Czuje się strasznie samotna i tak tęsknię za moimi dzieciaczkami, mogłabym oddać wszystko żeby były ze mną, a nawet własne życie, żeby tylko one mogły żyć. 
Niedawno bo 11 miesięcy temu wzięliśmy ślub i zaraz mieliśmy starać się o dziecko, udało się od razu, było szczęście, oczekiwanie, planowanie i marzenia, widziałam już jak będę dumna chodzić z brzuszkiem, następnie z wózkiem... Niestety ta radość nie trwała długo. Będąc w 9 tygodniu zostałam napadnięta. Trafiłam na sor, serduszko biło wtedy bardzo szybko, nie zostawili mnie w szpitalu tylko kazali czekać do wizyty kontrolnej u swojego lekarza. Niestety na wizycie w 11 tygodnu usłyszałam"dzieciak nie żyje, prosze się nie przejmować, za parę tygodni może pani sobie zrobić drugie". To był straszny szok, ból i łzy. Brak wsparcia w mężu. Ogromna pustka która chciałam jak najszybciej zapełnić. 

Kiedy lekarz dał zielone światło od razu starania o drugie dziecko. Udało się za pierwszym razem. Radość ogromna,  ale i strach. W 6 tygodniu już słyszałam serduszko, mówiłam sobie że poronienia nie zdarzają się przecież dwa razy, że jak minie pierwszy trymestr to będzie już z górki, przecież tylko wtedy może się coś stać. Mijały tygodnie, aż do badań pierwszych prenatalnych, gdzie było wszystko dobrze do czasu naciskania doktor na brzuch żeby dziecko się odwróciło bo nie chciało "współpracować" z taką siłą naciskała aż dziecko uciekało od ręki, wszystko widziałam na usg. Po badaniu dostałam pierwszego krwawienia, leżałam w szpitalu 2 dni, okazało się że wszystko w porządku, po 6 dniach powtórka, kolejne krwawienie, tym razem nie zostawili w szpitalu, po kolejnych 6 dniach poleciała mi jakąś woda zabarwiona krwią, płacz, niedowierzanie, podejrzewałam że to były wody płodowe. Po wizycie u lekarza uspokoiłam się, powiedział że wody są, że z dzieckiem jest w porządku, to było 15 tydzień. 3 tygodnie później powtórka, znów poleciał jakiś płyn, wizyta u lekarza i straszna diagnoza "odejście wód płodowych, jest bezwodzie" kiedy zapytałam co będzie z dzieckiem usłyszałam, że "na dwoje babka wróżyła" skierowanie do szpitala, a tam to już była istna katorga, psychiczna i fizyczna. Codziennie lekarze powtarzali mi że dziecko umrze, że jest sprasowane w macicy, że nie ma możliwości rozwoju ani ruchu, to był 18 tydzień. Jak dużo płakałam tylko ja wiem, ile cierpienia, ile stresu, ile żalu do samej siebie i obwiniania się, bylam całkiem sama przez koronawirusa. Lekarze dawali nam dwa dni potem maksymalnie tydzien, a moje maleństwo dalej walczyło
 Walczyłyśmy 8 tygodni, wszyscy byli w szoku.
W końcu organizm sie poddał, ostry stan przedrzucawkowy, bardzo wysokie ciśnienie, duży bardzo bialkomocz,  okropne obrzęki. Decyzja o cesarce w skończonym 26 tygodniu, urodziłam piękną dziewczynkę, której dałam na imię Wiktoria, na cześć jej waleczności. 
Moje dzieciątko żyło jeden dzień, widziałam jak odchodzi, trzymałam ją na rekach, przytulałam i mówiłam jak bardzo ją kocham. 
Dziś mija miesiąc od śmierci mojej Wiktorii, serce mi krwawi, jest coraz gorzej, trudniej, a mówili że czas leczy rany, a tak nie jest. Codziennie jestem na cmentarzu, zapalam znicze dla moich dzieci i codziennie płacze, chciałabym być z nimi. Nie mam wsparcia w mężu, który nawet zapomniał, o dzisiejszej dacie, był zdziwiony jak mu to wypomnialam. 
Dlaczego Bóg zabrał mi dwoje dzieci i zostawił mnie samą? Nigdy tego nie zrozumiem, mam tylko nadzieję że moje aniołki są teraz szczęśliwe i nie cierpią, że braciszek opiekuje się siostrzyczką. 
A ja zamiast wózka wybieram pomnik...

Jedynie wiem że wygrałyśmy walkę i pokazaliśmy z Wiktoria, że lekarze nie mogą skreślać od razu trudnych przypadków. My walczyłyśmy żeby się spotkać i udało się, mogłam ją potrzymać na rękach, poczuć się szczęśliwa choć na chwilkę. 

To co przeszłam, ból fizyczny i ten psychiczny jest moje, nikt inny nie zrozumie, niż matka która za wszelką cenę, nawet cenę własnego życia, chciała ratować swoje dziecko.
Odpowiedz
#2
Mamo Wiktorii i Miłoszka, współczuję ogromnie śmierci Twoich ukochanych Dzieci, współczuję samotności w żałobie i gehenny w szpitalu.
Czas sam w sobie nie jest najlepszym lekarzem. "(...) czas nie przyjdzie do nas, żeby nas przytulić, kiedy płaczemy, żeby wesprzeć życzliwym słowem, kiedy stoimy na krawędzi" (źródło cytatu).
Sama opłakuję teraz moje najmłodsze dziecko. Taki okropny, okrutny to czas, ale innej drogi niż przez łzy nie ma. Obecność innych osób nie usunie żałoby, ale jest lżej. Wiem, że trudno prosić innych o pomoc w rozpaczy. W pierwszej żałobie nie potrafiłam mówić, samotność tylko potęgowała smutek. Teraz mówię mężowi, że mnie nie naprawi, że mam żałobę i muszę wypłakać swoje, ale możliwość opowiedzenia mu o bólu (kiedy mam na to siłę) mi pomaga, a przytulenie łagodzi spazmy w płaczu. Taką instrukcję mu zostawiłam, tyle może dla mnie zrobić - posłuchać i przytulić, nie naprawiać, bo się nie da.

To normalne, że w żałobie nie jest Ci tylko coraz "lepiej". Rozpacz przychodzi falami, między którymi na początku praktycznie nie ma przerw. Przychodzą do mnie czasem prawie normalne chwile, ale ona cały czas jest ze mną, jest tłem wszystkich wydarzeń. A potem znowu przychodzi całkowita ciemność. I tak idę ze swoją żałobą, nie ma skrótów.


Twój i Wiktorii wspólny dzień bardzo cenny. Warto było walczyć o to przytulenie, prawda? Ja walczyłam tak o pogrzeb na etapie, na którym są rzadkością. Ile mnie to kosztowało... godne pożegnanie było jednak tego warte.

[*] [*] światła dla Twojej pięknej Wiktorii i Miłoszka.
Odpowiedz
#3
Mamo Wiktorii i Miloszka bardzo mi przykro.
Tesknota będzie towarzyszyć zawsze, tak samo jak ten ból. Jednak z biegiem czasu ból ten będzie inny..
W moim odczuciu czas nie leczy ran tylko je zabliźnia i oswaja nas z nimi, przyzwyczajamy się jak z nim żyć... Przed Tobą trudny czas, bądź dla siebie wyrozumiała, płacz, krzycz, a jak potrzebujesz to pisz, tutaj każdy Cię zrozumie.
Dla Twoich maluchów (*) (*)
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości