żal, ból, wszysko przy mnie... zamknać oczy i obudzić sie gdzie indziej...
Jestem silna.. zawsze byłam, bo tego nauczyło mnie życie. Teraz nauczyłam się "udawać", że wszystko jest ok. Tylko czasem mnie to "udawanie" przerasta i nadchodzą takie dni jak dziś, kiedy nagle wszystko pęka i rozsypuję się na milion kawałków... a każdy z nich tak cholernie boli, że zanoszę się płaczem. Wiem, że muszę się pozbierać.. tylko jak, kiedy zawsze będzie brakowało tego jednego, maleńkiego kawałka układanki, którego nie da się już odszukać, ominąć, podmienić.. zawsze będzie brakować tej jednej cząstki, maleńkiej, ale jakże znaczącej w całości.. Wiem, że ból, który znoszę każdego dnia zawdzięczam po części sobie, bo nigdy nie chciałam obciążać ludzi swoimi smutkami, problemami. Zawsze "udawałam" twardą, uśmiechniętą osobę. Zawsze słuchałam, pocieszałam innych, a nie potrafiłam rozmawiać o swoich problemach, chyba po prostu nie umiałam... Nie mam już sił udawać, że wszystko jest dobrze, że jestem szczęśliwa.. Nie mam już sił wysłuchiwać znajomych, o ich błahych problemach. Pretensje w stylu " co Ty możesz wiedzieć o problemach, masz dom, pracę, cudownego męża, tobie wszystko się układa".. i wtedy chciałabym wykrzyczeć, że doskonale wiem, co to ból, strach, cierpienie, że towarzyszy mi każdego dnia... chciałabym wykrzyczeć im ile przeszłam i co przeżyłam.. Nie mogę znieść spotkań z siostrami od których słyszę gdy są złe czy zmęczone: "zastanów się zanim zrobisz sobie dziecko", albo " jak będziesz mieć swoje, to zobaczysz", nie potrafię wysłuchiwać ich narzekań, błahostek. Tak bardzo chciałabym im powiedzieć, że miałam zostać mamą, że poroniłam, że pod mym sercem biło już maleńkie serce.. chciałabym, żeby wiedziały, że jestem mamą Anioła. Tak bardzo bym chciała.. ale nie potrafię, nie umiem... Może wtedy bolałoby mniej? Może ludzie nie wypowiadaliby przy mnie słów, które ranią.. Ale sama tak wybrałam, najpierw chciałam poczekać, aż zacznie się "bezpieczny" tydzień zanim pochwalę się wszystkim, później zdecydowałam, że poza przyjaciółką nikt się nie dowie, że poroniłam. Teraz walczę z tym sama. Mąż powoli ma dość moich "gorszych" dni, rozumie, że cierpię, ale chce żebym myślała pozytywnie bo zamartwianie nic mi nie da. Każe mi wierzyć, że następnym razem się uda, że tak musiało być i czas się z tym pogodzić.. Ale nie potrafię iść dalej, wciąż żyję w tym samym punkcie, wciąż przyzwyczajam się do myśli, że jestem mamą Anioła, a właściwie dwóch, choć nie było mi dane nawet zobaczyć bicia serca drugiego Cudu, gdy odszedł w 5 tyg... Ci wszyscy ludzie w koło, te wszystkie słowa, które ranią, te wszystkie sytuacje, kolejne ciąże.. To mnie przerasta, już sobie nie radzę.. nie mam już sił by żyć...
Odpowiedz


Wiadomości w tym wątku
RE: żal, ból, wszysko przy mnie... zamknać oczy i obudzić sie gdzie indziej... - przez ziarenko - Wed, 17 Lutego 2016, 20:34:11

Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości