Nie daję rady ;(
#51
(Tue, 17 Lipca 2018, 16:34:18)polianka napisał(a): 10 miesięcy to jeszcze bardzo krótko, naprawdę. 
Z lekami jest różnie - często trzeba wielu próbować, żeby dobrać odpowiednie, na różnych ludzi różnie poszczególne grupy leków działają, często też bywa tak, że po jakimś czasie organizm wyrabia sobie tolerancję i efekt terapeutyczny zanika i trzeba zmieniać - wiem coś o tym, też biorę, od bardzo dawna. A i tak one tylko trochę ułatwiają bycie tu, funkcjonowanie czy spanie - niestety, choćby się chciało - nie uśmierzają cudownie bólu, nie wymazują cierpienia. Są pomocne, ale nie załatwiają wszystkiego. Powiedz mi, czy Ty masz terapię?

Wiem, że terapię miałaś, że nie szło, że miałaś zmieniać - chodzisz do kogoś?
Gdybyś potrzebowała napisać o czymś, ale niekoniecznie chcesz publicznie, to daj mi tu znać. Jakkolwiek to nie zabrzmi, siedzę w tym od dawna - leki, psychiatrzy, terapeuci. No i łączy nas miejsce zamieszkania. Mogę pomóc jeśli chodzi o namiary na sprawdzonych trójmiejskich psychiatrów i psychoterapeutów. Mogę też z Tobą po prostu pogadać o rzeczach, o których czasem trudno gadać z ludźmi, którzy pacjentami psychiatrycznymi nie są i nigdy nie byli. Gdybyś chciała, potrzebowała - po prostu mi to zasygnalizuj. Możesz też pisać do mnie tu, jeżeli tak wolisz.

Bardzo dziękuję Ci za ten post. Chodziłam na terapię, ale zrezygnowałam. Spotkania były bez sensu. Terapeutka drąży temat, a ja nie potrafię. Wychodziłam cała roztrzęsiona i zapłakana, nie chciałam rozmawiać. Poczułam ulgę jak zrezygnowałam, jakby ktoś mnie zwolnił z jakiegoś okropnie przykrego obowiązku. Chociaż mąż nalega, żebym dalej chodziła, poszedł nawet parę razy ze mną "dla otuchy", ale wtedy już w ogóle nie uczestniczyłam w spotkaniu, nie chciałam się odzywać, on rozmawiał. Ja mam chyba jakiś ogólny problem z psychologami. Nie miałam do nich zaufania jeszcze zanim się to wszystko stało (mam do czynienia na polu zawodowym z psychologami i nie są to dobre doświaczenia). Za to pani psychiatra, do której chodzę mi bardzo odpowiada. Zdecydowanie wolę rozmawiać z nią. Szukałam też czegoś w rodzaju grupy wsparcia, mam jakieś takie niejasne przeczucie, że jak porozmawiam z kimś, kto jest w takiej samej sytuacji i jakoś sobie daje z tym radę, to będzie mi lepiej, że da mi to jakąś nadzieję, ale nie udało mi się nikogo takiego znaleźć. Mój przyjaciel chciał mnie umówić na spotkanie z osobą z podobnymi doświadczeniami, ale odmówiła, mówiąc, że to dla niej za trudne, co oczywiście to rozumiem. Jeśli Ty byś chciała ze mną porozmawiać, to będę bardzo wdzięczna.
Odpowiedz
#52
Czy terapia była bez sensu, dlatego, że wychodziłaś rozsypana i zapłakana? Nie chciałaś rozmawiać wcale, czy nie chciałaś rozmawiać z tą konkretną osobą? Czułaś się przy niej niekomfortowo?
Była psychologiem czy psychoterapeutą z certyfikatem? To istotne.
Bo wiesz, jeśli chodzi o terapię, to, żeby ona działała, to człowiek musi się tam rozpaść i z tych kawałków coś nowego zbudować. To zawsze boli - jest jak oczyszczanie zakażonej rany. Musi być w terapii najpierw gorzej, żeby mogło być lepiej, to tak działa.
Wystraszyłaś się tego bólu, czy nie czułaś się przy tej terapeutce bezpiecznie na tyle, by móc sobie pozwolić na przeżywanie tych emocji i pracowanie z nimi?
Mąż nalega na terapię, z powodu stanu, w jakim jesteś? Czy psychiatra nie namawia Cię na terapię?

Co masz na myśli mówiąc, że potrzebujesz kogoś w takiej samej sytuacji jak Twoja? Kobietę, która poroniła i nie ma przy tym żyjącego dziecka? Czy chodzi o coś jeszcze innego? Dopytuję, bo tak naprawdę nie ma ludzi, którzy znajdowaliby się w identycznym położeniu.
Ja w swoim czasie potrzebowałam osoby, która również doświadczyła poronienia - miałam wsparcie bliskich osób, ale nikogo, kto przeżyłby to na własnej skórze.

Co dla Ciebie oznacza, że ktoś jakoś sobie radzi? Po czym poznajesz, że ktoś sobie radzi?

Dużo pytań, wiem. Jeżeli nie chcesz pisać publicznie - czy odpowiadałby Ci kontakt mailowy?
Odpowiedz
#53
Tak , dużo pytań i trochę trudnych. Bardziej chyba odpowiadałby mi kontakt mailowy, nie tak publicznie.
Odpowiedz
#54
Czy w takim razie mogę poprosić Admina o kontakt mailowy do Ciebie?
Odpowiedz
#55
Tak, oczywiście.
Odpowiedz
#56
Zbliża się rok od kiedy umarł, a ja mam wrażenie, że to boli tak samo jak w chwili, gdy dowiedziałam się, że nie żyje...
Odpowiedz
#57
Spokoju na ten trudny czas Ci życzę.
Wiesz, mi np. bardzo pomagało celowe "pamiętanie", zajęcie pustych rąk: zapalenie świecy, przygotowanie albumu z tych niewielu pamiątek, które miałam, odwiedziny na Grobie Dzieci Utraconych, udział we Mszy Św., darowizna dla potrzebującego dziecka jako "prezent" ku pamięci mojego.
Tyle miłości, a nie ma co z nią zrobić. Zobacz, co możesz zrobić ze swoją.

Czas w żałobie też mi się jakoś zatrzymał i pamięć inaczej działa. Tydzień po miałam wrażenie, jakby minęły lata świetlne, a w rocznicę pamiętałam wszystko, jakby to było wczoraj.
Odpowiedz
#58
Ja niestety mam tylko jedną pamiątkę: jedno zdjęcie z USG, kiedy widziałam jego bijące serduszko. Na USG tydzień później niż nie biło. Nie mam nawet karty ciąży, bo lekarz nie zdążył mi założyć.
Odpowiedz
#59
Też mam niewiele (a może to i tak bardzo dużo), ale pamiątką może być wszystko, co Ci przypomina o dziecku: wiersz, własny list do dziecka, obrazek, cytat, rysunek, piosenka. Zdjęcie z USG można oprawić w ramkę. Można zrobić dla kogoś jakąś dobrą rzecz, mając w pamięci swoje dziecko, żeby ten żal i pustkę wypełnić pamięcią i czymś dobrym.
Ale to już Ty sama będziesz wiedzieć, czy takie formy Ci odpowiadają.
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości