Marysia-odeszła w 7tc. [*]jestem w rozsypce
#1
Tess, obu Twoim postom-tematom nadałam status Szkicu, czyli edytowalnej kopii roboczej znajdującej się w Profilu Użytkownika:
https://www.poronienie.pl/forum/usercp.p...ion=drafts

Posty z takim statusem są widoczne tylko dla autora - Szkice służą mu do "obrabiania" wypowiedzi przed puszczeniem na publiczne Forum.
Łącząc oba posty-tematy w Twój jeden temat indywidualny zmodyfikowałam mu też tytuł na wzór tamtych.

Zostawiam Ci decyzję, którą wersję postów chcesz ostatecznie zostawić. Nie ma powodu, by nie przeszły przez wstepną moderację, jaka jest u nas nałożona na nowych Użytkowników, ale zwyczajnie mam dylemat, który zostawić, bo częściowo powielają się w treści, ale nie są identyczne i zawierają też treść wzajemnie się uzupełniającą.
Zmieniając je w Szkice zamiast opublikować, daję Ci możliwość samodzielnego wyedytowania każdego z nich, może połączenia fragmentów wypowiedzi - tak jak zdecydujesz się je opracować, tak się ukażą.

Wstępną moderację już Ci zdjęłam.


Mój post do późniejszego usunięcia.
Odpowiedz
#2
Kochani,
Chcę się podzielić świeżymi doświadczeniami. To była moja pierwsza, długo wyczekiwana ciąża. Od pierwszej wizyty u gin. mówiono że ciąża młodsza niż wynika to z daty ost. miesiączki. Z wizyty na wizytę na usg było widać jednak coraz więcej. Na ostatniej wizycie liczyłam, że zobaczę po raz 1.serduszko-to był 7.tydzień wg lekarza. Niestety, usłyszałam że 'nic z tej ciąży nie będzie.' Skierowanie na oddział na następny dzień. W domu łzy i rozpacz razem z narzeczonym.
W nocy dostałam bardzo bolesne skurcze i krwawienie tak obfite jakiego w życiu nie widziałam-skrzepy, kawałki tkanki(?), płynna krew.. Negatywnie doświadczona przez szpitale z mamą-która odeszła w zeszłym roku, trwałam w tym bólu w domu wierząc, że poronię samodzielnie, bez ingerencji szpitala. Po ok. 4 godzinach wyczerpana zgodziłam się wezwać pogotowie.
Tam zaczął się mój drugi koszmar. Trafiłam do szpitala po 3.rano. Traktowano mnie jak nieproszonego gościa. Mimo nieustającego krwawienia i nieznośnego bólu nikt nie zaproponował mi nic przeciwbólowego. Kazano mi chodzić między gabinetami, choć niedaleko stały wózki. Kiedy doczekałam usg okazało się że 'tam juz nic nie ma.' Jednak, lekarz wykonał abrazję. Dodam że bez znieczulenia miejscowego. Podano mi dożylnie jakiś zagłuszacz, podejrzewam że tzw głupiego jasia, bo byłam lekko otumaniona ale czułam każdy ruch łyżki. Pamiętam jeszcze reprymendy pielęgniarki w czasie zabiegu: 'proszę tak nie krzyczeć, tu ludzie śpią!' 
Po wszystkim trafiłam na salę z hałasującą pół nocy kobietą-jak się okazało następnego dnia-laktatorem.
Rano dostałam wypis, z jedną informacją- 'oszczędzający tryb życia przez tydzień.' 
Pierwszy dzień przespałam w domu jak dziecko. Następnego wieczora dostałam silnych bóli w podbrzuszu. Nazajutrz rano mimo panicznego wręcz lęku przed powrotem do tego miejsca, pojechałam z moim n. na kontrolę. Wola urodzenia zdrowego dziecka w przyszłości była silniejsza. 
Na miejscu okazało się że jegomość mój lekarz jest na urlopie (co za ulga!), przyjęła mnie inna pani dr. Po usg wyszło że wszystko w normie, najprawdopodobniej zapalenie pęcherza. Biorę antybiotyki, leżę, często płaczę.
Staram się mówić mojemu n. co czuję, wspieramy się tak jak potrafimy. On-po męsku, zadaniowo, robi o co poproszę-pomaga w domu, gotuje, pomaga wstać. 
Ja-staram się nie zamykać w sobie, rozumieć jego sposób na przeżywanie tej straty-zamknięcie, prace w domowym warsztacie.
Mam to szczęście że odnajduję zrozumienie u części przyjaciół. Niektórzy wręcz namawiają mnie bym wypłakała swoje, dała sobie czas.
Wiem że to bardzo świeże ale nie wiem jak to wszystko poukładać. Zawsze miałam się za osobę otwartą emocjonalnie, teraz jestem rozsypana. Każde wejście do łazienki to obraz tamtej nocy. Każde wejście do sypialni to myśl że to przecież miał być wkrótce pokój Marysi... Choć nie poznaliśmy płci, oboje czuliśmy od początku że to ona. 
W tym tygodniu planujemy osobiste symboliczne pożegnanie z Nią. Może gdzieś nad rzeką..
Tymczasem boję się jak wrócić do pracy z ludźmi(jestem korepetytorem), jak przestać się zadręczać, jak puścić wściekłość na bezduszność w tym szpitalu.. Na razie odwołałam wszystkie swoje zajęcia na cały tydzień. Czuję że potrzebuję wylać z sibie cały ten smutek, zmierzyć się z nim.
Myślę też o badaniach, żeby zrobić wszystko by ten koszmar się nie powtórzył.. Co pomaga Wam? Macie jakieś doświadczenia z badaniami po poronieniu?
Odpowiedz
#3
Przykro mi, że straciłaś Córeczkę i Mamę, a do tego doświadczyłaś dodatkowych przykrości w szpitalu. Rozsypuj się, wylewaj smutek i złość, na ich poukładanie przyjdzie czas.
Dla Marysi (*)

Wątek na temat badań: https://www.poronienie.pl/forum/showthread.php?tid=4020
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości