Miał być Kubuś, który okazał się Igą...
#1
Minął 4 miesiąc od naszej straty. Miał być Kubuś, który okazał się Igą...
Dzień przed zaplanowanymi badaniami prenatalnymi - końcówka 12 tygodnia - czwartek rano pojawiło się u mnie plamienie. Pierwsza myśl, że to nic poważnego, że czasem tak się zdarza. Wielokrotnie słyszałam od koleżanek że plamiły w trakcie ciąży. Pojechałam do pracy. Wiedziałam, że następnego dnia mam wizytę u lekarza. Trochę pobolewał mnie brzuch, więc zadzwoniłam do położnej. Kobieta spokojnym głosem wytłumaczyła mi, że to nic nie niepokojącego, ale warto żeby zobaczył mnie lekarz i ewentualnie przepisze jakieś leki. Mój wewnętrzny spokój zaburzyły koleżanki z pracy i w nerwach pojechałam do lekarza, po drodze dzwoniąc do mojego narzeczonego. Cały czas w tych najtrudniejszych chwilach był przy mnie, zawalając swoje obowiązki. Około godziny 9:00 byłam już u lekarza, przyjął mnie przed swoimi pacjentkami (mój lekarz przyjmuje tylko we wtorki, a ten nieszczęśliwy dzień to był czwartek). Badanie strasznie się dłużyło, a ginekolog milczał...Nie spodziewałam się takiej diagnozy, czekałam aż powie mi o tych lekarstwach jakie mam brać. Niestety jego odpowiedź była inna, miażdżąca moją psychikę. Nie mogłam nic powiedzieć. Nie płakałam. Słuchałam tylko jak mówił. Wielu rzeczy nie pamiętam, jakby mnie ktoś ogłuszył. Wiem, że zaproponował jakieś dokładniejsze badania w innej przychodni o 15:00. Lekarz był bardzo troskliwy i to co mówił swoim spokojnym głosem ja też przyjmowałam to ze spokojem. Pamiętam jak wyszłam z gabinetu, złapałam Wojtka (mojego narzeczonego) za rękę i wyszliśmy z przychodni. Po kilku minutach wydusiłam z siebie, że serduszko nie bije, że ciąża się nie rozwija, że zatrzymała się w 8 tygodniu. JAK TO MOŻLIWE?? W 10 tygodniu miałam wizytę u swojego lekarza i nic takiego nie widział!? Wtedy ruszył potok łez. Dlaczego ja? dlaczego nasze Maleństwo? dlaczego nas to spotkało? co zrobiłam nie źle? Do tej cholernej godziny 15:00 miałam jeszcze nadzieję... miałam nadzieję, że lepszy sprzęt medyczny wykluczy ten czarny scenariusz, że będą jakieś leki, które nam pomogą. Niestety było inaczej. Od tamtej wizyty to z Wojtkiem rozmawiali lekarze, to on wszystko organizował, to on się mną opiekował. To była moja pierwsza ciąża, a tym samym pierwsze poronienie. Wtedy nie miałam siły nawet wchodzić na internet i czytać co i jak robić, tylko zaufaliśmy lekarzowi. Pamiętam, że mówił coś o procedurze, o badaniach jakie trzeba zrobić żeby potwierdzić, że ciąża się nie rozwija, bo aborcja w Polsce jest nielegalna, że on nam więcej nie pomoże tylko szpital. W piątek i w sobotę robiłam badanie beta hCG i poziom hormonu spadał. W poniedziałek pojechaliśmy to tego lekarza, który mnie przyjmował w czwartek - wtedy dopiero mógł mi wystawić skierowanie do szpitala żeby wywołać/przyspieszyć poronienie. Była jeszcze możliwość wykonania tego w prywatnej przychodni, ale terminy NAJWCZEŚNIEJ w czwartek. Nie chciałam nosić martwego dziecka kolejne dni, lekarze mówili że grozi to zakażeniem. Ok 13:00 zostałam przyjęta do szpitala na oddział ginekologiczny. Dla personelu medycznego byłam kolejną kobietą, którą trzeba gdzieś ulokować, przedmiotem? Nic wiele nie wytłumaczyli, kazali czekać na lekarza.[ Kur.. jak ciężko się o tym pisze, chciałabym te dni wymazać ze swojej pamięci i żyć dalej, ale sam fakt że zdecydowałam się podzielić z Wami moją traumą ma być formą terapii, bo życie po tych wydarzeniach zmieniło mnie i moje życie. ] Lekarka, która mnie badało stwierdziła, że niepotrzebnie czekaliśmy przez weekend, bo samo badanie usg wystarczyłoby żeby przyjąć mnie do szpitala (widać jak inni lekarze znają się na procedurach). Po godzinie czy dwóch dostałam tabletkę wywołującą poronienie. Jeżeli nie oczyściłabym się sama to musieliby wykonać łyżeczkowanie. Zaczęło się obfite krwawienie i ból brzucha nie do zniesienia. Do sali, w której leżałam przyjęto też panią, która miała planowany zabieg na kobiecie sprawy. W między czasie odwiedzali mnie rodzicie i brat, chociaż nie miałam ochoty nikogo oglądać. Kilkakrotnie miałam mega krwawienie, że musiałam się przebierać - zgłaszałam to pielęgniarkom i co usłyszałam? że tak musi być, że to normalne. Do toalety musiałam przejść przez korytarz. Widziałam spojrzenia innych ciężarnych kobiet. W pewnym momencie coś większego chlusnęło do toalety. Nie widziałam co to, bo było pełno krwi. Część mnie, moje dziecko wylądowało w muszli klozetowej??? Po tym ból brzucha był już mniejszy. Wieczorem ok 19:00 - 20:00 pojawił się lekarz, który mnie przebadał. To też było traumatyczne, bo idąc na kozetkę cały czas kapała ze mnie krew. Stwierdził, że to już po wszystkim. Później kolejne badanie na fotelu ginekologicznym, dostałam “głupiego jasia” i coś jeszcze mi robili (nie wiem do końca co się tak działo, był lekarz i pielęgniarka) mieli wtedy pobrać materiał do badań genetycznych. Obudziłam się następnego dnia, nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić. Do godziny 9:30 nikt się mną nie interesował. Nikt nie zaglądnął do sali. W nocy pielęgniarka tylko coś mi podała dożylnie. W trakcie śniadania był obchód i już się dowiedziałam, że muszę zwolnić salę, bo niedługo będą przyjmowane inne pacjentki na planowane zabiegi. Wyszłam ze szpitala po 12:00 albo później, na korytarzu lub na sali oczekiwania musiałam spędzić ten czas. Czekałam na lekarza i na podanie immunoglobuliny.  W między czasie Wojtek musiał zorganizować opakowanie na materiał genetyczny do badań, bo szpital tego nie zapewnia. Kontaktował się z firmą, która nam te badania wykona. Szpital tym się tym nie zajmuje. PARANOJA!
Powrót do domu, smutek, cisza i pustka.
Niedługo po tym powrót do codzienności. Praca dom i szkoła. Często płakałam. Często płakałam jak nikt nie widział. Po miesiącu kiedy wydawałoby się, że już trochę się z tym uporaliśmy, dostaliśmy wynik badań genetycznych. Okazało się że dzidzia, która do tej pory była Kubusiem - była dziewczynką. Mieliśmy też imię dla dziewczynki - Iga. Tylko, że Iguni przytrafił się zespół Turnera - zespół wad wrodzonych spowodowany całkowitym lub częściowym brakiem jednego z chromosomów X, występuje u 1 na 2000 – 2500 urodzonych dziewczynek. Mogła urodzić się chora, a w naszym przypadku mój organizm sam zauważył błąd genetyczny i dlatego ciąża się nie rozwijała (tak tłumaczą lekarze).
Dlaczego teraz zdecydowałam się o tym wszystkim napisać? bo potrzebuję terapii, ulgi, zrzucenia tego ciężaru?? Chcę naprawić siebie i naprawić mój związek. Z tą ciążą wiązały się pewne plany, które nagle runęły. Runął cały mój świat, który sobie poukładałam, bo wcześniej też nie miałam lekko. Mieszkaliśmy na wynajmie, ja nie mam umowy na stałe, zdecydowaliśmy się na kupno większego mieszkania. Mieliśmy plany jak urządzimy sypialnię i pokój dla dziecka. Nie zdążyłam nic kupić dla Maluszka. Czekałam na te badania prenatalne i wtedy chciałam zacząć robić zakupy. Niestety nie doczekałam się.
Ostatnio byłam i czułam się do niczego. Zmuszałam się żeby wstać do pracy. Po powrocie z pracy nie robiłam zupełnie nic. Siedziałam i gapiłam się w telewizor albo w komórkę. Wciągnęłam się w grę. Nie było mnie dla nikogo. Domem zajmował się Wojtek, a ja miałam do niego pretensje że to czy tamto robi źle. Dużo niemiłych słów padło, ale on się nie poddawał. Wspierał mnie cały czas, a przecież jemu też było ciężko. Przez to siedzenie w domu i objadanie się przybyło mi parę kilogramów. Chciałam schudnąć, żeby polubić swoje ciało, żeby być zdrową przed następną ciążą. Poszłam do dietetyka, wydałam pieniądze i przez tydzień udało mi się ją stosować. Później to już porażka. Teraz nawet się nie ważę. Kolejnym krokiem miała być wizyta u psychiatry, umówiłam się i nastawiłam się że ta osoba mi pomoże. ZNajomy polecił nam psychologa, terapeutę. Miałam nadzieję, że nam pomoże z tym wszystkim się uporać, ale odnoszę wrażenie że tylko rozdrapało to rany, Po dwój spotkaniach psycholożka stwierdziła, że nie potrzebujemy terapii, że poradzimy sobie, że nie mam depresji, i że jestem na dobrej drodze do wyzdrowienia. Ale ja czuję się słabo, czuję się bezsilna, bez chęci do działania. Dodatkowo ostatnio mam dziwne zawroty głowy. Badania laboratoryjne są w porządku, ale lekarka POZ dała mi zwolnienie lekarskie, żeby odpocząć. Co robić dalej? jak żyć po tym wszystkim? nie myśleć? czy właśnie rozpamiętywać i czcić rocznicę śmierci naszego Maleństwa? nie potrafię sobie odpowiedzieć na te pytania.
Odpowiedz
#2
Dzieciaczku...

Na wstępie chciałbym powiedzieć, że bardzo Cie kocham,  ze na zawsze bedziesz w moim sercu,ze nie ma dnia zebym o Tobie nie myslał, ze przewrociles do góry nogami cale moje zycie.

Mimo, ze nie zdolalales przyjsc na swiat, zawsze bedziesz dla mnie bardzo wazny. Tak naprawde nie istotna jest Twoja płec, ani to na co chorowales. Siedzac w brzuszku Najwspanialszej Osoby na swiecie sprawiales mi ogromna radosc. Budzilem sie z mysla,ze tam sobie siedzisz. Odliczalem dni do Twoich narodzin. Uwielbialem do Ciebie mówic, uwielbialem Ci spiewac i do Ciebie wołac. Dales mi nieosiagalny wczesniej poziom szczescia, szczescie jakiego wczesniej nie znalem. Sprawiles , ze wszystko dla Ciebie chcialem zmienic i to,ze chcialem wszystko Ci zapewnic.

Pamietam , kazdy dzien z ciazy. Kazda godzine, minute.

Pamietam, ten okropny dzien - kiedy Twoja Mama do mnie zadzwonila bedac w pracy -kiedy powiedziala, ze cos zlego sie dzieje. Pamietam, jak musialem odnalezc w sobie wszystkie sily, by pomoc wtedy Twojej Mamie. Jak bardzo bylo trudno, jak bardzo było ciezko.  Pamietam, jak przyjechalem do szpitala, do ginekologa... pamietam jak Twoja Mama wyszla od ginekologa...nie mowiac ani slowa...jak zlapala mnie za reke. By dluzsza chwile pozniej powiedziec ...ze nie bije Ci serduszko.

Wiesz...od tamtej pory nienawidze slowa "serduszko" i nie uzylem go ani razu.

Pamietam te straszne 4 dni, gdy byles w brzuszku , mimo ze wiedzielismy, ze jestes juz gdzies w innej krainie. Pamietam,ze na ta okolicznosc musialem wziasc kilka dni urlopu w pracy, a gdy  szef do mnie zadzwonil, to nie wiedzialem jaki jest dzien tygodnia.

Pamietam, gdy po wszystkim...trzymalem Cie na rekach...byles w takim malym pudeleczku...a ja nie moglem sie ani chwili Toba nacieszyc...bo musialem Cie wyslac do laboratorium genetycznego. Jak nie potrafilem nawet nikomu o tym powiedziec...ze do tej pory nie umiem nikomu powiedziec co wtedy widzialem, co wtedy czulem.

Zaluje, ze nie moglem Cie nawet na chwile zobaczyc, przytulic...powiedziec ze Cie kocham...

Zaluje, ze nie poznales swojej Mamy , bo jest Cudowna Kobieta...i bylaby Najwspanialsza Mama na swiecie.

Na zawsze stales sie Czastka mnie.

Przez Ciebie i dzieki Tobie...wszystko sie zmienilo...






                                                                                                                                                                         Wojtek, narzeczony Smutnej.
Odpowiedz
#3
Smutnaa, to bardzo trudne pytania. I chyba bez dobrej odpowiedzi, przynajmniej bez "jedynej dobrej".
Żałoba to żmudny proces. Podnosimy się i znów upadamy. Jednego dnia jest jakby lepiej, lżej a kolejnego wspomnienia uderzają z podwójną siłą.
Co robić dalej? Chyba przetrwać ten najtrudniejszy czas. Jakoś. Dla siebie, dla narzeczonego.
Reszta przyjdzie z czasem. Nie musisz teraz postanawiać, czy i jak będziesz obchodziła rocznice.
Odpowiedz
#4
asza dziękuję za odpowiedź,
cieszę się że trafiłam na forum, bo czuję że nie jestem z tym sama. ciężko jest rozmawiać o tym co przeszłam, a pisać jest łatwiej.
czytałam Twoją historię i bardzo Ci współczuję. Dwie straty w tak krótkim czasie to straszne.
tak myślę o tym żeby zacząć się starać o drugą ciążę, ale się boję. wstępne badania już robiłam i niby wszystkie badania są w normie... ale w dzisiejszych czasach nic nie wiadomo. Nigdy nie wiadomo kiedy będzie ten właściwy czas.
Odpowiedz
#5
To takie piekne ze jestescie tu oboje. Dajcie sobie czas na zalobe i pozegnanie sie z utraconym dzieckiem. Bardzo wam wspolczuje.
Odpowiedz
#6
Pisząc swoją odpowiedź nie widziałam posta Wojtka. Zgadzam się z Franią, że to piękne, że jesteście tutaj razem.
Wojtku - jesteś wspaniałym tatą Waszego Maleństwa.

Smutna, miałam podobne odczucia, gdy tutaj trafiłam. Cieszyłam się, że znalazłam się wśród osób, które mnie rozumieją. Ja miałam dużą potrzebę, żeby rozmawiać, ale w "prawdziwym" życiu nie miałam z kim. Zresztą może wtedy to właśnie tutaj było prawdziwe życie, chociaż wirtualne, a tam "na zewnątrz" udawane, choć niby realne.
Wtedy akurat nic nie było realne.

Piszesz o braku motywacji, może za dużo działań próbujesz ogarnąć na raz?
Obowiązki domowe, obowiązki zawodowe, dietetyk, siłownia, pisanie pracy magisterskiej. To całkiem sporo nawet dla kogoś pełnego energii.
Przeszłaś traumę, Twój organizm potrzebuje odreagować. Daj sobie trochę czasu. Albo dużo czasu - tyle, ile potrzebujesz.

Rozumiem, że chciałabyś inaczej. Pamiętam, że po stratach moja niemoc sprawiała, że czułam się beznadziejnie.
Ale przecież nie musisz robić wszystkiego na raz. Może zacznij od czegoś, co jest dla Ciebie najłatwiejsze?
Nawet jeśli to będzie po prostu zjedzenie jabłka?
Wiele rzeczy naprawdę może poczekać. Sprzątanie, siłownia.

A jeśli porządek lub wysiłek fizyczny miałyby dać Ci poczucie, że masz nad czymś kontrolę, to może zacznij od małych kroczków?
Zrób sobie jakieś minimalne postanowienie, nie wiem - że umyjesz kubek po herbacie. Albo, że zrobisz 5 brzuszków. Cokolwiek.
Jeśli się uda - super, następnego dnia możesz zrobić znów tyle samo. A może nawet odrobinę więcej?

W czasie, kiedy ja powinnam pisać swoją pracę magisterską, zdarzyło się coś, co było dla mnie i mojej rodziny bardzo trudne.
Udało mi się wtedy ogarnąć wiele rzeczy, spadły na mnie różne obowiązki z którymi jakoś sobie poradziłam, ale z pisaniem magisterki - nie.
Pierwszy rozdział oddałam z opóźnieniem, później nawet siadałam przed kompem i głównie tępo patrzyłam się w monitor.
Wymyślałam tysiące wymówek, żeby odejść od komputera - pić, siku, znowu pić i tak w kółko.
Minęło pół roku, skończyły się zajęcia, większość moich znajomych się obroniła, a ja nadal tkwiłam w tym samym punkcie.
Ruszyło mnie, gdy prace obronili najwięksi leserzy na studiach, a ja - prawie wzorowa studentka - nawet nie zaczęłam pisać drugiego rozdziału.
Aż przyszedł taki czas, że mnie odblokowało. Poszłam do pracy, wracałam do domu i siadałam do kompa. W ciągu kilku tygodni skończyłam część teoretyczną, zebrałam materiały i napisałam praktyczną.
Udało się? Tak. Mogłam? Tak. Ale dopiero wtedy, gdy przyszedł na to czas.

Gdy wróciłam ze szpitala po drugiej stracie nawet obranie marchewki na obiad było dla mnie zbyt trudne.

Mam na myśli, że jeśli dziś nie jest dzień na to przykładowe umycie kubka, to też jest ok. Może jutro.

Czy Wy nadal jesteście pod opieką psychologa?
Odpowiedz
#7
nie potrafię się pogodzić z tym co się dzieje ze mną, co się dzieje w mojej głowie.

do psychologa już nie chodzę, babeczka stwierdziła że każdy żałobę przechodzi inaczej, kazała znaleźć sobie jakiś mały cel... ale nawet z tym jest ciężko, bo jednego dnia jestem na pełnych obrotach a później kilka dni jestem bez sił. odnawianie mebli to miało być moje zajęcie, ale ostatnio wolę siedzieć przed kompem i czytać Wasze historie..

kupiłam dzisiaj znicz (chyba dojrzałam do tej decyzji) dla Naszej Iguni, psycholog nam poradziła znaleźć miejsce na cmentarzu gdzie będziemy mogli upamiętniać Naszego Aniołka (*)
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości