Kolejna strata i brak nadziei
#1
WitajcieSad dotychczas nie udzielałam na żadnym forum po stratach, ale może otrzymane wsparcie tutaj przyniesie mnie odrobinę ukojenia.Moja historia ma początek w sierpniu 2015 r. Zaszłam w ciążę w noc poślubną.W 9 tygodniu dowiedziałam się, że ciąża obumarła. Lekarze twierdzili,iż tak może zdarzyć się.Po zabiegu w październiku 2015 r.,zaszłam w drugą ciążę po pierwszym cyklu, dostałam  zielone światło lekarza. Ponownie w 9/10 tygodniu ciąża obumarła. W styczniu 2016 r. miałam dwa zabiegi łyżeczkowania (drugi był przeprowadzony powtórnie po pierwszym niedokładnym)Tym razem oddaliśmy materiał do badań genetycznych. Wyszła trisomia chromosonu 18. W obydwu przypadkach badanie histopatologiczne wykazało chłopców. Po źle przeprowadzonych zabiegach, nabawiłam się zrostów wewnątrzmacicznych. W lutym 2017 r. przeszłam zabieg histeroskopii, który miał na celu usunięcie zrostów. Daliśmy sobie czas wytchnienia od dalszych starań. Niemniej po drugiej stracie, postanowiliśmy przebadać się szczegółowo. Diagnostyka włącznie z kariotypami moimi i mojego męża zakończyła się w lecie 2017 r. Lekarz powiedział, że nie znaleziono żadnych nieprawidłowości. Mamy dwie możliwości: droga naturalna bądź in vitro (z racji wieku warto zamrozić komórki jajowe). Postanowiliśmy spróbować naturalnie. W styczniu 2018 r.  podjęliśmy starania.Od razu zaskoczyłam. W 6 tygodniu od OM (23.12.2017 r.), a w 5 tyg. wg Usg dowiedziałam się, że to ciąża mnoga. Na usg zobrazowano 4 pęcherzyki, ale lekarz mówił, iż to trojaczki, następnie, że 3 pęcherzyk nie rozwija się. I to będzie ciąża bliźniacza. Co kilka dni przychodziłam na usg monitorować pęcherzyki, które rosły, lecz nie rozwinęły się zarodki. Wczoraj ostatecznie diagnoza pokazała puste jaja płodowe. Dostałam skierowanie na zabieg. Od wczoraj nie mogę znaleźć sobie miejsca.Nie mam już nadziei. Jestem osobą wierzącą, tyle modliłam się o cud, lecz on nas ominął. Wiosną skończę 35 lat, czuję się wybrakowana, stara i tracę nadzieję. Zawsze chciałam mieć troje dzieci.W rodzinie jestem odosobnionym przypadkiem. Nikt nie miał problemu z zajściem i utrzymaniem ciąży.
Odpowiedz
#2
Masz tu swoje miejsce, jak każda z nas. Bardzo mi przykro, że doświadczyłaś straty kilkukrotnie. Masz prawo nie mieć nadziei. Nie zamykaj się w złości, to również miejsce dla Ciebie.
Odpowiedz
#3
Stagnacjo, nie jesteś wybrakowana ani stara. Jesteś mamą, której umarły dzieci. Przykro mi, że umarły.
Gdybyś rozważała inną drogę niż zabieg, tu znajdziesz wątek o poronieniu w domu: https://www.poronienie.pl/forum/showthread.php?tid=3797
Odpowiedz
#4
(Sat, 17 Lutego 2018, 15:27:39)Stagnacja napisał(a): W rodzinie jestem odosobnionym przypadkiem. Nikt nie miał problemu z zajściem i utrzymaniem ciąży.

Z wypowiedzi wynika, że Ty również nie masz kłopotow z samym zajściem w ciążę. Problem ujawnia się dopiero po poczęciu, więc dotyczy rozwoju i utrzymania ciąży.
Wszystko to były wczesne straty. Wydawałoby się zatem, że istnieje jakaś, choćby bliżej nieznana, konkretna powtarzalna przyczyna, która je powoduje. Ale to może być też kilka nakładających się przyczyn. Są też różnice.

W Mojej Stracie nie poruszamy bliżej tematu badań i prowadzenia ciąż po stracie, ale nurtuje mnie jedna rzecz - wspomniałaś o szerszej diagnostyce po drugiej stracie, że wyszła dobrze, ale milczysz na temat ewentualnych leków w prowadzeniu ciąży trzeciej oraz w następnych, o ile byś nadal była gotowa próbować. Po prostu pominęłaś to w opisie, czy jednak może mam rozumieć, że - ze względu na wykrytą przyczynę w genetyce dziecka - nic nie było stosowane profilaktycznie, bo wydaje się zbędne? Typu heparyna, progesteron, kwas acetylosalicylowy itd.?

Początki mamy trudne, to jednak nie znaczy, że tak musi zostać.
Napisałaś w pierwszych słowach, że nie jesteś typem bywalczyni for poronieniowych, ale szukasz wsparcia. Jakiego? Pytanie może się wydawać dziwne, ale pytam poważnie - co tak naprawdę jest Ci potrzebne, czego szukałaś, co byłoby tym - jak to określiłaś - ukojeniem? Bo słowa te brzmią, jakbyś wyczerpała inne możliwości znajdowania zrozumienia w najbliższym otoczeniu. A kiedy pojawia się tutaj kobieta nie od razu, ale dopiero po kolejnych stratach, to w mojej głowie rodzi się pytanie, co się dzieje wokół niej, że coś, co wystarczało jej wcześniej, teraz się nie sprawdza.
Co Cię zawiodło po czasie? Co jest teraz nie tak wokół Ciebie? A może zawsze było nie tak, tylko usiłowałaś sobie z tym radzić samotnie pod dyktando i tresurę tekstów otoczenia typu "weź się w garść"?
Co jest nie tak, że teraz szukałaś po omacku i odezwałaś się tutaj, choć dotąd fora poronieniowe nie były dla Ciebie oczywistym miejscem? Bo nie wierzę, że bez powodu tym razem postanowiłaś spróbować już choćby nawet i z obcymi w wirtualu...
Odpowiedz
#5
Cześć Dziewczyny. Dziękuję za odzew.

Polianka nie zamykam się w złości raczej ogarnęło mnie poczucie żalu, smutku i zgodnie z moim nickiem stagnacji tzw. zastoju.

Chocolate puma mam wrażenie, iż zmagam się z niewidzialnymi demonami, albowiem tylko My/kobiety, bądź ich/nasi bliscy, którzy zetknęli się osobiście ze stratą ciąży, postrzegamy swoją kobiecośc w sposób naturalny. Mam wrażenie, że dla szerszego otoczenia (w pracy, znajomych, dalszej rodziny) jestem niekompletna, a mój termin przydatności czyt. płodności już minął. Spojrzenia pełne politowania, niekiedy ciekawości (jakbym była małpką w zoo, albo egzotyką) mówią same za siebie. Jestem w stanie zaryzykowac stwierdzenie, iż większośc ludzi pomimo ukształtowania społecznego, wychowania w kulturze na przyzwoitym poziomie, myśli stereotypowo, postrzegając brak donoszenia ciąży jako słabośc, pewien rodzaj skazy w naturze. Myśląc, iż kobieta jest stworzona do rodzenia dzieci. Od zarania dziejów, za czasów panowania dynastii, obowiązkiem kobiety było urodzenie dzieci. Myślę, że w tej kwestii niewiele się zmieniło. Większośc z Nas odczuwa presję otoczenia, rodziny. Chocolate puma rozważałam poronienie w domu, jednakże mój lekarz od razu skierował mnie na drogę hospitalizaji. Byc może dlatego, iż jestem w ciąży wielorakiej i ronienie kilku "jaj płodowych " (strasznie to brzmi) w warunkach domowych byłoby trudne? Nie wiem. W piątek lekarz powiedział, iż trofoblast mocno trzyma się i na razie nie ma szans na samoistne poronienie. Przez cały czas mam objawy ciąży, to trudne. Może jestem głupia, ale mam nadzieję, że lekarz pomylił się. Przeczytałam wiele przypadków dziewczyn, iż serduszko i zarodek pojawił się później. Niekiedy okazało się, że dziewczyna była przygotowana do zabiegu, a okazało się, iż serduszko bije. Boję się zabiegu, boję się bólu po zaaplikowaniu tabletek, pamiętam, iż będąc po drugiej stracie" chodziłam po ścianach" i tylko przytomnośc mojego Brata sprawiła, iż "wyszarpał" od lekarza mocny środek znieczulający.

DzikaMysz opisałam swoją historię z kilku względów. Jestem przekonana, iż słowo pisane ma moc terapeutyczną, chciałam zrzucic z siebie ból. Szukałam zrozumienia wśród osób po takich samym przeżyciach, albowiem tylko te kobiety, które przeżyły stratę rozumieją jakie emocje mną targają. Moje przyjaciółki, koleżanki nie rozumieją, albowiem, na szczęście nie przeżyły poronienia. Ich rady są oderwane od rzeczywistości, w której tkwię. Po pierwszej stracie ludzie Ci współczują, po drugiej zastanawiają się co jest nie tak, po trzeciej mają dośc i bagatelizują. Przykład w piątek napisałam mojej jednej dobrej koleżance smsa " Niestety znowu nie udało się", na co ona odpisała "Przykro mi bardzo, głowa do góry. Przecież w końcu się uda, jestem u teściowej na urodzinach. Pozdrawiam". Nie mogę pogrążac otoczenia swoją niemocą, moim cierpieniem, gdyż każdy ma prawo do swojego życia. O trzeciej ciąży wiedziało niewiele osób. Rodzinie nie powiedziałam. Jestem bardzo związana z moją rodziną, lecz mając na względzie ich zdrowie (Rodziców, leciwej Babci) chciałam dotrwac do tzw. bezpiecznego okresu (lecz czytając forum, widzę, że nie ma takiego okresu)i wtedy ich powiadomic. W piątek o stracie powiedziałam Bratu i Bratowej. Zawsze mogę na nich liczyc. Wyplakałam się. Nie mogę narzekac na brak wsparcia, lecz jak wyżej napisałam jest ono pobieżne. Na koniec pozostawiłam wsparcie mojego Męża, jest ogromne. Jednak to typ działacza " jest problem, rozwiązac, iśc dalej". Zresztą niezdrowe byłoby zamykanie się w bólu, niezdrowe dla naszego związku. Umieszczając mój wątek miałam nadzieję, iż byc może odezwą się kobiety, które były w takiej samej sytuacji i udało się, chciałam dostac nadzieję. Ostatnią kwestią był fakt, iż przyrzekłam sobie, iż jeśli mnie się uda to będę wsparciem dla innych kobiet, że nie są same, że jest jeszcze jedna po podobnych przejściach.

DzikaMysz od czasu diagnostyki profilaktycznie zażywam minimalną dawkę euthyroxu (od 1,5 roku), tarczycę miałam w parametrze, 2,53 i lekarz stwierdził, iż trzeba zbic tarczycę do 1. Osiągnęłam pułap 1,23. Po zajściu w ciążę lekarz nie zlecił badań na tarczycę. Nie zlecił żadnych badańSad zastanawiałam się czy może tutaj nie tkwi powód. Dostałam profilaktycznie, dopochwowo luteinę 200 mg dziennie, ale po 3 dniach od dawkowania napuchła mi dłoń i palce, po tygodniu miałam mocny ból ręki, wyczułam mały guzek. Powiązałam do z luteiną, po konsultacji z lekarzem odstawiłam lek, udając się na SOR. Po batalii z lekarzem dyżurującym zrobiono mi usg ręki, stwierdzając mały zakrzep. Nie dostałam żadnych leków. Leczyłam się okładami z termoforem. Guzek nadal jest. Bezbolesny. Wcześniej, testy na trombofilie były ujemne. Może podczas ciąży coś się uaktywnia? Miesiąc przed ciążą zaczęłam łykac kwas foliowy w ilości 50 mg. Należy pamiętac, iż podczas mojej drugiej ciąży stwierdzono anomalie chromosonowe płodu, dzieciaczek był chory genetycznie i nie miał szans na przeżycie. Spotkałam się ze stwierdzeniem prof. guru położnictwa (w kontakcie bezpośrednim), że większośc kobiet po 30 roku życia ma nieprawidłowe cykle, stąd powinna byc stymulowana. Mój lekarz ginekolog ma inne zdanie. Komu wierzyc?
Odpowiedz
#6
Nie wiem, co siedzi w głowach osób z Twojego otoczenia, które straty nie przeżyły. Wiem, że przed swoją własną czułam współczucie dla tych mam i wiele lat wcześniej zaglądałam na inne forum poronieniowe (czyżbym czuła, że zagrzeję na jednym na dłużej) i wzruszała mnie ich miłość do swoich dzieci. Może to, co wygląda na politowanie wcale nim nie jest?

Czuję, że za tym "nie udało się [mi]" kryje się poczucie odpowiedzialności. A gdzie tu Twoja wina - masz jakąś władzę nad życiem i śmiercią?

O poronienie w domu pytałam ze względu na wcześniejsze powikłania po zabiegu. Lekarze często nie biorą pod uwagę opcji ronienia w domu, więc jeśli się do niej skłaniasz, może zapytaj lekarza wprost o jego zdanie.

Pozytywnych historii możesz szukać w Dziale Oczekiwanie. O dostęp do jego części (Rozmów o staraniach i Rozmów o ciąży) trzeba poprosić Admina: http://poronienie.pl/forum/announcements.php?aid=8
Odpowiedz
#7
Przykro mi, że Twoje otoczenie reaguje w sposób, który sprawia Ci dodatkową przykrość.
Sama doświadczałam bardzo różnych reakcji (od podejścia pełnego empatii, poprzez "Ty ciągle o tym?" po "odpuść sobie to raz dwa zaskoczysz").
Z drugiej strony, gdy miałam 20 lat, poroniła moja (późniejsza) szwagierka. Patrzyłam na to, jak cierpi i myślałam, że tego nie można przeżyć. Że to doświadczenie ponad siły. Pamiętam, że panicznie bałam się z nią rozmawiać, nie chciałam sprawić dodatkowego bólu, nie wiedziałam, czy mogę o cokolwiek pytać... Nie wiedziałam wtedy, co powiedzieć.
Teraz, chociaż sama jestem po dwóch stratach, nadal nie wiem.
Może i Twoje otoczenie po prostu nie wie, jak się zachować...

Odnośnie medycznego "komu wierzyć" - jeśli czujesz się na siłach, możesz poczytać wątek o badaniach: http://poronienie.pl/forum/showthread.ph...20&page=43
Tam możesz napisać szerzej o diagnostyce, jaką przeprowadziłaś. Zapewne jest jeszcze kilka badań, jakie mogłabyś wykonać.
Jeśli będziesz chciała - odezwij się tam. Będę zaglądać.
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości