nieznośna pustka bez Maleństwa
#1
Witajcie Dziewczyny,
niestety dołączyłam do grona aniołkowych mam - moje Maleństwo opuściło mnie w zeszłym tygodniu. Rozwój zarodka zatrzymał się na pewnym etapie, był zbyt malutki, beta zwolniła i bardzo słabo przyrastała, więc obawiałam się najgorszego. Gdy pierwszy raz lekarz powiedział, że coś jest nie tak - chyba w 5-6 tc, powiedziałam mojemu mężowi, że jeżeli stracę to dziecko, jeżeli ono umrze, to umrę razem z nim, nie przeżyję tego. Ciąża była wyczekana, wystarana... Okazało się, że dziecko odeszło, a ja zostałam tutaj sama, z pustym brzuchem i złamanym sercem, ciągle żyję i oddycham.

W 8-9 tc usłyszałam, że już "raczej nic z tego nie będzie", zdecydowałam się czekać na poronienie samoistnie w domu, żeby nie ryzykować zrostów po łyżeczkowaniu (mam endometriozę). Zaczęło się na początku 10 tygodnia ciąży, po tygodniu od odstawienia Duphastonu... Około 3-4 nad ranem 9.11 dostałam bardzo silnych skurczy, silniejszych niż wcześniej i znalazłam na podpasce całe jajo płodowe - moje Maleństwo. Mimo tego, że wydawało mi się, że miałam czas, żeby wszystko przepracować i oswoić się z myślą o stracie, widok tego maleństwa wstrząsnął mną i zaczęłam płakać, a raczej wyć i nie mogłam się uspokoić. Następnego dnia pojechałam oddać materiał na histopatologię - usłyszałam, że co ja tu w ogóle robię i po co tu jestem.

Moja historia na razie jest nieuporządkowana i chaotyczna - minął tydzień od pierwszych krwawień i dopiero zbieram myśli. Mam w sobie ogromne pokłady miłości do dziecka, którego nie zdążyłam poznać i nie mam co z robić z tą miłością. Rodzina oczekuje, że powinnam już się pozbierać, "myśleć pozytywnie" i cieszyć się, że w ogóle zaszłam w ciążę, nalegają na udział w spotkaniach rodzinnych i normalne życie. Ja wiem, że moje życie nie wróci już do "normy" zawsze będzie obecne w nim małe istnienie, które zmieniło moje życie, zmieniło priorytety i odeszło, mimo tego, że było kochane i oczekiwane. Ginekolog przy kontroli stwierdził, że wszystko się ładnie oczyściło i mogę starać się w kolejnym cyklu. Mam zwolnienie do czwartku - chciałam je przedłużyć chociaż o tydzień, ale lekarz na to kręcił nosem, że przecież jestem zdrowa i wszystko ze mną ok., chociaż zwolnienie wzięłam dopiero chwilę przed poronieniem. Boję się, że wrócę do pracy i rozpłaczę się w najmniej stosownym momencie. Może ciało już wraca do równowagi, ale zdecydowanie nie dusza...

Dzisiaj wybrałam się do psychologa (kiedyś byłam u niej na terapii z innych przyczyn), która powiedziała, że mam prawo do smutku, mam prawo do łez i mam prawo do zwolnienia, jeżeli jeszcze potrzebuję czasu, żeby zająć się pracą. Cieszę się też, że jest to forum, na którym w chwilach kryzysu mogę sobie przypomnieć, że to co czuję jest normalne, że mam prawo do emocji i przeżywania straty.

Czuję, że potrzebne mi jakieś zakończenie, pożegnanie... Żegnaj Maleńki.
Odpowiedz
#2
Bardzo mi przykro. (*)
Odpowiedz
#3
Bardzo mi przykro.
Dobrze, ze masz 'przy sobie' psychologa. Mnie samej bardzo to pomoglo.
Masz prawo do przyzywania 'normalnej' zaloby. Umarlo Twoje dziecko - niezaleznie na jakim etapie swojego zycia. To ogromna tragedia.
Odpowiedz
#4
Bardzo mi przykro z powodu Twojej straty Sad

Z czasem jest szansa na uporządkowanie myśli, uczuć. Powolutku. Dobrze, że masz psychologa. Też korzystałam z tej formy wsparcia i bardzo było to pomocne w moim przypadku.
Odpowiedz
#5
Za kilka dni miną 3 miesiące od mojej straty. Z pozoru wróciłam już do "normalności", otoczenie zaczyna przy mnie mówić o ciążach, narodzinach i dzieciach, wszyscy myślą, że już minęło dostatecznie dużo czasu, że już powinno mi przejść.

Dlaczego więc czasem nie mogę oddychać, dławię się łzami, dlaczego nic nie ma sensu, praca nie ma sensu? Życie miało wyglądać inaczej, a nie wygląda wróciło do nieznośnej formy "sprzed ciąży" i ta forma uwiera, przygniata, boli. Kolejne starania, kolejne oczekiwanie, kolejne nadzieje, kolejna miesiączka i rozczarowanie.

Każdego dnia wstaję i zakładam maskę, a w środku wszystko we mnie wyje. Nawet, gdy się śmieję, to ciągle czuję obecność mojego dziecka w sercu.

Czuję, że już nigdy nie będę taka sama, bo poznałam miłość rodzicielską, miłość do dziecka, która nie znalazła ujścia.
Odpowiedz
#6
To prawda, że nigdy nie będzie już tak, jak przed stratą. 
Trzy miesiące to nic, to zaledwie chwila. To, że cierpisz, dławisz się łzami, to że trudno oddychać jest zupełnie zrozumiałe, normalne dla tej sytuacji. 
Tutaj nie jesteś sama. Rozumiem pragnienie bycia mamą, sama tego pragnę, ale kolejne dziecko nie zapełni pustki po tym, które straciłaś... To bardzo świeża rana. Nikim jestem, żeby coś Ci doradzać, ale spróbuj dać sobie czas, żeby przejść przez żałobę.
Odpowiedz
#7
Dziękuję Ci polianka.

Niestety dzisiaj przychodzę znowu z potłuczonym sercem, chociaż nie posklejałam go dobrze po pierwszej stracie. Jestem właśnie w 5t3d ciąży, beta spada, ja krwawię i mam skurcze. Dzisiaj miałam mieć dopiero pierwsze USG, na razie nic nie mówiliśmy rodzinie.

I o ile pierwszą stratę przeżywałam gwałtowniej i silniej, teraz czuję, że odebrano mi wiarę. Do tej pory myślałam, że to pewnie przypadek, że następnym razem się uda. Jestem zła na siebie, że nie wymusiłam na lekarzach pełnej diagnostyki po pierwszej stracie... Jestem zła na siebie, że piłam alkohol po owulacji, bo absolutnie, absolutnie nie spodziewaliśmy się ciąży w tym cyklu, a ja postanowiłam, że muszę na jakiś czas odpuścić, nie liczyć dni i nie testować.

Boli mnie wszystko, nie mam siły żegnać się z kolejnym dzieckiem, nie mam siły przechodzić tego kolejny raz...
Czuję się do tego zupełnie samotna, bo wiem, że nie mogę liczyć na pocieszenie ze strony rodziny i przyjaciół.
Odpowiedz
#8
Nie byłaś już na tym pierwszym USG? A u lekarza albo w szpitalu?
Odpowiedz
#9
Jadę po południu, ale nie mam już żadnej nadziei, wczoraj miałam lekkie bóle i zrobiłam betę - spadła do 16...
Odpowiedz
#10
Ciri, nie chodzi mi tylko o nadzieję. O nią także, bo to nie jest przesądzone, choć objawy wskazują na początek poronienia.
Jednak teraz jest ważne także potwierdzenie ciąży, a mam tu na myśli nie sam jej fakt, ale przede wszystkim lokalizację. Właśnie dlatego, że poronienie jest bardzo realne.
Wiem, że roniłaś poprzednio w domu i to w wyższym tygodniu. I to mnie zaniepokoiło, bo przypuszczam, że teraz także będziesz starała się uniknąć łyżeczkowania ze względu na endometriozę i ryzyko zrostów. Ale do tego powinnaś zyskać pewność, że to nie jest ciąża pozamaciczna.
Dlatego dobrze, że jedziesz i dobrze byłoby mieć zrobione USG kontrolne. Ryzyko ciąży pozamacicznej na szczęście jest dość małe, ale istnieje i rozsądnie jest je wykluczyć planując ronienie w domu.

Mamy tutaj temat dla kobiet w trakcie poronienia w domu: https://www.poronienie.pl/forum/showthread.php?tid=3797. Czasem w nim się udzielam. Mam nadzieję, mimo wszystko, że nie... Ale gdyby to okazało się potrzebne, to zajrzyj tam.
Odpowiedz
#11
Dziękuję. Nadal chcę uniknąć łyżeczkowania, ale oczywiście wszystko odbędzie się pod kontrolą lekarza - poprzednio w szpitalu nastraszyli mnie zakażeniami i innymi powikłaniami, dostałam też antybiotyk i byłam na wizytach kontrolnych. Masz rację, że trzeba wykluczyć ciążę pozamaciczną i w razie czego ratować jajowód...
Odpowiedz
#12
Ciri tak bardzo mi przykro, że znowu przeżywasz dramatyczne chwile, że w najbliższym otoczeniu nie możesz liczyć na wsparcie. Jestem tu, sercem i myślami przy Tobie.
Odpowiedz
#13
Smutno mi Ciri i tak bym chciała, żeby nowa Nadzieja z Tobą została.
Odpowiedz
#14
Ciri, tak bardzo mi przykro, chciałabym coś napisać, żebyś choć przez sekundę mogła poczuć się lepiej, ale wiem, że nie ma takich słów.
Jestem z Tobą sercem, duszą, rozumiem, co czujesz.
Odpowiedz
#15
Dziękuję Wam bardzo. Tym razem lekarz nie zbagatelizował sprawy i przeprowadzamy diagnostykę przyczyn moich strat. Skupiam się teraz na badaniach i dzięki temu jakoś mi łatwiej... Mam nadzieję, że znajdziemy przyczynę. Nawet jeżeli nie, to lekarz jest gotowy prowadzić ciążę na heparynie i acardzie "na wszelki wypadek". Przez cały czas po 2 stracie myślałam, że nie uniosę kolejnej, że nie mam na to siły, dzisiaj chyba mam lepszy dzień, bo dopuszczam myśl o kolejnych próbach. Tym razem jednak chcemy poczekać na wyniki badań i dobrze się przygotować.

Co do rodziny, to powiedzieliśmy rodzicom o stracie już po fakcie - niestety musiałam zmagać się z pytaniami a dlaczego, jaka może być przyczyna (gdybym to ja wiedziała...) i złotymi radami. Usłyszałam też od mamy, że to może przez to, że za dużo się stresuję i że zawsze myślała, że ma zdrowe dzieci.
Odpowiedz
#16
Bardzo Ci współczuję.

Ja poroniłam 15 stycznia i zaczynamy nowe starania. Boję się co będzie jak coś pójdzie nie tak.. czy dam radę, czy uniosę kolejny raz to cierpienie.
Ale nie chce odpuszczać, chce powalczyć o nowe życie , o dziecko.

Ile jesteśmy w stanie znieść??
Odpowiedz
#17
Śnił mi się dzisiaj pogrzeb naszego dziecka (choć nigdy pogrzebu nie zrobiliśmy). Wszyscy mówili mi, że nie powinnam płakać przy ludziach, a ja nie mogłam się opanować...
Odpowiedz
#18
Boję się jutra... Chciałabym się zamknąć w domu i nie wychodzić, nie jechać do mamy jednej, drugiej, płakać nad sobą i swoimi nieobecnymi dziećmi. Tylko jak to wytłumaczyć światu?
Odpowiedz
#19
A czy mamy nie zrozumieją? Może przełóż wizytę.
Odpowiedz
#20
Ja bym pojechała popłakać z mamą. Przytulić się. Wpaść w ramiona. Przykleić do pleców. Zajrzeć w oczy. Powiedzieć, że tęsknię. Że kocham.



Pojadę jutro. Na cmentarz.
Odpowiedz
#21
Postanowiłam wypłakać w piątek cały płacz nazbierany przez ostatnie 2 tygodnie i dzień mamy świętować z rodziną. Dużo mnie to kosztowało, bo u mnie w domu raczej udaje się, że nic się nie stało, rozmawia się o ciążach w rodzinie, o właśnie narodzonych dzieciach znajomych, o karmieniu I cesarskich cięciach. Babcia zagadywała, że czeka na prawnuki. Serce pękało w ciszy kilka razy. Teraz trzeba zmobilizować się na kolejny tydzień pracy, nie mysleć, nie czuć, przetrwać.
Odpowiedz
#22
Gdzie znaleźć siłę na kolejne pożegnanie? Gdzie szukać nadziei na to, że któregoś dnia będę mogła zatrzymać Waszego brata lub siostrę tu na ziemi? Ile jeszcze jestem w stanie znieść?
Odpowiedz
#23
Ciri, przytulam cie wirtualnię. tylko tyle mogę.
Odpowiedz
#24
Ciri ja też przytulam wirtualnie...
Odpowiedz
#25
(Fri, 16 Lutego 2018, 14:21:25)Ciri napisał(a): Czuję się do tego zupełnie samotna, bo wiem, że nie mogę liczyć na pocieszenie ze strony rodziny i przyjaciół.

Teraz jest tak samo?
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości