Nasz Gabryś
#1
Cześć, długo zbierałam się, żeby cokolwiek napisać na forum. Tyle przeżyć, emocji, refleksji, krzywdy i pustki... Wasze historie bardzo mną poruszyły, toteż i ja podzielę się z Wami naszą historią.

Jest wrzesień. W pracy ciężki okres - jestem doktorantką, przygotowuję się do wystąpienia na międzynarodowej konferencji. Okres się spóźnia - myślę, że to przez nerwy, przecież tak bywało. Po konferencji nadal nie przychodzi. Narzeczony przeczuwa, że w moim brzuchu rośnie jego synek. Dla mnie to trudne do wyobrażenia, "niemożliwe" - myślę sobie. W końcu robimy test w domu. Serce bije jak szalone, gdy czerwona fala zalewa pasek testowy i pojawiają się dwie kreseczki. Serce wciska mi się we wnętrzności, nogi miękną, cała się trzęsę. Do dzisiaj pamiętam ten stan. "Niemożliwe" - nie może to do mnie dotrzeć. Następnego dnia potwierdzenie u ginekologa - pęcherzyk ciążowy na USG a w nim maleńki zarodeczek - nasz dzidziuś, sześciotygodniowy. Zaczyna to do mnie docierać! Będziemy rodzicami! 

Dowiadują się rodzice, wspólnie się cieszymy. Zaczynam się zastanawiać, jak ja pogodzę ciążę i wychowanie maluszka z doktoratem, wyjazdem za granicę, jak pogodzimy opiekę naszego wspólnego dziecka z córeczką narzeczonego z poprzedniego związku, która mieszka w innym mieście i do której jeździ co weekend. Decydujemy się na przyspieszony ślub (z datą na początku stycznia 2019), rozpoczynamy poszukiwania własnego mieszkania. Moja przyszywana córeczka oswaja się z myślą o rodzeństwie. Rozpoczyna się okres wielkich zmian w życiu naszej całej rodziny. Ja czuję wielki stres - tyle naraz zmian, a jestem osobą bardzo wrażliwą i dodatkowo cierpię na nerwicę. Popadam trochę w takie otępienie ze stresu. Czuję się podłamana tym wszystkim. Nawet mało czytam o ciąży, mimo że tematy biologiczne niezwykle mnie fascynują, także z powodu zawodu. Boję się, martwię. Jak będę w stanie wychować dziecko, zapewnić mu odpowiednią matczyną opiekę i wzorce z moją nerwicą, skoro sama ledwo sobie radzę...? Jak to będzie? Jak przetrwam poród? Czy nie umrę? Jednocześnie nie mogę się doczekać, kiedy przytulę maluszka. Narzeczony nazwał go Bąbelkiem i był przekonany, że to chłopiec. Ja też przyzwyczaiłam się do tej myśli. Wybieraliśmy imiona - Gabriel lub Alicja. 

Na drugie USG umówiliśmy się do innego lekarza. Trochę zwlekałam z wyborem ginekologa do prowadzenia ciąży, z wykonaniem badania krwi. Beta-HCG wydawało mi się za niskie na normy dla tego tygodnia ciąży, ale się tym mocno nie przejęłam. Nadszedł dzień drugiego USG - 24.10.2018. Lekarz robi na mnie dobre wrażenie. Na ekranie pojawia się ciałko maleństwa. "Cześć!" - mówię rozczulona. Lekarz po dłuższej chwili mówi, że niestety na powitanie nie ma dla nas dobrych wieści. Wstrząs, płacz, niezrozumienie. Serce maluszka nie bije. Nigdy nie dane nam było go zobaczyć czy posłuchać. Był to 11. tydzień, wielkość dzieciątka była jak na ósmy tydzień. Nie miałam żadnych bóli, skurczy, zero plamienia. Nic. Tylko piersi jakby się zmniejszyły, nie były opuchnięte, brzuch mi nie rósł. Nadal jednak miałam straszną chęć na twaróg ze śmietaną i miodem. Jak to możliwe, że to się tak stało?!

Lekarz daje skierowanie do szpitala. Jestem przerażona. Nasze dziecko nie żyje, ja idę do szpitala i na zabieg. Płaczemy oboje z narzeczonym. Pakuję się i jedziemy do szpitala - przyjmują nas następnego dnia rano. Czekanie na SORze, potem na zaprowadzenie na oddział. Kłucie, drugie USG potwierdzające straszną wiadomość (a jednak jakaś nadzieja się tliła, że może żyje nasz Bąbelek), dwie tabletki na wywołanie krwawienia. Przyjeżdżają moi rodzice, co napełnia mnie jeszcze większym zdenerwowaniem (bo boję się o zdrowie ich samych). Kroplówki. Niekończące się czekanie na skurcze. Nic przez kilka godzin. Nie jadłam od poprzedniego dnia, mogę zjeść co nieco. Badanie po południu - widzę krwawienie obfite jak przy miesiączce, ale według lekarza to nie jest duże krwawienie. Ten wychodzi nagle z gabinetu. To chyba koniec badania, choć nawet nie pomógł mi wstać z fotela ginekologicznego... Wieczorem kolejna dawka leku. Zasypiam. Budzę się ciągle w nocy. Czuję skurcze, ale nie jakieś mocno silne, nie potrzebuję nawet leku. Jakoś się trzymam. W końcu budzę się nad ranem. Była jakaś 5:30. Chcę iść do łazienki, żeby zmienić podpaskę. Jednak przy podniesieniu czuję bardzo dużo krwi. Chwilę się waham, ale wzywam pielęgniarkę (dobrze, że zmieniłam łóżko poprzedniego dnia, bo z drugiego nie dosięgnęłabym przycisku!). Zdążyłam napisać do narzeczonego, że się zaczyna. Pełno krwi. Biorą mnie na zabieg. Tuż przed podstawiają mi pod nos papiery do podpisania - zgoda na zabieg łyżeczkowania, przetoczenie krwi i badania tkanek do celów naukowych. Podpisuję półprzytomna. Zaspana pani anestezjolog. Pielęgniarka, co do wenflonu podłącza mi bardzo boleśnie kroplówkę. "Czy to już znieczulenie?" - pytam. "A po co pani się pyta?" "Z ciekawości". Potem dają mi maseczkę. Kręci mi się w głowie. Odzyskuję świadomość gdy wchodzę do łóżka. Piszę do narzeczonego, że już po. Dzwonię do niego, w międzyczasie zaczynam rozmawiać z drugą dziewczyną z pokoju, która dobę wcześniej miała ciężkie przeżycie ze swoim maluszkiem. Narzeczony przyjeżdża. Jest mi lepiej z nim. Jak dobrze, że był ze mną w tych wszystkich najcięższych chwilach. Pomagał mi w łazience, wspierał. 

W końcu mogę zjeść śniadanie. Czekam na wizytę lekarza. Przychodzi stary lekarz z młodą lekarką uczącą się chyba. Nie lubię go. Dzień wcześniej zrobił na mnie już złe wrażenie. Teraz najpierw mówi, żebym została do następnego dnia. Potem, że wypis dzisiaj. Dopytuję się - tak mogę wyjść jednak tego samego dnia. Ja - zdezorientowana, druga dziewczyna - rozżalona nastawieniem lekarza do jej sytuacji. Zero empatii. Przykro mi z tego powodu, ale dobrze, że chociaż mogę wyjść. Chcę do domu. Przy odbiorze zwolnienia dopytujemy się o zbiorowy pochówek dzieci umarłych w łonie matek. Podobno na cmentarzu batowickim, ale chyba już w tym roku nie będzie pochówku. Rozpłakuję się.

Nie dowiemy się już, czy to był chłopiec, czy dziewczynka. Imię Gabriel na tyle mi się spodobało, że chciałabym tak nazwać w przyszłości nasze kolejne dziecko, ale potem pomyślałam z poczuciem winy - czy żałuję imienia mojemu zmarłemu dziecku...? I tak nazwałam je Gabryś - bez względu na płeć naszego aniołka... Tęsknię, kochanie!

Czuję smutek, pustkę, szok, niedowierzanie, rozpad świata. Tęsknotę. Niezrozumienie. Nie mogę sobie poukładać świata. Poczucie winy, że tak się stresowałam pracą i zmianami, że nie potrafiłam się prawdziwie i w pełni ucieszyć z mojego skarba. Że nie dopilnowałam badań - może powinnam tuż po badania krwi z małym beta-HCG wybrać się w te pędy do lekarza? A może jakiś odczynnik z laboratorium, gdzie pracuję, mu zaszkodził? Czy jednak stres to spowodował? Albo moja choroba tarczycy...? Gdzie jest moje dziecko? W jakichś odpadkach medycznych? Co się stało? Czy się kiedyś z nim spotkam? Mam pogłębiający się kryzys wiary... Chodzę do psychologa, pracuję nad nerwicą. Jak to będzie - czy uda nam się mieć dzieci...?

Dopóki nas samych to nie spotkało, nie miałam pojęcia, jak powszechnym i często zdarzającą tragedią jest poronienie. Nikt nie uczy o tym w szkole! Nikt nie jest w stanie przygotować, jak sobie poradzić, na co uważać, jak kogoś pocieszać. To mnie wkurza. "Przykro mi, ale wiesz, to zdarza się tak często...". Jakoś nikt nie mówi tak komuś, komu zmarł ojciec/brat/żona w wypadku - "Wiesz, tyle wypadków się zdarza codziennie, jeszcze będziesz mieć nowego ojca/brata/żonę...". Nie wymagam wiele od innych, ja sama bym do tej pory nie wiedziała, jak się zachować w obliczu poronienia. Boli mnie, że za rzadko się o tym mówi i mało edukuje. Mam potrzebę działania, mówienia, krzyczenia o tym - zmarło moje dziecko! Zarodek, ale to było moje dziecko!
Odpowiedz
#2
Wspieram, przytulam, życzę dużo siły. Nie wahaj się kontynuować terapii u dobrego psychologa.

Dla Twojego Gabrysia
[']
Odpowiedz
#3
Oj tak, Poetko. Nie ma gotowych scenariuszy, jak się zachować po poronieniu. Zwykle nie ma pogrzebu, kondolencji, dziecka też nikt nie widział, to może i żałoby nie ma albo taka w mikroskali. Z drugiej strony jest wstyd, jakby to o spóźniony okres chodziło, poczucie winy, bo czy aby na pewno nie dźwigałaś, nie wieszałaś firanek, nie... albo gdybyś ten raz czy dwa się nie zdenerwowała i setki podobnych. Trzymiesięczny zwyczaj milczenia na temat dziecka też nie pomaga - kto go złamie najpewniej sam sobie winien.
Tak, Poetko, zmarł Gabryś. Współczuję Ci szczerze. Masz prawo opłakiwać swoje dziecko, mieć żałobę, nie czuć się natychmiast poukładana. Zawalił się świat, daj sobie czas na przeżycie bólu.
Odpowiedz
#4
Mirindo, chocolate_puma - bardzo Wam dziękuję za słowa wsparcia.
Tak, milczenie nie pomaga, czasem chciałabym wykrzyczeć do wszystkich, do całego świata, co się stało. Z drugiej strony, jest to tak intymna rzecz, że trudno każdej napotkanej znajomej osobie o tym mówić.
Nadchodzą święta - a mnie napawa smutkiem myśl, że puste miejsce przy stole wigilijnym będzie tak znaczące tego roku...i następnych pewnie też...
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości