Nie wiem....
#1
Dlaczego "nie wiem"? Bo tak naprawdę  właśnie nic nie wiem. O przepraszam jedno co wiem to, że się strasznie ale to bardzo strasznie boję.... Dziwnie zaczynam, zdaję sobie z tego sprawę. Więc może od początku... Zaczynając od tego czego najbardziej nie wiem, kończąc na tym czego nie wiem w mniejszym stopniu.
Nie wiem: 

nie wiem który to był tydzień... nie wiedziałam, że w ogóle jestem w ciąży.... staraliśmy się z mężem, ale w każdym miesiącu była miesiączka więc to chyba normalne, że nic nie wskazywało, na to że jestem... więc nie wiem i nigdy się nie dowiem ile czasu dane mi było nosić tą małą "jagódkę" ...

- nie wiem czy była to "normalna" ciąża, to znaczy czy była właściwie zagnieżdżona... tak tego niestety też nie wiem...
 poszłam do lekarza, bo 3 raz w miesiącu to troszkę za dużo krwawień.... wysłuchawszy mnie lekarz powiedział, że zrobimy badanie bo to mogą być objawy ciąży.... jednak usg nie pokazało zagnieżdżonego zarodka... pokazało za to "jakiś płyn" jak to określił doktor.... kazał zrobić betę z najgorszą - a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało...- możliwością "jeśli jest pani w ciąży to jest to w 100% ciąża pozamaciczna wtedy od razu z wynikiem proszę na SOR"...  w razie gdyby wynik był negatywny ( brak ciąży) miałam wykupić receptę ( nie pytajcie jaki lek bo najzwyczajniej nie pamiętam)....  zlękniona następnego dnia z samego rana poleciałam zrobić badanie.... to było przed świętami.... radosne nastroje... panie pielęgniarki radośnie świergoczące o tym co ich pociechy dostaną pod choinkę.... i tekst skierowany do mnie.. "o widzę, że Pani również może będzie miała miłą niespodziankę na święta..." odparłam "wątpię"... "oj na pewno nie będzie tak źle... przecież po coś pani robi test więc podejrzewa pani..."... dalej już nie słuchałam bo powstrzymywałam łzy... a w głowie huczało ciągle "na pewno ciąża pozamaciczna". No nic poszłam do pracy z milionem pytań i brakiem odpowiedzi. W pracy musiałam zgłosić że być może mnie nie będzie od jutra w pracy ( oczywiście bez tłumaczeń się nie obyło, a do najprzyjemniejszych one nie nalezą). Próbowałam z całych sił o tym nie myśleć. Mąż wspierał mnie jak tylko mógł. Zresztą nadal to robi. Ale i on nie dawał rady. Bałam się, że go od siebie odepchnę, że on odepchnie mnie. Nazajutrz odebrałam wyniki: beta 161 gdzie wg norm które mi dołączyli 1 tydzień zaczynał się od 200... A więc kolejne nie wiem. I pytanie co dalej? Co zrobić? Brać lek? Iść do  gina? Jechać na SOR? To ostatnie wykluczałam, tym bardziej, że no właśnie: czemu na SOR a nie skierowanie na oddział, bo niby co? miałam wejść na SOR i co? "Witam! Jestem w ciąży pozamacicznej przyszłam na usunięcie?". A więc jedno wielkie NIE WIEM. Wsparła mnie koleżanka podzwoniła do znajomego gina podpowiedział, żeby po tygodniu zrobić kolejny raz bete. a więc czekanie. I głupia nadzieja... "A może było za wcześnie że nic nie widział... w końcu wg normy to nawet nie 1 tydzień". I już sama nie wiedziałam co o tym myśleć. Każda myśl kończyła się znakiem zapytania. A to nie był koniec. Po tygodniu zrobiłam bete wyszło 17.  Więc co? Byłam w ciąży? Jestem w ciaży? Co dalej?  I powracające nie wiem. Przemogłam się poszłam -oczywiście prywatni- do gina. Dałam wyniki. I coś już w końcu niby wiedziałam. "Poronienie chemiczne. Samoistne". Bez konieczności czyszczenia czy nawet leków bo wszystko się samo wyczyściło. Tak jakby ciąży nigdy nie było. Dostałam listę badań. Jestem w trakcie ich robienia ( czekam na wyniki genetycznych). I teraz największe:
- nie wiem! co dalej o tym myśleć. Każdego dnia myślę, że jest ok, że to już mam za sobą. I wtedy jakiś mały impuls. A to koleżanka z pracy obwieszcza, że się spodziewa, a to w internecie zobaczę koleżankę z brzuszkiem. Sprawy nie ułatwia fakt, że uczę w przedszkolu i na KAŻDYM kroku mijam szczęśliwe mamusie...  Każdego dnia jak na huśtawce: i chcę i się boję znów spróbować. Boję się odebrać wyników i wizyty, bo NIE WIEM czy dam radę udźwignąć wieloletnie starania, a tego się obawiam najbardziej.  tylko nie wiem co mnie bardziej przeraża: ponowne starania czy  wizja "życia" bez dziecka. 
I wiecie co jest w tym  najgorsze? To, że ja NIC NIE WIEM!Mówią mi znajomi, że nie ma co się mazać, że trzeba próbować. Inni mówią "ale czego ty żałujesz przecież nawet nie wiedziałaś" "Przecież to nie było jeszcze dziecko"... Może dla nich nie było. Dla mnie to była moja mała "jagódka". Mówią mi też "ciesz się, że tak szybko. że nie czułaś ruchów... że nie słyszałaś serduszka. Co byś wtedy czuła". A ja tego nie wiem bo nie dane mi było tego doświadczyć. Nie dane mi było nawet się ucieszyć z tego, że ta mała "jagódka" we mnie rośnie. I to  boli. Cholernie boli!
Przez pewien czas obwiniałam się. Myślałam: "twoja wina. piłaś alkohol. dźwignęłaś jakieś dziecko". Ale na szczęście - nie wiem co bym zrobiła gdyby było inaczej- mąż mnie wspiera i wybił mi to myślenie z głowy. Mówił " KOBIETO TY NIE WIEDZIAŁAŚ! SKĄD MIAŁAŚ WIEDZIEĆ?" I ma rację. Choć w moim wypadku jeszcze jeden element obwiniania występuje i : co by było gdybym poszła wcześniej do gina? Może by wykrył nieprawidłowości? może już mogłabym się cieszyć maleństwem? Bo od wielu lat nie chodziłam. ( Temat oddzielny nie będę się rozpisywać powiem, że feralna wizyta z wieścią która zburzyła mój świat była pierwszą od wielu wielu lat). 

 I po prostu nie wiem co dalej myśleć, robić...O przepraszam jedno co wiem to, że się strasznie ale to bardzo strasznie boję....

Przepraszam jeśli zbytnio się rozpisałam. Nie wiem nawet czy ktoś to przeczyta. Ale tak mi chyba lepiej. Bo w końcu ktoś mógł usłyszeć moja historię od początku do końca. A i mi poukładało się troszkę przez to w głowie.
Odpowiedz
#2
Solciu, ale widzę, że jedno wiesz - wiesz, kogo straciłaś. I bardzo mi przykro, że nie był Ci dany dłuższy czas z Jagódką.
Myślisz, że wizyty u ginekologa coś by zmieniły? Z mojej perspektywy to rzadkość, że kobieta bez szczególnie niepokojących objawów jest przebadana i zdiagnozowana jeszcze przed poronieniem.
Odpowiedz
#3
Chcolate_puma dziękuję i tak ja to wiem kogo straciłam. I to jest najważniejsze, a inni, którzy myślą inaczej niech się odczepią. I fakt: wizyty pewnie nic by nie zmieniły ale to takie hm szukanie winy? próba zrozumienia tego co się stało? a może po prostu w jakiś sposób chęć samobiczowania za to co się stało. Tak wiem, że sama sobie dokładam krzyżyka na plecy. I są dni , że jest ta motywacja "dziewczyno weź się w garść! To nie jest twoja wina!". Ale niestety częstsze są dni takie jak wczoraj takie które noszą w sobie nazwę "to byłby już 2-3 miesiąc, nie jest, nie ma dziecka, nie ma szczęścia, widać nie zasługujesz na nie." Taka huśtawka... I chociaż wiem, że to nie prawda to jakiś diabełek mi własnie to szepcze do ucha....
Odpowiedz
#4
Solciu, byłaś w ciąży, to z całą pewnością, a normy, które miałaś na wynikach dotyczą czasu po owulacji, ten 1 tydzień to tydzień 3, a w ogóle ciąża to nie matematyka. Byłaś w ciąży biochemicznej, takiej, której nie widać na usg.
Współczuję straty.
Odpowiedz
#5
Tak bardzo mi przykro z powodu Twojej straty... Daj sobie czas na cierpienie. Stało się! Zostałaś mamą, ale nie było Ci dane poznać swojego dziecka. Zostałaś mamą Aniołka. Dla Twojej Jagódki [']
Odpowiedz
#6
Dziękuję dziewczyny na wsparcie. Inni nie rozumieją. Zadziwiające jest to, że najgorsze słowa "otuchy" dostałam od osoby, która przeżyła parę lat temu 2 poronienia... Łatwo jest powiedzieć "weź się w garść". I chociaż dzisiaj jestem w fazie "chcę spróbować znów" to wiem, że to jest ulotne i w każdej chwili się może zmienić. To boli i zdaję sobie sprawę, że boleć będzie jeszcze bardzo długo. I mimo, że na codzień zakładam maskę to żal, ból i gniew rozpierają mnie od środka.
Odpowiedz
#7
Współczuję ja tez mam podobne myśli, dobrze że jest to forum i można sie "wygadać".
Odpowiedz
#8
Solcia bardzo mi przykro.Wcale nie musisz wziąć się w garść.Daj sobie czas.Tyle ile trzeba.Współczuję Ci braku zrozumienia wśród najbliższych.Dużo sił Ci życzę. [*] dla Twojej Jagódki.
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości