Skarby ludzkich serc.
#1
Dziś mija tydzień od pogrzebu Naszego Maleństwa.
Tak bardzo czekaliśmy na to Dzieciątko...
Ciąża od początku była zagrożona. Plamienia, bóle brzucha... jednak "Pani Doktor" przekonywała, że oszczędny tryb życia i duphaston wystarczą.
Więc zrezygnowałam z pracy, leżałam dużo...dbałam o siebie i Maleństwo jak mogłam najlepiej.
Wierzyłam, że szczęśliwie dotrwamy rozwiązania. Mijały kolejne tygodnie, Serduszko biło...
Na wizycie  17wrześnie "Pani Doktor" mówi, że wszystko idzie w dobrym kierunku. Zmniejsza dawkę leku...i zaprasza za miesiąc.
Nawet nie pokazała mi obrazu USG...
Dni mijały, ja czułam się coraz lepiej...nic nie zapowiadało, że ta noc będzie jedną z najgorszych w moim życiu.
Niedziela. 30 września...zaprosiłam Rodzinę na obiad. Słonko świeciło, wszyscy wkoło uśmiechnięci. Mój Maluszek daje się we znaki....Wszystko tak, jak powinno być. Wieczorem odprawiłam gości, krzątanina...i można się położyć. Przeglądałam właśnie stronę z akcesoriami dla Dzieci.
Już miałam zasypiać...jeszcze tylko wizyta w toalecie...i tam...szok. Krzyk. Krew. Łzy. Coś jest nie tak. Dużo krwi.
Przybiega Narzeczony, próbuje mnie uspokajać. Łagodnym głosem mówi"To zmęczenie. Spokojnie. Przecież już tak było. Nie denerwuj się. Będzie dobrze."...ale ja już wiem, że nie. Tym razem jest inaczej. Jak najszybciej do szpitala. A tam...dramat. Narzeczony i położna prowadzą mnie do gabinetu. Nie pozwalają Mu wejść ze mną. Lekarz krzywo na mnie spogląda "Ale proszę się uspokoić, nic tu Pani łzy nie zmienią."...lęk coraz większy, płaczę jeszcze bardziej. Nie potrafię się uspokoić...Słyszę głos lekarza "Odeszły wody. Tętno jest. Czekamy na poronienie."...jak to...przecież serduszko bije. Słyszałam. "Pękł pęcherz. Na oddział z Nią. Czekamy."...Jest noc. Ciemno. Każą wypełniać papiery. Nie mam ze sobą nic...nawet telefonu. Narzeczonego odprawiają do domu..."Proszę przyjść rano"...Zostałam sama. Krwawiąca. W szpitalnym łóżku. Ze świadomością, że tracę tak długo wyczekiwane Szczęście. Obwiniam siebie. Szukam przyczyny...przecież już miało być dobrze. Jak to możliwe?
Po lekach udaje mi się trochę uspokoić. Pytam położną...co teraz będzie? "Nie wiadomo. Czekamy na decyzję ordynatora...Pewnie będzie Pani musiała urodzić,a  później zabieg łyżeczkowania macicy. Proszę spróbować zasnąć. Stres nie pomaga, wręcz przeciwnie."
Ale jak tu się uspokoić...wyrok zapadł. Czekam na najgorsze. Noc zarwana. Rano przychodzi Ukochany...Jego Obecność nieco koi ból.
Zabierają mnie na badania. Ciąża żywa. Całkowite bezwodzie. Przyczyna nieznana...rokowania są złe, a nadzieję trzeba mieć zawsze. To 18 tydzień...za wcześnie, żeby Maleństwo miało szansę po tej stronie. Jednak jest nadzieja...zaklinam rzeczywistość. Zwołuję Wszystkich do Modlitwy.
Mój Mały Wojownik da radę. Ma silne serduszko...krwawienia mniejsze. Będzie dobrze. Musi być!
Kolejny dzień. Tętno jest. Serducho bije jak dzwon...nadzieja coraz większa, choć z tyłu głowy myśl, że szanse są niewielkie...jednak nie mogę się poddać. Wieczorem przychodzi położna...szuka tętna Dziecka, nie może go wyraźnie usłyszeć, ale zapewnia, że jest. Uspokojona jej słowami, odprawiam Ukochanego wcześniej do domu." Widzisz? Serduszko bije. Możesz ze spokojem iść do domu. Odpocząć." Dostaję coś na uspokojenie...spróbuję zasnąć. Jeszcze tylko wizyta w toalecie...a tam. Coś dziwnego, coś jest nie tak. Wołam położną..."Spokojnie. Proszę się położyć, zaraz sprawdzimy, co się dzieje"...po chwili słyszę najgorsze "Niestety, Kochanie. Zaczęłaś rodzić." Naglę wokoł mnie tłum, nie rozumiem co się dzieje. Każą się rozluźnić...ale jak? Krzyczę, żeby ratowali moje Dziecko...w odpowiedzi słyszę "To nie dziecko, tylko poronienie. Proszę się uspokoić. Nie pomaga Pani"...położna zwraca doktorowi uwagę, żeby już nic nie mówił. Nie wiem, ile to trwa. Nie mogę, nie potrafię na to patrzeć. Słyszę jak położna mówi..."To chłopiec. Jak ma na imię?" To Syn. Największy na Świecie Skarb. Wcześniej tego nie wiedziałam...to Wiktor. Nasz Zwycięzca. Dni po wyjściu ze szpitala do dnia pogrzebu wyglądają tak samo. Nie tak powinno być...tego dnia, kiedy trafiłam do szpitala mielismy kupić łóżeczko...Dlaczego? Tak bardzo pragnęłam tego Dziecka. Tak bardzo za Tobą tęsknię Synku...obiecałam być silna. Dla Ciebie. Daję z siebie sto procent...ale są dni, jak dziś, kiedy nie dostrzegam Światła Przyszłości...przecież jestem stworzona, żeby być Matką. Tak bardzo czułam się gotowa. Powinnam tulić Cię  w ramionach...a nie odwiedzać na cmentarzu. To takie niesprawiedliwe...Tak strasznie boli. Tak bardzo się boję...Kocham Cię, Synku.
Zawsze już będę Twoją Mamą.
Dziękuję, że byłeś ze mną.
Że mogłam na Ciebie czekać.
Kochać Cię. Nigdy nie przestanę tęsknić.
Życie idzie na przód. Ale nic już nie będzie takie samo...
Razem z Tobą, umarła część mnie.
Odpowiedz
#2
Margo tak bardzo mi przykro. :"(.
Odpowiedz
#3
Czytamy Mu każdego wieczora książeczki.
"Pamiętajcie: są na tym świecie skarby, których nikt nie może odebrać. To skarby ludzkich serc."



Obwiniam siebie.
Choć w zasadzie wiem, że przecież zrobiłam wszystko...przez ostatnich pięć miesięcy Nowe Życie było największym Sensem mojego.
Bez żalu zrezygnowałam z ukochanej pracy...leżałam "plackiem" jak mi kazali. I cieszyłam się, z każdego wspólnego dnia.
A teraz...? Boję się wszystkiego. Póki co jest ze mną Ukochany, ale za tydzień musi wracać do pracy. Co wtedy ze mną będzie?
Obawiam się, że mogę się wtedy kompletnie rozwalić. Do pracy póki co nie wrócę...pracowałam z dziećmi.
Dzieci to do dawna Centrum Mojego Wszechświata. Tak bardzo cieszyłam się, że wreszcie wszystko, co potrafię... Czego się przez te lata nauczyłam będę mogła przekazać swojemu Dziecku...
Odpowiedz
#4
Tak dobrze Cię rozumiem. Dwa miesiące temu pochowałam mojego kochanego syna Szymona. Urodził się w 33 tc. Niestety po 3 dniach zmarł z powodu uogólnionego obrzęku. Do dzisiaj czuje żal i złość. Bo było przecież tak blisko do końca ciąży. No ale cóż los chciał inaczej i do końca życia będę z tym bólem i pustką żyć. Trzymajmy się jakoś Aniołkowe mamy.
Odpowiedz
#5
Margo, po pierwsze: bardzo mi przykro, że się tu spotykamy. Trudny czas przed Tobą. 

Po drugie: na Forum nie wolno wstawiać zdjęć, grafiki - żadnych i nigdy. 
9 punkt Regulaminu. Usuń więc, póki masz możliwość edycji - inaczej zrobi to któryś z Moderatorów lub Admin. 
I przeczytaj Regulamin. Może Ci się to wydawać chłodne i nieludzkie z mojej strony w takiej chwili - nie jest tak. Tak trzeba, po prostu. Ramy są potrzebne.
Odpowiedz
#6
Nie. Nie wydaje mi się takie. Dziękuję za dobrą radę. Faktycznie, przeczytam go dokładniej.
Odpowiedz
#7
To po prostu ważne, żebyśmy się tu wszystkie mogły bezpiecznie czuć, ramy są naprawdę potrzebne. 

To jest dobre miejsce, znajdziesz tu mnóstwo matek, które podobnie jak Ty, utraciły swoje Skarby. Tu nie jesteś sama, tu nie musisz udawać, "trzymać się" ani być silna.
Odpowiedz
#8
Jasne. Wszystko rozumiem. I masz rację. Mój.błąd. Przepraszam, jeśli kogoś uraziłam. Nie chciałam.
Odpowiedz
#9
Nie sądzę byś kogoś uraziła, bo grafika nie była z gatunku "rażących" - chodzi o zasadę, że tu nie wolno.
Nie wiedziałaś - dowiadując się - usunęłaś i myślę, że wszystko ok.
Natomiast uważne zapoznanie się z Regulaminem szczerze Ci polecam, ze względu na to, że akurat na naszym Forum on nie jest fikcyjny - bardzo się tutaj przestrzegania Regulaminu pilnuje.

I wiesz, to bardzo możliwe, że się kompletnie rozwalisz. Może gdy On pójdzie do pracy, a może w zupełnie innym, zupełnie nieoczekiwanym momencie. 
Moja terapeutka kiedyś mi powiedziała, gdy się właśnie rozsypałam na kawałki, że z tych pojedynczych kawałków wciąż można coś zbudować. Coś od podstaw, coś nowego.
Odpowiedz
#10
Margo, bardzo mi przykro. Mam nadzieje ze poznasz przyczynę. Wiem ze synka Ci to nie zwróci ale może będzie ciut łatwiej żyć. 4 lata temu stracilam w 18 tc synka. Nie pogodziłam się z tym i pewnie nigdy nie pogodzę ale teraz umiem juz z tym żyć. Postaraj się przetrwać godzinę, potem drugą, trzecią, kolejną... 
Przytulam
Odpowiedz
#11
Bardzo mi przykro ...nawet po tak długim czasie od moich strat nie znajduję słów,które będą w stanie Cię pocieszyć.Dużo sił...
Odpowiedz
#12
Margo, bardzo mi przykro z powodu straty synka.
Odpowiedz
#13
Bardzo dziękuję Dziewczyny za słowa wsparcia...i Zrozumienie.
Dlaczego dni stają się coraz trudniejsze...?
Im więcej ich mija, mam coraz mniej sił...
Nawet za gotowanie nie mogę się wziąć...to taka prozaiczna czynność, którą tak bardzo kochałam...a teraz?
Nie mogę się przemóc...Dziś pierwszy raz nie pojechaliśmy na cmentarz.
Fizycznie zwyczajnie nie dam rady...i tak mi z tym źle.
Jak sobie z tym radzić...z milionem pytań, wyrzutów...setki myśli i wspomnień na minutę.
Ciągła analiza...nawet sen nie przynosi upragnionego wytchnienie, wręcz przeciwnie...

Ps.chciałabym odpowiedzieć każdej z Was osobno, ale póki co...nie mam na to sił.
Odpowiedz
#14
Jak sobie poradzić z wyrzutami sumienia...?
Jak zrobić pierwszy krok powrotny...do "normalności"?
Nie mogę się pozbyć tego poczucia, że to moja wina.
Że powinnam była naciskać jednak na zmianę lekarza...przecież czułam, że z tym jest coś "nie tak".
Przecież było już tak dobrze...plamienia ustały, brzuch nie bolał. Wreszcie zaczęłam się tak bardzo cieszyć błogosławionym stanem, wreszcie przestałam się tak bać o to Maleńkie Istnienie pod moim Sercem. Tak bardzo czekałam...tak się cieszyłam. Być Jego Mamą to najpiękniejsze i zarazem najtrudniejsze doświadczenie w całym moim pogmatwanym życiu.
Tak czekałam, aż będę mogła tulić w ramionach moje Wymarzone Dziecko.
Nie rozumiem...
Ciągle przeżywam to wszystko od nowa. Już...już myślę, że jest lepiej...że dam radę. Przecież Wszyscy wkoło ciągle powtarzają mi jaka jestem dzielna, jak silna...przecież tyle już przetrwałam. Taka mądra w obliczu tragedii, jaka Nas spotkała...a ja czuję się taka słaba...taka bezradna.
Pełna lęku...obaw. Wszyscy mnie wspierają, po swojemu. I bardzo to doceniam. Ale czasem mam ochotę powiedzieć, że kicham na to wszystko...położyć się i przepłakać cały dzień...czy to źle? Przecież straciłam Dziecko. Syna. Wreszcie chłopak! Tak długo wyczekiwany w mojej Rodzinie. Od lat...
Synku, tak bardzo za Tobą tęsknię...przepraszam! Za Wszystko.
I dziękuję, że Byłeś.
Odpowiedz
#15
Margo, współczuję....
Daj sobie czas na żałobę, bądź dla siebie dobra, nie musisz być dzielna, możesz płakać.
Odpowiedz
#16
Wszystkie chyba wiemy co przechodzisz... czytam i placze... bo jest mi ciezko ze nie tylko ja stracilam dziecko ale wiele z nas... ciezko to przechodze... jestem w ciaglej rozsypce...
Tak latwo powiedziec komus trzymaj sie a ciezko to zrobic...
Odpowiedz
#17
Ech...dziękuję Dziewczyny.
Jesteście kochane!
Staram się być dla siebie dobra i wyrozumiała...niestety nie zawsze jest to dla mnie takie oczywiste i łatwe.
Od zawsze miałam problem z przenoszeniem winy na siebie...moja terapeutka nazwała mnie nawet kiedyś "piorunochronem"...
Zapalę dziś świecę w Naszym lampionie nie tylko dla Wiktora, ale dla Wszystkich Wasze Skarby.

Mam też pytanie(nie wiem, gdzie je ulokować, więc jeśli powinno wylądować gdzieś indziej, to proszę o informację lub po prostu przeniesienie treści w odpowiednie miejsce)-mianowicie, czy wiecie może, czy są jakieś badania, które lekarz OBOWIĄZKOWO I BEZWZGLĘDNIE musi zlecić kobiecie będącej w trakcie ciąży? Będę wdzięczna za każdą informację!
Ps. jutro Ukochany wraca do pracy. Trzymajcie za mnie kciuki, proszę.
Bardzo się boję tego dnia.
Odpowiedz
#18
Wiesz Margo, też miałam wyrzuty sumienia, ciągle pytania co źle zrobiłam, a czego nie zrobiłam...z czasem zrozumiałam, że nie można było tego przewidzieć. To się stało, nie ma winy. Jest ból i pustka. Życzę Ci odzyskania choć trochę spokoju, to pomaga przetrwać, przytulam.
Odpowiedz
#19
Dziękuję, SmutnaKate.
Staram się winy za to, co się stało nie lokować w sobie.
Już nie dowiem się, czy gdybym zrobiła coś inaczej, Życie mojego Zwycięzcy również potoczyłoby się inaczej...
Jednak mimo tego, że intelektualnie to rozumiem...emocje podszeptują swoje.
Ja również przytulam!
Odpowiedz
#20
Dla Wiktora (*)
Nie na wszystko mamy wpływ.
Jak minęły Ci te 2 dni bez Narzeczonego?
Odpowiedz
#21
Dziękuję!
Miło, że pytasz.
O dziwo, nie jest tak źle, jak myślałam, że będzie.
Staram się funkcjonować zadaniowo...nawet wróciłam do gotowania, choć nie sprawia mi to takiej przyjemności, jak kiedyś.
Daję radę, nawet jestem z siebie trochę dumna.
Byłam pewna, że się rozsypie.
Rozważam nawet powrót do pracy...Rodzice mojej Podopiecznej proszą bardzo, żebym przemyślała swoją decyzję...
Nie jestem pewna, czy sobie poradzę w kontakcie z Maluchami...a nie chciałabym Im i sobie też wyrządzić krzywdy...
Z drugiej strony miałabym stałe zajęcie...Nie wiem, co zrobić. Zostawiłam więc kwestię "otwartą'.
I usiłuję się wsłuchać w siebie, znaleźć najlepsze rozwiązanie.
Zaraz jadę na cmentarz posprzątać trochę, korzystając z tego powrotu "wiosny".
A jak wrócę będę robić serduszko z kwiatów dla mojego Synka...
Nie tak sobie wyobrażałam jutrzejszy dzień...i trochę się go obawiam.
Po raz pierwszy w życiu będę odwiedzać na cmentarzu TAK BLISKĄ OSOBĘ.
Moje Dziecko...Ech.
Odpowiedz
#22
Niech Ci jutrzejszy dzień upłynie spokojnie. Kiedyś zamówiłam serce-wieniec, pomogło mi, że mogłam chociaż w ten sposób pokazać, że się troszczę.
Co do powrotu do pracy, dobrze, że chcesz najpierw wsłuchać się w siebie.
Odpowiedz
#23
Dziękuję. Dałam radę tego pierwszego.
Spłakałam się na cmentarzu, ale tak spokojnie...z czułością.
Drugiego minął miesiąc odkąd Go z Nami nie ma.
Pojechaliśmy wieczorem na cmentarz, wtedy nie wytrzymałam i poryczałam się już tak konkretnie.
Ale później poczułam ulgę...i wyprawiłam w domu kolację dziękczynną. Za to, że pojawił się choć na chwilę w Naszym życiu.
Że mogłam choć na tak krótko poznać smak wymarzonego macierzyństwa...
Rozmawialiśmy o Nim z Narzeczonym. Dobrze mi to zrobiło.
Dziś też byłam u Wiktora. Pierwszy raz sama...porozmawiałam sobie z moim Synkiem.
Coraz częściej myślę o Nim ze Spokojem.
I coraz bardziej przekonuję się do decyzji o powrocie do pracy. Marysia mnie potrzebuje...może pomożemy sobie nawzajem.
Myślę często o Was Wszystkich i o Maleństwach, które zbyt wcześnie odeszły...Zapaliłam w Waszej intencji światełko pod pomnikiem Dzieci Nienarodzonych w moim mieście.
Odpowiedz
#24
To tak jest, nie wiadomo, kiedy żal ściśnie z całą mocą za gardło. Dobrze, że masz na kim się oprzeć w tych trudnych chwilach.
Przykro mi Margo, że tak się wydarzyło, że czas na płacz.
Odpowiedz
#25
Tyle się dzieje...są dni, w których wydaje mi się, że wskoczyłam w jakiś "normalny" tryb...
Wróciłam do pracy. Odważyłam się spróbować...Mama Dziewczynki, którą się zajmuje spodziewa się Synka.
Między Nami było półtorej miesiąca różnicy w terminach porodu. To takie trudne patrzeć na Nią...
Życzę Jej jak najlepiej, ale to boli...i mam z tego tytułu wyrzuty sumienia.
Przywożą Maleńką do mnie, do domu. Wszędzie dookoła siebie mam dziecięce akcesoria, zabawki...
Boję się, że podjęłam złą decyzję. Bo z jednej strony stawiam czoła swoim lękom i chyba daję im radę...są jednak momenty...kiedy patrzę na Nią brykającą po Naszym Domu, taką radosną...Serce mi wtedy pęka, rozpada się na miliony kawałków...i chce mi się ryczeć.
Tak bardzo tęsknię...Za Nim. Za Moim Synem. Moim Największym Skarbem.
Dlaczego tak się stało? Nigdy już się tego nie dowiemy...
Miałam też wizytę kontrolną po pierwszej miesiączce u nowego ginekologa...dał Nam zielone światło, a właściwie zachęcał do starań...
Wszystko jest w jak najlepszym porządku. Jestem zdrowa, ciągle podkreślał, że przy moim PCO najważniejsze jest, że jestem płodna.
Z jednej strony chciałabym spróbować...a z drugiej paraliżuje mnie ogromny lęk.
Czuję ogromny, ściskający za Serce instynkt macierzyński. Tak bardzo byłam gotowa na przyjście na Świat Dzieciątka.
Mam tak wielka potrzebę kochania, otaczania troską...a na przeciwwadze ogromny strach.
Tyle pytań...a znikąd odpowiedzi.
Gdzie ich szukać...?
Zbliżają się Święta...tak piękny czas. Tak ważny w mojej Rodzinie. Celebrowany jak w najpiękniejszych świątecznych opowieściach.
To miały byś najszczęśliwsze Święta w moim Życiu. Pierwsze wreszcie spędzone wspólnie z Ukochanym. I z Dzieciątkiem pod Sercem.
Tak na to czekałam...właściwie odkąd się dowiedziałam, że jestem w ciąży.
Tymczasem...będą niewyobrażalnie bolesne. Nie potrafię w sobie znaleźć Siły, by przeżywać je tak, jak co roku.
Na samą myśl o tym okresie cała się trzęsę...Tak bardzo się boję.
Przed Bliskimi chyba udaję silniejszą, niż Jestem.
Mam wrażenie, że tak trzeba...że nie radzili sobie z moim samopoczuciem...
Nie powinnam tak robić...ale chyba za daleko to zaszło i nie potrafię znaleźć drogi powrotnej.
A może...chwycić się tego, co jest i postarać się sprawić, że stanie się to rzeczywistością...
Nie wiem, co robić.
Musiałam to z siebie wyrzucić. Nawet jeśli nikt tego nie przeczyta...
Prościej jest wyrzucić z siebie szczerze to wszystko TU, w miejscu gdzie nikt mnie nie osądzi...nie zaprzeczy.
Gdzie panuje Zrozumienie.
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości