Pytanie o dowód prawdziwej wiary...
#1
Ojcze Marcinie,

To jakby przedłużenie wątku o poczuciu winy... tylko z nieco innej strony...

Straciłam troje dzieci, ale tylko jedno z nich \"naturalnie\". Dwójka ostatnich zmarła w wyniku porodu przedwczesnego (23. tc) i późnego poronienia (19. tc). Za każdym razem mieliśmy do czynienia z fatalnym układem kilku czynników, z których każdy - sam - mógłby przyczynić się do straty dziecka. Efektem była rozszerzona szyjka macicy, pęcherz płodowy wpuklony do pochwy, czyli częściowo już poza macicą, a na domiar złego infekcja... Lekarze w obu przypadkach byli zdania, że nic nie da się zrobić dla dziecka, a jeśli infekcja (zakażenie) uogólni się, nie wiadomo, czy uda im się mnie uratować.

Za pierwszym razem nie dano mi wyboru - wyniki krwi sugerowały potężną infekcję, której nie udało by się zatrzymać już antybiotykami, gdyby utrzymywało się ciążę (zgodznie z informacjami od lekarzy, tylko wywołanie porodu lub poronienia, a następnie zupełne oczyszczenie jamy macicy, zamknięcie szyjki i silna kuracja antybiotykowa mogą zahamować rozwój zakażenia)... Nie zostawiono mi wyboru - nawet nie zadano pytania, czy się zgadzam na podłączenie oksytocyny na wywołanie porodu... Za drugim razem, infekcja była silna, choć mniejsza. Od kilku dni przyjmowałam już antybiotyk, więc wiadomo było, że na niego nie reaguję... Już wioząc mnie na salę porodową, na korytarzu, podano mi do podpisania dokumenty, że zgadzam się na podłączenie oksytocyny... Podpisałam... I o ile przyjmuję argument, że wcześniej nie dało się nic zrobić, o tyle mam wrażenie, że źle zrobiłam zgadzając się na to ponownie... Może lekarze, przyparci do muru moim sprzeciwem, musieliby zacząć szukać nowego sposobu? Może nie o wszystkich metodach mi powiedziano? Może zdarzyłby się cud?...

Zadaję sobie te pytania nie dlatego, że mogę coś zmienić, ale dlatego, że mogę zostać postawiona przed takim wyborem po raz kolejny... Wiem, że jeśli znów będę w ciąży, znów będę miała problemy, które doprowadziły wcześniej do tamtych sytuacji. Nic w tej materii nie da się zrobić, chociaż lekarze myślą o podawaniu antybiotyku, żeby uniknąć przynajmniej infekcji, ale nie dają gwarancji, że to zadziała (długie przyjmowanie antybiotyku bardzo wyjaławia organizm i - przekornie - naraża go na choroby)... Dlatego już teraz muszę myśleć o tym, co wtedy zrobię... Czy mam ratować swoje życie kosztem życia mojego dziecka (moje dzieci za każdym razem zdrowo się rozwijały)? Mój mąż jest zdania, że utrzymywanie ciąży przy takiej sytuacji, to czyste samobójstwo... Nie jestem samobójcą, ale nie mogę przestać myśleć o tym, co jest wtedy ważniejsze: życie tutaj czy życie TAM? Czego Bóg w takiej sytuacji od nas może oczekiwać?...

Gdyby ta sama sytuacja spotkała mnie dziś, nie podpisałabym tych dokumentów... I nie wiem, jak by się to skończyło... Mogę buntowniczo myśleć, że wtedy lekarze \"napewno\" znaleźliby jakiś sposób, żeby nas uratować, ale to mogą być tylko moje fantazje... Prawda jest taka, że to mogło by się wiązać ze stratą dwojga bliskich mojemu mężowi ludzi, bo dziecka nie udało by się na tym etapie uratować, gdybym ja nie żyła. Tylko co jest tu właściwą drogą?

Czasami myślę, że było by łatwiej, gdyby chociaż w tych wyjątkowo trudnych sytuacjach Bóg przemawiał do nas bezpośrednio i mówił: \"Twojej wolnej woli zostawiam, co zrobisz ostatecznie, ale JA chciałbym, żebyś postąpiła tak...\" Wtedy wszystko było by jasne. A teraz nie wiem, czy On chce, żebym:
a) dała świadectwo swojej wiary i zdała się na niego, a nawet umarła, jeśli taka będzie Jego wola,
b) uznała Jego prawo do tego, aby postawić mnie w sytuacji trudnego wyboru, niezależnie od tego, co wybiorę, lub uznała Jego prawo do tego, aby postawić mnie w sytuacji trudnego wyboru, a potem przyznała, że jestem niedoskonała i słaba, gdy wybiorę dobro mojego męża, żebym przestała myśleć, że mam na coś wpływ?
c) zrobiła coś innego, czego w tym momencie nie jestem w stanie sobie wyobrazić?

To, co napisałam, jest bardzo osobiste... Nie oczekuję łatwego pocieszenia - wolałabym prawdę. Ale będę wdzięczna za każdą odpowiedź.

E.
Odpowiedz
#2
Kochana!
ja napisze tylko ze nie wiem.
i niestety nigdy sie nie dowiemy co bo bylo gdyby...
A czego oczekuje od nas Bog - tego chyba wiem najmniej
mocno cie sciskam
anka
Odpowiedz
#3
Kochana Emily, w opisanych przez Ciebie bolesnych sytuacjach chyba nie można było zrobić nic innego. Podanie środków wywołujących poród, miało na celu umozliwienie zalecznia stanu zapalnego, który opierał się antybiotykom. Celem jednak było leczenie, czyli cel sam w sobie nie był zły. Wiem, że to trudne dla Matki, ale są sytacje, gdy leczenie jej zdrowia, wymaga pewnych skomplikowanych czynności: jak w przypadku ciąży pozamacicznej czy nowotworu macicy. Działanie lekarskie jest przez cały czas ukierunkowanie na leczenie, nikt nie ma złej woli. Problemem jest, że dzieci są za małe, żeby mogły przeżyć poza łonem mamusi. Jakby się tylko dało, to i one byłyby ratowane. Mam nadzieję, że kiedyś będzie to możliwe. Emili, zrobiłaś wszystko, co mogłaś. Bóg nie wymaga od nas rzeczy niemożliwych, zwłaszcza w sytuacjach, gdy mamy bardzo ograniczone możliwości działania.
Pozdrawiam z modlitwą i sercem o.Marcin
Odpowiedz
#4
Ojcze Marcinie,

Dziękuję... Nie patrzyłam na tamte działania od tej strony. Chyba jak większość ludzi, kiedy czegoś nie są pewni, przyjmuję czasami perspektywę \"czarno-białych\" wyborów. Źle się z tamtymi czuję i pewnie dlatego pomyślałam, że to nie były właściwe decyzje, że powinnam zrobić coś innego. Ojca odpowiedź znów trochę zmąciła moje spojrzenie na tę sprawę, ale kiedy to sobie wszystko poukładam, przemyślę i pozwolę, żeby się ułożyło, może wyjdzie z tego coś, z czym poczuję się w porządku (nie wiem, czy dobrze, ale w porządku to chyba właściwe określenie).

Jeszcze raz serdecznie dziękuję i bardz gorąco pozdrawiam!

P.S. Mój mąż się uśmiechnął, kiedy przeczytał Ojca odpowiedź. Chyba też jest tego zdania.
Odpowiedz
#5
Pozdrawiam z serca i ogarniam Was modlitwą Smile
o.Marcin
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości