Nie wiem jak mam się zachować po stracie.
#1
W październiku straciłam swojego Aniołka. Rodzina i znajomi już dawno przeszli z tym do porządku dziennego, tylko ja płaczę po kryjomu, żeby nikt nie widział..

Moja kuzynka jest w ciąży. Ostatni raz kiedy się widziałyśmy (miesiąc temu) była w 18 tygodniu ciąży (ja straciłam dziecko w 20 tygodniu). Nie jestem zazdrosna, nie jestem zła, życzę jej jak najlepiej ale...nie cieszy mnie to wcale. O tym co przeszłam już się nie rozmawia. Było, minęło. Dla innych, nie dla mnie. Muszę robić dobrą minę, słuchać jakie imię już wybrała, prezentuje mi swój brzuch z radosnym uśmiechem. Uradowana informuje mnie, że waży dopiero 56 kg, gdzie ja ważę ładnych parę kilo więcej. Przy moim niskim wzroście wyglądam jak krowa, czuję się jak krowa. Uśmiecham się, bo co innego mam robić? Nienawidzę kiedy mówi "no to teraz czekam na Ciebie. Będziemy miały z jednego roku". Słysze to kilka razy i za każdym razem nie komentuję. Udaję, że nie słyszę. Mam ochotę nią potrząsnąć, nawrzeszczeć. Dla mnie ciąża już nie jest czymś radosnym, nie jest szczęśliwym wyczekiwaniem na dzidziusia. To koszmar, przez który przechodzi matka dziecka utraconego. To nie skowronki i stokrotki. To 9 miesięcy strachu, panicznego strachu. Dzień w dzień. 

Przez trzy dni nie mogłam dojść do siebie. Nie spałam po nocach, w pracy nie mogłam się skupić, biegałam co chwilę do toalety ukryć łzy. Brałam leki uspokajające. Teraz dzwoni do mnie. Ja nie odbieram, wykręcam się chorobą, pracą czym się da, ale w końcu braknie mi wymówek. Nie chcę jej powiedzieć, co tak naprawdę czuję, bo wiem,że nie zrozumie. To wszystko się rozniesie po rodzinie. Wiem to na pewno, a ja nie chcę, żeby mówili na mnie wariatka, że psuję jej cały urok ciąży. A jeżeli coś pójdzie nie tak z ciążą boję się, że może mieć do mnie o to żal. Że będzie wtedy szukała winy we mnie. 

Jest przykro, bo byłyśmy zżyte. Nie ma w pobliżu żadnej bliskiej rodziny, tylko mnie. Wiem, że ją zostawiam, ale nie potrafię i nie chcę się męczyć. Tylko dziwi mnie jej zachowanie. Sama rok temu straciła ciążę (pusty pęcherzyk). Wiem, że nie robi tego umyślnie, ona się po prostu cieszy i ja to rozumiem, ale nie potrafię wyjść z mroku. To, że nie zanoszę się od płaczu na widok ciężarnej nie znaczy, że " dałam sobie radę"...
Odpowiedz
#2
Alamakota, Twoja kuzynką powinna to przeczytać. Twoja rodzina powinna to przeczytac. Nie jesteś wariatką i nie zachowujesz się jak wariatka. Każdy kto ma w sobie odrobinę empatii zrozumie jak bardzo Ci ciężko. A jeśli nie zrozumie to znaczy że tej empatii w sobie nie ma. 
Jeśli nie będziemy mówić o swoich emocjach po stracie to otoczenie nie domysli sie przez co przechodzimy. Ja w styczniu bylam u koleżanki ktora  dwa tygodnie wczesniej urodzila corke. Zapytala czy chce wziac noworodka na rece. Pomimo ze minelo 20 miesiecy od smierci mojego synka nie bylam w stanie sie przemoc. Pomimo tego ze bylam wtedy w ciazy...
Asia przytulila mnie i powiedziala ze tym bardziej jest wdzieczna ze przyszlam. Urodzila szczesliwie trojke dzieci ale rozumie, choc troche, jak bardzo mi ciezko po stracie mojej dwojki.
Odpowiedz
#3
Nie potrafię o tym rozmawiać, bo mam wrażenie, że uznają mnie właśnie za wariatkę, że chcę zwrócić na siebie uwagę. Zaczęłam trochę o tej niezręcznej sytuacji rozmawiać z matką. A na koniec usłyszałam od niej, że może zaprosi kuzynkę na święta..Jak mam o tym mówić, skoro własna matka bagatelizuje cała sprawę?
Odpowiedz
#4
Przykro mi że tak trudno uzyskać wsparcie i zrozumienie Sad
Odpowiedz
#5
Alamakota, a gdybyś napisała do kuzynki list? z adnotacją, że nie umiesz jej tego powiedzieć, a masz bardzo silną potrzebę. Tak, ona ma prawo do radości, ale Ty masz prawo do uszanowania swojej żałoby. Powiedz/napisz jej to, nawet, jeśli nie zrozumie. Poproś, żeby pomyślała, że to ona może być na Twoim miejscu, jak by się czuła?
Nie jesteś wariatką. Nie jesteś krową!!!!

Myślałaś o jakimś psychologicznym wsparciu?
Odpowiedz
#6
Myślałam o ty, żeby napisać list ale nie potrafię. Myślałam też o tym, że to karma wraca. Kiedy ona poroniła, ja pół roku później zaszłam w ciąże (ona się starała i nic) więc zastanawiam się, że może ja wtedy też się cieszyłam i nie zauważałam jak ona cierpi? Może ja też ją nachodziłam a ona cierpiała po cichu? Z tym, że ja się teraz odcinam, chcę uciec od niej, mimo że ona wtedy mnie nie zostawiła? Może to ja powinnam zacząć szczerą rozmowę i przeprosić, że być może to ja wtedy byłam ślepa? Już sama nie wiem jak postąpić..

Chodziłam do psychiatry ale jakoś nie czuję, że mi pomogła. Po prostu rozmowa, jak z przyjaciółką. A taką mam i rozmawiamy, a to bardziej mi pomaga. Chociaż, kiedy będzie ze mną naprawdę źle, to może się udam.
Odpowiedz
#7
Alamakota, na szczęście prawo karmana nie działa tak, jak piszesz Smile
Co nie zmienia faktu, że może właśnie jest czas na taką oczyszczającą rozmowę?
A terapia to jednak coś innego niż rozmowa z przyjaciółką.
Odpowiedz
#8
Już byłam prawie zdecydowana na rozmowę. Stwierdziłam, że ona nie zasługuje na to, żebym ograniczała kontakty. Miałam nawet nadzieję, że choć trochę mnie zrozumie. Ale ciesze się, że do takiej rozmowy nie doszło i już raczej nie ma na to szans. Dzisiaj zadzwoniła, rozmowa o wszystkim i o niczym. Miałam wrażenie, że ona też wyczuwa tą dziwną atmosferę. I nagle mówi do mnie "brzuch mi już urósł, ale przynajmniej wiem, że dziecko rośnie". Poczułam się jakbym dostała po gębie. Moje dziecko nie rosło. Lekarze stwierdzili, że dziecko zmarło ok 2 miesiące przed porodem. Nie wiem jak mam to odebrać, jestem gorszą matką, bo ja się nie zorientowałam? Bo nie przyglądałam się czy brzuch mi rośnie? Ona jest lepsza bo czuwa nad tym?
Odpowiedz
#9
A może miała na myśli: "brzuch mi już urósł ale przynajmniej wiem że dziecko rośnie. Cieszę się bo bardzo się bałam że spotka mnie to co spotkało Ciebie". Czasami ludzie nie potrafią ubrać tego co myślą w odpowiednie słowa i zupełnie nieświadomie nas ranią.
Spokoju kochana...
Odpowiedz
#10
Jestem miesiąc po poronieniu, 6 tydzień, wydawało mi się że juz wychodze na prostą że z każdym dniem jest lepiej, wczoraj zadzwoniła koleżanka z nowiną że jest w ciązy, 11 tydzień, i ten ból powrócił z większą siłą, nie umiem się pozbierać ... ja też byłabym w 11 tygodniu. Powinnam cię cieszyć jej szczęściem ale nie umiem się pogodzić z losem, życzę jej jak najlepiej ale w środku czuje taki żal .. Nawet nie mam z kim pogadać...Może ktoś to przeczyta i był w takiej sytuacji i doradzi jak mam dalej żyć...
Odpowiedz
#11
unbeldi czasem jestem zła na siebie,że właśnie za bardzo biorę do serca to co mówi. Może wcale nie miała złych intencji. Ale z drugiej strony dlaczego inni nie zastanowią się, tylko klepią takie głupoty, a ja później cały dzień chodzę i myślę. Dlatego nie chcę ich usprawiedliwiać. Sama wiesz, że to tak nie działa- to, że mówisz komuś spokojnie a ja przełączam guzik w głowie i już mi lepiej. Nie atakuję Cię, więc nie bądź zła. Może jestem ostatnio bardzo nerwowa i być może ona jest tym celem, na którym chcę się wyładować. Ale robię to tylko tu, bo nigdzie indziej nie mogę.
"Cieszę się bo bardzo się bałam że spotka mnie to co spotkało Ciebie"- poronienie nie jest zaraźliwe. Gdybym to usłyszała od kogokolwiek, poczułabym się jak trędowata..
Odpowiedz
#12
Zgadzam się - poronienie nie jest zaraźliwe, niestety świadomość że się zdarza też potrafi namieszać w głowie. 
Też byłam nerwowa i też usłyszałam dużo bolesnych słów gdzie niestety intencje nie były wieloznaczne....
Spokojnej nocy...
Przytulam...
Odpowiedz
#13
Alamakota, a ja uważam, że nasze tragedie to nie tylko nasze życie - to jest też lekcja dla naszego otoczenia i powinni się postarać ją odrobić. I oczekuję od otoczenia, które miało więcej szczęścia (tak, właśnie szczęścia - to, że nasze dzieci nie żyją, to nie jest moja ani Twoja ani niczyja wina), które ma zdrowe dzieci w domu, że się trochę wysilą i będą myśleć, co mówią i co robią.
Miałam do czynienia ze wszystkimi rodzajami zachować - z bardzo, bardzo mądrymi i empatycznymi ciężarnymi oraz z tak totalnym brakiem wyobraźni, empatii, że nie mogłam w to uwierzyć. Już wiem, że to, jak znoszę cudze ciążę i towarzystwo noworodków/niemowląt zależy w ogromnej mierze od zachowania i podejścia ich rodziców.
Może to trochę straszne, co teraz napiszę, ale u mnie działa - ograniczam lub eliminuję kontakty z nieempatycznymi osobami/rodzinami.
Ja nie mam siły nikogo wychowywać ani nikogo uwrażliwiać, trudno.
Odpowiedz
#14
Dziewczyny, ale skąd oni mają wiedzieć, jak się zachować, co Was urazi, a co Wam pomoże? Skąd?
Rozejrzyjcie chociażby tutaj, po tym forum, jak różnie reagujemy i jak różnych rzeczy potrzebujemy. Pytają, jak się trzymamy - źle, bo spytają złymi słowami, nie pytają - też źle, bo jesteśmy niewidzialne. Przeżywają osobiście Wasze cierpienie - źle, bo to przecież nie ich cierpienie, nie przeżywają - nieczułe gbury. Nawiązują do dziecka - źle, bo akurat chciałyśmy być pozbierane, nie nawiązują - zapomnieli. Chcą być przy Was blisko - źle, bo nas osaczają, gdy chcemy być same i i tak nie zrozumieją, nie chcą - czujemy się trędowate.

"Oczekuję od otoczenia", powiedziałaś. Oczekiwać można tylko tego, co oni wiedzą, że potrzebujesz. Nie oczekuj tego, że się domyślą, ludzie są zbyt różni, jeśli się domyślają, to zazwyczaj źle, bo według odpowiedzi na pytanie: "co by mi pomogło?" I dają Ci to, co zdaje im się, że oni by potrzebowali, a nie to, czego Ty potrzebujesz. Nie musisz wychowywać każdego - powiedz zaufanej osobie konkretnie, co Ci pomaga, i poproś, by przekazała dalej. Wieść się rozniesie, bo otoczenie w takich chwilach się martwi i zastanawia. Napisz maila, list do znajomych. Smsa: "ciężko mi patrzeć na dzieci/ciąże, mam za dużo żalu do świata, daj mi chwilę czasu". Albo: "nie bój się, nie uciekaj, gdy zaczynam mówić o stracie, o tym, że minęły trzy miesiące, a mi nadal ciężko wrócić do normalności. Sama świadomość, że mam z kim porozmawiać pomaga".

Bierne oczekiwanie na odgadnięcie Twoich potrzeb to kiepskie wyjście.
Odpowiedz
#15
Dlatego ja mówię o moich dzieciach, poronieniach, pogrzebach... Na początku było bardzo ciezko, teraz to temat jak inny - bolesny ale nie tabu. Bliscy wspominają o moich dzieciach bez tego charakterystycznego "yhmmm..." Wink
Odpowiedz
#16
Mi się wydaalo że jestem taaka dzielna, tak sobie swietnie radzę, a ostatnio jadąc autobusem znajoma siedzaca naprzeciwko powiedziala ze jest w ciązy i ze ma termin na 22 wrzesnia ( ja mialam na 19 .09) i po prostu cedzilam słowa gratulacje itd a do oczu naplynely mi łzy.. nie jest tak że un ikam tematu mojej straty, ale prawda jest taka że nie umiem o tym mówić, jest to da mnie coś tak niewyobrażalnie większego niz ludzkie wyobrażenia o tym, że nie umiem o tym mowic. Sprowadzam to w rozmowie do suchych faktów, wyników. Umniejszam to w pewien sposób zeby móc to objąć rozumem.
A czytanie waszego forum to dla mnie terapia. Wtedy płaczę.
Wydaje się że zawsze rozmowa jest rozwiązaniem, ale czasami rozwiązaniem może byc tylko "czas"
Odpowiedz
#17
(Mon, 21 Marca 2016, 22:23:42)kika napisał(a): Mi się wydaalo że jestem taaka dzielna, tak sobie swietnie radzę, a ostatnio jadąc autobusem znajoma siedzaca naprzeciwko powiedziala ze jest w ciązy i ze ma termin na 22 wrzesnia ( ja mialam na 19 .09) i po prostu cedzilam słowa gratulacje itd a do oczu naplynely mi łzy.. nie jest tak że un ikam tematu mojej straty, ale prawda jest taka że nie umiem o tym mówić, jest to da mnie coś tak niewyobrażalnie większego niz ludzkie wyobrażenia o tym, że nie umiem o tym mowic. Sprowadzam to w rozmowie do suchych faktów, wyników. Umniejszam to w pewien sposób zeby móc to objąć rozumem.
A czytanie waszego forum to dla mnie terapia. Wtedy płaczę.
Wydaje się że zawsze rozmowa jest rozwiązaniem, ale czasami rozwiązaniem może byc tylko "czas"

Kika doskonale Cię rozumiem.
Żeby jakoś normalnie funkcjonować, sprowadzam świadomie stratę do suchych faktów, badań przeprowadzanych po to, żeby - mam nadzieję - poznać przyczynę. Nie umiem mówić o dziecku z nikim za wyjątkiem mojego cudownego Chłopa, trochę potrafię się odsłonić przed przyjaciółką, która niestety ma podobne doświadczenia. Z rodzicami nie ma szans. W rozmowach z bratem - pracownikiem służby zdrowia - rozmawiam tylko w kontekście wyników badań.
Dzisiaj byłam pierwszy dzień pracy i nawet się nie zająknęłam o dziecku, choć wszyscy o stracie wiedzą i przez czas mojego zwolnienia byli bardzo w porządku. Bez skargi przejęli moje obowiązki, a dodam, że były koszmarnie obciążające, choć dla nich na pewno łatwiejsze niż dla mnie, bo rozłożyły się na kilka osób, a normalnie ja muszę sobie z nimi radzić sama. Wiem, że jest już wątek o poczuciu winy i nie powinno się mieszać tematów w postach, ale mimo wszystko dodam, że z powodu stresu w pracy czuję się ogromnie winna, tak jakbym ja spowodowała śmierć naszego dziecka dlatego, że nie potrafiłam nie wypełnić na 100% swoich zobowiązań zawodowych... Gdybym tak poszła na zwolnienie, albo chociaż oddała część obowiązków...

Cały czas myślę, że miałam dać naszemu dziecku życie, a dałam mu śmierć. Gwiazda śmierci jestem. Pierwsza ciąża pozamaciczna, druga - utracona wtedy, gdy już myślałam, że wszystko będzie dobrze. W środku siebie mam dramat. Tymczasem na zewnątrz wcale tego nie pozkazuję, ani w pracy, ani w kontaktach ze znajomymi i rodziną... Płaczę tylko przy Partnerze, ale też rzadko, i wtedy, gdy wchodzę na forum, które jest dla mnie jak terapia. W życiu codziennym jestem sztucznie optymistyczna, zabawna, skoncentrowana na zadaniach. Nie wiem, jak inaczej miałabym się zachowywać. Ale boję się, że takie rozdwojenie jaźni prędzej czy później odbije się na moim zdrowiu psychicznym. 
Temat tego wątku jest świetnym podsumowaniem tego, co się ze mną dzieje w związku z powrotem do "życia", po 2 tygodniach przebywania w kojącym świecie samotności we troje (ja, partner i w myślach nasze dziecko) - nie wiem, jak się zachowywać po stracie.
Odpowiedz
#18
Ja się z kolei popisalam w święta... Boże Narodzenie, Wigilia, trochę łez, bo i strata świeża i spotkanie rodziny pierwszy raz "po".
Teraz była Wielkanoc. Moje dziecko mialo juz byc. Od rana czułam gule w gardle, ale zdusilam ja trochę udawanym dobrym humorem i drinkiem w ciągu wieczora. Spotkanie u znajomych mojego partnera, jeszcze ich nie znałam. Chłopaki spotkali się po latach przypadkiem i odnowili kontakt. Bylo milo, fajni ludzie, rozmowy, zarty, luzne tematy i nagle. Eh.. co tu opisywac. Rozdarlam się jak zwierzę. Plakalam, ze chce moje Dziecko z powrotem. Dziewczyny, obce mi osoby staraly się pocieszyć, mój P. wziął na długi spacer, żebym ochlonela. Nie wiem, co się ze mną stało. Tak mi głupio, wstyd. Obcy ludzie. Choć na szczęście bardzo życzliwi i dostałam od nich wiele zrozumienia (razem ze mną były 3 kobiety i jak sie okazało - jedna też po poronieniu, a druga wieloletnia staraczka).

Święta miały być inne. Mielismy miec dziecko w domu. Swieta z rodzicami. Takie były plany w wakacje. A potem wszystko zniknęło. Nikt nie wspomina o naszym dziecku. Nikt poza nami. Nie jest dla nich realne. Ale w wakacje było. Mimo pierwszych tygodni ciąży przyszli dziadkowie przy kawie zartowali, kto kiedy będzie pełnił przy malym/ małej dyżury. A teraz nie ma o tym słowa.

Dlaczego to wciąż tak kopie?! Jest dobrze, dobrze, dobrze a potem jedna chwila i nie masz siły zebrać się z podłogi.
Odpowiedz
#19
W funkcjonowaniu tematów w różnych działach są różnice.
Moja Strata - motywem przewodnim jest czyjaś strata, indywidualna historia, miejsce wspomnień konkretnego rodzica i wsparcia głównie emocjonalnego dla niego, z wyłączeniem spraw ściśle merytorycznych.
Zagadnienia ogólne - motywem przewodnim jest konsekwentnie określone zagadnienie rzucone do poruszania grupowego, czasem wręcz do dyskusji i w tym sensie to są tematy już merytoryczne, bo choć ogólnej natury, to o czymś jednak sprecyzowanym, więc bez OT i zmiany tematyki z chwili na chwilę, z powodu doraźnych potrzeb lub skojarzeń.

Granice bywają płynne, ale sedno rozróżniania nie leży na granicy. Nie leży także w pierwotnych (użytkowniczych) tytułach, te nie decydują i nie wystarczą za argument w razie czego.
Tło tego, jak funkcjonuje zakładanie i przetrwanie jako osobnego tematu w obu tych działach, trochę określiłam tutaj, choć post dotyczył nieco innego kontekstu: https://www.poronienie.pl/forum/showthre...#pid309416.

To dlatego temat nieindywidualny (celowo oznaczony jako zbiorczy) w Mojej Stracie jest tylko jeden. Został tam zachowany nieprzypadkowo - dla osób osób, które doraźnie czy krótko chciały coś napisać, ale nie w takim stopniu, by zakładać temat swojej historii. Ponadto tam przenoszę niektóre posty, kiedy Forum porządkuję. Jako jedyny mieszany temat w tamtym dziale łączy wypowiedzi pojedyncze lub składające się z raczej krótkich wymian postów, które nie są z założenia historią określonej osoby. Zwykle nie jest miejscem do prowadzenia długich rozmów, choć sam temat jest długi, bo z wielu wypowiedzi od dawna powstaje. Są grupowane w jednym miejscu, o ile dany post nie zostanie przeniesiony do innego tematu w innym dziale, bardziej pasującego treścią. Np. do któregoś w Zagadnieniach ogólnych.

A teraz już przejdę do konkretnego celu, dla ktorego prowadzę ten wywód i dodam, że niniejszy temat, jak widzę, zmienia się w ogólne rozmowy o wszystkim naraz i jednocześnie niczym odrębnym. W obecnej postaci ani nie tworzy indywidualnej historii do przeniesienia w osobnej całości do Mojej Straty, ale także nie rokuje na zagadnienie sensowne do trwałego wydzielania w Zagadnieniach ogólnych. Toteż nie widzę uzasadnienia dla dalszego funkcjonowania osobno i do omawiania grupowo na dłużej. Merytorycznie to dzisiaj ciąg ogólnych OT. Mieszana zbiorówka wyszła, a nie wyraźny problem do omawiania. Brak jest autentycznie nowej tematyki, wydzielonej choćby na próbę lub przypadkowo, ale której rozwinięcie potwierdzałoby, że warto nadal to wyodrębnienie utrzymać i to w tym dziale.

Tytuł, choć brzmi... hm... dobrze, a w określonym kontekście wypowiedzi nawet trafnie, też tej generalnej oceny tematu nie zmienia. W tym celu, o którym mowa, tytuł taki czy inny, to za mało, bo w zasadzie niejedno w postach na Forum mogłoby stanowić trafny tytuł z próbą wyodrębnienia jako określonego zagadnienia (np. Cierpię...).
Sam w sobie tytuł lub zamiar nie tworzy trwałej odrębności, a jakiekolwiek sprecyzowane granice tematyczne były tu być może w zamiarze, to zostały już zupełnie zatarte w treści kolejnych postów, a kierunek dalszego zacierania jest przewidywalny. W takich wypadkach jestem przeciwna mnożeniu kolejnych grupowych tematów "o wszystkim", bo teoretycznie akurat jako temat ogólny o wszystkim do wszystkiego i wszystkim powinien wystarczyć dokładnie jeden zbiorczy, więc argument o konieczności osobnego w takim wypadku odpada.

Temat zamierzam zamknąć, a posty przenieść. Zastanawiam się natomiast jeszcze, które z nich gdzie.

Co na dzisiaj miałoby zostać stałym zasadnym wyróżnikiem merytorycznie w Zagadnieniach, bym zdanie zmieniła? Pytanie nie jest czysto retoryczne, bo inaczej temat bym zamknęła jednocześnie z wypowiedzią, a tego nie zrobiłam.
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości