otchłań
#1
Wszystko wydaje się nie mieć sensu, gdy z dnia na dzień całe życie wywraca się do góry nogami.
Odpowiedz
#2
Wiem co czujesz Paulino. Wszystkim nam tutaj życie odwróciło się do góry nogami. Niektórym nawet kilkakrotnie. Jeśli zechcesz opowiedz nam swoją historię.
Odpowiedz
#3
Paulina przytulam
Odpowiedz
#4
Chyba jeszcze za wcześnie, by opowiedzieć. Ale pewnie przyjdzie taki dzień, gdy się odważę.
Dobrze, że jest takie miejsce, gdzie wszyscy rozumieją. Choć zgadzam się ze stwierdzeniami z forum, że idealnie by było, gdyby takie strony nigdy nie musiały powstać. Ale świat nie jest idealny.
Odpowiedz
#5
Paulinko wiem jak Ci ciężko, wiem jak ciężko o tym mówić, myśleć, żyć z tym... kiedy jak piszesz z dnia na dzień świat wywraca Ci się do góry nogami Sad jak płyną łzy, jak chcesz krzyczeć, jak nie masz siły, tutaj każda z nas to zna, rozumie.
Wiem, że pisanie o stracie dziecka jest ciężkie, o uczuciach jakie Tobą targają, ale spróbuj.... ja 4.06.2014 weszłam tutaj po raz pierwszy, weszłam bo potrzebowałam wsparcia, podzielenia się z kimś tym co przeszłam, tak bardzo potrzebowałam, aby ktoś mnie zrozumiał... i zrozumiał, przytulił wirtualnie, tutaj dostałam wsparcie.

Przytulam Cię bardzo mocno.
Odpowiedz
#6
Paulina bardzo mi przykro. Nie ma słów odpowiednich w takich sytuacjach.... Jedyne co mogę to powiedzieć Ci, jestem z Tobą myslami i tule mocno.....
Odpowiedz
#7
Przykro mi.

Jezeli nasza obecnosc pomaga to badz z nami, tutaj na forum.
Moze znajdziesz tutaj, tak jak wiele z nas miejsce dla siebie.
Przytulam
Odpowiedz
#8
Paulina, przytulam Cie cieplo i ogromnie wspolczuje.

Ja na poczatku czytalam forum. Za jakis czas napisalam swoja historie. Nie pamietam jakim motywem sie wtedy kierowalam. Mysle, ze wszystko mi sie wydawalo takie nierealne, ze to nie moglo sie zdarzyc... Opisanie historii pozostawilo slad. Slowo pisane ma zawsze wieksza moc. Historia zycia moich dzieci jest tutaj teraz ukryta, szacunek i pamiec o nich. I od momentu opisania, doszla do mnie silna swiadomosc wszystkiego co sie wydarzylo... To mi bylo potrzebne.

Napisz Paulino jak poczujesz taka potrzebe. Przeczytamy Twoja historie. Z szacunkiem, bez oceniania, ze zrozumieniem i szczerym wspolczuciem.

Dbaj o siebie xxx
Odpowiedz
#9
Dziękuję za Wasze słowa otuchy.

Tak mi dzisiaj źle.. Teoretycznie jakby "bez powodu". Wstałam, jem śniadanie i szykuję się do pracy. W glowie tylko myśl, na co to wszystko.
Jestem zmęczona udawaniem, że jest dobrze.
Odpowiedz
#10
Paulina, a dlaczego masz udawac ze jest dobrze? Przeciez nie jest dobrze, czy tak? Masz absolutne prawo przezywac swoje cierpienia po swojemu. Przezyj to co masz do przezycia, nie odrzucaj tego. Nie czuj sie winna ani gorsza bo przezylas trudne doswiadczenie i jest Ci zle. To normalne czuc sie zle. Bardziej nienaturalne by bylo gdyby trudne doswiadczenie Cie nie obeszlo.
Zacznij o tym mowic...
Uwolnij sie.
Odpowiedz
#11
03.09. wszystko zaczęło się kończyć. 4 tygodnie temu.

Nie wiem, od czego zacząć. Wciąż mam ściśnięte gardło, wciąż nie mogę o tym mówić. Właśnie... „o tym”. Nawet słowo poronienie nie może mi przejść przez gardło. Wciąż jakby mi się to wszystko przyśniło.

W lipcu zrobiłam test, zostałam mamą. Miało się wszystko w końcu poukładać jak powinno.
Po wielu ciężkich i chorych latach związku i małżeństwa w końcu zaczęło wychodzić słońce. Miałam, mam partnera, na którym mogę polegać. Świadomie odstawiłam tabletki.

Pod koniec lipca jechaliśmy do Polski na urlop, zrobiłam wszystkie badania, ciąża wg mojej ginekolog była silna, żadnych nieprawidłowości.

Bałam się. Cholernie się bałam. I teraz mam do siebie o to żal. P. się cieszył, opowiadał rodzicom, że nie może się doczekać, a ja się tylko bałam. Byłam strasznie zmęczona, poirytowana. Cieszyłam się, że nam się udało, ale pytania „jak to wszystko będzie” nie opuszczały mnie niemal na krok. Z podekscytowaniem i strachem kupowaliśmy potrzebne rzeczy. Tak, wiem, że dużo za wcześnie, ale chcieliśmy kupić wszystko polskie, pokazać rodzicom, cieszyć się tym tak długo. Teraz nie wchodzę do pokoju, w którym wciąż nierozpakowane stoją kartony z łóżeczkiem, wózkiem, pościelą, pierwszymi ubrankami, które dostaliśmy od rodziny i znajomych na wieść o naszej ciąży...

Teraz to takie śmieszne, głupie... Bałam się ciąży, porodu, opieki zdrowotnej w obcym kraju. Nie przyszło mi do głowy, że mogę tego nie doczekać.

Trzeciego września miałam zaplanowaną pierwszą wizytę u położnej. Tego dnia miałam bardziej napięty dzień w pracy, wszystko chciałam zamknąć przed końcem dnia.
Na 13:30 wizyta a ja o 13 podczas wizyty w łazience widzę ślad świeżej krwi. Pędzę do położnej, wizytę zaczynam niemal od histerii, że krwawię i że nie wiem, co teraz. Ona uspokaja, mówi, że to się czasem zdarza, zadaje milion pytań, umawia do szpitala na usg na następny dzień. Wychodzę z gabinetu nieco uspokojona. Krwi jakby mniej, jakby rzadziej...

Piątek 04.09, szpital. Tam niemiła niespodzianka. Nie ma mnie na liście. Jestem z datą na 11.09. Ja płaczę. Tak czekałam na ten dzień, na ratunek.. Mój P. stara się spokojnie cokolwiek załatwić. Obiecują nam wezwać lekarza. Zostaję, czekam. P. stara się załatwić wolne, ale niestety musi jechać do pracy. Siedzę w poczekalni z innymi dziewczynami. Co chwila któraś jest wzywana na usg, wychodzi uśmiechnięta...
Ja w najdalszym kącie sali, zapłakana. Modlę się, głaszczę brzuch, mówię „trzymaj się, kochanie, jeszcze trochę”.
Po kilku godzinach przychodzi do mnie położna, wzywa do gabinetu. Pyta o kilka rzeczy, informuje, że nie mogę mieć dziś usg, bo nie ma wolnych miejsc! Że lekarza nie ma wolnego żadnego a nawet jeśli chcę poczekać, niczego się nie dowiem. Że z moich słów wynika, że TO się zaczęło. A jeśli się zaczęło, to oni nic nie mogą zrobić. Jeśli jednak to nie jest to najgorsze, to znaczy, że mam odpoczywać i samo mi to minie. Że krwawienie się czasem zdarza. Płakałam. Prosiłam, żeby ktoś mnie zbadał. Że chcę wiedzieć. Jeśli nic nie da się zrobić, chcę wiedzieć już teraz, nie czekać. Niestety. Nie miałam już sił walczyć z ich uporem. Nie zrobią, bo nie. Bo 12 tydzień zaczyna mi się w niedzielę, a jest piątek, jestem w 11tyg, moje dziecko nie jest jeszcze dzieckiem.
Wróciłam do domu. Krwawienie niemal ustało, cieszyłam się, mówiłam do brzucha, słuchałam uspokajającej muzyki i obiecywałam sobie, że już nigdy ani praca, ani nic innego nie będzie tak ważne jak moje Maleństwo. Przysięgałam sobie, że będę więcej odpoczywać. Wierzyłam, że będzie dobrze...
Późnym wieczorem zaczęły się bóle krzyża i skurcze. Poszłam do łazienki. Znowu była krew. Już nie delikatna smużka, ale cały strumień żywej krwi ze skrzepami. Wyłam. Chciałam umrzeć.
P. zadzwonił do położnej. Usłyszeliśmy, że jej przykro, ale już się nie da nic zrobić. I mamy wyjście, jechać do szpitala i czekać godzinami na pogotowiu (piątek wieczór) albo zostać w domu. P. chciał mnie zabrać, nie zgodziłam się. Było mi już wszystko jedno.
Kolejna wizyta w łazience i przy skurczach czuję, jak coś opuszcza moje ciało. Duże, czerwone, workowate. Czułam, wiedziałam, ale nie chciałam dopuścić tej myśli do głosu. To nie może być to. Nie zobaczyłam.

Potem była już tylko krew i skrzepy. I doszło do mnie, że to już wszystko. Że nawet nie zobaczyłam swojego Maleństwa. Że nie mam Jego ciała. Boże, tak mi z tym źle!!!

Po weekendzie lekarze, szpital, badania. Już jakoś znaleźli dla mnie miejsce w planie usg. Przedstawianie opcji. Wciąż krwawiłam, więc z decyzją wstrzymano się na tydzień. Po tym czasie kolejny scan. Wciąż coś zostało. Zdecydowałam się na podanie tabletek. Wypełnianie papierów, które pamiętam jak przez mgłę.
Dzień w szpitalu. Tabletki nie wywołały krwawienia. Sugestia zabiegu „odsysania” (nie wiem, jak to nazwać, alternatywa łyżeczkowania). Podarłam ulotkę o zabiegu. Nie zgodziłam się. Miałam już dość tego miejsca, ludzi, życia...
Kolejny dzień w szpitalu. Kolejna dawka leku. Znowu nic. Zaczęłam wątpić, że wcześniejsze usg cokolwiek wykazało. Tym bardziej, że przed usg zrobiłam testy ciążowe z moczu i wyszły już niestety negatywne.
Rozmowa z lekarzem, na którego znowu czekałam 3 godziny. Ich niekompetencja zwaliła mnie z nóg... To, co widzieli na usg może być zwykłym skrzepem krwi, bo to niemal niewidoczne. Nie wiedzą co to, nie mają pewności, czy to tkanki po ciąży. Kazał zrobić test ciążowy za 2 tyg. Odpowiedziałam, że ja już je robiłam i mam negatywne. Wzruszył ramionami.
Zapytałam o swoją tarczycę. W czasie ciąży wyszła mi niedoczynność, brałam leki i co jakiś czas sprawdzałam poziom TSH. Zawsze wspominałam o tym na wizytach, miałam pudełko od leków, by móc każdemu pokazać, co konkretnie biorę i w jakiej dawce. Chciałam się dowiedzieć, jak wygląda poziom hormonów teraz, gdy nie jestem już w ciąży. Nie wiedziałam, czy wciąż brać hormony. Lekarz spojrzał na nas jak na idiotów i ironicznie stwierdził, że oni nie sprawdzali, bo ciąża nie ma związku z tarczycą.
Prosiłam o możliwość zrobienia USG po miesiączce. Ale cóż. Podobno szpital robi je tylko kobietom w ciąży.

Mam czasem ochotę coś rozwalić, jestem taka wściekła! Tymczasem jednak nasiliły się moje „ataki autodestrukcyjne”, nie mogę zapanować nad drapaniem, gryzieniem. Zadaje sobie ból, czasem nie do końca zdając sobie z tego sprawę. Dobrze chyba, że chociaż się nie okaleczam, jak zdarzało mi się w przeszłości.

Znajomi jakoś tak zamilkli. A może to ja przestałam się odzywać?
Kilka dni „po” na pytanie przyjaciółki, jak się czuję, odpowiedziałam tylko „żyję”. Zmieniłam szybko temat. Zapytałam, co u niej, jak przeprowadzka. Usłyszałam, że chyba wyląduje w więzieniu, gdy jej 5letni syn będzie nastolatkiem, bo chyba go udusi. Mały znowu zrobił coś na przekór. Cóż... Co za ironia losu. I jaki bolesny, nietaktowny dobór słów. Ja właśnie swoje Maleństwo straciłam a przyjaciółka narzeka na niegrzecznego synka.

Jestem zmęczona. Wciąż. Chciałabym spać. Nie wychodzić z domu. Wróciłam do pracy po 2 tygodniach. Obiecali pomoc i wsparcie, ale niestety drwiące uwagi (a może to już moja chora wyobraźnia) doprowadziły do kolejnego chorobowego. Chyba za szybko wróciłam.

P. się o mnie martwi. Mówi, że chce mnie z powrotem. A mnie wciąż nie ma i nie ma....
I nie wiem, czy kiedykolwiek wrócę.
Odpowiedz
#12
(Sat, 03 Października 2015, 17:49:11)paulina1986 napisał(a): Sugestia zabiegu „odsysania” (nie wiem, jak to nazwać, alternatywa łyżeczkowania).

Odsysanie to prawidłowe określenie. W słownictwie bardziej "fachowo" medycznym ten zabieg nazywany jest aspiracją zawartości macicy i polega właśnie na odessaniu tej zawartości. Uznawany jest za zabieg trochę bezpieczniejszy od łyżeczkowania, wnoszący mniej powikłań.

(Sat, 03 Października 2015, 17:49:11)paulina1986 napisał(a): Tymczasem jednak nasiliły się moje „ataki autodestrukcyjne”, nie mogę zapanować nad drapaniem, gryzieniem. Zadaje sobie ból, czasem nie do końca zdając sobie z tego sprawę. Dobrze chyba, że chociaż się nie okaleczam, jak zdarzało mi się w przeszłości.

Jeśli to tylko będzie możliwe, staraj się w takich chwilach wyładowywać napięcie pisząc. Autoagresja ma w poronieniu świetną pożywkę, bo kobieta często świadomie i podświadomie wini się za stratę, wini swoje ciało. I o ile świadomie to samo w sobie jest udreką, to myślę, że jest prostsze do zracjonalizowania, wychwycenia, prób wyrzucenia z głowy od podświadomego. To chyba to drugie będzie Twoim najgorszym wrogiem, bo ono się będzie usiłowało przejawiać autoagresją, zwłaszcza nienazwane. Będzie szukało dostępu do Ciebie, będzie szukało sposobu na zamanifestowanie swojego wpływu, wręcz władzy. Próbuj nazywać swoje uczucia i myśli, zwłaszcza te najgorsze, a inne od zwyczajnego świadomego ludzkiego bólu i cierpienia. Te zwyczajne to nie jest coś, czego chcemy sobie dołożyć dodatkowo sami, ale ta reszta, samooskarżająca w ukryciu, chętnie doprowadza w efekcie do czegoś na kształt samokarania - tak ja rozumiem różnicę. I długo potrafi tkwić w środku nieuświadamiana. Uważaj na siebie, wiesz, że to podstępne...

(Sat, 03 Października 2015, 17:49:11)paulina1986 napisał(a): A mnie wciąż nie ma i nie ma....
I nie wiem, czy kiedykolwiek wrócę.

Kiedyś tak. Tylko możliwe, że nieprędko i nie taka sama. Ale nie jest powiedziane, że gorsza, bo choć to, co się stało, było poza Twoja wolą, to to, jaka będziesz, zależy częściowo także od Ciebie. Potrzebujesz na to czasu i potrzebujesz w tym czasie zatroszczyć się o siebie. Wszyscy na to zasługujemy, Ty także.

Na czym polegaly te uwagi w pracy?
Odpowiedz
#13
Nie powinno nas tu być. A już na pewno nie tyle Was tracących Dzieci pod koniec ciąży. To nie tak powinno być.
Nie wierzę już w nic. Nikomu...

Chcę się wyspać. Bez krwawych koszmarów. Chcę zapomnieć. Choć przez jedną noc.
Odpowiedz
#14
Paulinko..Stracilam dwoje dzieci...Córeczke w 21tc tydzien temu.. Nie jem, nie spie, wszystko mnie drazni..Nie wiem co Ci napisac, moze tylko tyle ze Cie rozumiem i zycze nam tutaj wszystkim sily i wiary ze jeszcze bedzie dobrze..
Odpowiedz
#15
To normalne, że czuję się gorsza?
Odpowiedz
#16
to normalne że w tym czasie te emocje u ciebie występują, poczucie bycia gorszym, złość na samą siebie i cały świat. pewnie jeszcze trochę czasu minie aż zmniejszy się ich natężenie. ALE PAMIĘTAJ ŻE NIE JESTEŚ GORSZA, jesteś wyjątkowa bo jesteś matką anioła!!!
Odpowiedz
#17
Tak, to normalne, w tym znaczeniu, że to odczucie bardzo naturalne, wręcz typowe u kobiet po poronieniu. Jedno z takich pojawiających się regularnie, jako składnik tego obwiniania się, o którym pisałam.
Ale to nie jest dobre i pożądane uczucie. Nie jest czymś, co powinno trwać, co się pielęgnuje, jako normalne i naturalne w sposób stały. Ono jest sygnałem czegoś niedobrego w zyciu, co jednak powinno przeminąć.
Więc jest normalne w nienormalnej sytuacji, ale normalnie ma go nie być.

To coś, z czym trudno sobie radzić, ale nie należy mu się w ciemno poddać bez oporu, bo to nieprawda. To myśl, którą trzeba zwalczać w sobie - ale nie zapobieganiem na siłę jej pojawianiu, bo to nic nie daje, tylko uzmysławianiem sobie, że jest wywoływana przez okoliczności i ból. Można powiedzieć, że przez Zło, które się nimi karmi i chętnie wykorzystuje w nas poczucie winy. To wypaczony nieszczęściem obraz samej siebie. Nie wiem, jak to ująć - Ty naprawdę czujesz się gorsza, ale w rzeczywistości nie jesteś gorsza, rozumiesz? Twoje uczucie jest prawdziwe, ale już to, co ono Ci mówi, wcale nie jest prawdą o Tobie. Dlatego z samym uczuciem się nie walczy, bo jak walczyć z czymś autentycznym? Rozumem się nie da. Za to rozumem można powalczyć z fałszywym obrazem, który to uczucie podpowiada, bo to nie Twoja wina i nie jesteś gorsza.
Zatroszczyć się o siebie, to oznacza także probować odzyskać wiarę we własną wartość mimo takich uczuć. Na nowo ją dostrzegać. Wtedy z czasem zelżeją, a nawet i przeminą.
Odpowiedz
#18
Amelio,
Pytalas o uwagi w pracy. Gdy się dowiedzieli, obiecali pomoc i wsparcie. Pytali, jak mogą to zrobić. Poprosilam o kilka "udogodnień". Jednak od pierwszego "normalnego" dnia tego nie bylo. Pracowałam w milczeniu w jeszcze większym wymiarze godzin niz przed zwolnieniem, nie narzekalam, praca odganiala czasem myśli. Gdy jednak po tygodniu dostałam kolejny okropny plan, zadzwoniłam by przypomnieć i poprosić o nieco lagodniejszy grafik. Uslyszalam, ze przesadzam. Ze to nie jest przedszkole i ze jesli mi sie nie podoba, moge przyjechać do biura. Problem tez taki, ze nie mam menadżera od dawna. Moje grafiki są robione każdego dnia przez inna osobe, nikt nie ponosi odpowiedzialności za nic.
Jestem mobilna opiekunka do starszych osób. Lubię moja prace. Niekoniecznie jefnak biuro, które wbrew pozorom niestety ma wszystkich- zarówno pracowników jak i podopiecznych, gdzies.
Gdy poronilam, bylam zla również dlatego ze tak Malo wiem. Ze każdy wokół mowil "nie martw sie, urodzisz jeszcze dzieci". Moze troche pod wpływem chwili, emocji, ogromnej złości wykupilam roczny kurs "wprowadzenie do położnictwa". Dzis pierwszy raz do tego usiadlam.
Moze moj partner ma racje, ze troche ze mnie masochistka. A ja po prostu chce wiedzieć wiecej.
To juz miesiąc z pustym, martwym brzuchem.
Odpowiedz
#19
Tak mi bez Niego źle Sad
Odpowiedz
#20
Witaj. Dobrze rozumiem co przeżywasz. Ja 15 września straciłam swoje szczęście... Nadal głaszcze się po brzuchu w którym nikt już nie mieszka ;( nadal czuje bezradność, rozczarowanie, ból, pustkę...
Nie wiem jak Ci choć troszkę pomóc ale mam nadzieje ze w najbliższym czasie poczujesz się choć trochę lepiej.
Dla mnie dużym wsparciem jest mąż...i nie ukrywam że myśl o kolejnym dziecku. Nigdy nie zapomnę o mojej Fasolce ale dalej chcę spełnić swoje marzenie i być mamą.
Kolejna ciąża pewnie nie będzie łatwa ale warto zaryzykować...
Odpowiedz
#21
Dla mnie moj partner tez jest wsparciem, choc widze, ze coraz częściej sie irytuje. Bo u mnie wciąż jak na huśtawce. Wczoraj sprzatanie, gotowanie, na pełnych obrotach by nie miec czasu na myślenie. Dzis pustka. Tepo gapie sie w ścianę. On w pracy. Juz nie chce nikomu przeszkadzać. Czasem nawet mysle ze lepiej byloby beze mnie.
Odpowiedz
#22
Nie mów tak... krzywdzenie siebie nic nie da. Wiem co czujesz. Ja też mam momenty że w momencie płaczę... Widzę kobiety w ciąży, małe dzieci...
Ale próbuje się pozbierać dla męża... On mnie wspiera ale też gdy widzi jak płaczę troszkę się denerwuje bo martwi się o mnie. Boi się że wpadnę w depresję albo sobie coś zrobię. Nie mogłabym mu tego zrobić... Ten rok nie jest dla nas łaskawy ale mam nadzieje że po "burzy wyjdzie słońce " i będziemy w najbliższym czasie mogli cieszyć się nowym szczęściem.

Tobie też tego życzę. Kochana nie krzywdz się. To nie pomoże. Spróbuj iść do przodu... choć wiem ze trudno
Odpowiedz
#23
Nie mam juz sily... Juz nie chce. Zawiodłam
Odpowiedz
#24
Nie mów tak... Ja tez mam do siebie pretensje. Uważam że to pewnie ja zawiniłam ale muszę się pozbierać, dla męża, rodziny i kolejnego dziecka.
Odpowiedz
#25
Dziękuję Wam za wsparcie...
Dziś trochę lepiej. Dziś huśtawka w górze. Oby jak najdłużej.
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości