Moja historia: Alicja i Aniołki
#1
To mój pierwszy post. Chcę podzielić się z wami swoją historią, bo nie umiem sobie z tym poradzić. Skończę niebawem 40 lat, miesiąc temu urodziłam martwą córeczkę Alicję w 34 tyg 5 dniu ciąży. Mam dwoje zdrowych dzieci i dwa razy też poroniłam, raz pierwszą ciąże w 11 tygodniu 6 dniu 13 lat temu, drugi raz rok temu we wrześniu w 5-6 tygodniu. Pierwsze poronienie przeżyłam bardzo bo to był dla mnie kompletny szok i porażka. Byłam sporo przed 30 stką, miałam dość luźne podejście do życia, ciąża była planowana ale kompletnie z marszu, jeden cykl i siup, test ok, lekarz potwierdził w 6 tyg, kolejna wizyta w 10 tyg ok, wszystko super, badania super, jestem szczęśliwa, ciąża mnie nie ogranicza, czuję się extra, fruwam, wszystkim mówię o ciąży... W sobotę wieczorem widzę małą plamę ciemnej krwi na bieliźnie, nic mnie nie boli. Dzwonię do lekarza, mówi żeby przyjść w poniedziałek. Nic się nie dzieje. W poniedziałek na kozetce świat mi się zawalił, gdy usłyszałam brak tętna, serce nie bije... Szok,rozpacz, łzy. W domu musiałam leżeć i czekać czy poronie naturalnie czy muszę iść na zabieg. Na czwarty dzień miałam bóle i dostałam silnego krwawienia. Usg pokazało pustkę. Straciłam ciąże. Akurat gwiazdka. Zostało mi zdjęcie z usg z maleńkim związkiem ludzika. Mój pierwszy aniołek. Mój pierwszy ból. Ja poroniłam, a szwagierka nie, miesiąc różnicy. Było mi bardzo źle psychicznie, zafiksowałam się na ciąże. Najlepiej jak najszybciej. Miesiąc za miesiącem mijał bez kresek na teście. Po 11 miesiącach w końcu jest, udało się. Od początku dostałam hormony, źle to znosiłam, konieczne było L4. Badania za badaniami ale było ok, nerwy powoli mijały z upływem ciąży, zaczęłam się cieszyć, w spokoju znosić kolejne niedogodności, wymioty do 5 mies, rwe kulszową, anemię, różne bóle itp. W 25 tyg okazało się że mam silną cukrzycę ciążową, znów było nerwowo ale koniec końców urodziłam szczęśliwie córkę. Zaczął się w moim życiu piękny okres upragnionego macierzyństwa. Z biegiem czasu okazało się że nie ma nic za darmo bo związane to było z utratą pracy, opinią niesolidnego pracownika i wyzerowaniem tzw kariery zawodowej. Bardzo mi to doskwierało ponieważ jestem ambitna i podchodzę do spraw zadaniowo. Postanowiłam wejść na kolejny poziom, zacząć nowe studia, douczyć się, sięgnąć po marzenia, miałam moc, czułam moc młodej matki,z pieluchami w książkach. Dałam radę. Rok później znalazłam pracę konieczną do nabycia umiejętności. Zaczęła się orka, dom, praca, studia, praktyki, egzaminy. Kolejne egzaminy. Udało się. Sięgnęłam marzeń ale straciłam pracę. Potem długi okres poszukiwania własnego miejsca. Tak minęło 5 lat z hakiem. Nagle obudziłam się że snu i uświadomiłam sobie że mój zegar tyka, że pora na drugie dziecko bez względu na to czy to rozsądna decyzja. Dopiero zaczęłam nową pracę, umowa terminowa 11 miesięcy. Z ciąży nic nie wychodziło. Umowa skończyła się a ja zobaczyłam 2 kreski. Zaczęła się znana przygoda, strach, leki. Do tego doszły badania prenatalne, test pappa, dodatkowe usg. Nowe sprawy, które mi uświadomiły boleśnie upływ czasu. Strach. Niepewność, a potem znajoma euforia. Tą ciąże znosiłam dużo lepiej. Byłam szczęśliwa, urodziłam zdrowego synka. Dostałam niespodziewaną propozycje dobrej pracy. Bardzo szybko wróciłam na pełne obroty. Zaczęły się tłuste lata, praca w końcu się ustabilizowała, awansowałam, zaczęły się pojawiać myśli o kolejnym dziecku, skompletowaniu fajnej drużyny ze sporą różnicą wieku. Duże, średnie, małe. Synek przestał być dzidzią, córka nastolatka. Zaczęłam marzyć o małej córeczce, obmyślałam przerwę w pracy, czas dla rodziny, dla siebie. Bałam się ryzyka z wieku. Nie mogłam się zdecydować a mijały miesiące. W tym czasie wokół mnie moje rówieśnicy oznajmiały wieści o trzecich najczęściej nieplanowanych ciążach, rodziły się dzieci, zdrowe.Zbliżały się moje 38 urodziny. Przeczytałam gdzieś że jest dużo kobiet które będąc w moim wieku zastanawiały się czy nie mieć kolejnego dziecka i potem po wielu latach często żałowały. Pomyślałam, że chce spróbować. Że dam radę. Skoro inni mogą? Udało się już po 3 mies. Początek był dziwny. Okresu nie miałam ale testy wychodziły negatywnie. Na piąty dzień cień cienia drugiej kreski, a potem grubaśna krecha. 
Jaka byłam szczęśliwa. Przez  tydzień. W piątek w toalecie zobaczyłam znajomą brunatną plamę. Biegiem do lekarza i szok. Brak ciąży w usg. Może pozamaciczna, może w ogóle nie ma albo zarodek już obumarł. Zalecenia, na początku hcg, jak wynik dobry to luteina i plus kolejne hcg za 48 h czy przyrasta i  kontrola usg czy nie jest pozamaciczna jak wynik zły to trudno. Wynik wyszedł dobry, 5- 6 tydz, po 48 h hcg spadło o połowę. Porażka. Mam czekać na oczyszczenie się macicy. Łzy, żal. Moje kolejne maleństwo nie dostało szansy. Nie chciałam rozpaczać, nie doszukiwałam przyczyn, byłam nastawiona na swój cel, realizację marzenia. Dalej chciałam próbować, nie wychodziło. Minęły kolejne święta. Nastał 2018 nowy rok, nowych możliwości. I dobrych wieści... Utęsknione dwie kreski, ostrożna radość. Potem leki, badania badania badania. Diagnoza poronienie zagrażające, L4. Wszystko przyjmowałam że spokojem, tak trzeba. Jest dobrze. Dziecko rosło. Cieszę się bardzo ale ostrożnie, udało się wejść w 13 tydzień. Badania prenatalne, sukces, zdrowe!!! Ulga, ale ostrożny optymizm. Każde usg co 4 tyg, czasem częściej, wyniki super. Masa badań, na wszystko, nic nie wychodzi. Toxo nie, cytomegalia brak. Moje wyniki bardzo dobre, nie mam anemii, jem za dwoje. 18 tydz usg, dziewczynka! Matko, moje Marzenie. Usg połówkowe 23 tydz stres. Jest super! No to popłynęłam, euforia, zaczynam wić gniazdo. W końcu mam komfort że mogę sprawić swojemu maleństwu najpiękniejszą wyprawkę, umeblować pokoik marzeń, kupić porządny wózek itp. Po 4 tyg zaczynam źle się czuć, z trudem się poruszam, boli mnie brzuch, z trudem kończę pranie, prasowanie. Mam duży brzuch, martwię się. Dużo tyje. W 27 tyg lekarz mnie uspokaja, z dzieckiem wszystko dobrze, muszę dużo odpoczywać, nie ,, latać,,szyjka ok, porodu nie widać. Zapisuje się na usg w 3 trym do innego lekarza, wolny termin za 3 tyg. Czekam Robię badania lab, są ok. W 31 tyg czuje się bardzo źle, brzuch mam gigantyczny, z trudem śpię. Na badaniu słyszę że mam za dużo wód płodowych, dużo za dużo afi 35, jest ryzyko rozejścia macicy, przedwczesnego porodu i w ogóle powinnam jechać na patologie ciąży. Lekarz stwierdza u dziecka objaw bubleduble. Nic mi nie tłumaczy. Jestem przerażona ale spokojnie jadę do domu, biorę torbę do szpitala. W szpitalu ogląda mnie 2 lekarzy, stwierdzają że mam wielowodzie ale że może być ono z innych przyczyn, co do dziecka mówią, że trochę małe ale wygląda ok i że może to błąd diagnostyka. Odsyłają na tydz do domu leżeć i ponowne badania. Jadę na te szczegółowe usg, okazuje się że są nieprawidłowości w układzie pokarmowym, podejrzenie atrezji dwunastnicy. Dziecko musi mieć operacje po urodzeniu, udrożenienie przewodu pokarmowego. Wody nie przyrastają już. Jestem w szoku, płacze, czytam w necie, że to rzadka wada, czasem izolowana czasem w pakiecie np z zd, wadą serca itp. Znowu jadę do szpitala, rozmawiam x zastępcą kier kliniki, ogląda mnie i mówi że nie widzi podstaw do zakończenia ciąży- jest 32 tydz 5 dzień, bo dziecko jest za małe do operacji, trzeba jak najdłużej wytrzymać, co 3-4 dni na oddział na ktg. No to zaciskam zęby. Jest juz tak blisko, lada chwila. Jest sierpień, 30 stopni w cieniu. Wszystko jest przygotowane ale martwię się bardzo jak to będzie. Mam ogromny brzuch, ledwo czuje czy dziecko się rusza, mówię o tym lekarzom i położonym. Tak jest. Każde ktg to męka, dziecko śmiga po brzuchu, tętno zrywa, ja nie dam rady leżeć w jednej pozycji. Średnio 1,5 godziny. Ostatnie ktg mam w pt 17 sierpnia, jest ok, u mnie bez zmian jest ciężko. Potem jeszcze mam kontrolne usg, dzidzia znowu urosła, lekarz sprawdza serce i kości długie. Wygląda ok. Uff Jest mała aby jeszcze trochę poczekać. W weekend relaksuje się, dzidzia aktywna. We wtorek od rana czuje niepokój, nie czuję ruchów, może śpi. Po południu poczułam coś, uspokoiła się. Wieczorem zadzwoniłam umówić ktg na środę 22. Na ktg znany scenariusz, poszukiwanie miejsca na moim ogromnym bandziochu gdzie będzie coś słychać. Skarże się że nie czuję ruchów. Położna łapie tętno, zrywa, nie daje rady woła lekarza do usg. Przykłada głowice i każe mi iść ze sobą do innego gabinetu. Wraca x innym lekarzem, niepokoje się. Pytajă która ciąża, piąta?..  Lekarz najeżdza głowicą i pokazuje mi ekran. To jest serce. Patrzę i świat staje w miejscu. Jak widać nie bije. Pani dziecko zmarło, słyszę jak przez mgłę. Nie widać śladów stężenia. Łożysko całe, pępowina zapadnięta. Świat się skończył, mówią coś do mnie ale ja nie słyszę. Wyje jak zwierzę. Potem sen zamienia się w koszmar. Jest 35 tydzien ciąży. To koniec. Koniec marzenia. Ustalenia, trzeba urodzić, jakby poza mną. Najgorsza noc w moim życiu. Komplikacje zdrowotne u mnie. Ląduje na cesarce. Mam wstrząs. Nie chcę widzieć martwego ciałka. Nie wiem co się dzieje. Nie chcę jeść, nie chcę nic. Mam powikłania. Mąż jest strzępem człowieka, trzeba załatwić formalności, zorganizować pogrzeb. Ja nie jestem w stanie z nikim rozmawiać. Dostaje spazmów na samą myśl. Mam mleko. Dostaje blokadę. Nie pomaga. Decyzja o imieniu, moja wyśniona córeczka Alicja, z krainy czarów, idzie do aniołów w ubrankach do chrztu po siostrze. Minął miesiąc a ja wciąż mam to wszystko przed oczyma. Wciąż płaczę. Nie umiem tego opisać co czuje. Taki straszny ból i pustkę.
Zazdroszczę ludziom, że są szczęśliwi. Nie mogę iść do centrum handlowego bo tam pełno niemowląt. W parku to samo. Zaniedbuje dzieci. Wyrzucam sobie że może coś zrobiłam źle za mało, może spałam na plecach? Moja sąsiadka za tydzień rodzi, w moim wieku, miałyśmy razem chodzić na spacery, nie wiem jak mam patrzeć na jej córkę. Zawsze będę widzieć swoją. Nie umiem z nikim o tym rozmawiać, nikt tego nie rozumie, słysze dziwne teksty że tak lepiej albo że Bóg tak chciał i tylko płaczę, rozklejam się kompletnie np przy pani w przedszkolu a one patrzą na mnie jak na wariatkę i jeszcze bardziej mi głupio. Zaczęłam ubierać się na czarno chociaż babcia mi zwróciła uwagę że po dziecku to się nie nosi żałoby, bo widzę że to skutecznie odstrasza ciekawskie sąsiadki i inne znajome od słodkiego szczebiotu pt a ty już urodziłaś czy nie??? temu postanowiłam opisać swoją historię na forum przed obcymi- tutaj wśród aniołkowych rodziców bo liczę że znajdę tu ludzi, którzy przeszli to co ja i wiedzą jakie to uczucie wybierać dziecku pomnik na grób czy znicz.
Jeśli ktoś ma ochotę że mną pisać to proszę o odzew Na pw, bo sama sobie nie poradzę z tym.
Odpowiedz
#2
Lumiaa bardzi poruszyła mnie Twoja historia... Wiem, że nic nie ukoi Twojego bólu, żadne słowa, zadnż zapewnienia... Teraz jest czas żałoby... 
Światełko dla Twojej Córeczki...
Odpowiedz
#3
Lumiaa, bardzo mi przykro. Nie znoszę tekstu "Bóg tak chciał"...
Przytulam
Odpowiedz
#4
Tak bardzo mi przykro...
Odpowiedz
#5
Lumiaa przykro mi bardzo. Jesteśmy z tobą...
Odpowiedz
#6
Lumiaa bardzo dobrze Cie rozumię. Ja miesiąc temu straciłam mojego kochanego syna Szymona. Stało się to w 33 tygodniu ciąży. Mój świat w jednej chwili zawalił mi się. Nie wiedziałam jak mam żyć chociaż w domu mam 3 letnią córkę. Postanowiłam pójść do psychoterapeuty i to mi pomaga. Tam mogę wypłakać swój ból.Może spróbuj skorzystać z takiej pomocy.
Odpowiedz
#7
Lumiaa bardzo mi przykro... te teskty, niby-pocieszenia. Szkoda słów. Początek Twojej historii czytałam, trochę jakbym sama to pisała, choć nasze historie są inne, to znajduję wspólny pierwiastek.
Żałobę powinno przezywać się tak, jak to czujemy, nikomu nic do tego, bo nikt za nas tego nie przeżyje.
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości