Poroniłam - jestem świadoma swoich praw
#1
Tydzień temu napisałam e-mail na adres poczta@poronienie.pl, niestety nie dostałam odpowiedzi lecz może tu moja wypowiedź spotka się z większym odzewem 
(o ile oczywiście moderator nie zadecyduje inaczej).


Poniżej wkleję treść posta umieszczonego na facebookowej grupie "Dziewuchy dziewuchom", wywołał on falę gorących komentarzy, ok.1200 "polubień" - jeśli ktoś jest ciekaw, zapraszam do dołączenia do grupy oraz zapoznania się ze wszystkimi wypowiedziami i reakcjami kobiet. 

Moim zdaniem temat jest niezwykle ważny, a krzywda wywołana przez brak świadomości kobiety roniącej może mieć wpływ na jej kondycję psychiczną oraz fizyczną. Oczywiście kobiety mają różne potrzeby lecz moim zdaniem świadomość praw jakie przysługują im po poronieniu jest ich fundamentalnym prawem, niestety często pomijanym.


Zapraszam do lektury:

Drogie Dziewuchy,

abstrahując od aktualnego tematu aborcji poruszę kolejny problem z jakim zmagać muszą się kobiety. Niestety na własnej skórze przekonałam się o bezduszności i bezwzględności procedur jakie obowiązują po PORONIENIU. W tej trudnej chwili, gdy kobieta dowiaduje się, że serce dziecka przestało bić zostaje postawiona przed wyborem: "Zabieg albo... nie no, zabieg" - cytuję słowa lekarza, który miał mi doradzić, przedstawić jakie mam opcje. A więc zdecydowałam się na zabieg. Oczywiście zabiegi lecą taśmowo, co 3-4h przychodzą nowe dziewczyny, zapłakane kładą się do szpitalnego łóżka, czekają aż ktoś wyjaśni im jak zabieg się odbywa. I to tyle jeśli chodzi o jakiekolwiek informacje. Po zabiegu nie jeść, nie pić, nie wstawać przez 2h i do domu, wypis, dziękujemy.
Stety-niestety trafiło na mnie. Zaczęto przygotowywać mnie do zabiegu, lecz poronienie rozpoczęło się samoistnie. Lekarz: "A więc weźmiemy Panią na zabieg, by wyczyścić resztę", Ja: "Po co? Skoro organizm sam rozpoczął poronienie, to może pozwolimy mu dokończyć. Proszę jedynie o kontrolę czy udało się wszystko wydalić.", na badaniu wykonanym kilka godzin później okazało się, że zabieg nie był potrzebny. Lekarz zapytany, czemu chciał od razu wziąć mnie na salę operacyjną odpowiedział: "Pacjentki często panikują jak widzą tyle krwi" Ja:"Ale samoistne poronienie jest przecież lepsze dla organizmu..." Lekarz: "Rzadko kto ma taką świadomość" - WTF ja się pytam, skoro nie ma świadomości u pacjenta, to znaczy, że nie warto go uświadomić? Nie warto powiedzieć kobiecie, że zabieg to ingerencja w jej ciało, może uszkodzić szyjkę macicy, może doprowadzić do problemów w kolejną ciążą, o następne dziecko można się starać po minimum 3 miesiącach? Nie lepiej kontrolować poronienie samoistne?
Kolejny raz ręce opadły mi gdy rozmawiałam z "współlokatorkami" - obie to kobiety mądre i wykształcone, obie nie miały pojęcia, że po poronieniu mogą wykonać badanie genetyczne płodu, by ustalić płeć i przyczynę poronienia, obie nie wiedziały, że należy im się prawo do pochówku, zasiłku pogrzebowego i 56 dni urlopu macierzyńskiego. Oczywiście większość formalności rozpoczyna się już w szpitalu, w którym nikt o niczym nie informuje.
Dziewczyny, poronienie może spotkać każdą z nas. Każda kobieta inaczej sobie radzi z tą trudną sytuacją - jedni chcą zapomnieć i ruszyć na przód, a inni chcą pochować swoje dziecko, które choć nienarodzone było dla ich marzeniami, planami, miało już wybrane imię. Dajmy im możliwość wyboru, dajmy im świadomość. Chętnie zaangażuję się w akcję informacyjną lub w dystrybucje ulotek na oddziały ginekologiczne, które pomogą kobietom poznać swoje prawa.
Odpowiedz
#2
Jeśli to Ty napisałaś jeden z maili około tydzień temu – bo w żadnym adres mailowy nie jest taki, jak ten użyty do rejestracji na Forum i treść wypowiedzi też nie jest identyczna dosłownie – to mogę dodać tylko tyle, że tradycyjnie forwardowałam go w tym samym dniu na skrzynkę osoby z władz Stowarzyszenia.
Jeśli brak odzewu, to oznacza, że jej obecnie nie ma i może go jeszcze nie odczytała albo spraw, z którymi rodzice piszą, jest na tyle dużo, że ta czeka w kolejce, albo - co niewykluczone - utknął gdzieś w filtrach antyspamowych po drodze.

Mogłabym go teoretycznie przesłać raz jeszcze, ale to się mija z celem, jeśli przyczyną jest któraś z powyższych. Najprościej będzie, jeśli zadzwonisz na numer telefonu podany na stronie głównej serwisu w zakładce Kontakt i nawiążesz w rozmowie bezpośrednio do treści maila.
Odpowiedz
#3
Bardzo się cieszę, że jest coraz więcej kobiet, które wiedzą o prawach, które im przysługują po poronieniu. Ma nadzieję, że będzie to jeszcze bardziej rozpropagowane.
Nie rozumiem jednak lekarzy, dlaczego tak często zdarza się, że bagatelizują pierwsze poronienie i nie zalecają żadnej diagnostyki. Przecież najczęściej kobiety są zdolne poddać się diagnostyce po to, aby poznać przyczynę poronienia i co najważniejsze zrobić wszystko żeby sytuacja nie powtórzyła się w kolejnej ciąży. Mam też żal do wielu lekarzy, że nie informują o badaniach genetycznych, które bardzo często pozwoliłyby skrócić diagnostykę po poronieniu
Odpowiedz
#4
(Thu, 06 Października 2016, 20:12:45)DzikaMysz napisał(a): Jeśli to Ty napisałaś jeden z maili około tydzień temu – bo w żadnym adres mailowy nie jest taki, jak ten użyty do rejestracji na Forum i treść wypowiedzi też nie jest identyczna dosłownie – to mogę dodać tylko tyle, że tradycyjnie forwardowałam go w tym samym dniu na skrzynkę osoby z władz Stowarzyszenia.
Jeśli brak odzewu, to oznacza, że jej obecnie nie ma i może go jeszcze nie odczytała albo spraw, z którymi rodzice piszą, jest na tyle dużo, że ta czeka w kolejce, albo - co niewykluczone - utknął gdzieś w filtrach antyspamowych po drodze.

Mogłabym go teoretycznie przesłać raz jeszcze, ale to się mija z celem, jeśli przyczyną jest któraś z powyższych. Najprościej będzie, jeśli zadzwonisz na numer telefonu podany na stronie głównej serwisu w zakładce Kontakt i nawiążesz w rozmowie bezpośrednio do treści maila.


Dziękuję za wyjaśnienie i rady, na pewno z nich skorzystam.
Zgadza się, myślę, że mówimy o tej samej wiadomości - do rejestracji na forach publicznych korzystam z innego adresu mailowego niż do korespondencji.

Przeglądając posty innych użytkowników zauważyłam, że w kwietniu tego roku pojawiła się już co najmniej jedna, konkretna inicjatywa - list do Pani Premier Szydło. Niestety to wszystko jest kroplą w morzu potrzeb... czy faktycznie nie ma osób, które w konkretny i rzeczowy sposób mogły by interweniować w sprawie sytuacji prawnej kobiet po poronieniu?

Sprawa informowania kobiet o ich prawach to rzecz fundamentalna i możliwa do realizacji praktycznie od zaraz, ale aż prosi się aby poruszyć i inne problemy. Np.kwestia ustalenia płci - jeśli obecnie ustalenie płci według prawa może odbyć się tylko i wyłącznie na podstawie badań genetycznych to czy Państwo nie powinno wykonania tych badań gwarantować i refundować?
Idąc na fali zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej/ochrony życia poczętego/walki o prawa kobiet, może warto by wystosować projekt obywatelski, który unormowałby sytuację kobiet po poronieniach chcących zarejestrować swoje dziecko?

Niestety ja jestem jedynie osobą, którą dotknęło poronienie, nie mam wykształcenia prawniczego, ale na własnej skórze odczuwam i zauważam problem. Obecnie trwam w "zawieszeniu" oczekując na wynik badań genetycznych (metoda mikromacierzy-wady+płeć) czas oczekiwania to 2-4 tygodni. Obecnie nie jestem w stanie załatwić niczego - nie mogę zarejestrować dziecka w USC, nie mogę go pochować, nie mogę skorzystać z urlopu macierzyńskiego. To dodatkowy stres. Oczekiwanie na samo ustalenie płci jest znacznie krótsze, niestety nie stać mnie było, by wydać kolejne 300 zł na to badanie, a istotna dla nas jest kwestia diagnostyki przyczyny poronienia.

Może to walka z wiatrakami, ale czy nie warto by jej podjąć?
Odpowiedz
#5
Z pewnością warto.Ałe może jakieś konkrety ? Wiele kobiet po poronieniu nie ma sił ,chęci ,motywacji (lub wszystkiego na raz ) aby wyjść z inicjatywą.Nie każda ma konkretny pomysł.Wskaż drogę,pewnie znajdą się chętne.Na razie jednak opisałaś problem znany większości.Masz pomysł czy tylko chęć rozmowy na ten temat ?
Nie mam rozeznania w tym temacie ,ale sądzę ,że szerzej zakrojona akcja informacyjna wymaga zaangażowania wielu ludzi ,poświęcenia wiele czasu i energii.To wydaje mi się być łatwiejszą częścią.Pozostaje jeszcze kwestia organizacyjna oraz finansowa.
Ponadto aby taka akcja miała szanse powodzenia wydaje mi się ,że zawężanie grona informowanych do kobiet które już przeżyły poronienie lub są w jego trakcie jest niewystarczające choć oczywiście korzystne.Chętnie zapoznałabym się z Twoim punktem widzenia.
Odpowiedz
#6
Napisałam maila do osób zarządzających tym portalem z prośbą o udostępnienie materiałów, które byłyby pomocne w stworzeniu broszury informującej kobiety o ich prawach po poronieniu. Na maila nie dostałam odpowiedzi, ale DzikaMysz doradziła bym wykonała telefon do osoby ze Stowarzyszenia, co zrobię jak tylko pochowamy nasze Maleństwo. Jeśli dostanę odpowiedź odmowną to razem z bratem (prawnik) postaramy się przygotować projekt naszej własnej broszury.
Z gotowym projektem będziemy szukać miejsc w sieci, które będą chciały rozpropagować przygotowane przez nas informacje - na obecną chwilę chęć wyraził portal http://www.protestkobiet.pl/. Myślę, że warto również zwrócić się do Fundacji Rodzić po Ludzku, przedstawić im naszą inicjatywę i poprosić o wsparcie.
Zgadzam się, że odbiorcami nie powinny być tylko i jedynie kobiety po poronieniu, profilaktyka również jest bardzo istotna. Jednak moim zdaniem miejscami nr 1, gdzie powinny pojawić się broszury informacyjne są oddziały ginekologiczne. Nikt przecież dowiadując się o śmierci swojego dziecka nie odpala internetu i nie szuka informacji w sieci co powinien teraz robić. A zwłaszcza przy "młodych" ciążach ważny jest czas podjęcia decyzji - trzeba poinformować personel, że chcemy wykonać badania genetyczne, by mogli w odpowiedni sposób zabezpieczyć "materiał" (sól fizjologiczna, nie formalina).

Napisałam tego posta, ponieważ szukam wsparcia - zdaję sobie sprawę, że w pojedynkę raczej wiele nie zdziałam. Szukam również inspiracji, bo może ktoś ma jakieś uwagi, pomysły - co powinna zawierać taka broszura poza tym, że po poronieniu można pochować dziecko, odebrać zasiłek pogrzebowy i skorzystać z 56 dni urlopu macierzyńskiego, informacje w jaki sposób należy postępować oraz że istnieje możliwość wykonania badań genetycznych pod kątem diagnostyki przyczyn poronienia.

Jeśli posiadasz jakieś uwagi i pomysły to jestem na nie otwarta.
Odpowiedz
#7
W 2013 r. po mszy, na którą przyjechał diecezjalny duszpasterz rodzin (http://www.duszpasterstworodzin.lomza.pl/kontakt), żeby mówić o poronieniu i zachęcić do wsparcia inicjatywy budowy Grobu Dzieci Utraconych, był rozdawany miniporadnik dla rodziców po poronieniu i ich przyjaciół:
http://s10.ifotos.pl/img/Miniporad_areepqp.jpg
Myślę, że może być przydatny choćby w części. Być może powstała jego aktualna wersja.
Nie ma w nim informacji ściśle medycznych, np. o przygotowaniu 'materiału' do badań czy rutynowych łyżeczkowaniach. Mnie też zachęcono do zabiegu, bo "taka jest procedura".

Inna kampania społeczna z 2013 r. "Ja też jestem dzieckiem", w ramach której miały powstać materiały informacyjne:
https://www.poronienie.pl/forum/showthread.php?tid=3990
Odpowiedz
#8
Kana, trochę wyważasz otwarte drzwi, bo problem nie tkwi w tym, że kobiety nie znają swoich praw, problem tkwi w tym, że trudno jest zdobyć dokumenty potrzebne do pochówku, ubezpieczenia i urlopu, bo w karcie urodzenia ma być wpisana płeć. A we wczesnych ciążach trudno ją określić. Już idefix toczył boje na różnych frontach i głową w mur. Teoretycznie sprawa nie wygląda źle, gorzej w praktyce.
Odpowiedz
#9
PiBi, ja bym tak nie przeceniała wiedzy kobiet. Ja na przykład w momencie podejmowania decyzji nie wiedziałam, że może mi przysługiwać zwrot kosztów pogrzebu. Nie zaważyło to ostatecznie, ale było jednym z czynników. O macierzyńskim dowiedziałam się od dziewczyny z sali.
Uważam, że warto toczyć boje, nawet z pozoru nieskutecznie. Kropla drąży skałę.
Odpowiedz
#10
Ale przecież są ulotki, które informują o prawach roniących pacjentek. Chyba nawet specjalna ustawa (?) się pojawiła, więc problem nie tkwi w braku, tylko w betonie lekarzy i położnych. Po prostu się nie informuje, albo traktuje się chęć zarejestrowania dziecka jak fanaberię.
Odpowiedz
#11
Ja nie dostałam żadnej ulotki mimo, że szpital, do którego pojechałam szczyci się, że ma specjalnie procedury opieki nad pacjentkami. Nie otrzymałam kompletnie żadnej informacji, kiedy weszłam na forum było już za późno na wszystko. Nie miałam szansy ani na pochówek ani na rejestrację mojego Syna. Jedyne co mi po nim zostało to dwa testy ciążowe i wynik bety
Odpowiedz
#12
PiBi - rzecz własnie w tym, że NIGDY nie spotkałam się z ulotką, która poinformowała by mnie o moich prawach po poronieniu. A jestem pacjentką z tzw. przeszłością ginekologiczną (4 lata starań o pierwsze dziecko, 3 ciąże biochemiczne... to w sumie była moja 5-ta ciąża) i gdyby nie rozmowa z osobą, która poroniła to nie wiedziałabym, że mogę czegokolwiek oczekiwać po poronieniu.

Ponownie zachęcam do przeczytania postu na FB - tak naprawdę to odzew ludzi utwierdził mnie w tym, że takie ulotki są wręcz konieczne. Kobiety młode, wykształcone nie wiedzą nic na temat poronienia. I jeśli położna i lekarz to beton - to trzeba znaleźć inną drogę aby dotrzeć do osób zainteresowanych.

Chocolate, nie chciałabym zabierać głosu na temat tego czy ktoś powinien mieć wykonany zabieg czy nie. Ostatecznie sytuacje są naprawdę bardzo różne. Ale fakt faktem, że gdybym nie była świadoma swojego ciała i faktu, że zabieg nie zawsze jest najlepszym rozwiązaniem to nikt nie raczyłby mnie o tym fakcie poinformować tylko zabraliby mnie szybciutko na salę operacyjną. Ale to było moje ryzyko (jeśli można tak to nazwać, bo zaraz po wyjściu ze szpitala poszłam na kontrolę do mojego ginekologa, który tylko potwierdził, że zabieg w moim przypadku był absolutnie zbędny) i nie chciałabym nikomu w tej kwestii doradzać.
Odpowiedz
#13
Ulotki w szpitalu też nie zaznałam.

Kana, zdaję sobie sprawę, że wykonanie zabiegu bywa konieczne, ale w szpitalu, w którym byłam powiedziano mi z góry, że zgodnie z procedurą przeprowadza się (w domyśle - wszystkim) łyżeczkowanie, ale mogę się na nie nie zgodzić. Pytałam o USG sprawdzające, to tylko dziwnie na mnie patrzyli. "U nas tak się robi i już". Jak już się wszystko dokonało, to myślałam (niesłusznie zresztą), że zabieg będzie końcem krwawienia, a może bardziej moim własnym, więc się otumaniona dałam na niego zawieźć.
Odpowiedz
#14
Nie wszystkie szpitale życzyły sobie w przeszłości, by na ich terenie rozprowadzano jakiekolwiek ulotki. Niektóre wręcz sobie tego nie życzyły.
Niektóre by chciały i wzięły, ale najpierw trzeba je mieć w formie materialnej w ilości sztuk większej niż kilka wzorcowych.

Pomysłów to ja tutaj w ciągu lat widziałam wiele - w stałej realizacji istnieją nadal tylko te, których prowadzenia ktoś się nie tylko domagał, ale i ktoś się podjął je organizować, prowadzić oraz nad nimi pracować.
Pracować.
Stale.
Najczęściej bez uznania.
Nie tylko bić pianę w szale pierwszych emocji i do chwili, w której się adrenalina pierwszych oburzeń wyczerpie, rzecz nie okaże się wygłaszaną łatwo bułką z masłem albo priorytety w życiu ponownie nie zmienią na bliższe innym prywatnym potrzebom.
Nie no, nie mówię akurat o sobie, aczkolwiek w sumie... adrenalinę to bym musiała sobie chyba obecnie wstrzykiwać, żeby ją posiadać w ilości zapalnej na sam widok pomysłu.

Ponadto wielu widziałam pomysłodawców, tylko nie widziałam ich odpowiedzi, za ile i na czyj koszt...
Pobawcie się konsekwentnie przez kilka lat zarówno w organizatorów jak i w foundraiserów (czy jak się to tam zowie i pisze w obecnej nowomowie medialnej) dla oczekiwanych rezultatów tych zupełnie nienowych pomysłów, to uwierzę w coś więcej niż słomiany entuzjazm i oczekiwania. To, czego nie ma, nie spada nieustannie z kosmosu bez konsekwentnej wytężonej pracy i za darmo tylko dlatego, że ktoś wyartykułuje taką potrzebę.
Aha, tylko nie zapomnijcie przy tym o obsłudze prawnej i księgowej projektu, a nie tylko organizacyjnej, jak ma być przyzwoicie, bo bym nie chciała nikogo widzieć w tarapatach karno-skarbowych.

Proste pytanie testowe, które w takich razach każdemu zadam - ile na to wyłożyłaś i będziesz regularnie wykładać oraz jak długo. Prawdziwie we wszystkim - intelektualnie, fizycznie, pracą, czasem i wreszcie pieniędzmi, bo za nielegalny dodruk też można iść siedzieć.
Odpowiedzi z grubsza znam, jakie dotąd padają, a mówię tu nie tyle o tych, które są wyłącznie deklarowane werbalnie lub przelatują realnie, jednak wciąż ze świstem efemerydy, tylko bardziej o tych, na które można liczyć i na których da się polegać długo. Znacznie dłużej niż chwila błyskotliwego zainteresowania "odkrywcy Ameryki", zwłaszcza potem, jak już to zainteresowanie parę porażek w praktyce zaliczy, a owacji na stojąco nie będzie.
A pytanie dotyczy każdego, kto gotów przyznać, że trzeba by to czy tamto...

Proszę o źródło realnego finansowania. Stale bijące źródło samo w sobie istotne oraz zastępczo nieraz konieczne dla zdobycia wszystkich pozostałych typów zasobów umożliwiających realizację czegokolwiek. Czy to ulotek, czy to serwisu internetowego, czy to obsługi telefonicznej, księgowej, technicznej albo teleskopu do oglądania gwiazd. Obojętnie.
Bo wciąż widuję pomysły oraz pomysły na dystrybuję pomysłow, tylko nie widuję - nie, nie, nie tylko samych pomysłów na finansowanie pomysłów, choć tych to też za często nie widuję, ale zdecydowanie rzadko widuję faktyczne finansowanie pomysłów.

Zwykle na gadaniu się kończy, bo to nie głów do myślenia najbardziej brakuje, tylko rąk do autentycznej stałej pracy i kieszeni do płacenia. A jeśli kto nie potrafi goryczy tej konstatacji przeskoczyć i uzna, że jest ona balastowym hamulcem, to znaczy, że jest na etapie życia złudzeniem - co do realizmu sprawy i własnej motywacji.

Ile, z jaką częstotliwością i jak długo. A potem dodam na sam koniec brzydko - udowodnij w praktyce. Nie mnie. Sobie.
Zwykle wtedy lista szybko pustoszeje...

Ot, mało jestem entuzjastyczna, bom bardzo leniwa i skąpa jak mało kto, ani chybi, ale wiem skądinąd, że pisanie jest dosyć darmowe nadal tu i ówdzie, to i ja się przyłączę ze swoim zdaniem, bo całą noc za darmo sobie pisałam, zamiast się przespać też za darmo i jestem na fali pisania w czasie bezsennego przejścia z pracy do pracy. Wszyscy, co mnie znają, wiedzą, że w takich razach gadam niekontrolowane szczere głupoty, jak inni po paru kieliszkach. To chlapnę sobie bezwstydnie w tym forumowym barze zasadniczą odpowiedzią nieźle wstawionego realisty na pytanie zasadnicze trzeźwego mam nadzieję idealisty - czemu czegoś nie ma więcej w realu, ale powtarzalnie pomyka w teoriach. Też sobie to pytanie zadaję i sobie na nie odpowiadam zarazem pijąc do lustra i pijąc do otoczenia.
I nawet sama prawda z moich ust leci, haha. Przeciążyłabym każdy alkomat. Tfu, miało być, że uczyniłabym bezrobotnym każdy wariograf.
Odpowiedz
#15
DzikaMyszko, uśmiechnęłam się czytając Twój komentarz - tak jak wspomniałaś sączy się z niego sama prawda i tylko prawda, ale też i goryczy sporo do niego dodałaś. Rozumiem jednak Twoją gorycz w stu procentach, jak wspomniałaś - nie jedno zapewne czytałaś, nie jedno słyszałaś - a namacalnych efektów brak. Nie będę deklarować, że ja jestem inna. Może tak, może nie - ale to czas pokaże, pokaże praktyka. Myślę, że warto podjąć próbę, bo to akurat nic nie kosztuje. A jeśli już przy pieniądzach jesteśmy to owszem, sama nic do projektu nie włożę, bo kieszeń pusta, ale mając gotowy produkt łatwiej będzie poszukać sponsora. A produkt można promować na wielu płaszczyznach i internet jest tu naszym sprzymierzeńcem, bo jak wspomniałaś - pisanie jest za darmo, a pisać można do wielu ludzi, czasem wystarczy, że odpowie tylko jeden człowiek.
O zaplecze prawne akurat się nie martwię, bo w tej kwestii mam wsparcie osób wykwalifikowanych oraz grupy prawników zajmującej się stricte prawem medycznym.
Nie szukam również oklasków. Szukam pomysłów. Szukam materiałów. Szukam kogoś, kto może tak jak ja jest chętny poświecić swój czas by zrobić COŚ. Nieważne co z tego CZEGOŚ wyniknie, liczyć się z fiaskiem również trzeba.

Poza tym już COŚ się zmieniło. Co najmniej tysiąc osób przeczytało to co napisałam (liczby odnotowane). Może połowa z tych osób wcześniej nie miała pojęcia o sprawach, o których mowa. Może jedna z tych osób (daj Boże, by nie - lecz życie jest tylko życiem) kiedyś usłyszy taki wyrok jak większość z nas. Może przypomni sobie to co kiedyś przeczytała i będzie wiedziała co zrobić lub gdzie szukać informacji. To naprawdę COŚ zmienia.
Nie robienie niczego NICZEGO nie zmieni.
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości