Nie daję rady ;(
#1
Niecałe pół roku temu poroniłam w 10 tygodniu. Staraliśmy się o dziecko prawie rok. Najpierw była ogromna radość z dziecka, pierwsze usg- wszystko w porządku. Później plamienie, usg: brak tętna, dwa dni później krwotok i szpital ;( Pierwsze słowa teściowej do mnie:"I tak Pan Bóg was oszczędził, że teraz a nie w piątym miesiącu albo później". Jak można powiedzieć coś takiego komuś, kogo dziecko właśnie umarło? Zagryzłam zęby żeby nie zrobić awantury, na którą i tak nie miałam siły.  Po 3 tygodniach wyniki badania histopatologicznego i kolejny szok. W zabezpieczonym materiale nie ma komórek płodu. Czyli moje dziecko spłynęło do ścieków. Jego maleńkie ciałko pływa wśród fekaliów. Kolejne pretensje do Boga- najpierw nie chciał nam dać dziecka, później nam je zabrał a teraz okazuje się, że nie pozwolił nam nawet go pochować. Płaczę codziennie od dnia, kiedy dowiedziałam się, że moje maleństwo nie żyje. Zarówno przed ciążą jak i po poronioeniu miałam robione wszystkie możliwe badania (nawet takie, które robi się po 2 latach nieudanych prób zajścia w ciąże i dopiero po 2 poronieniach). Od 3 miesięcy możemy znów starać się o dziecko. Po pierwszej nieudanej próbie dostałam załamania nerwowego. Jestem pod opieką psychiatry, na silnych lekach, chodzę na terapię. Leki trochę otumaniają, ale ból dalej jest nieryobrażalny. Terapia nie działa. Terapeuta chciał nawet zrezygnować, bo twierdzi, że nie potrafi do mnie dotrzeć. Dwie najbliższe przyjaciółki szczęśliwie urodziły i mają kilkumiesięczne dzieci, inne dwie tuż po moim poronieniu zaszły w ciążę. Nie mogę ich widywać. Czuję wręcz agresję na ich widok. Ostatnio przypadkiem jedną spotkałam. Przepłakałam później trzy godziny i ciągle przed oczami mam jej zaokraglony ciążowy brzuch i ta myśl, że mój teraz byłby jeszcze większy. Rodzice męża i moi uważają, że powinnam "wziąć się w garść". A ja nie daję rady... Czuję się taka samotna i sfrustrowana. Przecież jesteśmy z mężem w 100% zdrowi, do 30. nam jeszcze brakuje, więc wiek też nie stoi na przeszkodzie. Dziś okazało się, że kolejny miesiąc nie udało się mi zajść w ciążę. Czuję się niepełnowartościową kobietą. Co ze mnie za żona jak nie potrafię urodzić? Mam wrażenie, że nikt mnie nie rozumie, że jestem zupełnie sama... Mąż jest bardzo wyrozumiały, ale widzę, że też jest zmęczony moimi ciągłymi wybuchami płaczu i stałym pilnowaniem żebym nie spotkałą jakiejś kobiety w ciąży. Już dłużej tak nie mogę. Chciałabym zasnąć i zniknąć.
Odpowiedz
#2
Agatko, bardzo Ci współczuję...
Daj sobie czas na przeżycie żałoby, na wszystkie emocje, które się ujawniają w sytuacji śmierci kochanego dziecka. Masz do tego prawo. Co do terapii - może warto zmienić specjalistę, może ktoś inny znajdzie do Ciebie klucz i faktycznie terapia przyniesie lepszy efekt? Nie jesteś bezwartościowa, to nie Twoja wina, że stało się tak, jak się stało, to niczyja wina.
Odpowiedz
#3
Bardzo mi przykro.
Nie jesteś, nie jesteśmy bezwartosciowe, choć zaraz po tragedii też tak o sobie myślałam. Wiem, ze to bardzo boli... staraj się sobie nie dokładać.
Odpowiedz
#4
Jak czesto te nasz historie sa do siebie pobne, jakby pisane wg tego samego scenariusza. Agatko czytajac twoja historie cofnelam sie wstecz do mojego 1 poronienia i tych wszystkich emocji ktore byly po nim. Jest taki rodzaj bolu, na ktory nie da sie umrzec. Daj sobie czas na cierpienie, nikt nie ma prawa ci go zabierac.
Odpowiedz
#5
Dziękuję Wam za słowa wsparcia. Wczoraj podjęliśmy z mężem deycyzję. Zmieniam lekarza i terapeutę. Spróbuję wszystkiego. Najgorsze jest jendak takie poczucie osamotnienia i niezrozumienia ze strony najbliższych. Albo w ogóle udają, że nic się nie stało albo słyszę teksty, że "w sumie lepiej, że tam się stało, bo by się urodziło chore i nie dali byśmy sobie rady" albo że "jesteśmy jeszcze młodzi i jeszcze będziemy mieć dzieci". Nikt nie myśli o naszym Maluszku, który nie żyje i nawet nie ma grobu Sad Martwię się tez o męża. Jest bardzo dzielny, ale wiem, że mu bardzo ciężko. Widzę jak cierpi. Mówi, że będzie mu lepiej, jak ja się lepiej poczuję, ale ja nie potrafię. Sądzę, że bardziej od jakiejkolwiek terapii pomogłaby mi rozmowa z osobami w podobnej sytuacji, ale w mojej okolicy nie ma żadnych grup wsparcia dla osób po poronieniu, mimo że mieszkam w sporej aglomeracji.
Odpowiedz
#6
A moze oboje wybierzcie sie na taka terapie. Powiedz z jakiego miasta jestes jesli chcesz.
Odpowiedz
#7
Mąż to proponował, ale obecny terapeuta uważa, że terapię powinnam przejść ja, nie oboje. Jesteśmy z Trójmiasta.
Odpowiedz
#8
Agatko, bardzo mi przykro ze straciliście dziecko. Mam nadzieje ze znajdziesz tutaj pomoc i ukojenie.  
Moje pierwsze dziecko także straciłam do toalety i było to dla mnie wielką traumą. Po długim czasie umieściłam jego imię na grobie moich dziadków. Takie symboliczne miejsce bardzo mi pomogło.
Odpowiedz
#9
Wejdz chociazby na www.stratadziecka.pl

Fundacja NAGLESAMI tez ma swoja grupe wparcia w Trojmiescie
Odpowiedz
#10
(Sun, 04 Marca 2018, 10:52:01)Frania napisał(a): Wejdz chociazby na www.stratadziecka.pl

Fundacja NAGLESAMI tez ma swoja grupe wparcia w Trojmiescie

Słyszałam o tej pierwszej organizacji, mąż próbował nas nawet zapisać na te rekolekcje, o których piszą na stronie stratadziecka.pl, ale kilka dni po tym jak ruszyły zapisy, nie było już miejsc. Szkoda, bo mam też sporo pretensji do Boga w związku z tym, co się stało, moze rekolekcje by pomogły, szczególnie w czasu Wielkiego Postu. Teraz nie chodzę na mszę, nie mogę sie przemóc. Czasem wchodzę tylko do kościoła jak nikogo w nim nie ma... Ale będę obserwować te stronę, bo podobno mają być jakieś inne spotkania czy warsztaty. Boję się tylko, że ktoś mi powie coś w stylu, ze moja strata jest mniejsza, bo moje dziecko sie nie zdążyło nawet urodzić Sad

(Sun, 04 Marca 2018, 10:47:23)unbeldi1980 napisał(a): Agatko, bardzo mi przykro ze straciliście dziecko. Mam nadzieje ze znajdziesz tutaj pomoc i ukojenie.  
Moje pierwsze dziecko także straciłam do toalety i było to dla mnie wielką traumą. Po długim czasie umieściłam jego imię na grobie moich dziadków. Takie symboliczne miejsce bardzo mi pomogło.

Też tak chcieliśmy zrobić, ale nawet tego nie możemy- nie znamy płci. Chociaz jestem przekonana, ze to był chłopiec.
Odpowiedz
#11
Jakbym czytała o sobie po pierwszym poronieniu. Byłam skłonna wziąć na siebie wszystkie winy tego świata. Byłam złą żoną, matką, córką, bezwartościową kobietą. I jeszcze parę innych rzeczy sobie wymyśliłam. Bardzo pomogła mi terapia, głównie grupowa i wcale nie wśród osób o podobnych przejściach, wręcz przeciwnie. Ale musisz trafić na odpowiedniego terapeutę, nie z każdym będziesz chciała i mogła pracować, bo to wymaga nawiązania bardzo specyficznej relacji.
Odpowiedz
#12
Niestety mi z terapią bardzo słabo idzie. Mam wrażenie, że jestem "terapioodporna". Żal mi też mojego męża. Jest wspaniałym, dobrym człowiekiem. Chciałabym dać mu dziecko, bo tez bardzo go pragnie. Poza tym zakochał się w wesołej, zawsze uśmiechnięte i pełnej energii dziewczynie. Teraz ma żonę-płaczkę, łykającą coraz to inne psychotropy.
Odpowiedz
#13
Agatko, ale poślubił Cię na dobre i na złe, w zdrowiu i chorobie. Śmierć dziecka to wielka trauma. Daj sobie prawo do przeżycia żałoby.
Odpowiedz
#14
Agatko, ja też nie poznałam płci - zdałam się na swoje przeczucia. Dla mnie było to jakieś ukojenie ale pewnie nie dla każdego tak będzie.  


Nie wymagaj od siebie zbyt wiele. Tez jest czas na płacz i nie musisz udawać ze jest inaczej. 
Przytulam
Odpowiedz
#15
Posty "kontaktowo-namiarowe" zostały przeniesione do właściwego tematu zbiorczego.
https://www.poronienie.pl/forum/showthre...#pid343788
Odpowiedz
#16
(Mon, 05 Marca 2018, 23:53:03)Maja84 napisał(a): Jakbym czytała o sobie po pierwszym poronieniu. Byłam skłonna wziąć na siebie wszystkie winy tego świata. Byłam złą żoną, matką, córką, bezwartościową kobietą. I jeszcze parę innych rzeczy sobie wymyśliłam. Bardzo pomogła mi terapia, głównie grupowa i wcale nie wśród osób o podobnych przejściach, wręcz przeciwnie. Ale musisz trafić na odpowiedniego terapeutę, nie z każdym będziesz chciała i mogła pracować, bo to wymaga nawiązania bardzo specyficznej relacji.

Niestety to, że nasze dziecko nie ma grobu, to moja wina. Dowiedzieliśmy się, że serce dziecka nie żyje w czwartek wieczorem. Lekarz powiedział, że albo mogę zachować normalną aktywność i w ciągu kilku dni poronienie powinno nastąpić samoistnie albo mam leżeć i w poniedziałek zgłosić się do szpitala, gdzie podadzą mi leki, które wywołają poronienie lub zrobią mi zabieg. Niewyobrażałam sobie żeby wziąć leki, które miałyby celowo usunąć dziecko ze mnie. Poza tym nie znoszę szpitali i chciałam żeby mąż był cały czas ze mną, więc normalnie chodziłam i po dwóch dniach do poronienia doszło w domu. Mimo starań nie udało się nam zabezpieczyć dziecka, a do szpitala i tak musiałam trafić. Gdybym jednak zdecydowała się leżeć, może bym "doczekała" do poniedziałku i poroniła w szpitalu, gdzie zachowane byłoby chociaż jego ciało.
Odpowiedz
#17
Agata, podjęłaś decyzję którą uznałaś za dobrą? bezpieczną? bardziej komfortowa? dla siebie i jednocześnie próbowałaś uratować szczątki. To że się nie udało to nie twoja wina. Zoptymalizowałaś sytuację jak tylko się dało. Ja swoje 3 poronienie tez miałam w planie zabezpieczyć, ale nie dałam rady ronić pod prysznicem- nie ta pozycja, za duży ból. Skończyłam na wc. Ale wiem z perspektywy czasu że robiłam co mogłam.
Odpowiedz
#18
Agatko, ja tu nie widzę żadnej "winy".
Poza tym, nawet gdybyś wybrała szpital - nie ma pewności, że ciało dziecka byłoby zachowane. Mnie wręcz kazano chodzić do toalety, jak będę czuła parcie, powiedziano mi też, że za którymś razem usłyszę "głośniejsze plum" i poczuję ulgę. Ja wtedy byłam w takim szoku, tak bardzo nie wiedziałam, co się dzieje, że ich posłuchałam. Ostatecznie poroniłam na fotelu ginekologicznym. Nie wiedziałam wówczas, że mogłabym pochować dziecko, w szpitalu nikt o tym ze mną nie rozmawiał.
Odpowiedz
#19
Agatko, bardzo mi przykro, że musiałaś doświadczyć tej ogromnej straty i że teraz cierpisz, że się obwiniasz, choć nic, co się stało, nie było Twoją winą. Jeśli potrzebujesz, możesz zrobić swojemu dziecku symboliczny grób, możesz je upamiętnić tak, jak tego potrzebujesz.
Ja również nie mam grobu swojego dziecka, ale chodzę na cmentarz, na którym jest pomnik dzieci nienarodzonych i tam palę świeczkę. To naprawdę pomaga. Planuję też zrobić taki symboliczny grób, posadzić drzewo albo jakiś krzew na pamiątkę dla mojego dziecka, ale do tej decyzji dojrzewam dopiero teraz, a jestem już ponad rok po stracie. Może Tobie też by coś takiego pomogło?
Wiem, że teraz się zadręczasz, że nie jesteś już sobą, ale nie naciskaj na siebie, daj sobie czas na żałobę, tyle, ile potrzebujesz, i nie przejmuj się tym, co mówią inni. Daj sobie tyle czasu, ile potrzebujesz i nie przejmuj się tym, że to trwa i trwa, bo przeżyłaś tragedię, straciłaś dziecko i masz prawo wypłakać za nim tyle łez, ile da Ci ukojenie, nawet jeśli wydaje się, że żadne ukojenie nigdy nie przyjdzie.
Dla Twojego Aniołka [*]
Odpowiedz
#20
Myślałam nad takim symbolicznym grobem, ale chyba jeszcze do tego nie dojrzałam. Teraz zbliża się planowany termin porodu. Im bliżej tej daty, tym gorzej sie czuję. Juz niedługo miałabym mojego Promyczka w ramionach.
Odpowiedz
#21
Przykro, że musiałaś się tu znaleźć, że przeżyłaś tak ogromną stratę. Jednak daj sobie czas. Do kolejnych starań musisz mimo wszystko podejść spokojna. Stres nie sprzyja temu, żeby się udało. Nie obwiniaj się, tylko pozwól na to, aby czas pokrył blizną ranę, jaką masz w swoim sercu. Wiem, że jest ogromna. Straciłam dwoje dzieci i pomimo tego, że od drugiej starty minął rok cały czas pamiętam, ale z czasem było inaczej, nie łatwiej, ale inaczej. Teraz jestem w ciąży i wszystko jest dobrze, ale nigdy nie zapomniałam o Moich Dzieciach i one zawsze będą w Naszych sercach, nawet jeśli będziesz potrafiła żyć i śmiać się, to nie znaczy, że zapomnisz o swoim Promyczku.
Podejmując starania pamiętaj, że kolejne dziecko nie może być kimś zamiast.
Trzymaj się ciepło i wiedz, że dostajemy tyle ile damy radę udźwignąć i uwierz, że jeśli odpuścisz, wyciszysz się, przeżyjesz żałobę i każdy jej etap, to wszystko się uda. A Twoje dziecko będzie Ciebie wspierać jako Mały Aniołek.
Odpowiedz
#22
(Mon, 26 Marca 2018, 17:28:33)sesi89 napisał(a): wiedz, że dostajemy tyle ile damy radę udźwignąć

To nieprawda. Gdyby była, nie byłoby choćby samobójstw.
I nie widzę także powodów, dla których miałabym uznać za zasadne, że ktoś inny umiera z głodu, ginie na wojnach, bywa obiektem przemocy i tortur (których chyba nie umiesz sobie nawet wyobrazić, skoro werbalizujesz takie podejście), ktoś, kto niejednokrotnie nawet przeżywszy kończy z obłędem, zaburzeniami psychicznymi, PTSD i... mogłabym tak długo... I to ma być tyle, ile powinien dostać, bo może dźwigać?
Niektórzy mają szczęście dostać mniej nieszczęść do dźwigania, to wszystko.

(Mon, 26 Marca 2018, 17:28:33)sesi89 napisał(a): jeśli odpuścisz, wyciszysz się, przeżyjesz żałobę i każdy jej etap, to wszystko się uda

To także nieprawda. Wyciszenie może pomagać, ale nic dzięki niemu nie musi się udać i nie wszystko się uda. Coś może się udać, może, nie musi, coś, nie wszystko.
Gdyby było inaczej, rezygnacja z czegokolwiek nigdy nie byłaby obiektywnie konieczna, a niewyciszona osoba albo wręcz roszczeniowo rozdarta osoba dla odmiany również niewiele by mogła w życiu uzyskać. Doświadczenie uczy, że bywa inaczej. Wyciszanie pragnień i antypragnień nie gwarantuje spełnienia ani niespełnienia.
Odpowiedz
#23
DzikaMysz nie będę dyskutować, bo to nie miejsce i nie powód. Napiszę tylko jedno. Trochę więcej wiary i nadziei.
Odpowiedz
#24
Napiszę tylko jedno - więcej taktu, gdy puentujesz innych ludzi w kontekście tego, jakie nieszczęścia się komu należą.
Argumentów - brakło?
To jest powód - z mojej strony.
Miejsce - znajdź na Forum wskazane ku temu, bo tu rzeczywiście nie będziesz.
Odpowiedz
#25
Kiedyś też myślałam, że dostajemy tyle, ile damy radę udźwignąć i kierując sie tą maksymą, nawet jak zaczęłam plamić w 7 t.c., to byłam przekonana, że wszystko skończy sie dobrze, bo nie znioslabym poronienia. No i rzeczywiście nie radzę sobie z tą sytuacją. Aal jednak mi się przytrafiła.
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości