Nie wiem, co robić...
#1
Już nie wiem, jak sobie radzić. Wiem, że to wszystko, to jest moja wina. Nie mogę już żyć z tą świadomością... Na nikogo nie mogę liczyć. Poroniłam w listopadzie ubiegłego roku, to był koniec 11 tygodnia. Nie planowaliśmy na razie dziecka ale nie uważaliśmy szczególnie. Wychodziliśmy z założenia, że jak będzie, tak będzie dobrze... Przez dwa lata byłam bulimiczką, więc miałam bardzo nieregularne miesiączki. Czasami nawet co trzy miesiące. Zawsze prowadziłam aktywny tryb życia, na dodatek remontujemy dom, więc nie oszczędzałam się.  Jednak 7 tygodni po ostatniej miesiączce czułam, że coś jest inaczej niż zawsze. Czułam się zmęczona i miałam mdłości. Zrobiłam test i były dwie wyraźne kreski. Na raz , w jednym momencie odczułam chyba wszystkie możliwe emocje. Pojawiło się nawet zwątpienie, czy poradzę sobie. Ale mimo wszystko, bardzo się cieszyłam. Od razu zaczęłam się martwić, czy wszystko jest w porządku. Tydzień później zrobiłam badanie krwi i poszłam do ginekologa. Lekarz potwierdził ciążę, która rozwija się prawidłowo. Uradowana, ze zdjęciem USG wróciłam do domu. Mój mąż był w delekacji, więc stwierdziłam, że poczekam i przekażę mu tą radosną nowinę osobiście. Kupiłam malutkie skarpetki, które wraz ze zdjęciem zapakowałam w pudełko i dałam mężowi. Wyglądał na naprawdę szczęśliwego. Po następnej wizycie u lekarza, chcieliśmy pokazać zdjęcie naszym rodzicom i powiedzieć o wszystkim. Po dwóch tygodniach wieczorem zaczął doskwierać mi silny ból w podbrzuszu. Ale po dwóch godzinach już  było dobrze. Do wizyty u ginekologa zostały trzy dni, więc stwierdziłam, że poczekam. Następnego dnia dostałam krwotoku więc udaliśmy się do szpitala. Lekarz stwierdził poronienie, rano miałam mieć łyżeczkowanie. Mąż znów musiał wyjechać więc zostałam sama. Całą noc przepłakałam, czułam, że to moja wina, że za mało uważałam. Po trzech dniach wróciłam do pustego domu. Mąż po dwóch dniach wrócił i udawał, że nic się nie stało. Nie chciał ze mną rozmawiać. Wyzywał, że ryczę bez powodu. Stwierdził, że może lepiej, że tak się stało. Bo ma m 20 lat i jeszcze nie jedno dziecko będziemy mogli mieć. I lepiej nikomu nie mówić, bo po co. Wtedy już widziałam, że nie mogę na niego liczyć. Z rodzicami też nie mam dobrego kontaktu, zawsze bardzo ostro wypowiadali się o dziewczynach w moim wieku w ciąży. Więc zachowałam to dla siebie, choć chciałabym w końcu z kimś o tym porozmawiać. Myślałam, że poradzę sobie z tym sama, że szybko dojdę do siebie. Nawet było już trochę lepiej, ale w dniu, na który przypadał termin porodu, wpomnienia wróciły ze zdwojoną mocą. Dziś znów czuję się okropnie, bo nasze Maleństwo miało by dziś trzy miesiące. Mąż myśli, że już dawno zapomniałam, a ja już nie wiem co mam zrobić. Nie radzę sobie.
Odpowiedz
#2
Bardzo mi przykro z powodu Twojej straty i że jesteś z tym sama. Dobrze, że trafiłaś na to forum, można tu otrzymać dużo wsparcia. Nie wahaj się też przed znalezieniem grupy wsparcia albo terapii, jeżeli nie będziesz sobie radziła sama. Przede wszystkim wiedz, że to nie Twoja wina, wiele kobiet na tym forum robiło wszystko książkowo, a i tak nie udało się uratować naszych dzieci. Wiem, że poczucie winy zawsze próbuje wejść do naszej głowy jak chwast, ale i bez tego jest Ci już ciężko... To naprawdę nie Twoja wina. 

Dla Twojego dziecka [']
Odpowiedz
#3
Ale może gdybym się oszczędzała i uważała na siebie, to by nic się nie stało.. Gdybym wcześniej się domyśliła i poszła do lekarza. Czuję wstręt do siebie. Najgorsze to, że chyba wracam do punktu wyjścia, albo jeszcze dalej. Przez ciężar leżący mi na sercu, bulimia znów zaczyna przejmować nade mną kontrolę... A jedyne czego potrzebuję, to ktoś bliski...
Odpowiedz
#4
Ale gdybym uważała na siebie, gdybym wcześniej się domyśliła i poszła do lekarza? Może nic by się nie stało? Dobija mnie to, że mój narzeczony powiedział, że może dobrze, że tak się stało, że nie chciał nawet mnie wysłuchać... Najgorsze to, że przez ciężar leżący mi na sercu, dawne przyzwyczajenia przejmują nade mną władze i za chwile może być na wszystko za późno...
Odpowiedz
#5
A może gdybym...nie znika i ciągle dręczy. Może byłoby dobrze ale nie musiałoby być.
Mój mąż też powiedział coś co nadal pomimo upływu lat siedzi w sercu, ale wiem że wówczas on nie to miał na myśli - to było nietrafione pocieszenie, które tak często słyszymy, tylko nie spodziewamy się usłyszeć tego od partnera.

['] Twojemu Maleństwu
Odpowiedz
#6
Lekarz prawdopodobnie nic by i tak nie mógł zrobić, niestety, jak widać na tym forum, mamy bardzo mały wpływ na to, co się dzieje... To samo dotyczy oszczędzania się - normalna aktywność i normalne, codzienne stresy nie powodują poronień. Nic nie mogłaś zrobić, nie miałaś wpływu na to co się dzieje, to nie jest Twoja wina. Wiem jak trudno jest wyrzucic z głowy takie toksyczne myśli, ale to tylko myśli, a nie rzeczywistość.

Bardzo mi przykro, że nie mozesz porozmawiać z bliska osoba, ludzie często nie wiedzą jak się zachować i nawet nie wyobrażają sobie, że tak to przeżywamy. A może on też nie do końca radzi sobie z sytuacją i stąd taka reakcja obronna? Spróbuj może jeszcze raz powiedzieć mu o tym, co czujesz, jeżeli czujesz się na siłach. Jeżeli się nie uda i nie otrzymasz pomocy od bliskich, poszukaj profesjonalnej pomocy, szczególnie z Twoją historia bulimii. Nie musisz przechodzić przez to sama.

Bardzo Ci współczuję...
Odpowiedz
#7
Dziekuje Wam bardzo. Dobrze mi że świadomością że otaczjao mnie osoby, które przeżyły to samo. Poczucie winy jednak pozstanie we mnie.. a co do eozmowy, może on faktycznie tak się broni? Nie wiem ale chyba spróbuje jeszcze raz z nim porozmawiać, w sumie nie mam już nic do stracenia.
Odpowiedz
#8
Mężczyźni przeżywają wszystko na swój sposób. Pamiętają ale mie wracają ciągle do tego. To nie oznacza z im nie zależało na dziecku. Bardzo współczuję ci straty. Nie obwiniaj się no to naprawdę nie jest twoja wina. Nie chciałaś źle dla swojego dzidziusia.
Odpowiedz
#9
Tylko tyle że on nigdy nie chciał ze mną o tym porozmawiać albo chociaż wysłuchać. Nigdy ? a dla mnie każdy dzień to koszmar. Wszędzie widzę tylko matki z dziećmi i kobiety w ciąży narzekające że za gorąco..
Odpowiedz
#10
Rozmowa nie pomogła, a wręcz przeciwnie. Powiedziałam że chce iść do terapeuty to mnie wyśmiał, w koncu to nie było jeszcze dziecko...
Odpowiedz
#11
Mój powiedział " było dziecko dziecka nie ma" ale on już w 7 tyg je skreślil, szkoda ze wtedy go nie koplam nie wzięłam się w garsc, może mój synek by żył... A za 20 tyg byłby już ze mną
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości