kilka tygodni z życia...
#1
Koniec kwietnia - po prawie roku starań upragnione dwie kreski na teście. Radość, ale i niepewność - czyżby naprawdę się udało? Następnego dnia pierwsza beta - trochę ponad 1000, czyli chyba naprawdę. Po dwóch dniach powtórka - 1800. Czyli wszystko ok, udało się!
Do mojej obleganej lekarki udaje się zapisać już za niecałe trzy tygodnie, a tymczasem długi weekend. Piersi zaczynają boleć, rano lekkie mdłości, ale poza tym czuję się świetnie. Dla pewności tylko po tygodniu idę betę powtórzyć - a tu 3000, nawet się nie podwoiła przez tydzień. Panika, internet przekopany wzdłuż i wszerz nie daje zbyt dużo nadziei, następnego dnia wizyta u pierwszego lekarza, który miał wolny termin, USG - i wszystko w porządku! Jest dziecko, początek szóstego tygodnia, słyszę bicie serca. Wszystko w porządku... a betą mam się nie przejmować, tak bywa, różne rzeczy mogą mieć na nią wpływ. Tylko duphaston na wszelki wypadek dostaję - "bo w okolicy są takie ciemne struktury, z których mógłby się zrobić krwiak". Biorę, nie wnikam. Słyszałam serce... wielka ulga, radość, wzruszenie.
Za tydzień wizyta już u mojej lekarki. Po drodze jeszcze dwa pomiary bety robię - rośnie, ale ciągle powoli. Znowu USG - dziecko rośnie, serce bije. Tylko pęcherzyk ciążowy jakiś taki mały... słowa "ciąża zagrożona" nie padają, ale kolejna wizyta wyjątkowo za dwa tygodnie, i karty ciąży jeszcze nie zakładamy, założymy na następnej wizycie... i do duphastonu dokładamy euthyrox, bo TSH 2,79 - niby norma, ale ponoć w ciąży trochę za wysokie.
Wychodzę z mieszanymi uczuciami. Postanawiam nic nie czytać, ale nie wytrzymuję, jeszcze w tramwaju wrzucam w google "za mały pęcherzyk ciążowy". Czytam o jednej utracie, drugiej, trzeciej... łzy płyną same. W końcu znajduję też to, czego szukałam - potwierdzenie, że może się udać, że pęcherzyk może się jeszcze rozwinąć, nadrobić. Ale strach już nie mija.
Przez te dwa tygodnie żyję na huśtawce - raz wierzę, że będzie dobrze, raz panikuję, bo piersi jakoś mniej bolą, bo mdłości prawie nie ma... Ale z czasem jednak coraz bardziej wierzę. Niemąż wracając z pracy zaczął pytać "jak się czujecie?", ja przemeblowuję w głowie sypialnię... Hej, przecież wizytę mam 25 maja! 26 jest dzień matki, 27 mam urodziny... musi być dobrze! Życie nie może być przecież aż tak okrutne...

A jednak... może. 25 maja, 9 tydzień, trzecie USG i już po minie lekarki widzę, że coś jest źle.
"Pani saguaro, ta ciąża się nie rozwija" - pewnie już mi zostanie w głowie na zawsze.
Coś jeszcze mówi, współczuje, stara się dodać mi otuchy... doceniam, choć niewiele już do mnie dociera. Pokazuje mi na ekranie, że zarodek ma mniej, niż 1 cm, serce nie bije... patrzę, choć nie widzę.
Jeszcze zdecydować, co dalej... jest piątek, moja lekarka w szpitalu będzie dopiero we wtorek. Dostaję skierowanie, mogę się zgłosić jutro rano, mogę też zaczekać, aż zacznie się samo... ale najpóźniej we wtorek mam się zgłosić. Gdybym mocno krwawiła, to też. Chyba... w sumie już nie jestem pewna, gubię się, chcę do domu.
Postanawiam czekać, boję się obcych lekarzy w szpitalu, chcę moją lekarkę. Ale zanim jeszcze dotrę do domu, zaczynam krwawić. Jakbym musiała najpierw usłyszeć, że dziecko nie żyje, żeby organizm zrozumiał, że nie ma już o co walczyć...
Wysyłam smsa lekarce, pakuję się... ale krwawienie po ok. dwóch godzinach mija. Zostaje tylko małe plamienie. I tak całą noc, potem całą sobotę. Ostatecznie krwawienie z bólem zaczyna się dopiero w niedzielę. Jadę do szpitala w moje urodziny.
Na izbie łamie mi się głos, trzęsą się ręce... przyjmują mnie od razu, ale procedura przyjmowania trwa i trwa... kolejne pytania, kilka razy te same... odcinam się, zaczynam odpowiadać z automatu. Nie czuć, nie myśleć, przetrwać... Prawie się udaje. Z letargu wybija mnie tylko rozmowa o ewentualnym pochówku. Zrzekam się prawa od razu, podpisuję jeszcze przed zabiegiem. Nie umiem o tym nawet myśleć.
Potem narkoza, zabieg, doba na obserwacji... Następnego dnia przychodzi psycholog, prosi na rozmowę. Doceniam, choć rozmawiać nie potrafię... nadal jestem w letargu emocjonalnym, do tego psycholog jest mężczyzną... i nieco się peszy, gdy mówię mu w pewnym momencie, że mam taki sam zawód.

A teraz minął tydzień... rozmawiać jednak potrzebuję. Skontaktowałam się z terapeutką, do której kiedyś chodziłam, byłam na jednej wizycie, kilka jeszcze na pewno przede mną. Parę dni zajęło mi dopuszczenie do siebie emocji... "pomógł" Dzień Dziecka. Nagle z całą siłą dotarło do mnie, co się stało - że ja już nie mam Dziecka... że nigdy go nie zobaczę, nie przytulę...
Rozpadam się trzeci dzień.
Jutro kończy mi się L4, ale powrotu do pracy sobie nie wyobrażam. Będzie trzeba przedłużyć, choć na samą myśl o wizycie u lekarza i opowiadaniu kolejnej osobie, co się stało, robi mi się niedobrze...
Odpowiedz
#2
Saguaro, bardzo Ci współczuję. Wiem ze ciężko Ci mówić o stracie dziecka ale przyjdzie taki moment ze będziesz o Nim mówić a głos tylko troszkę się załamie... mnie czasami juz się udaje.
Przytulam.
Odpowiedz
#3
Dziękuję.
Na razie rozmawiałam tylko z terapeutką. Do innych osób (tych kilku, które wiedziały o ciąży) potrafię najwyżej pisać. Do Niemęża mogę płakać i się przytulać, ale mówić też za dużo nie potrafię...
Odpowiedz
#4
L4 załatwione, mam jeszcze dwa tygodnie. Na więcej sobie nie mogę pozwolić. Na szczęście lekarka o nic nie pytała. Wzięłam ze sobą wypis, więc co potrzebowała, to sobie sprawdziła.

Nie wiem, co zrobić z tą pustką...
Odpowiedz
#5
To dobrze że masz jeszcze trochę czasu. Na pustkę nie mam rady, trzeba po prostu poczekać.
Odpowiedz
#6
Bardzo mi przykro. Dobrze, że dostałaś zwolnienie, bardzo trudno jest po takich przeżyciach z dnia na dzień wrócić do codzienności. Słowa pewnie przyjdą z czasem, chociaż ja po wielu miesiącach nadal najłatwiej je znajduję z terapeutką, z mężem od czasu do czasu się udaje, a z resztą świata jeszcze nie za bardzo potrafię rozmawiać.

Pustkę trudno zapełnić, może pozostać na długo, z czasem po prostu uczymy się z nią żyć... Jeszcze raz bardzo mi przykro.
Odpowiedz
#7
Dziękuję.

Zastanawiam się... nie chciałam robić pogrzebu, oznaczania płci, wybierać imienia... wydawało mi się to wszystko zbyt traumatyzujące.
Ale teraz się zastanawiam, czy jednak imienia nie chciałabym nadać... tak dla nas tylko. Może jednak tak by było lepiej? Nie wiem...
Odpowiedz
#8
Dla mnie nadanie imienia (i płci) pierwszemu utraconemu dziecku było początkiem żałoby i początkiem "zdrowienia".
Odpowiedz
#9
Trudno jest...
Czytam forum wyrywkowo, płaczę nad różnymi historiami (nad swoją płakać mi trudniej), myślę nad jakąś formą pożegnania, jakimś symbolem... przejrzałam informacje o grobach/pomnikach w okolicy, ale nie czuję tego. Zwłaszcza że to są zawsze cmentarze parafialne, a ja nic wspólnego z żadnym kościołem nie mam. Gdzieś się raz natknęłam na wzmiankę o Polu Pamięci w moim mieście, ale nic więcej na ten temat nie potrafię znaleźć.

I wiem, że powinnam o tym wszystkim z Niemężem porozmawiać, ale jakoś nie umiem. Od terapeutki dostałam po uszach, że się zamykam, oddalam, sama się pozbawiam możliwości dostania wsparcia... A ja nie wiem, jak o tym rozmawiać.
Odpowiedz
#10
No to porozmawialiśmy...
Niezupełnie tak, jak to sobie wyobrażałam, bo zaczęło się od tego, że w wybuchłam w odpowiedzi na kolejną kompletnie chybioną próbę pocieszania ("trzeba przestać o tym myśleć"), ale jak już wybuchłam i się wypłakałam, to w końcu zrobiła się jakaś przestrzeń do rozmowy.

Mateusz... to był Mateusz.
Odpowiedz
#11
Dobrze, że udało się zacząć rozmowę. Dla Mateusza [*]
Odpowiedz
#12
Dla Mateusza (*)
Odpowiedz
#13
[*] Dla Mateusza
Odpowiedz
#14
Wyszłam z domu, kupiłam buty. To takie dziwne, że świat działa normalnie. Tramwaje jeżdżą, ludzie narzekają na upał, sprzedawcy recytują swoje formułki... dla świata nic się nie zmieniło.
Nastawiłam się, że natknę się na niejeden wózek, na dzieci, małe buciki... zniosłam dzielnie, do jednego wpatrzonego we mnie niemowlaka nawet się uśmiechnęłam.
A potem jadłam maliny i nagle w głowie myśl: ciekawe, czy on by lubił maliny? I świadomość, że nigdy się tego nie dowiem... i że on nigdy się nie dowie, jak smakują maliny... I się rozpadłam.
Odpowiedz
#15
Może tam gdzie jest też są maliny...może nawet słodsze i smaczniejsze.
Odpowiedz
#16
Nie...
Dziękuję za próbę pocieszenia, ale nie wierzę w żadne "gdzieś indziej". Jego już nie ma.
Odpowiedz
#17
Jesteś ateistką? Wiesz, forma pomnikowego upamiętnienia może być zupełnie innego rodzaju. Np. posadzić drzewo. To jest tu i teraz, nie tam i kiedyś. I nie jest nim, tylko symbolem z nim związanym. Chyba, że bolałoby Cię patrzenie jak rośnie żywe lub przeciwnie, ryzyko smutku, gdyby się nie przyjęło. Ale to może być coś całkiem innego, skoro odczuwasz potrzebę, a nie cmentarze, parafialne czy nie.
Odpowiedz
#18
saguaro a zaglądałaś może do tego wątku ? https://www.poronienie.pl/forum/showthread.php?tid=104 Może któryś z tych pomysłów byłoby dla Ciebie trafiony ?
Odpowiedz
#19
Gdybym się musiała do jakiegoś "izmu" przypisać, to do ateizmu mi najbliżej... ale generalnie nie lubię się tak dookreślać ;)
Posadzenie drzewa to była pierwsza myśl, która mi przyszła do głowy. Tylko tak techniczne nie mam pojęcia, jak to zrobić, gdzie... nie mam żadnej swojej ziemi do dyspozycji.
Biżuterii w zasadzie nie noszę, ale jeszcze to przemyślę... może do czegoś byłabym się w stanie przekonać?
Odpowiedz
#20
Saguaro ja tez bizuterii nie nosze, ale 3 lata temu zamowilam sobie zawieszke do lancuszka z literka M i data. Pamietam, kiedy ja odbieralam u jubilera pani powiedziala mi, ze mozna juz dawac. W sensie - obdarowac kogos. Obdarowalam - siebie. Nie nosilam nigdy tej zawieszki, ale mam ja. Tak po prostu. Wiem, ze jest.
Odpowiedz
#21
Chyba już mam swój symbol. Sam mnie znalazł.
Byłam w weekend we Lwowie, ostatniego dnia poszłam na pchli targ i wpadła mi w oko matrioszka z sów. Zwróciła moją uwagę, bo ja lubię sowy, ale kupować jej nie zamierzałam, dosyć droga była, a mnie się hrywny już kończyły. Ale wzięłam do ręki, żeby pooglądać. I jak tak wyciągałam z brzuchów coraz mniejsze figurki, to robiło mi się coraz bardziej gorąco. A przy najmniejszej, takiej kilkunastomilimetrowej, gardło mi się zacisnęło.
I mam swoją maleńką sówkę, ukrytą bezpiecznie w brzuchach czterech większych sów... nigdy wcześniej nie przyszło mi do głowy, że matrioszki mogą być tak wymownie symboliczne.
(potem zmierzyłam - Mati był prawie o połowę mniejszy, niż ta najmniejsza sówka...)
Odpowiedz
#22
Jutro kontrola u ginekolog, a w poniedziałek powrót do pracy... boję się tego panicznie.
O ciąży pocztą pantoflową wiedzieli już chyba wszyscy, o stracie nie wie prawie nikt. Jak Niemąż w zeszłym tygodniu pojechał moje L4 zawieźć, to od razu go jedna pani zaczęła wypytywać, jak się czuję, który to tydzień... nie powiedział, że już żaden. A ja sobie nie potrafię nawet wyobrazić, że mnie też mógłby ktoś w taki sposób powitać...
Poszłam za radą terapeutki i poprosiłam dzisiaj jedną wtajemniczoną koleżankę, żeby uprzedziła, kogo da radę, jak wygląda sytuacja, że wracam i nie chciałabym ze wszystkimi na ten temat rozmawiać... zrozumiała, obiecała pomóc. Trochę mi łatwiej, że może przynajmniej na wejściu żadnych gratulacji nie usłyszę, ale i tak boję się tego powrotu bardzo.
Odpowiedz
#23
Saguaro duzo sil dla Ciebie na ten powrot. Rada terapeutki byla dobra. My zrobilismy podobnie przed wyjazdem na wies do rodziny mojego meza. Byl tam jednak pamietam jeden wujek, ktory informacji nie otrzymal i on jako jedyny zadawal pytanie - kiedy potomstwo?! Cala reszta, ktora wiedziala, nie wiedziala jak zareagowac, a ja tylko poplynelam lzami. Maz wybrnal jednak dosc ostro.
Mam nadzieje, ze ta smutna nowina jednak u Ciebie w pracy sie rozeszla i nikt nie zada tak bolesnego pytania.
Odpowiedz
#24
Tak, to był dobry pomysł. Co prawda strasznie mi z tym dziwnie, że wszyscy wiedzą, ale przynajmniej taktownie milczą.
Dużo pracy, nadrabiania zaległości, mało czasu na czucie i myślenie... ale wcale nie jest mi z tym lżej.
Śnię o swojej śmierci i to są takie piękne, spokojne sny, z których wyjątkowo trudno mi się budzi...
Odpowiedz
#25
Na początku dziwiło mnie, że świat działa normalnie, jakby nic się nie stało...
Teraz dziwi mnie, że ja też w tym świecie działam. Jednego dnia zalewa mnie nowa fala bólu, boli mnie każda myśl i rozpadam się na kawałki, a drugiego wychodzę z domu i żyję.
Takie to wszystko nierealne...
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości