Chciałabym zniknąć
#1
Czuję się jak psychiczny i fizyczny wrak człowieka. Mam wrażenie, że ponad 3 lata temu ktoś zabrał mi moje życie, a w zamian dał ciąg udręki, bólu i rozpaczy.
Decyzja o dziecku i  odstawienie antykoncepcji. Rozregulowanie cyklu, wizyta u lekarza i diagnoza - PCOS. Leczenie i życie z jego skutkami ubocznymi, które skoncentrowały się głównie na układzie pokarmowym: bóle brzucha, nudności, biegunka, wzdęcia... Codziennie. Ale nie narzekałam, mój cel był jasny. Udało się po 1,5 roku od rozpoczęcia starań. Wszystko było dobrze, książkowe wyniki, prawidłowy rozwój ciąży. W 11 tygodniu USG bez bijącego serduszka i diagnoza - ciąża obumarła. Skierowanie do szpitala na usunięcie. Ostatnie co pamiętam przed zabiegiem to przypinanie nóg do fotela skórzanymi pasami. Świat runął. Byłam totalnie rozwalona psychicznie. Wzięłam na siebie wszystkie winy tego świata, byłam złą żoną, córką, koleżanką, pracownicą i oczywiście złą matką. Bo dziecko nie chciało ze mną zostać. Bo mój organizm przez dwa tygodnie nie zauważył, że nosi martwe dziecko. Wizyta u psychiatry i tekst ze strony lekarki "Po co pani dzieci? Jak chce pani mieć w życiu coś miłego to proszę sobie kupić pieska". To zwala z nóg. Depresja trwała rok. Nie leczona farmakologicznie, bo zaczęłam starania o dziecko. 9 miesięcy spędziłam na dziennym oddziale psychiatrycznym uczestnicząc w terapii grupowej i indywidualnej. W międzyczasie mąż stracił pracę, a konflikt rodzinny wymógł na nas decyzję o wyprowadzce. Wróciłam do poprzedniego leczenia PCOS i tych samych efektów ubocznych. Po ok. 8 miesiącach miałam coraz bardziej rozregulowane cykle, ale lekarz twardo trzymał się "swojej" terapii. Zmieniłam lekarza i leczenie. Zaczęłam przyjmować leki hormonalne, zmieniły się skutki uboczne - teraz miałam huśtawkę nastrojów, bóle piersi, nudności, brak ochoty na seks. Do tego kilka razy w miesiącu monitorowanie cyklu na USG, pilnowanie dni płodnych i współżycie ściśle w terminach zaleconych przez lekarza. Zmiana pracy na ciężką fizyczną i własnoręcznie robiony remont kapitalny kupionego starego domu. Dom wariatów. A ciąży nadal nie było. Zdecydowałam się na laparoskopowe usunięcie cyst na jajnikach. Przy okazji okazało się, że mam mocno zaawansowaną endometriozę. Po 7 miesiącach od laparoskopii, po prawie 2 latach od poronienia i ponad 3 od początku starań zaszłam w drugą ciążę. I od początku towarzyszył mi strach. W 9 tygodniu po raz drugi usłyszałam, że moje dziecko nie żyje. Znowu skierowanie na usunięcie. Tym razem jednak nie w znieczuleniu ogólnym ale na jakimś przeciwbólowym ogłupiaczu. Bolało. Bardzo bolało. Wyłam na fotelu. To było 12 dni temu i boli nadal, choć teraz ból jest w głowie i w sercu. Czasem nie pozwala oddychać. Nie mam nadziei, nie mam już wiary, że urodzę dziecko. Nie mam siły, są chwile, kiedy chciałabym zniknąć. Mam wszystkiego dość. Mam 33 lata, za sobą 2 poronienia i duże problemy z zajściem w ciążę. Myślę, że sobie radzę, wiele demonów unieszkodliwiam zanim jeszcze wyjdą z szafy. To efekt tego, czego nauczyłam się w terapii. Ale bywa też tak, że się doszczętnie rozpadam i tonę we własnej rozpaczy. Kompletnie nie wiem co dalej.

Musiałam to komuś powiedzieć.
Odpowiedz
#2
Witaj Maju. Mam na imie Ania, 28 lat i 4 straty za soba. Bardzo mi przykro ze tak okrutnie potraktowano cie przy 2 stracie. Lyzeczkowanie bez narkozy jest nieludzkie. Twoja rana jest jeszcze bardzo swieza, dlatego daj sobie czas na zalobe. Jesli terapia ci pomaga, wroc do niej. Ale nie do psychiatry ktora rzuca takimi tekstami bo powinna za nie stracic prawo wykonywania zawodu. My tu jestesmy i cie wspieramy, choc nie zawsze piszemy.
Odpowiedz
#3
Witam....ja też mam jeszcze 33 lata. w kwietniu 2017 straciłam córkę w 25/26 tc. To byl szok, mimo, ze mam w domu dwóch zdrowych synów. Wiem, że jest ciężko. Zawsze byłam pozytywna osobą i nigdy nie dopuszczałam do siebie złych myśli....a tu taki ból. Od 3 miesięcy dopiero chodzę na terapię... zaczęło pomagać, małymi krokami idę do przodu, ale są ciężkie dni i czasami wątpie w siebie. Nie chce propagować wiary, ale mi zaczęło to pomagać. Dużo czytam i się modle...robiłam to zawsze, ale teraz, od niedawna nabrało to sensu i widzę różnice. Dziś mam lepszy dzień więc staram się żyć i się śmiać i to przede wszystkim utrzymać. Trzymam kciuki i wspieram.
Moja historia opisana jest w: Strata i cierpienie
Odpowiedz
#4
Witaj Maju. Bardzo mi przykro, że doświadczyłaś tyle cierpienia. Ja mam 30 lat, jedną stratę za sobą i ogromny strach przed kolejną ciążą, z uwagi na to, że czuję, że kolejnej straty teraz bym nie przeżyła. Znam depresję, dzienne i stacjonarne oddziały psychiatryczne, jestem w terapii. Aż nazbyt dobrze wiem, co oznacza chcieć zniknąć, bo również bym chciała. Bardzo mi przykro.
Odpowiedz
#5
Maju, bardzo mi przykro...
Odpowiedz
#6
Mam dwoje Dzieci: Córka 4 lata, Syn prawie 2... Chcieliśmy trzecie Dzieciątko, póki jestem przed 30ką, żeby była podobna różnica wieku między Nimi. Zaszłam w ciążę bez problemu. Pierwsza wizyta w 6 tyg. potwierdziła ciążę, kolejna 2 tyg.póżniej. Serduszko biło, ale okazało się, że wiek kalendarzowy nie odpowiada temu z usg (różnica 9 dni). Zapytałam czy może to oznaczać wady rozwojowe, lekarz oznajmił, że będziemy to sprawdzać na kolejnej wizycie. Minęły święta, moje urodziny. 22 stycznia miałam wizytę. Już po włączeniu aparatury mój lekarz zrobił dziwną minę, powiedział, że coś mu nie pasuje. Widziałam Dziecko- moje Dziecko... To 13 tydzień, nie było ruszającej się plamki- serduszko przestało bić. Reszty w sumie nie pamiętam, lekarz poprosił męża, powiedział, ze mam czekać do piątku, aż zacznę krwawić (jestem po dwóch cc), jeśli nie dojdzie do poronienia mam jechać do szpitala w piątek na zabieg. Mam dwoje Dzieci- zdrowych. Bardzo się z tego cieszę, ale to było/jest moje trzecie Dziecko i żadne gadki w stylu" masz dla kogo żyć" itp. nie działają. nie umiem sobie z tym poradzić. Najgorsze jest to, że czekam na na ten piątek , jak jakaś głupia... Noszę w sobie martwe Dziecko i mam w domu co robić? Gotować? Nie potrafię wyobrazić sobie tego zabiegu czy w ogóle całego tego piątku. Pojadę z moim Dzieckiem i nawet nie wiem co mnie tam czeka. Przeczytałam już chyba wszystkie fora i artykuły. Najgorsze jest w ogóle to, co ja mam zrobić z ciałem/ szczątkami? Wziąć?Zostawić? Jezu...jakie to trudne... Jestem z małej miejscowości, znam kilka osób, które straciły dzieci przed 22 tyg.,ale nikt nie wyprawiał im pogrzebu. Jakieś urzędy, zasiłki...Gdzie w tym wszystkim czas na moją żałobę. Mąż uciekł w pracę, ja zwyczajnie pękam, mimo, że zawsze jestem taka twarda... Musiałam to przelać tutaj, choć i to nie przynosi ukojenia...
Odpowiedz
#7
Dziękuję, że jesteście. Nie spodziewałam się odpowiedzi, przyjęłam nie wiedzieć czemu założenie, że piszę w eter. Ale chyba tych odpowiedzi jednak oczekiwałam. Wiem, mam wręcz dowody na piśmie, że nie jestem sama, a to krzepi... chociaż świadomość ile nas tu jest po takich samych przejściach wcale nie napawa optymizmem. To przykre, że musimy tak bardzo cierpieć.
Cały dzień dziś chodziło za mną pytanie po co w ogóle to napisałam. Kiedyś usłyszałam takie zdanie, że smutek we dwoje to połowa smutku, a szczęście we dwoje to podwójne szczęście. Tak myślę, że jeśli podzielę mój smutek i jeśli tu zostawię nawet nie połowę, ale choćby jego milionową część, to o tyle będzie mi lżej. I może to stanowi powód i cel pisania.
Odpowiedz
#8
Paulina... współczuję... wiem że żadne słowa nie pomogą. Co do pochówku, nie patrz na ludzi, zrób tak jak mówi Ci serce.
Odpowiedz
#9
Maja84 czy mogłabyś napisać, co Ty zrobiłaś z ciałkami? Urządziłaś pochówek?
Odpowiedz
#10
Maju, współczuję straty długo wyczekiwanych dzieci.
Paulina, jeśli chodzi o pochówek, są tu na forum mamy, które z różnych względów ciałek nie pochowały i żałują tego (jak ja) lub nie żałują. Są też mamy, które pochowały, ale żadna tu, z tego co mi wiadomo, nie napisała, że tego żałuje. Warto dowiedzieć się, co się stanie z ciałkiem, jeśli nie zdecydujesz się na pochówek i czy Ci to odpowiada. Czasem są organizowane pochówki zbiorowe, jednak w większości przypadków tak się nie dzieje. W pierwszym przypływie rozpaczy ma się tendencję do wypierania tego, co się stało. Pochówek urzeczywistnia ból, więc chce się od niego uciec, ale przemyśl, czy w dalszej perspektywie brak grobu nie przyniesie Ci więcej bólu niż pogrzeb. Żałuję swojej decyzji, więc siłą rzeczy skłaniam się w stronę pochówku, ale nie potępiam innych decyzji. Różne są okoliczności, różne osoby i ich reakcje. To Ty masz się dobrze czuć ze swoją decyzją, więc nie sugeruj się tym, co robią inni.
Odpowiedz
#11
Maju, Paulino bardzo Wam współczuje. Dobrze, że w swoim cierpieniu trafiłyście tutaj. Mnie forum bardzo pomogło.
Wiesz Maja piękne są te Twoje słowa o smutku "we dwoje"... niestety los bywa przewrotny i niesprawiedliwy. Tu na forum jest NAS Aniołkowych Mam bardzo dużo. Jesteśmy tu po to by "wysłuchać" każdej historii. Pomóc słowem, radą czy po prostu milczeniem, pomóc udźwignąć choć kawałeczek  Twojego cierpienia . Mnie osobiście to forum uratowało, gdy po czwartej stracie  nie mogłam już dalej. Tu znalazłam wsparcie, wypłakałam resztę łez, wyrzuciłam to co bolało, a nie miałam odwagi zrobić tego w realu...
Przed Wami długa droga przeżycia żałoby, pokonania demonów..
Paulino życzę spokoju... odwagi do podjęcia decyzji dobrej dla CIEBIE... Dla twoejgo spokojnego serca. Wiem, że najgorsza w tym momencie jest niewiedza, brak wsparcia... przed Tobą trudny czas. Obyś w szpitalu spotkała same anioły, które Ci pomogą.
Odpowiedz
#12
Moje dzieci zostały w szpitalu. Nie byłam i teraz też nie jestem w stanie zorganizować pochówku, nie wyobrażam sobie uczestniczenia w pogrzebie. To by było dla mnie zbyt wiele. Mojego pierwszego aniołka pożegnałam symbolicznie w pięknym ustronnym miejscu w górach dopiero kilka miesięcy po poronieniu bo wtedy byłam na to gotowa.
Odpowiedz
#13
Bardzo mi przykro Maju Sad sama mam zdiagnozowaną poważną endometriozę i jestem po laparo, więc rozumiem jaki to ból stracić dziecko, kiedy wiemy, że o kolejne może być znowu trudno i czeka nas kolejna walka. Bardzo Ci współczuję...
Odpowiedz
#14
Ciri dziękuję za te słowa, dobrze jest być zrozumianą.
Mija miesiąc od momentu, kiedy zaczęło być coś nie tak... Wstaję codziennie rano, jem śniadanie i funkcjonuję aż do wieczora. Z pozoru wszystko jest normalnie, ale dla mnie wszystko jest pozbawione sensu, zupełnie bez znaczenia. Niby jest tak jak przed ciążą, ale nie, wcale nie jest tak samo. Jest trudno. Wróciła bezsenność i męczące sny. Od miesiąca się nie wyspałam.

Rozważamy z mężem adopcję. Umówiliśmy się nawet na rozmowę w ośrodku adopcyjnym. Jeszcze wewnętrznie nie potrafię się w pełni ustosunkować do tego pomysłu. Z jednej strony nie musiałabym się dalej leczyć, łykać tych wszystkich pigułek i robić badań. Czekać na badania genetyczne. Chodzić kilka razy w miesiącu do lekarza. Może znowu czułabym się i funkcjonowała normalnie, byłabym sobą, a nie naszpikowaną sztucznymi hormonami skrzywioną wersją siebie z wiecznie kiepskim samopoczuciem. Nie musiałabym co miesiąc wraz z krwawieniem przeżywać kolejnej porażki, sama już nie wiem której. Wreszcie nie ryzykowałabym, że znowu poronię. Adopcja jest łatwiejsza - muszę zebrać dokumenty, dostać kwalifikację, przejść kurs - same konkretne wytyczne, jasne i możliwe do zrealizowania. To wszystko byłoby tak pięknie uwalniające... Z drugiej strony odbieram adopcję jak przyznanie się do porażki, jak napisanie sobie na czole - jestem bezpłodna i rodzę martwe dzieci. Chyba jest we mnie jeszcze chęć do walki, mimo iż ta walka jest tak cholernie bolesna.
Odpowiedz
#15
Dziś sąsiadka uprzejmie uświadomiła mnie, że mojej mamie przydałby się wnuk żeby na emeryturze miała co robić. Następnie wymieniła wszystkie dzieci, jakie mają moi byli sąsiedzi z mojego pokolenia.
Znowu jestem kompletnie rozbita Sad
Odpowiedz
#16
Maju, wyobrażam sobie, jak Cię zabolały te słowa i żałuję, że niektórzy nie potrafią zamienić wścibstwa na większą wrażliwość.
Odpowiedz
#17
Zrobiłam się nerwowa. Nie mam cierpliwości, szybko się denerwuję, trzęsą mi się ręce i wszystko mi z nich leci. Nadal źle sypiam. Ciągle nie pozwalam sobie na bezczynne siedzenie i patrzenie w ścianę, wręcz obsesyjnie organizuję sobie każdą chwilę dnia, ale wszystko i tak jest jakieś takie bez sensu. Jak pomyślę o powrocie do pracy to wali mi serce i boli mnie brzuch. Boję się komentarzy za plecami, spojrzeń, litości, albo i gratulacji ze strony tych mniej doinformowanych. Boję się codziennie spędzać 8 h z kolegą, który lada moment zostanie ojcem.
Odpowiedz
#18
Maju, może jeszcze nie czas na powrót do pracy?
Odpowiedz
#19
Byćmoże... Sad
Odpowiedz
#20
Wczoraj była rocznica - dwa lata temu straciłam pierwsze dziecko. Nie znam jego płci, ale zawsze myślałam o nim jak o chłopcu. Chciałam by miał na imię Kuba.

Kubusiu pamiętam i myślę o Tobie codziennie  
[*]

Dziś pierwszy dzień w pracy. Jest mi tak bardzo ciężko
Odpowiedz
#21
(Tue, 27 Lutego 2018, 02:42:47)Maja84 napisał(a): Wczoraj była rocznica - dwa lata temu straciłam pierwsze dziecko. Nie znam jego płci, ale zawsze myślałam o nim jak o chłopcu. Chciałam by miał na imię Kuba.

Kubusiu pamiętam i myślę o Tobie codziennie  
[*]

Dziś pierwszy dzień w pracy. Jest mi tak bardzo ciężko
[*]
Maja84 mysle o Tobie cieplo w pierwszym dniu pracy. Przypomina mi sie jak surrealistyczny byl dla mnie powrot do pracy, lecialy mi lzy w autobusie, wszyscy wpatrzeni w okna. Ale w pierwszy dzien pracy czekala na mnie niespodzianka, dziewczyna ktora byla na zastepstwie troskliwie sie mna zajela i wiem, ze bylo jej naprawde przykro oraz moja szefowa z glownego biura, ktora przychodzi moze raz w miesiacu i ma mnostwo obowiazkow poswiecila czas, zeby przyjechac i porozmawiac ze mna, opowiedziala mi o swojej stracie kilka lat temu i jak moge sie pozniej czuc, ze z czasem bedzie lepiej, ale moga byc takie dni, ze nie bede w stanie wstac z lozka. Pierwszy raz w zyciu poczulam ta wiez miedzy kobietami niezaleznie od narodowosci, jedna jest z Ekwadoru, druga z Ghany. Jestem im bardzo wdzieczna.
Odpowiedz
#22
Maju, dla Twojego Kubusia  (*)
Odpowiedz
#23
Pierwszy tydzień pracy był ciężki fizycznie. Ale generalnie miałam spokój z tematem poronienia, nikt się nie wychylał, nie pytał, nie komentował. A dziś na dzień dobry zdziwienie kolegi co ja tu robię, bo sądził, że nie wrócę już do porodu. Powiedziałam że już nie jestem w ciąży. W odpowiedzi padło "Przykro mi" i w zasadzie od razu " a ja właśnie zostałem ojcem". Ludzie mają kamienie zamiast serc???
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości