Nie dam rady
#1
Witam, postanowiłam wypowiedzieć się tutaj, ponieważ nie mam z kim porozmawiać o tym co mnie spotkało. Właściwie nie radze sobie z tym co mnie spotkało. Czuje się podle. Często było mi jakby niedobrze, słabo, ograniczyłam aktywność fizyczną, bo robiło mi się słabo po przebiegnięciu kilkuset metrów, olałam fitness. Cierpiałam na niestrawności, miałam dziwne uczucie  podbrzuszu, jakby obrzęk, jeżeli chodzi o piersi to odczuwałam ich nadwrażliwość. Po za tym stałam się strasznie nerwowa, nadwrażliwa. Wszystko odbijało się na moim lubym, potrafiłam być niemiła i chimeryczna. Sama nie wiedziałam dlaczego taka zmiana we mnie nastąpiła. Może się to wydawać dziwne, ale nawet nie przeszło mi przez myśl, że spodziewam się dzidziusia. Od pewnego czasu marzyłam o dziecku, płakałam na widok małych dzieci ze wzruszenia, brakowało mi dziecka. Mimo, że z moim chłopakiem znaliśmy się kilka miesięcy to wiedziałam, że będzie moim mężem i ojcem dzieci. Nie wiem dlaczego tak czułam, wiedziałam. Hormony we mnie buzowały. My zawsze zabezpieczaliśmy się, ale sypialiśmy ze sobą bardzo często i w różny sposób. Do tej pory nie wiem jak mogło dojść do tego, że nosiłam nasze dzieciątko pod sercem i byłam tego nieświadoma. Czuje się winna. Od kilku dni czułam się jakoś dziwnie słaba. Pojawiła się wysoka gorączka (oscylująca wokół 39 stopni Celsjusza), drgawki, jakieś majaki, ból mięśni kaszel. Wieczorem zaczęłam krwawić. To było 25 stycznia. Niemalże idealnie pokryło się to z datą planowanej miesiączki. Myślę, okres jeszcze mnie dopadł w tym bólu. Krwawienie było bardzo obfite. Miesiąc wcześniej też miałam okres, tylko bardzo skąpy, inny niż zwykle, ale nie zwróciłam uwagi, ponieważ cierpię na hashimoto i pcos, miewałam różne dziwne okresy, związane z zaburzeniami hormonalnymi, chociaż przez długi czas było bardzo stabilnie. Poszłam następnego dnia do lekarza, o krwawieniu nie mówiłam okres to nie choroba. Kiedy wróciłam do domu, po jakimś czasie znów dostałam gorączki, dreszczy i jakby skurczy pochwy. Ból to był przeraźlliwy. Nie nadążałam ze zmianą podpasek. Zauważyłam dziwne skrzepy, przestraszyłam się wtedy i myślałam, że to jakieś następstwo choroby, którą aktualnie przechodzę i PCOS. Mój lekarz ginekolog przyjmuje w poniedziałki i środy, a akurat wypadał piątek. Udało mi się dostać przez znajomą do jej męża, który jest ginekologiem i przyjął mnie. Powiedział, że to poronienie samoistne, szacuje 6 tydzień ciąży Sad((( Nadmienił, że bardzo szybko się czyszczę, jeśli faktycznie zaczęło się to niecały dzień wcześniej. Stwierdził, że nie potrzebna jest ingerencja lekarza. Tak dowiedziałam się o istnieniu naszego dziecka. Szybko się  czyszczę........ kazał mi przez 5 dni robić zastrzyki Clexane i odpoczywać. Krwawiłam jeszcze kilka dni. Wróciłam do domu i ja udawałam, że to się nie wydarzyło. Ja dostałam znów wysokiej gorączki, dreszczy, majaków i koszmarów. To jest nie do opisania, coś mnie dusiło, jakieś węże, moja zmarła babcia szarpała mnie we śnie za rękę. Ja byłam jakby w innej rzeczywistości. Odrzuciłam świadomość o naszym dziecku. Udawałam, że nic się nie stało, nie wiem jak. Myśli zaczęły wracać, ja nie przyznałam się nikomu do tego. W domu nic nie powiedziałam, mojemu chłopakowi też nie. Myśli o moim dzieciątku powracały cały czas. Nie potrafię opisać co ja wtedy czułam. Byłam na L4 przez 3 dni, nie chciałam, żeby przyjeżdżał. Strasznie cierpiałam, postanowiłam, że nie powiem tego jemu ani nikomu innemu. Nie chciałam, by czuł ten sam ból co ja. Bałam się też, że może mnie zostawić myśląc, że specjalnie zaszłam w ciążę, bo ja ciągle mówiłam o dzieciach. Przede wszystkim nie chciałam go ranić. Ja sobie nie radzę. Tydzień po śmierci naszego dziecka powiedziałam mu wiele przykrych słów. Sama nie wiem dlaczego, przelałam złość i fustrację własną na niego, płakałam także. On chciał przerwy po tym zdarzeniu. Moja rozpacz nie miała końca, ja poczułam podwójną stratę. Ja prawie nic nie jem. Ja zostałam sama, dzowniłam i smsowałam do niego, nie umiałam jednak powiedzieć mu o śmierci naszego dziecka. On mnie olał, nic nie wiedział. Kilka dni temu dostałam 1 miesiączki od tamtego czasu. Ja nie wiedziałam co zrobić, pojechałam do niego, ale nie zdobyłam się na odwagę, by o tym mówić. Usłyszałam, że on się z kimś już spotyka i ta osoba jest lepsza w 100 procentach ode mnie, bo go nie skrzywdziła. Wróciłam, upiłam się z żalu, wydzwaniałam. Ona jest we wszystkim lepsza. Moje poczucie rozpaczy jest jeszcze gorsze niż było. Nie dość, że straciłam nasze dziecko, że ja nie zorientowałam się, że je noszę to na dodatek on mnie opuścił. Napisałam SMS o tym zdarzeniu, dzisiaj rozmawiałam to dowiedziałam się, że go obarczam, że on nie chce wiedzieć jak to było, że mu to niepotrzebne i nie chce rozmawiać. Ja się czuje strasznie, straciłam ich oboje. Zostałam sama. Bez dziecka. Czy on mnie obwinia ? Ja mam myśli, żeby skończyć z sobą, nie mam sensu, nie jestem w stanie normalnie pracować, spać czy jeść. Co mam zrobić dalej ? Jak mam zapomnieć ? Jak on może nie chcieć słyszeć ?  Pomocy !!!
Odpowiedz
#2
Paulino, przykro mi, że Wasze Dziecko umarło. Gdybyś wcześniej wiedziała o jego istnieniu, prawdopodobnie i tak nie można by mu było pomóc. Współczuję, że dodatkowo musisz się sama zmagać ze stratą.
Nie potrafię Ci powiedzieć, jak zapomnieć. Rozumiem, że pamiętanie jest teraz nie do zniesienia i chciałabyś nie czuć, ale w żałobie trzeba przeżyć to, co jest do przeżycia. Straciłaś dwie bliskie osoby. To normalne, że nie potrafisz żyć jak wcześniej. Daj sobie czas, zrób miejsce na te uczucia i bądź dla siebie wyrozumiała, bo oprócz smutku i żalu, których się spodziewamy przychodzą też często złość, zazdrość, drażliwość, poczucie, że nic dobrego Cię nie czeka i wiele innych tak intensywnych, że nie jesteśmy w stanie fizycznie normalnie funkcjonować.
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości