Moja historia
#1
Długo zastanawiałam się, czy tu dołączyć, bo "w sumie, co mi to da?", ale jak widzicie zdecydowałam się. Wasze posty czytam już od jakiegoś czasu i dzięki nim nie jestem taka osamotniona w swoim bólu, bo wiem, że nie jestem jedyna, nie jestem "gorsza". Chcę napisać swoją historię, bo być może podzielenie się nią w takiej formie będzie miało choć odrobinę terapeutyczną moc- liczę na to, choć w gruncie rzeczy chyba nie wierzę...
W tym roku skończę 38 lat. Życie już kilka razy dało mi po głowie, niektóre z nich były bardzo bolesne. Pierwszy raz to zdrada mego męża. Nie mieliśmy dzieci i nie staraliśmy się o nie. Kiedy jakiś czas przed tym, gdy okazało się, że mnie zdradza powiedziałam mu, że chciałabym mieć dziecko, niewybrednym wulgaryzmem dał mi do zrozumienia, że on nie ma na to ochoty. Być może gdybym zaszła z nim w ciążę, już wtedy doświadczyłabym pierwszej straty, ale tego już się nie dowiem. 
Po kilku latach związałam się z P. Po ponad roku bycia razem zdecydowaliśmy, że chcemy mieć dziecko. Udało się bardzo szybko, właściwie od razu. On był wówczas za granicą, a ja borykałam się ze wszystkim sama. Na pierwszym USG zobaczyłam moje maleńkie dziecko i jego bijące serduszko. Radość, wzruszenie, pisałam wówczas do P: "Jest dzidziuś. Pukał do mamusi serduszkiem". Kilka dni później zaczęłam plamić. Natychmiastowa wizyta u ginekologa pokazała, że nic złego się nie dzieje, ale trzeba leżeć i  brać duphaston. Po jakimś czasie dostałam wysypki na brzuchu. Podczas wizyty u lekarza rodzinnego dowiedziałam się, że to może być ospa i dostałam skierowanie do poradni chorób zakaźnych. Przeżyłam ogromny stres, strach o moje dziecko, bo przecież może urodzić się chore. Poronienia w ogóle nie brałam pod uwagę. W poradni bardzo młode lekarki stwierdziły, że to może być uczulenie na duphaston i tak też wykazały wyniki, bo miałam przeciwciała przeciwko ospie. Dostałam luteinę, wysypka zniknęła. W 11 tygodniu ciąży poszłam na kontrolną wizytę do ginekologa, P. był już wtedy w Polsce. Podczas badania lekarka stwierdziła, że ciąża obumarła. W samochodzie razem z P. płakaliśmy. Dostałam skierowanie do szpitala, gdzie pojechałam następnego dnia. To było prawie 5 lat temu, więc na sali razem ze mną leżało 6 osób, w tym kilka ciężarnych i jeszcze jedna dziewczyna po poronieniu. Personel szpitala zachowywał się wobec mnie bardzo taktownie, ale sama obecność ciężarnych, badania KTG, które im wykonywano, potęgowały tylko mój ból... 
O tym, że w ciągu tych kilku lat szpitalne realia na patologii ciąży uległy zmianie dowiedziałam się 4 tygodnie temu. Wtedy właśnie zaczął się kolejny, bolesny rozdział mego życia, choć nic go nie zapowiadało. 
Z P. rozstaliśmy się kilka miesięcy po poronieniu, ale nie ono było jego przyczyną, przynajmniej nie bezpośrednio. Po nim byłam chyba w dwóch krótkich związkach, przy czym po drugim postanowiłam dać sobie spokój z facetami, przynajmniej na jakiś czas. Byłam sama dwa lata i znowu chciałam poczuć "to coś", a poza tym coraz silniej odzywała się we mnie potrzeba zostania mamą. Rafała poznałam przez internet ponad rok temu. Szybko się w sobie zakochaliśmy i zdecydowaliśmy założyć rodzinę. Udało się w trzecim cyklu. Od samego początku bałam się, że może być jak poprzednio, ale i tak spodziewałam się, że będę bardziej wariować ze strachu, więc nawet byłam zdziwiona, że umiem być spokojna. Test zrobiłam dzień po dacie spodziewanej miesiączki. Dwa czy trzy dni później zrobiłam betę. Po 48 godzinach wzrosła ponad sto procent. Byłam w ciąży! Nie miałam sprawdzonego lekarza, więc na podstawie opinii z internetu poszłam do pana M. Pierwsza wizyta na początku 6 tygodnia potwierdziła ciążę- widoczne jajo płodowe, ale nie widać zarodka. Na następną miałam zgłosić się za trzy tygodnie. Ten czas oczekiwania był bardzo stresujący, bo skoro nie widać zarodka, to pewnie mam puste jajo. Po trzech tygodniach na badanie USG weszliśmy razem z Rafałem. Ciąża prawidłowa, zarodek rośnie, serduszko bije. Radość była ogromna. Poprosiłam o zwolnienie z pracy, bo z racji wykonywanego zawodu co chwila łapałam infekcje- w ciągu trzech tygodni dwa razy byłam przeziębiona, przy czym podczas drugiego przeziębienia na ustach wyskoczyła mi opryszczka. Panika, przekopywanie internetu, sms do lekarza. Informacje z sieci, że bardziej groźna jest opryszczka narządów płciowych i jego odpowiedź "proszę się nie martwić, wszystko będzie dobrze" nieco mnie uspokoiła. Poza tym nic się nie działo. Żadnych niepokojących objawów. Z lekarzem byłam umówiona na wizytę kilka dni później. Wizyta miała być bezpłatna i miał mi założyć kartę ciąży. To był 11 tydzień. Zdziwiłam się jednak, że to było tylko założenie karty ciąży. Żadnego badania mi nie wykonał, zapytał tylko o samopoczucie. Liczyłam na USG, ale pomysł, że zrobi mi podczas bezpłatnej wizyty USG okazał się całkowicie naiwny. Kolejna wizyta za dwa tygodnie, bo na tyle dostałam zwolnienie. W ciągu tych dwóch tygodni byłam dość spokojna choć po uwadze brata- nota bene ojca dwójki dzieci- "ale ci jakoś brzuch nie rośnie", zaczęłam się temu brzuchowi bardziej przyglądać. Rzeczywiście jakby nie rósł, ale czyż miał mi się powiększać w sposób widoczny z dnia na dzień? Zresztą, ledwo zapinałam spodnie, więc obiektywnie rósł. 
Z niepokojących objawów- jak się później okazało- miałam kłujące bóle brzucha i galaretowatą, szarawą wydzielinę, ale było jej tak mało i pojawiła się jednorazowo, że nawet nie kontaktowałam się w tej sprawie z lekarzem. Mimo, że wierzyłam, ze jest wszystko w porządku, kiedy przyszedł termin kontroli, przed gabinetem siedziałam jak na szpilkach. Lekarz powiedział, że USG robimy już przez brzuch- w końcu to 13 tydzień. Kiedy zaczął wykonywać badanie i stwierdził, że jednak musimy zrobić przez pochwę, niczego nie przeczuwałam. On już pewnie wiedział. Po chwili zobaczyliśmy na monitorze nasze dziecko, uśmiechnęliśmy się do siebie bo było już widać wyraźne zarysy małego człowieka, nie tak jak na pierwszym badaniu. Lekarz jednak szybko zgasił naszą radość mówiąc "nie mam dobrych wieści, serduszko przestało bić". Byłam w szoku. Nawet nie zapłakałam. Przytuliłam się tylko do Rafała i powiedziałam "przykro mi kochanie". On bardzo kochał to dziecko, a ja od razu poczułam się winna tego, że ono umarło. Lekarz poinformował mnie, że następnego dnia ma dyżur w szpitalu, więc "od razu TO załatwimy"(!!!). Później jeszcze raz udowodnił mi, że nie ma w sobie nawet odrobiny empatii i stwierdziłam, że więcej do niego nie pójdę.
Po powrocie do domu pojawiły się pierwsze łzy. Rafał był ze mną, choć zaraz po powrocie do domu oznajmiłam mu, że nie wiem, czy to przetrwamy. Do szpitala pojechaliśmy rano. Okazało się, że gdybym nie chodziła prywatnie do "swojego" lekarza, miałabym pobraną dwa razy betę i musiałabym czekać na przyjęcie jeszcze dwa dni. Kilka lat wcześniej nie było takich procedur. 
W szpitalu personel traktował mnie z ogromnym wyczuciem. Tzn położne, bo lekarz, któremu płaciłam na każdej wizycie nie pojawił się  nawet na ułamek sekundy. Byłam w pojedynczej sali i uważam, że zmiana przepisów w tym zakresie jest bardzo korzystna. Nareszcie ktoś pomyślał, że kobiety po stracie dziecka potrzebują innych niż dotąd warunków. W szpitalu zaczęło boleśnie docierać do mnie, że to się naprawdę stało. Indukcja poronienia, niesamowity ból brzucha, odejście wód, moje dziecko na wkładce...  Malusieńkie paluszki... Znowu byłam pusta... 
Po powrocie do domu ból fizyczny ustąpił miejsca psychicznemu. Kiedy mój partner niczego nie przeczuwając powiedział mi, że jego koleżanka jest w ciąży, dosłownie wyłam z rozpaczy. Nie mogłam się uspokoić przez kilka godzin. Byłam tak osłabiona, że Rafał pomagał mi podnieść się z łóżka. Podobnie było jakiś tydzień temu, gdy dowiedziałam się, że moja siostra cioteczna spodziewa się dziecka. Wpadłam w taką rozpacz, że postanowiłam iść do psychiatry. Wiedziałam, że nie dam rady wrócić do pracy. Wczoraj powinnam już się tam pojawić, a zamiast tego siedzę przed monitorem i płaczę. To nie tak miało być...
Odpowiedz
#2
Bardzo mi przykro z powodu Twoich strat Sad pisz co Cię boli, może to choć częściowo przyniesie jakąś ulgę. (*)(*) dla Twoch dzieci.
Odpowiedz
#3
Virino, bardzo mi przykro z powodu Twoich strat.
Odpowiedz
#4
Bardzo mi przykro. Trzymaj się!
Odpowiedz
#5
Bardzo mi przykro z powodu Twoich strat. Ślę Ci wiele dobrych myśli.
Odpowiedz
#6
Dobrze, że odważyłaś się o ty napisać. Promyczek dla twoich maleńkich aniołków. One są z tobą zawsze będą w twoim sercu. Jesteśmy z tobą!
Odpowiedz
#7
Bardzo mi przykro Sad Czy umówiłaś się już na wizytę do psychiatry ? Jeśli nie czujesz się na siłach aby wrócić do pracy ,może powinnaś dać sobie jeszcze trochę czasu ? Wiem jak może być bolesna informacja o kolejnych ciążach w otoczeniu.Bądź dla siebie dobra teraz.Przytulam mocno...
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości