Poronienie 9 tydzień
#1
Nie było mi i mężowi łatwo zaakceptować trzecie dziecko, bo ja już sporo po czterdziestce, a mąż po 50-tce. Mamy dwóch synów, dwie córki straciliśmy w wyniku poronienia kilka lat temu. Powoli zaczęliśmy się jednak oswajać, planować. W okazywaniu radości przeszkadzało mi złe samopoczucie, brak apetytu, mdłości, lęk.W końcu pierwsze USG. Wyproszone, bo w Anglii, gdzie mieszkamy, rutynowo robi się USG dopiero ok. 12 tygodnia. Nie byłam rutynowa, bo po 40., po poronieniach, więc mnie wpuścili wcześniej. Niestety, choć pani dr dobrze wychowana, to jednak... nie była pewna, po co my w ogóle przyszliśmy i prawie z miejsca zaczęła mówić o testach przesiewowych na trisomie. Nazywają to tu 'wdzięcznie' Down's screening. Powiedziała, że ryzyko u mnie jest i tak duże. Było mi z tym bardzo przykro, że się autorytet medyczny choć zdawkowo nie ucieszył, że jest nowy człowiek na świecie, tylko od razu o zagrożeniach. Ja też od razu - że terminacja nie wchodzi w grę. I potem te kilka okropnych chwil, kiedy okazało się, że dzidziuś na ekranie jest, ale serduszko mu nie bije. Bardzo smutno. Myślałam, że te wszystkie plany, które pokrzyżowała mi ciąża (nowa praca, pomysły twórcze, podróże) to teraz nie mają znaczenia. Z drugiej strony - ulga, bo minęła niepewność, nie ma się już o co martwić. Została żałoba. Zdecydowałąm się czekać na samoistne poronienie, ale po tygodniu trafiłam do szpitala na łyżeczkowanie. Okropne krwawienie - nie myślałam, że tak mocno można. W szpitalu obeszli się ze mną bardzo przyzwoicie, to ważne w takiej sytuacji. Jeszcze czeka nas odebranie ciałka i jakaś forma pochówku. Nie wiem jeszcze co i jak.

Najchętniej siedziałabym w pokoju i gapiła się w internet i głupie seriale. Izoluję się od rodziny, potrzeby dzieci, ich zwyczajne marudzenia mnie denerwują. Izoluję się i od razu się za to bardzo obwiniam. Najchętniej wcyhodziłabym poza dom. Pracuję dorywczo, i to mnie za bardzo nie męczy. Bycie w domu, interakcje z mężem i dziećmi - tak. Mąż mnie bardzo wspiera, robi co może żeby mnie w pracach domowych odciążyć. Moi rodzice wiedzą o poronieniu, teściowa - nie i mąż jej nie chce mówić. Ona ma po 90 - tce i przy poprzednich poronieniach zdarzyło jej się zachować jak słoń w składzie porcelany, typu: 'biorą i biorą te tabletki, a potem mają poronienia'. Jeśli urządzimy pogrzeb naszego dziecka, to na pewno bez niej. 

Chciałam się z Wami podzielić moją historią, żeby ponazywać i się wypisać. Dziękuję, że jest takie miejsce i tacy ludzie.
Odpowiedz
#2
Jollanto, przykro mi, że musicie żegnać Wasze trzecie już Dziecko. Domyślam się, że tym trudniej jest przez to przechodzić, mając mieszane uczucia.
Wybaczaj sobie więcej w tym ciężkim czasie, dopiero co zmarło Ci Dziecko.
Dla Twojego Najmłodszego i Córeczek (*)
Odpowiedz
#3
Bardzo mi przykro Jollanto, przytulam bez słów, bo co napiszę, to brzmi banalnie...
Odpowiedz
#4
Jollanto widocznie musisz przejść żałobę.Ja też po poronieniu izolowałam się od ludzi,znajomych,rodziny.Jedynie z mężem rozmawiałam i miałam(nadal mam)wsparcie.Jutro mija cztery tygodnie od mojego poronienia i utraty fasolki i nadal unikam kontaktu ze znajomymi,bo sama przyznasz,że czasem bywa tak,że nie ma się ochoty rozmawiać z nikim,spotykać.O moim poronieniu wiedzą tylko moi rodzice ,teściowa nie wie i raczej się nie dowie,bo nie chce wysłuchać głupich komentarzy,czy fałszywych pocieszeń.Musisz dać sobie czas na żałobę.Ja ta zrobiłam.Raz jest lepie raz jest gorzej.Mimo,że czasem się uśmiechnę,coś zrobię to nie znaczy,że żałoba minęła.Czuję,że jest we mnie,a jak odejdzie to sama.Muszę jakoś żyć choć różnie jest.Dużo siły dla Ciebie.
Odpowiedz
#5
Już ponad dwa tygodnie, kiedy wiem, że nasze dziecko nie żyje, i tydzień po krwawieniu i nocnej operacji łyżeczkowania w dość dramatycznych okolicznościach. To dla mnie niepojęte, ze można się wykrwawić przy poronieniu. Tak jakby ciało nie mogło się pogodzić z utratą dziecka. Tym razem nie brałam tabletek, przy poprzednim poronieniu w 2011 r. w 15 tyg. ciąży dali mi je, ale po dwóch dobach i tak musieli mnie ratować z powodu krwawienia. Nie chciałam jeszcze raz tego przeżyć, a okazało się, że i tak trzeba było chirurga. Dziś próbowaliśmy rozmawiać o nadaniu imienia Dzidziusiowi, ale nie mogłam jeszcze. Trzeba też zadzwonić do szpitala, co z ciałkiem. WYdawało mi się, że staję powoli na nogi, ale fizycznie też jeszcze trudno, męczę się szybko, choć do pracy chodzę, na krótko. Jakaś pogniewana jestem na cały świat. Poprzednio chciałam opowiadać o dziecku całemu światu, żeby świat wiedział, że Gabrysia przeżyła kilka miesięcy. Potem była jeszcze Michalina, bardzo wczesne poronienie, nie zdążyliśmy jeszcze opowiedzieć innym o ciąży. Teraz jest mały Ktoś, nie mam potrzeby rozmowy prawie z nikim, tylko tu, anonimowo.
Najbardziej ze wszystkiego nie chce mi się opowiadać mojej Mamie o tym, jak się czuję. Nasza relacja jest niby ok, ale czuję się skrępowana, mam do mamy zadawnione żale, to na pewno przeszkadza. Nawet odczuwam jakiś wewnętrzny szantaż: 'Dzwoń do mamy, bo będzie się martwić', choć ledwo przedwczoraj widziała mnie na Skype. Chyba wyślę jej tylko pisaną wiadomość, o czym do licha mam z nią rozmawiać co kilka dni?! Przy żałobie niedostatki w relacjach wychodzą, staram się to sobie wybaczać, nie czas teraz na porządkowanie tego. 
Dziękuję za przeczytanie tego pisania.
Odpowiedz
#6
Jollanto, bardzo Ci współczuję.
Odpowiedz
#7
Jollanto ja takze bardzo duzo krwi stracilam przy poronieniu. Mdlalam 2 czy 3 razy. Pamietam jak dzis to uczucie, kiedy wiedzialam, ze za moment nogi odmowia posluszenstwa. Ostatni raz spadlam z wozka na sorze. Zawsze w glowie mam wspomnienie moich walajacych sie po szpitalnych korytarzach butow. Moj maz tez. Do dzis wspomina to z przerazeniem.
Bardzo mi przykro z powodu Twoich strat. Jesli ujsciem dla Ciebie jest takie anonimowe pisanie to nie powstrzymuj tego. To etap ktory warto przejsc.
Odpowiedz
#8
Właśnie dostałam informację ze szpitala, że w próbkach tkanki pobranej do badania histopatologicznego nie było - co za żargon! - tkanki płodowej, czyli nie było ciałka naszego dziecka. Pogrzeb będzie więc symboliczny - bez ciała. Z jednej strony - ulga, bo dopełniliśmy tego, co się naszemu dziecku należało. Wiem gdzieś tam, że małe (jeszcze nie ma płci i imienia, ale będzie miało) tam w niebie nie chce, żebyśmy się za bardzo przejmowali tym, nad czym nie mamy kontroli, ale sama rozmowa, wypowiadanie po angielsku słów 'szczątki;, 'tkanka' było bardzo trudne. Jest we mnie jeszcze bardzo dużo łez, a na zewnątrz jestem taka sztywna, pogniewana. Wczoraj odparowałam mamie, że dobrze się czuję i nie chcę o tym rozmawiać, niezbyt uprzejmie. Za często padaja te pytania, a o moich dołach psychicznych akurat z Mamą nie chcę mówić w szczegółach. Mama nie miała takich przeżyć, dobrze mi się o tym rozmawia właściwie tylko z osobami, które przeszły przez to samo. Moja mama akurat jest w tym względzioe dość delikatna, ale od oświeconych pań w jej wieku zdarzało mi się słyszeć, niekoniecznie o mnie, ale i tak nóż mi się w kieszeni otwierał, że 'poroniła, ma chore dziecko, bo może to ciśnienie w samolocie za wysokie jak leciała, nie powinna była lecieć'. Takich komentarzy chciałabym unikać.
Leżę znów w łóżku, może to tylko przeziębienie, raczej nie infekcja po operacji. Jeszcze starszy syn coś częściej choruje, miał morfologię robioną, czekam na wyniki. Wiadomo, kiedy się traci dzieci, to ma się ultraczułe anteny na wszelkie poważne świństwa zdrowotne. Staram się być spokojna w stylu: 'Jezu, Ty się tym zajmij', ale z tyłu głowy buzują emocje.
Dziękuję za czytanie.
Odpowiedz
#9
Jollanto, bardzo mi przykro, przesyłam ciepły uścisk dłoni, razem będzie raźniej. Ze mną nikt oprócz kochanego Męża nie rozmawia o stracie,a gdy ja zacznę to gaszą temat...takze, też tylko tu mogę sobie na to pozwolić.
Odpowiedz
#10
Jollanto rozumiem, ze zabraliscie Maluszka ze soba. A czy u Was szpitale organizuja pochowki? Pytam tak z czystej ciekawosci, u mnie tak jest - tez mieszkam w Anglii.
Odpowiedz
#11
(Mon, 14 Maja 2018, 13:26:55)emigrantka90 napisał(a): Jollanto rozumiem, ze zabraliscie Maluszka ze soba. A czy u Was szpitale organizuja pochowki? Pytam tak z czystej ciekawosci, u mnie tak jest - tez mieszkam w Anglii.

Nie, nie zabraliśmy, bo go nie było w tym, co znaleźli w czasie łyżeczkowania. Gdyby znaleźli cokolwiek z ciała, to zabralibyśmy pdo kremacji prywatnej. Szpital organizuje pochówki takich malutkich dzieci, godnie, ale zbiorowo przy specjalnym pomniku na miejskim cmentarzu - to by nam nie odpowiadało (że zbiorowo). My trzymamy prochy naszej Gabrysi (urodzona martwa w 15 tc., miała 4 cm) w domu od lat. Wiem, że to może się wielu wydać dziwne, ale dla mnie jest zwyczajne. Zastanawiam się jednak powoli, czy byśmy nie mogli znaleźć na cmentarzu miejsca dla niej i symbolicznie dla pozostałej dwójki dzieci. To jest może takie myślenie emigranckie - nie pasuje pochować dzieci poza ojczyzną. Choć mąż jest Polakiem urodzonym w Anglii i jest duże prawdopodobieństwo, że i on i ja w Anglii będziemy pochowani. Kurcze - w ogóle nie pasuje pochować dzieci! Dojrzewamy do decyzji.

(Mon, 14 Maja 2018, 11:42:28)SmutnaKate napisał(a): Jollanto, bardzo mi przykro, przesyłam ciepły uścisk dłoni, razem będzie raźniej. Ze mną nikt oprócz kochanego Męża nie rozmawia o stracie,a gdy ja zacznę to gaszą temat...takze, też tylko tu mogę sobie na to pozwolić.

Prawda? Kiedy się zdarza poronienie, to odkrywa się podziemny świat, bardzo rozległy, tych, którzy to samo przeżyli.
Odpowiedz
#12
Jollanto rozumiem.
Odpowiedz
#13
Chyba taka natura, że o rzeczach na które nie mamy wpływu rozmawia się trudno lub wcale. Nawet tym, ktorzy przeżyli stratę...Jollanto, przeraża mnie, że ten świat osieroconych rodziców jest tak rozległy.

I masz rację, to straszne chować swoje dziecko, ale o tym napisze kiedyś u siebie.
Odpowiedz
#14
(Mon, 14 Maja 2018, 20:45:36)Jollanta napisał(a): Prawda? Kiedy się zdarza poronienie, to odkrywa się podziemny świat, bardzo rozległy, tych, którzy to samo przeżyli.

Podziemia - nigdy nie myślałam o tym w ten sposób, ale bardzo trafnie to ujęłaś.
Wielowymiarowo i wieloznacznie.

Dla Twoich Dzieci [*] [*] [*]
Odpowiedz
#15
(Tue, 15 Maja 2018, 11:07:04)asza napisał(a):
(Mon, 14 Maja 2018, 20:45:36)Jollanta napisał(a): Prawda? Kiedy się zdarza poronienie, to odkrywa się podziemny świat, bardzo rozległy, tych, którzy to samo przeżyli.

Podziemia - nigdy nie myślałam o tym w ten sposób, ale bardzo trafnie to ujęłaś.
Wielowymiarowo i wieloznacznie.

Dla Twoich Dzieci

Dziękuję Ci, asza. Tak, odkryłam to po pierwszym i drugim poronieniu. Trafiłam do różnych grup wsparcia na żywo i online, a kiedy opowiadałam swoją historię innym, co i rusz ktoś wspominał, że też ma za sobą stratę dziecka. Nie miałam pojęcia, że to dotyczy aż tylu rodzin, kobiet! Potem było kilka okazji, kiedy spotykałam się z takimi osobami na terenie zawodowym, choć najczęściej to był przypadek. Wiem na pewno, że gdybym sama nie doświadczyła straty dziecka, plotłabym im dyrdymały. W ogóle tak nie myślę, że poronienie dzieje się 'po coś'. Ale skoro już się stało i nic nie można poradzić, to siłą rzeczy poznaje się jakiś nowy świat, nowych ludzi. Nie chodzi mi o to, żeby się wyrywać z pomocą, to wzajemne wspieranie dzieje się jakoś tak samo. Pamiętam, że po tych pierwszych stratach, kiedy urodziło się szczęśliwie kolejne dziecko, podziemny kraj osieroconych rodziców schował się, zamglił. Taki był czas. Teraz jest czas żałoby, znów. Trwa i trwa, przypomina się to, co kiedyś było. Znów boli.
Odpowiedz
#16
Bardzo mi przykro, że doświadczasz tego ponownie. Że po raz kolejny musisz tą ciemną doliną schodzić do podziemi.
Odpowiedz
#17
Bardzo Ci współczuję straty dziecka (*)
Ja również nazywam całe to zagadnienie podziemiem,dokładnie tak samo.
A konieta po poronieniach i bez dzieci to jeszcze niżej się znajduje...
Przytulam ciepło
Odpowiedz
#18
A ja wciąż czuję się zawieszona pomiędzy tymi dwoma światami i chyba już zawsze tak będzie, że jedną nogą będę tu. Choćbym nie wiem jak chciała się stąd wyrwać, cząstka mnie tu będzie.
Strasznie boję się powrotu tu. Choć zastanawiam się czy, przez fakt posiadania ziemskiego dziecka, nie wróciłabym i tu już tylko jakąś cząstką, bo ta druga noga to przecież mój Syn, ten żywy, fizycznie. Wszystko to hipotetyczne, gdyby, gdybym kiedyś jeszcze raz zaryzykowała.

Annino ściskam mocno. Serce mnie boli. Ściskam i przytulam.
Odpowiedz
#19
(Tue, 15 Maja 2018, 21:42:42)annina napisał(a): Bardzo Ci współczuję straty dziecka (*)
Ja również nazywam całe to zagadnienie podziemiem,dokładnie tak samo.
A konieta po poronieniach i bez dzieci to jeszcze niżej się znajduje...
Przytulam ciepło

Sytuacja, kiedy nie ma dziecka do przytulenia - bardzo smutna. Serdecznie współczuję, bardzo szczerze.
Odpowiedz
#20
Jeszcze miesiąc nie minął od stwierdzenia śmierci Małego... W życiu coś się dzieje - dużo celebracji rodzinnych, kościelnych. Chcę tam być dla dzieci, męża, dla siebie też, ale dusza mi mówi, że to takie nic. Wolę myśleć o dziecku, smucić się. Piękna pogoda, w ogrodzie można siedzieć. Niby to odceniam, doceniam wsparcie męża i wielu ludzi, ale na dnie pustka, taka bolesna. Nie ma na czym myśli zawiesić.
Zauważyłam, że zaczynam za dużo od siebie wymagać. Jest wiele zmian, które chciałabym w sobie wprowadzić, w małżeństwie, w planie dnia. Ale nie mam sił, chyba za wcześnie. Po co? Myślę. Jeszcze nie nadaliśmy imienia Małemu, odkładam to.
Wspominam, co się działo, kiedy dziecko było we mnie żywe. Było kilka ważnych, ciekawych wydarzeń w życiu. Okres dużej aktywności zawodowej, twórczości, kontakty z ludźmi. To wszystko zeszło na drugi plan w czasie początków ciąży, które były trudne do zniesienia fizycznie. Zbieram te wspomnienia, są cenne. Ale tak smutno...
Odpowiedz
#21
Wczoraj wymodliliśmy z mężem, że nasz dzidziuś to była dziewczynka. Daliśmy jej imię - Tereska. Dobrze mi z tym, coś się dopełniło jak należy.
Dziś widzę w iternecie zdjęcia mam trzymających swoje maleńkie poronione dzieci na rękach. Ja Tereski nie mogłam. Gabrysię (zm. 2011) widziałam i spędziłam z nią trochę czasu. Michalinka była za mała, mniejsza niż Tereska teraz. Nie udało się ich dotknąć. Ile smutku, jak dużo łez do wylania jeszcze zostało? Często przypływają w nieoczekiwanym momencie.
Dziś też pomyślałam, że więcej mam dzieci po Tamtej Stronie, niż na ziemi.
Odpowiedz
#22
Czuję złość i wielką pustkę. Bez sensu wydaje mi się wychodzenie do naszego kwitnącego ogrodu, na rodzinny obiad do restauracji, do pracy. Jeszcze do tego przeżyłam upokorzenie, ktoś mnie nie docenił zawodowo. Nie widać pociechy na horyzoncie, zimny ten świat. Wiem, że moje Dzieci są Tam, ale ich nie czuję, bo nie ma ich ze mną. Wierzę, że są szczęśliwe, ale tak bardzo chciałabym zobaczyć, jakie mają twarze. Nie mam myśli samobójczych, nie, ale czasem chciałabym być z nimi Tam, żeby już nie było bólu, upokorzenia, żalu, niepewności. Wierzę bardzo, że jest Im tam dobrze, że są zaopiekowane.
Odpowiedz
#23
Jakoś mi bliżej do dziecka, kiedy znam jego imię. Miło mi poznać Twoją Tereskę.
Wielu rzeczy nie możemy przy naszych dzieciach zrobić, ale przywilej nadania imienia pozostaje.

Ja też nie czułam swoich dzieci, aż do dnia, w którym dane mi było poznać przez chwilę ich szczęście. Od tego czasu jestem o nie spokojna.
Mam nadzieję, że znajdziesz trwałą pociechę.
Odpowiedz
#24
(Tue, 29 Maja 2018, 22:57:43)chocolate_puma napisał(a): Jakoś mi bliżej do dziecka, kiedy znam jego imię. Miło mi poznać Twoją Tereskę.
Wielu rzeczy nie możemy przy naszych dzieciach zrobić, ale przywilej nadania imienia pozostaje.

Ja też nie czułam swoich dzieci, aż do dnia, w którym dane mi było poznać przez chwilę ich szczęście. Od tego czasu jestem o nie spokojna.
Mam nadzieję, że znajdziesz trwałą pociechę.

Dziękuję za miłe słowa dla Tereski. Tak, wśród smutku to jest duma i radość - dać imię dziecku. Wchodzi do rodziny.

A co masz na myśli pisząc, że przez chwilę dane Ci było poznać szczęście swoich dzieci? Jestem ciekawa.
Odpowiedz
#25
Tutaj: http://poronienie.pl/forum/showthread.php?tid=4745
I to jest trwałe.
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości