Co dalej?
#1
Nie wiem jak zacząć, bo jeszcze nie wiem jak sobie z tym poradzić.

Dziś jest, a w zasadzie był 8t3d mojej ciąży. Dziś u lekarza dowiedziałam się, że serduszko przestało bić. Nie wiem, czy mogę napisać "moje dziecko umarło" - wiem, że to był tylko zarodek. Ale dla mnie, to było już moje dziecko. Choć staram się to wyprzeć z głowy, bo boli jeszcze bardziej.

Nie mam pojęcia co teraz, nie wiem jaka jest kolejność rzeczy. Jutro idę do lekarza z wynikiem USG, który pewnie wystawi mi skierowanie do szpitala. Panicznie boję się szpitala - mam lekką fobię społeczną, bardzo ciężko znoszę takie przymusowe pobyty w danym towarzystwie, a pytając lekarza wykonującego USG podobno nie da się tego przeprowadzić inaczej, niż w szpitalu. Podobno najpierw podawana jest tabletka i czeka się na krwawienie, czy wtedy nie dochodzi do łyżeczkowania?
Co jeśli chciałabym przeprowadzić badania genetyczne zarodka w kwestii przyczyny obumarcia - czy mam o tym rozmawiać ze szpitalem? Przepraszam, ale jeśli dostanę krwawienia to jak oni "znajdą" w tym zarodek i go zabezpieczą do badania? Przepraszam, jeśli moje pytania są głupie, ale zupełnie nie znam tej strony rzeczywistości...

Czy w 9 tygodniu (bo niby to 9 tydzień, czyli skończony 8) przysługuje mi karta martwego urodzenia? Urlop macierzyński? Nie chodzi mi o żadne pieniądze, bo oddałabym wszystkie byle dziecko żyło, ale na razie jest mi bardzo ciężko i nie wiem, czy nie będę potrzebowała czasu, żeby jakość to przejść. A może lepiej być z ludźmi?

Jeśli możecie, będę wdzięczna za jakieś podstawowe informacje. Oczywiście wiem, że na Forum jest ich pewnie mnóstwo, ale siedzę i płaczę - niewiele jestem w stanie wyszukać...
Odpowiedz
#2
ka ro bardzo mi przykro .. ja swojego jednego aniołka straciłam w 9 tc .. dostałam skierowanie do szpitala bo podobno inaczej się nie dało .. a tam już zaczęłam sama plamić .. dostałam tabletkę dopochwową rano i po niej dostałam bóli i krwawienia większego i po południu miałam zabieg w znieczuleniu ogólnym tzn byłam uśpiona ..
Jeśli chodzi o badania genetyczne to chyba musisz pytać w szpitalu przed zabiegiem myślę że oni cie pokierują bynajmniej powinni .. Więcej ci nie pomogę bo ja niestety podpisałam dokumenty że zostawiam mojego aniołka w szpitalu .. byłam w tedy w szoku nikt nie był w stanie mną pokierować .. też nie wiedziałam jak to wszystko wygląda bo nigdy takiego czegoś nie brałam pod uwagę i też nie zrobiłam badań .. a później gdy trafiłam do kliniki genetycznej lekarz powiedział że mogłam sama od nich zabrać materiał do badania i im przywieźć ..
Tak samo nie wiem jak z macierzyńskim i kartą urodzenia bo jak wspomniałam małego/małą zostawiłam w szpitalu więc nie pytałam o kartę i nawet nie wzięłam l4, w niedziele wyszłam ze szpitala a w poniedziałek poszłam do pracy bo nikt tam nie wiedział nawet że byłam w szpitalu i że byłam w ciąży .. dostałam szoku i nie dopuszczałam do siebie myśli że coś takiego w ogóle mnie spotkało .. mam nadzieję że dziewczyny coś więcej Ci pomogą, tu możesz liczyć na wsparcie a ja jedyne co mogę to wirtualnie Cie przytulić i zostawić światełko (*) dla Twojego maleństwa
Odpowiedz
#3
Przykro mi strasznieSad( w moim przypadku było podobnie jeśli chodzi o szpital, z tym ze mój gin bez probemu wystawił mi tzw. Metryczkę która jest potrzebna do uzyskania urlopu macierzyńskiego, z którą udajesz się do USC gdzie wystawiają akt. Mam nadzieje ze choć troche pomogłam.
Odpowiedz
#4
Pytasz o wiele rzeczy naraz, a niektóre z nich są zależne od szczegółów, które poruszane są na Forum w innych działach, prawniczych lub medycznych i trudno mi ocenić z góry, do których Ci podać linki.

Tabletki na wywołanie akcji poronieniowej podaje się nie zawsze tylko w celu wywołania poronienia tak, by uniknąć łyżeczkowania. Czasem wprost przeciwnie - jest to tylko metoda na wstępne przygotowanie macicy do łyżeczkowania. To czy jest ono konieczne ocenia lekarz, ale nie jest tajemnicą, że w Polsce nadal wykonuje się je właściwie rutynowo, nawet gdy konieczne by nie było, bo poronienie mogłoby przebiec do końca samoistnie, ewentualnie z indukcją lekami. Nawet w szpitalu nie musi się od razu łyżeczkować, wiele zależy też od nastawienia kobiety do łyżeczkowania lub czekania, a nie tylko od samego lekarza.

Do badań należy zabezpieczyć przede wszystkim kosmówkę. To z niej się wykonuje oznaczenie płci, jeśli chciałabyś dziecko rejestrować, a także badania genetyczne pod kątem ewentualnych nieprawidłowości. Takie badania jednak wykonuje się na koszt rodziców.
Szczątki samego dziecka trzeba zabezpieczyć przede wszystkim wtedy, gdy planuje się je pochować.
Jeśli naprawdę Ci na tym zależy, to najwazniejsze, żeby zastrzec jeszcze przed wszelkimi zabiegami, że chcesz wykonać badania i oczekujesz zabezpieczenia kosmówki do badań i szczątek dziecka do pochówku. Albo tylko tego lub tego, w zależności od Twoich planów. Teoretycznie powinni Ci podsunąć dokumenty do podpisania przez zabiegiem, ale często robią to za późno, w trakcie, gdy szok i podane środki nie pozwalają logicznie się zastanowić.
Odpowiedz
#5
Bardzo mi przykro, ze i Ciebie to spotkalo Sad ja swojego dzidzusia stracilam w 7 tyg. U mnie bylo to poronienie samoistne calkowite, tak wiec obylo sie bez interwencji lekarskiej, chociaz 2 dni musialam spedzic w szpitalu.. Przytulan Cie najmocniej jak moge.. Pisz tutaj, mozesz na nas liczyc.
Odpowiedz
#6
Dziękuję za przyjęcie. Nigdy nie sądziłam, że spotyka to tak wiele kobiet - chyba nikt tak jak tutaj mnie nie zrozumie...

Nie jestem w stanie chwilowo znieść żadnych telefonów, nawet mąż dzwonił do moich i swoich rodziców, by przekazać im tę informację. O ciąży nie wiedzieli, jakoś chciałam mieć pewność że wszystko ok i dopiero wtedy mówić, ale niestety.. także prosiliśmy na razie o brak telefonów do mnie, bo po prostu się rozpłaczę zanim coś powiem. Jeśli mail wystarczy, chętnie napiszę. Przepraszam, że taka problemowa jestem.

Amelia - gdzieś czytałam, że koszt badań dot. oznaczenia płci dziecka wykonać musi szpital na swój koszt, tzn. takie jest prawo - szpital może wydać kartę martwego urodzenia potrzebną do rejestracji w USC tylko mając płeć, więc albo wpisując płeć "z odczucia matki", albo mają zrobić badania - tu już chyba histopatologia nie wystarczy, konieczne są genetyczne? - by oznaczyć płeć. I że często szpitale bronią się, że ciąża zbyt wczesna i nie widać płci, że nie mogą określić jej, przy czym nie próbują nawet zrobić dokładniejszych badań bo tych nie refunduje NFZ. A mają obowiązek zrobić.
Jeśli to bzdury, to przepraszam, dzisiaj poznaję nowe wymiary rzeczywistości i staram się przyswoić informacje, których wcale przyswajać nie chcę.

Nie wiem teraz, czy lepiej zaczekać na to poronienie, czy jednak iść do szpitala. Może lepiej mieć to za sobą, jednak zaznaczając że chciałabym spróbować najpierw farmakologicznie, a z łyżeczkowaniem w ostateczności. Tylko czy ktoś mnie posłucha?

Mam jeszcze takie pytanie, piszecie o znieczuleniu ogólnym - czy to takie z intubacją? Tą rurką w gardle? Czy po prostu maseczka i zasypiacie? Nigdy nie miałam takiego zabiegu chirurgicznego by mieć go w znieczuleniu ogólnym.
Odpowiedz
#7
Ka_ro a gdzie mieszkasz? Ja w 11 tygodniu, dowiedziałam się że moje dziecko zmarło w 8 tygodniu. Trafiłam do warszawskiego Szpitala Bródnowskiego. Nie wiem jak w innych miejscach, ale tam procedury wyglądają tak: o 8 przyjęto mnie, zrobiono USG na potwierdzenie diagnozy. O 11 siedziałam już na fotelu zabiegowym, dostałam zastrzyk usypiający i obudziłam się jakieś 20 minut później w łóżku szpitalnym, gdy było już po wszystkim. Poleżałam jakąś godzinkę i wypisano mnie z antybiotykiem do domu. Uważam, że to była najlepsza opcja jaka mogła mnie spotkać, nie przeżyłabym powolnego wydalania mojego martwego dziecka, po zażyciu tabletki. A tak, nic mnie nie bolało, nic nie pamiętam, pare godzin później byłam w domu i mogłam spokojnie płakać w własnym łóżku, samotnie spędzona noc w szpitalu też mnie przerażała.
Miałam możliwość zabrania ciałka do pochówku, ale podpisałam oświadczenie, że nie chcę. Po wizycie w szpitalu na pewno dostaniesz przynajmniej tydzień zwolnienia. Co do urlopu i wszelkich spraw prawnych nie mam pojęcia. Poczytaj forum. Badania genetyczne, przyczyny itp, to już później.

Co do Twojej straty: bardzo mi przykro. Pęka mi serce gdy wchodzę na to forum i co parę godzin widzę kolejny wpis. Nie jesteś sama, to przykre, ale wiele kobiet to spotyka. Nie bój się mówić, że Twoje DZIECKO umarło. Wiem, że w tej chwili sobie tego nie wyobrażasz, ale uwierz mi, że z czasem ból będzie coraz bardziej znośny. Ludzie często próbują pocieszać słowami: "jesteś młoda, urodzisz jeszcze, wiele dzieci, tak się czasem zdarza, itp, itd". Nie daj sobie wmówić, że to nic nie znaczyło. Masz prawo przeżywać żałobę, płakać i nie rozmawiać z nikim prócz najbliższych.
Bardzo Ci współczuję, wirtualnie przytulam ile sił w ramionach i klawiaturze! Nie musisz być dzielna, płacz jeśli to Ci przynosi ulgę!
Odpowiedz
#8
Bardzo dziękuję...
Jestem z Łodzi, ale to jak to wyglądało u Ciebie to cenna informacja, zapytam bo paraliżuje mnie w tej chwili myśl o samotnej nocy w szpitalu, pewnie wsród matek w ciąży. To dopiero jeden dzień a ja nie mogę znieść widoku dzieci na ulicy, ciągle myślę co takiego zrobiłam że to akurat mnie się nie udało..

Na razie nie umiem sobie wyobrazić, że będzie lepiej. Nie umiem o tym z nikim porozmawiać, nawet z mężem, choć on tez pewnie to przeżywa, ale jak widzę że potrafi po prostu zasnąć to jest mi jeszcze bardziej przykro, ja nie mogę.
Odpowiedz
#9
karo ja również dostałam tylko zastrzyk i po chwili odpłynęłam .. obudziłam się też tak myślę że po jakichś 20 minutach na łóżku już normalnym dostałam kroplówkę przeciwbólową i po 2 godzinach mogłam dopiero wstać .. mnie niestety wypuścili dopiero na drugi dzień rano .. ale byłam na ginekologii z normalnymi tzn. nie w ciąży kobietami.. myślę że lekarz Ci poinformuję co jest najlepsze ja miałam zabieg bo u mnie było poronienie zatrzymane dzidziuś mimo krwawienia dalej nie chciał mnie opuścić Sad
Odpowiedz
#10
(Wed, 13 Maja 2015, 21:47:52)ka_ro napisał(a): Mam jeszcze takie pytanie, piszecie o znieczuleniu ogólnym - czy to takie z intubacją? Tą rurką w gardle?

Nie, znieczulenie ogólne przy łyżeczkowaniu jest z tych krótkich, z samodzielnym oddechem i bez intubacji. Niestety, nie wszystkie szpitale je stosują. Jest tajemnicą poliszynela, że w niektórych łyżeczkują, jak to określamy, "na żywca", bez uśpienia, a inne podane środki znieczulające akurat pechowo zbyt słabo działają na daną kobietę.
Odpowiedz
#11
Tego nawet sobie nie wyobrażam.
Czy wiec mogę jakos domagać sie takiego znieczulenia? Boje sie, ze zapewnia mnie o takim znieczuleniu ogólnym, a gdy przyjdzie co do czego to i tak zrobią po swojemu. Nie ma możliwości, zeby przy takim zabiegu był maz?
Odpowiedz
#12
Jestem po wizycie u lekarza. Skierowanie do szpitala, w którym lekarka kiedyś pracowała, wiec od razu zapytałam jak to tam wyglada. Chcą jak najmniej "uszkodzić" pacjentkę, dlatego podają tabletkę i trzeba czekać. Podobno tak małe dzieci (u mnie wg ostatniego usg to niecałe 5mm) zwykle właśnie.. nie wiem jak to powiedzieć, ronią się? bo przeciez moje dziecko już umarło, nie moze sie teraz urodzić.. W każdym razie tabletka często wystarcza, ale jeśli nie to łyżeczkowanie jest w znieczuleniu ogólnym. Była zdziwiona, ze może nie być.
Jutro rano jadę do szpitala, nie wiem czy przyjmą mnie od razu i.. się zacznie. Jeśli nie, to chce poczekać do poniedziałku, leżenie wsród ciężarnych bedzie dla mnie wystarczającym cierpieniem.

Nie umiem o tym rozmawiać z mężem. Mam wrażenie, ze on sie tym w ogole nie przejmuje, ciagle cos robi, umie sie czymś zając. Wiem ze na pewno jakos sie przejmuje, ale chyba nie umiemy teraz do siebie dotrzeć.

Wystarczy ze zobacze reklamę z dziećmi, matkę z dzieckiem na ulicy, i juz chce mi sie płakać. A w zasadzie ryczeć i wyć - dlaczego ja? Co zrobiłam?
Odpowiedz
#13
Nic nie zrobiłaś, to się po prostu zdarza. Faceci przeżywają to mocno, ale inaczej wiec się tym nie przejmuj, że twój mąż szuka sobie zajęć, po prostu bardziej martwią się o swoją partnerkę, są ze strachu pokichani, boją się co się będzie działo.
Moja droga weź ze sobą do szpitala mp3, albo cokolwiek pozwoli ci się wyłączyć na chwilę. Nie licz na to, że uda ci się poronić całkowicie, ale zabieg łyżeczkowania nie jest okropny, przy tym wszystkim to pikuś, nie bój się. Bądź silna, nie daj się.
Odpowiedz
#14
droga KA_RO... czytam co piszesz i nie mogę się nie odezwać... kochana, to jakby czytać swoje własne słowa... tu przechodziliśmy przez to samo co Ty dokładnie 8 tygodni temu... wysyłam Ci dużo ciepła, siły, zrozumienia i otuchy... ja też panicznie wręcz boję się szpitali, nigdy nie byłam pacjentką dokąd nie poszłam na zabieg... chcę Ci powiedzieć tak dużo, a tak ciężko pisać, zawsze lepiej się rozmawia... ale co przychodzi mi do głowy to słowa mojej Mamy, które uratowały mnie w tych najtrudniejszych chwilach... do dziś czasem jakbym je słyszała... zanim pożegnałyśmy się w szpitalu mocno mnie przytuliła i powiedziała : 'nie oczekuj niczego, tak się nie rozczarujesz' i, mimo że może brzmi to dziwnie, naprawdę te słowa mnie uratowały... wtedy kiedy zdałam sobie sprawę, że otaczający mnie w szpitalu ludzie nie mają zielonego pojęcia o tym, co przeżywam, jak bardzo się boję, jak bardzo cierpię... postanowiłam wtedy instynktownie przetrzymać, przeżyć to, nie zwariować... mój Miły był przy mnie w szpitalu i pomimo, iż nie zamieniliśmy ze sobą wielu słów to jego obecność była dla mnie tak ważna... był, kiedy po tym, jak zaaplikowano mi tabletki, czekałam na 'coś' o czym nie wiedziałam nic tylko tyle, że mnie przeraża... i z perspektywy czasu wiem, że ten czas oczekiwania dobrze jest poświęcić na takie jakby wstępne pożegnanie... ja prosiłam mojego Maluszka, żeby się nie bał, mówiłam Mu jak mi przykro, że tak się stało...mówiłam jakby do siebie, bo dobrze wiedziałam, że on był już dawno w lepszym miejscu... ale miałam i momenty rozproszenia, a to za sprawą starszej Pani z łóżka obok, która opowiadała o licznych swych szpitalnych perypetiach... i jej też jestem za to wdzięczna, zapewne była tam potrzebna żebym zbyt wiele nie myślała... i wiesz co jeszcze mi pomogło? krzyżówki... rozwiązywaliśmy je wspólnie z moim Miłym jak czułam, że wariuję ze strachu i żalu... I jeszcze tyle bym chciała Ci powiedzieć, po to, żebyś mogła przejść przez te trudne chwile lżej, mniej zaskoczona, przygotowana. Po to żebyś wiedziała, że nie jesteś sama, że jest nas tak wiele i jesteśmy niesamowicie, tajemniczo i pięknie silne... Jeśli masz ochotę porozmawiać, napisać, to zostawiam mojego maila: inachisio121 @ gmail. com Ciepło pozdrawiam, wysyłam siły i uśmiecham się do Was szeroko!!!
Odpowiedz
#15
Lilja, ja w ogóle tej chwili nie czuję się silna. Przy kimś staram się trzymać, ale kiedy zostaję sama to mam w głowie najgorsze myśli.

Tak dokładnie opisałaś to, co czuję w tej chwili. Twoje słowa "zaaplikowano mi tabletki, czekałam na 'coś' o czym nie wiedziałam nic tylko tyle, że mnie przeraża..." wyrażają dokładnie to, co czuję. Wydaje mi się, że na świecie jestem sama jedna z tym, a okazuje się, że jest wokół tyle osób przeżywających te same tragedie. Dlaczego tyle kobiet musi cierpieć, dlaczego tyle z nas musi przeżywać śmierć swojego dziecka i brak zrozumienia wokół.

Byłam w szpitalu, chcieli mnie dziś przyjąć ale gdy zapytałam czy podanie tabletki byłoby już dziś powiedzieli, że nie robią tego w weekend ("Tego"...), że indukcja byłaby w niedzielę a zabieg w poniedziałek (zabieg ponoć być musi, ale dwa razy upewniłam się, że w znieczuleniu ogólnym). Powiedziałam, że nie wytrzymam leżeć tu dwa dni bez niczego i napisałam odmowę przyjęcia. Powiedzieli, żebym przyjechała w niedzielę - pani położna po cichu podpowiedziała, żeby przyjeżdżając nawet gdyby nic się działo powiedzieć, że boli brzuch, że są jakieś skurcze - żeby nie robili problemów, że przyjeżdżam w niedzielę a nie w poniedziałek bo np. chcę uniknąć kolejki. Naprawdę to takie dziwne, że nie chcę leżeć 2 dni wśród ciężarnych? Nie wystarczy, że na izbie musiałam słuchać KTG przyjmowanej do szpitala rodzącej? Pierwszy lekarz jeszcze pytał "czego ja w takim razie oczekuję, skoro nie chcę być przyjęta dzisiaj" tonem, jakbym robiła mu wielki problem. Może odrobiny zrozumienia? Dla niego to nic nie znaczące 4mm płodu, dla mnie to moje wyczekane dziecko...
Drugi lekarz na szczęście był już milszy, dał czas na przeczytanie dokumentów odmowy do podpisu, powiedział że są wszyscy po mojej stronie bo rozumieją jaka to ciężka sytuacja. Nic nie rozumieją, to zrozumie tylko ktoś, kto sam to przeżył, ja nawet nie umiem dokładnie opisać tego, co czuję, jak pusto, jak źle. Ale wiem, że próbują być mili i jestem im wdzięczna.

Nie wiem, czy czekanie do niedzieli to dobry pomysł, ale w tej sytuacji nie ma takiego przymiotnika jak "dobry". Tu są tylko mniej złe i bardziej złe rozwiązania. Dobre byłoby wtedy, gdyby mogli uratować moje dziecko. Gdyby jego serduszko znów zaczęło bić. Gdyby było ze mną, a nie gdzieś w górze czy gdziekolwiek jest.

Bardzo dziękuję za możliwość wygadania się tutaj, bo tak naprawdę nie mam gdzie tego zrobić. Dziękuję Wam za wsparcie, mimo że same jesteście w podobnej sytuacji, to dla mnie bardzo ważne.
Odpowiedz
#16
Czekanie nie musi być zagrożeniem, a szpital niekiedy bywa rzeczywiście traumatyczny i zwiększa poczucie osamotnienia. Jeśli nie dzieje się nic niepokojącego (wiem, że to dziwne określenie w takiej sytuacji), to śmiało możesz odczekać do po weekendzie.
Pomysleć... Przemyśleć...
Poczytać, choć to trudne. Tematy nie tylko te związane z historiami innych kobiet, ale i te medyczne lub prawnicze.
Ja nie byłam łyżeczkowana, chciałam samoistnie, w domu. Nie zawsze to jest możliwe, ale mnie się udało, tak jak wolałam. Nie uważam, że to dla każdej kobiety właściwa droga, ale myślę, że każde czekanie, nawet to kilkugodzinne, można zmienić w coś lepszego niż sam strach, samotność i rozpacz. Czasem próbuję pomóc tym kobietom, które własnie czekają na poronienie w domu, obojętnie co w końcu wybiorą. Mamy tu taki temat, w którym wtedy piszą. Bywa różnie, czasem to tylko chwilowe czekanie w domu przed szpitalem, ale w czasie, kiedy jeszcze czekają, najtrudniejsza jest niepewność i niewiedza.
Odpowiedz
#17
Kochana przytulam Cię z całej siły. Przykro mi bardzo Sad Sad Sad
Odpowiedz
#18
Dziś idę do szpitala. Nie umiem powiedzieć jak jestem przerażona. Chciałabym z jednej strony, żeby jak najszybciej dali mi tę tabletkę, żeby zrobili zabieg, żeby było po wszystkim i żebym mogła już wrócić do domu i móc spokojnie płakać, a z drugiej - to są ostatnie chwile, kiedy moje dziecko jest jeszcze ze mną...

Wczoraj znalazłam miejsce gdzie robią badania genetyczne takim dzieciom, tzn. trzeba zabezpieczyć fragment kosmówki i wysłać do nich, badają to pod kątem aberracji chromosomowych u dziecka. Mniejsza o koszt, powiedziałam o tym mężowi i co usłyszałam - że to rozdrapywanie ran... A kiedy powiedziałam, że mam już spisane badania jakie chciałabym sobie zrobić (zespół antykardiolipinowy, prolaktyna, tarczyca itd) to usłyszałam, że on się boi tego żebym jeszcze raz zaszła w ciążę bo traktuję to jako jakieś cholerne zadanie które muszę wykonać dobrze, jak jakiś projekt... Ja jeśli nie poczuję, że zrobiłam wszystko żeby się dowiedzieć co się mogło stać, to zwariuję. Nikt tego nie rozumie. "Zdarza się", "natura tak chciała", tylko to ciągle słyszę.

Nie wiem jak dam radę w szpitalu, po prostu nie wiem. Nie wiem czy kiedy zacznie się krwawienie, powinnam jakoś zabezpieczać dziecko? Czy będę widziała, że to ono, że to moje 4mm szczęścia, które umarło? Czy to krwawienie będzie duże? Jak długo będzie trwało?
Wiem, to pewnie głupie pytania ale one dają mi chociaż złudzenie, że mam nad tym jakąkolwiek kontrolę. Ale tak naprawdę nie mam, bo gdybym miała - zrobiłabym wszystko, naprawdę wszystko żeby moje dziecko żyło.

I wiecie, od początku czuję, że to był syn.
Odpowiedz
#19
Karo nie zadajesz głupich pytań. Nie umiem Ci na nie odpowiedzieć, bo ja roniłam w domu, ale moje dziecko było z ciąży biochemicznej, więc inaczej to wygląda niż poronienie na wyższym etapie.
Życzę Ci dużo sił.
Odpowiedz
#20
Krwawienie może być duże i potrwać dlużej, o ile szpital spróbuje tylko indukować samą akcję skurczową i pozwoli na samoistne oczyszczanie. Wtedy rzeczywiście byłoby wskazane, żebyś starała się nie ronić wprost do toalety. Z dwóch powodów. Jeden to to, co nazywamy "traumą dziecka w tolaecie", która Cię potem będzie psychicznie dodatkowo prześladować, oprócz samej straty. Drugi to ten, że można w ten sposób stracić ewentualny materiał do badań. Mam tu na myśli właśnie kosmówkę. Bo szczątki dziecka to jedna rzecz, ale to ta reszta jest także istotna w sprawach medycznych i prawniczych.

Gdyby szpital indukcję potraktował tylko jako wstępne przygotowanie do łyżeczkowania, to zapewne dość szybko po pojawieniu się akcji i silniejszego krwawienia wykonany zostanie zabieg. Bo wtedy chodzi im tylko o to, by zmiękczyć szyjkę macicy i przygotować jej ścianki do łatwiejszego oczyszczenia mechanicznie, skoro one same już się zaczynają obłuszczać.

Od tego momentu tracisz całkowicie kontrolę nad tym, co i w jakiej ilości rzeczywiście zostanie zabezpieczone z tkanek, zarówno kosmówki, jak i szczątek dziecka. W takim wypadku musisz być wcześniej przygotowana na to, by wystarczająco wcześnie, jeszcze przed zabiegiem, na samym wstępie uprzedzić szpital - najlepiej na piśmie - że żądasz zabezpieczenia całego materiału, w celu wykonania badań genetycznych. Albo także pochowania.
Często papiery na ten temat podsuwają do podpisania pod nos w ostatniej chwili, w szoku i oszołomieniu środkami możesz nie być w stanie tego rozeznawać.

Które z tych rozwiązań - samoistnie lub z łyżeczkowaniem - trudno z góry wyrokować. Trudno ocenić, co jest lepsze, po to zależy od paru spraw. A dwa, że szpital ma swoje zwyczaje. Na sam zabieg łyżeczkowania jednak musisz wyrazić zgodę. Gdybyś się uparła, możesz poprzestać na próbie indukcji bez niego. Ocena medyczna wskazań do zabiegu musiałaby jednak być dokonywania na bieżąco, tak czy inaczej.

Formalności, jeśli Ci na nich zależy...
Postaraj się to załatwić wcześniej. Najpierw papiery, potem indukcja i ewentualny zabieg.
Badanie histopatologiczne, które szpital obowiązkowo powinien wykonać na materiale z poronienia, to inny rodzaj badań niż wspominane genetyczne. Stwierdza się w nim między innymi obecność kosmówki i szczątek dziecka, ale... nie zawsze cały materiał do badania histopatologicznego idzie. Więc równie dobrze potem może być za późno, by ze swoich praw skorzystać.

Badania genetycznie kosmówki służą nie tylko sprawdzeniu prawidłowości kariotypu dziecka, ale umożliwiają oznaczenie jego płci. A z płcią można je zarejestrować i otrzymać Akt Urodzenia. Z tym Aktem ma się prawo do urlopu i zasiłku macierzyńskiego, można też pochować dziecko, uzyskując prawo do zasiłku pogrzebowego. Można poprzestać na samej rejestracji bez pochówku, to nie jest obowiązek ani warunek w żadną stronę.
Bez rejestracji można również pochować, ale na własny koszt.

Obecnie obowiązujące przepisy nie ograniczają wiekiem ciąży możliwości skorzystania z któregokolwiek powyższych praw. Takie opinie, że trzeba jakiś tydzień przekroczyć, to zwykła dezinformacja i bzdury. Formalnie jednak, by z większości z nich skorzystać, trzeba dokonać rejestracji, a jej warunkiem jest oznaczenie płci, co wymaga wykonania badań. Sam pochówek tego nie wymaga, ale bez zasiłku. Bywa także, że szpital stwierdza brak szczątek dziecka w materiale histopatologicznym i w konsekwencji odmawia wydania matweriały poporonieniowego do pochówku. Choć wiadomo, że do szpitala kobieta trafiła jeszcze z dzieckiem.
To jednak nie jest kwestia wieku ciąży, a okoliczności, nad którymi kobieta nie panuje w pełni z niewiedzy i bólu - niestety - czasem wskutek złej woli szpitala.

W większości tych sytuacji wszystko się więc sprowadza do zabezpieczenia odpowiednio tkanek kosmówki i/lub szczątek dziecka oraz poinformowania szpitala o Twoich zamiarach i żądaniu w tym względzie - najlepiej zawczasu, z góry.
Badania trzeba przewidzieć na swój koszt, bo w praktyce jak dotąd jest nierealne zrobić je inaczej. Owszem, można się o to próbować ze szpitalem spierać, na dzisiaj zwykle nieskutecznie. Sądownie zaś, to całkiem nowa historia. Ten akurat temat można dyskutować później, zawsze muszą być zabezpieczone tkanki do tego.
Odpowiedz
#21
Jestem w szpitalu i czuje sie oszukana...

W piątek dwóch lekarzy na izbie powiedziało mi, ze przychodząc w niedziele dostanę juz tabletkę, w poniedziałek bedzie zabieg. Dzis okazuje sie, ze sam lekarz dyżurny nie moze mnie zakwalifikować do zabiegu, bo moze mi sie za tydzień odwidzi i stwierdzę, ze to wcale nie była martwa ciąża i ich pozwę za wykonanie zabiegu, oni maja procedury i musi byc usg i kilku lekarzy potwierdzających diagnozę. Ludzie, pozwę? Czy w ogole ktos sie nad tym zastanawia w takiej sytuacji???
Tekst "z tej ciazy to juz nic nie bedzie" pominę.

Ale to nie koniec. Od pacjentki ze mną na sali dowiaduje sie, ze tabletkę podają dopiero o 22 na noc, a następnego dnia robią zabieg, po czym jeszcze następnego dnia sie wychodzi. Na 22??? Mam czekać cały dzien z moim zmarłym dzieckiem pod sercem? Czy ktos w tym szpitalu zastanawia sie w ogole co ja czuje? Jestem przerażona, jedyna moja nadzieja była w tym, ze kiedy dostanę tabletkę to maz bedzie mógł byc przy mnie, ze w razie czego bedzie mógł pomoc, przeciez ja nie mam pojęcia jak to wyglada, co sie dzieje. I ta nadzieje mi odebrano.
Nie wiem na ile to stosowany schemat przy kazdej pacjentce, ale podobno dają jedna tabletkę o 22, i ma zacząć bolec, maja byc skurcze - i NIE DAJĄ NIC PRZECIWBÓLOWEGO. Bo musza wiedzieć czy ból jest ciągły, czy jest w ogole. Jeśli jest ból i krwawienie, to rano dają druga tabletkę, i potem zabieg. Nic nie rozumiem, nic... Mam cala noc krwawić i nikt sie tym nie przejmuje? Jak mozna dawać komus tak cierpieć, fizycznie i psychicznie? Nie dam rady, tego czekania jutro, potem tej nocy, nie wytrzymam, nie umiem...

Przepraszam, to taki emocjonalny wpis, przepraszam. Ale maz uważa ze przesadzam, ze przeciez to profesjonaliści, ze wiedza co robią. Nie rozumie tego, co czuje. Moze ja przesadzam, pewnie tak.

Amelio, dziękuje za wyjaśnienie. Z mężem stwierdziliśmy, choc w zasadzie to on a ja nie mam siły walczyć, zeby nie badać dziecka genetycznie. Mowi, ze w moim stanie psychicznym to tylko pogorszy sprawę, moze ma racje.
Odnośnie łyżeczkowania - tutaj robią to standardowo, tak jak pisałam - tabletka jedna, ponoć druga i zabieg, po którym dobę trzeba spędzić na pooperacyjnej.

Nie daje rady, dziewczyny. Nie umiem powiedzieć jak bardzo.
Dziękuje ze jestescie.
Odpowiedz
#22
Karo przykro mi, że musisz przez to wszystko przejść. Kiedy roniłam, dostałam nerkę, do której miałam siusiać, żeby przypadkiem nie zgubić dzieciątka. Może tobie też dadzą? Jeśli nie, to może spróbuj poprosić męża o jakąś miskę z domu? Nie wiem czy to są standardowe procedury, ale z tego co piszą dziewczyny, to raczej każdy szpitalu robi po swojemu.
Weź też grube duże podpaski, położne też mnie poinstruowały kiedy dokładnie mam je wołać.
To straszne, że nie dają środków przeciwbólowych. Może pogadaj rano z lekarzem. Każda z kobiet inaczej to znosi. Mnie bolało jak w czasie okresu, mocno, ale brałam sobie sama Ibuprom ( własny, bo w szpitalu nie mieli)

Ściskam Cię mocno i życzę Ci dużo siły na ten jutrzejszy trudny dla Ciebie dzień.

A badania myślę, że warto zrobić. Chociażby po to żebyś już nigdy więcej nie musiała przez taki koszmar przechodzić. Oczywiście one tego nie zagwarantują, ale zrobisz wszystko żeby odnaleźć przyczynę śmierci Twojego dzieciątka.
Odpowiedz
#23
Kochana KA_RO <3 daję znać, że przez cały ten czas moje myśli są z Tobą <3

Przeszłam przez ten sam szpitalny 'standard' co Ty teraz... Kwestia bólu fizycznego jest i była dla mnie mało istotna, to nie jest coś co może boleć bardziej niż fakt, że Dzieciątka już nie ma więc... I zgadzam się z Bomblem , warto robić badania... Po tym jak minie pierwszy i najsilniejszy szok, strach i żal, myślimy tylko o tym : dlaczego tak się stało? Ja na tym właśnie forum dowiedziałam się jakie badanie mogę wykonać do 6 tygodni po stracie, a żaden lekarz tego nie zleci więc sprawy warto wziąć w swoje ręce. Mi zrobienie kilku badań nawet pomogło - miałam się czym zająć, to było aktywne działanie, czułam sprawczość (czego, jak już sama niestety wiesz, w szpitalu się nie czuje wcale)... Jeśli finansowo nas stać na te badania to róbmy je i już...
Kochana, wysyłałam i wysyłam dużo sił w Twoja stronę przez czas cały <3 Obyś nigdy już nie musiała przez to przechodzić <3 Ani żadna kobieta na świecie <3

Pamiętaj, proszę, że jesteśmy z Tobą. Ja w imieniu moim i myślę wszystkich dziękuję Dziewczynom za to, że piszą i reagują z empatią na wszelkie tu publikowane historie... Powinnyśmy się kiedyś wszystkie spotkać <3

Trzymaj się KA_RO i daj, proszę, znać... powolutku, powolutku, ku wyzdrowieniu <3
Odpowiedz
#24
Ka_ro <3 puk...puk...pukam aby dać znać, że palą się świeczuszki, światełko za Ciebie, za nas wszystkich i za wszystkie nasze Aniołki <3 utulam <3
Odpowiedz
#25
Dziękuje Dziewczyny...
Mam nadzieje, ze dzis wracam do domu. Psychicznie jest troche lepiej, chociaz mam w sobie duzo myśli o które nigdy bym sie nie podejrzewała - zwłaszcza patrzac na kobiety w ciazy chodzące po całym szpitalu. Bardzo sie wstydzę tych myśli dlatego lepiej, żebym juz wracała do domu.

Zabieg był w uśpieniu, wiec nic nie pamietam, ale i tak nigdy o tym wszystkim nie zapomnę - o tym, jak traktuje sie tu pacjentki (zero zastanowienia, ze dla mnie to moze byc psychicznie ciężka sytuacja - nie oczekuje głaskania po głowie przez lekarza, ale chociaz troche szacunku, zrozumienia...), a przede wszystkim o moim dziecku. Ono BYŁO i nigdy nie będę mowić ze było inaczej - nawet jeśli ktos powie, ze to tylko 4mm zarodka - w ostatnim USG nawet 6mm. Pokochałam je i zawsze bedzie ze mną.
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości