2 dzień, a wiem że to tylko początek bólu po stracie...
#1
Witajcie, jeszcze to wszystko do mnie nie dociera...

Parę dni przed spodziewaną @ miałam dziwne przeczucie, że sie udało. Podzieliłam się z narzeczonym swoimi przeczuciami, na co sie bardzo ucieszył, że może sie udało i będziemy mieć dziecko o którym tak marzyliśmy. Zaczął mówić o NAS, ale żeby nie zapeszać czekałam do terminu @ modląc sie w duchu aby nie nadeszła. Zadzwonila do mnie przyjaciółka informując, że jest w ciąży, że właśnie zrobiła test...gratulowała i miałam nadzieję, że też za parę dni podzielę się z nią tą nowiną. @ Powinnam była dostać 14.12...ale cisza i spokój...Cóż, czasami sie spóźniała, taka już jej natura...wiec nie leciałam do apteki po test. postanowiłam go zrobić z rana w Wigillię gdyby jednak nie przyszła...
I tak sie też stało, obudziłam sie skoro świt i popędziłam do toalety. Jakie było moje zdziwienie i radość gdy na teście ukazały sie od razu dwie kreseczki. Cała w skowronkach popędziłam go obudzić...i wysłać do apteki po kolejne testy. Wynik na wszystkich pozytywny. Nigdy nie zapomnę jego uradowanej twarzy, zostanie tatą...
Nie potrafiliśmy ukryć naszej radości i w Wigillię po wszystkich życzeniach, prezentach...powiedzieliśmy rodzinie o największym prezencie jakiego sie spodziewamy. Rodzice płakali, tulili, gratulowali...Moja siostra to płakała za każdym razem powtarzając, że będzie ciocią...Ja sama uśmiechałam się na samą myśl, że rośnie we mnie nowe życie, że 2014 rok przyniesie nam wypragnione maleństwo...
30.12 udało się narzeczonemu umówić mnie na wizytę do ginekologa, akurat zwolniło się jedno miejsce, bo jakaś kobieta odwołała swoją wizytę. Pędziliśmy we dwoje do gabinetu nie mogąc się doczekać tego co się tam dowiem.
Wstępna rozmowa, wywiad o chorobach w rodzinie...i wreszcie badanie.
Leżąc i wpatrując sie w monitor jeszcze nie spodziewałam się że za chwilkę zobaczę swój pierwszy w życiu pęcherzyk ciążowy 6mm x 4 mm , a moje nogi to tak się trzęsły na jego widok-chyba ze szcześcia, jest ciąża, jest moja mała \'pesteczka\'... Jeszcze wczesna ciąża, ale za 2 tygodnie będzie już więcej widać. 13.01 miał być terminem kolejnej wizyty.
Na Sylwestra już wcześniej odwołaliśmy swoje plany, chcieliśmy spędzić go we dwoje, a raczej we troje ...na spokojnie. Tylko o północy wyjść do znajomych na puszczanie fajerwerków. Dużo życzeń, aby maleństwo było zdrowe...itd itp.
Od czasu aż dowiedzieliśmy o ciąży, zawsze narzeczony kładł rękę na brzuch przed zaśnięciem, to był jego sposób usypiania i mnie i maleństwa.
Niestety 5.01 zauważyłam delikatne brązowe plamienia w toalecie. Nie była to krew, tylko malutkie brudzenie. Była niedziela, nie wiedziałam czy mój ginekolog będzie w stanie mnie pocieszyć, czy nawet przyjąć w ten dzień...oficjalnie jego gabinet był zamknięty. Napisałam do niego wiadomość opisując co sie stało, mógł mnie wziąć za panikarę, ale przestraszyłam się. Sama byłam ciążą zagrożoną do 5miesiąca i mama leżała ze mną na podtrzymaniu. Nie spodziewałam się, że oddzwoni...Jednak to zrobił, był na dyżurze w szpitalu w którym pracował, a który niestety nie znajdował się w naszym mieście. Rozmawiał ze mną prawie godzinę , przepuszczał, że może to plamienie związane z terminem mającej być u mnie @ w tym czasie gdyby nie ciąża, a może to przez malutką nadżerkę, którą odkrył podczas badania...tak czy siak, aby uspokoić mnie i samego siebie kazał przyjechać do gabinetu po 21, bo w tym czasie dopiero do niego dotrze po dyżurze. Odrobina ulgi, jednak również narastający lęk, że coś może być nie tak.
Przespałam większą część dnia, aby jak najszybciej doszło do godziny wizyty, nie chciałam zadręczać siebie i narzeczonego...stres na pewno nie pomógłby, chociaż i tak go odczuwałam.
Nawet teraz pamiętam ten paniczny strach, który czułam leżąc w gabinecie i czekając na usg. maleństwa nie było w miejscu, w którym wcześniej go widzieliśmy...przesunęło się delikatnie...zbyt niebezpiecznie. usłyszałam bicie jego serduszka. nawet teraz za każdym razem gdy zamknę oczy widzę to maleństwo i jego bijące serduszko. I ten werdykt : \"Ciąża zagrożona, maleństwo się przesunęło i jego tętno zbyt wolne bo tylko 105\"...a to dopiero 6 tydzień. Moje maleństwo ma 6 tygodni, a już mogę go stracić? Nie docierało to do mnie. Lekarz próbował mnie przygotować do najgorszego, jednak sam stwierdził, że wg niego warto się postarać zawalczyć. Wypisał lek podtrzymujący i rozkurczowy, gdyby ból się pojawił, jednak od razu zastrzegł, że użycie go może tylko przyśpieszyć poronienie. kategoryczny nakaz leżenia i odpoczywania. Dostałam od lekarza od razu skierowanie do szpitala, gdyby pojawiły się bóle i krew...do tego czasu mogłam pozostać w domu pod warunkiem leżenia i przyjmowania lekarstw - w szpitalu i tak nic więcej by nie zrobili, a po tym co tam przeszłam wiem, że tylko by pogorszyli mój stan. Od razu powiadomiłam kierowniczkę ( wiedziała, że jestem w ciąży ), znaleźliśmy aptekę i wykupiliśmy lekarstwa. Godziny 24,8,16- dopiero dzisiaj usunęłam przypomnienia w telefonie dotyczące brania tabletek.
Leżałam, spałam, brałam tabletki...wszystko w domu robił narzeczony, jak to sam stwierdził robiłby to przez 9 miesięcy aby tylko ja i maleństwo czulibyśmy się dobrze.
Niestety, w nocy 7/8.01 obudziłam się ze strasznym bólem brzucha, w toalecie odkryłam że pojawiła się krew...zaczęłam wymiotować... panika...
droga do szpitala,a ja tylko w myślach się modliłam aby wszystko sie unormowało...aby było dobrze...
na samym początku niezadowolona Pani w izbie przyjęć, bo po jest noc,a ona właśnie myje podłogę a my wchodzimy...na pół przytomna ( było mi słabo, myślałam że zemdleję) tłumaczę jej co sie dzieje...każe nam wyjść z izby i iść do kolejnego budynku bo tam jest ginekologia...ręce mi opadły...mijają minuty zanim docieramy do odpowiedniego budynku...kolejne zanim nam otworzy drzwi strażnik...kolejne zanim narzeczony znajdzie kogoś kto nas przyjmie...i wspinanie sie po schodach na 2 piętro, bo tam jest pielęgniarka dyżurna. Gdyby nie narzeczony , który mnie tam wniósł nie wiem jakbym sobie sama poradziła.
Mina niezadowolonego lekarza, bo przecież środek nocy...badanie na tyle bolesne, że krzyczałam z bólu...i ta jego karcąca mina...bo czego sie spodziewałam? delikatności? Badanie usg...słowa \'ja tu nie widzę żadnej ciąży\'...\'ahh tu coś jest\'...odwrócenie monitora i pokazanie mi \'mojego małego dzieciątka\'...\'nic z tego nie będzie, jest w szyjce macicy...będzie zabieg\'...mój płacz, próba podniesienia się, ubrania...kolejne pytania, moje odpowiedzi...co chwilę musiałam wstawać i iść do toalety, wymiotowałam...i znowu wracałam...aby słuchać kolejnych pytań...za którymś razem jak musiałam znowu pójść do wc usłyszałam \'ej! gdzie pani znowu leci! jeszcze nie skończyłem!\'...a ja miałam ochotę tam umrzeć.
Z narzeczonym zostałam odprowadzona na salę. na całe szczęście byłam tam sama, sala przygotowana chyba specjalnie dla pacjentek czekających na zabieg, tylko drzwi dzieliły od zabiegowego. od godziny byłam na nogach, po godzinie 3 znalazłam się dopiero w sali. Chwila na płacz...nasza chwila...i znowu każą mi wstawać i iść na drógi koniec korytarza, bo trzeba pobrać krew i podłączyć kroplówkę, \'bo jestem osłabiona widocznie\'...ja sie zataczam...po pobraniu próbek znowu musze do toalety...dopiero później może mi pielęgniarka podłączyć kroplówkę.
Proszę o łyk wody...\'nie można, ma pani z rana zabieg\'...proszę nadal o łyk wody...i dostaje...dokładnie odmierzony łyk w szklance. Ponowny powrót na sale. Mam okropne bóle , które się tylko nasilają...Mój narzeczony siedzi ciągle przy mnie. Nie pozwoliłabym go wyprosić, był moją podporą i wsparciem...ale był taki przygaszony...Znowu wizyta pielęgniarki, coś im sie w laboratorium moja krew z próbki zrobiła skrzepem, potrzebują kolejnej...zle wbita igła, ruszanie nią we wszystkie strony. Nie da się. Wkłucie w innym miejscu...też coś nie tak. Pytam się, czy przez wenflon nie może pobrać tej krwi. \'nie, koleżanka któraś z rana przyjdzie\'...Pytam czy mogę dostać jakieś leki na ból, że nie mogę wytrzymać...\'Ma pani zabieg...nie można\'...
I tak godziny się ciągną...zasypiam i sie budze...płacze...i w którymś z momentów otwierając oczy widzę jak i on płacze. Nigdy w życiu nie widziałam aby płakał. Trzyma mnie całą noc za rękę. Jest przy mnie...
Przed 8 przychodzi pielęgniarka po moją krew, zleca podanie mi jakich tabletek na wymioty, bo ciągle je mam...a których i tak nie dostaję. Pytanie o samopoczucie...heh...a jakie ja mogę mieć samopoczucie? Zgłasza wszystko pani ordynator. Wypraszają narzeczonego, bo zaraz bd zabieg...kolejną godzinę leżę sama w sali. Nikt do mnie nie przychodzi...i nagle wchodzi sporo osób, lekarze czy nie lekarze...ale już widzę Panią ordynator, to ta co każe mi iść do zabiegowego. Kolejne \'badanie\', cmokanie , kręcenie głową i wyciąganie ze mnie skrzepów krwi...\'taaa tu nic już nie będzie zabieg od razu robimy\'...
mam wrócić na salę, zawołają mnie...I z trudem schodzę, idę obok tych wszystkich ludzi...zanosząc się płaczem...przychodzi anestezjolog, próbuje ze mną rozmawiać ale widząc mój stan daje mi chwilę, jako jedyny lekarz którego wtedy poznałam siada na chwilę i daje mi czas abym sie uspokoiła, próbując pocieszyć...dokańczamy wywiad potrzebny mu do znieczulenia...
Za chwilę jestem znowu na sali. Widzę, że zabieg ma przeprowadzić lekarz który mnie przyjmował na oddział...znowu zaczynam płakać...uspokaja mnie pomocnica anestezjologa i on sam. Ginekolog już przygotowuje narzędzia...ja dostaję maskę i nic się nie dzieje...nie zasypiam...a jednak.
Budzi mnie głos anestezjologa, że już po wszystkim...że czas sie obudzić...pamiętam jak przez mgłę, że mu podziękowałam, jemu i pielęgniarce ktora asystowała i poprosiłam o jakieś przeciwbólowe, bo podświadomie bałam się znowu chyba poczu namiastkę tego bólu który czułam całą noc.
Na pytanie czy ktoś czeka i czy mają kogoś zawołać, wiedziałam, że tam ...sam na korytarzu czeka ON, który zapewne wszystko przeżywa tak samo jak ja, ale tego nie pokaże.
Był ze mną znowu, znowu trzymał moją rękę...czekał az sie wybudzę.
Już tylko ja płakałam.
Oczywiście dojechali moi rodzice, bo nie chcieliśmy aby jechali w nocy i tak by ich nie wpuścili...Byliśmy razem...chociaż czuliśmy że jednak kogoś brakuje.

Po powrocie do domu, leki na podtrzymanie zniknęły ze stolika koło łóżka. Zdjęcia z usg, narzeczony gdzieś schował aby nie powodowały kolejnego płaczu...Siostra została u nas, aby chociaż troszkę mnie wspierać, chyba też tego potrzebuje.
Kierowniczka wie, że w czwartek wrócę do pracy...o moim poronieniu wie tylko moja przyjaciółka,bo przecież miałyśmy razem urodzić w sierpniu... i koleżanka z pracy, która dowiedziała się tylko dlatego, że na 8.01 zapowiedziała mi wizytę w domu, kiedy jeszcze wiedziała, że mam leżeć i chciała pobyć ze mną aż narzeczony z pracy nie wróci...musiałam odwołać tą wizytę, tłumacząc dla czego.
Czuję pustkę...jakby zostało mi ...nie, musze sie poprawić...jakby zostało odebrane nam coś bardzo ważnego. Płaczę często, czy to jak sie obudzę w nocy i znowu do mnie dotrze wszystko co nas spotkało, czy to jak pójdę do toalety ...czy na samo wspomnienie o widoku bijącego serduszka, epizodach ze szpitala...to boli...to bardzo boli...
Odpowiedz
#2
Bardzo Ci współczuję ;( Zostało wam odebrane coś bardzo ważnego, Wasze dziecko i wszystkie marzenia go dotyczące ;(
Daj sobie tyle czasu na płacz, ile będziesz potrzebowała. Ja też jeszcze płaczę... ;(
Jestem z Tobą!
Odpowiedz
#3
Bardzo mi przykro, że jesteś kolejną nieszczęśliwą kobietą, która musi dołączyć do tego grona... Wiem jak się teraz czujesz, wiesz ja cały czas szukam odpowiedzi DLACZEGO TO SPOTYKA NAS....TE KTÓRE TAK BARDZO PRAGNĄ TEGO MALEŃSTWA, TAK BARDZO JE KOCHAJĄ...DLACZEGO TO WŁAŚNIE NAS DOTKNĘŁO????CZEMU TO SIĘ NIE ZDARZA OSOBOM KTÓRE NIE CHCĄ TEGO DZIECKA.....NIE MOGĘ TEGO POJĄĆ!!!!
Ja też jestem zdania, że swoje trzeba wypłakać u mnie dziś mija 37 dzień po zabiegu, płaczę codziennie. ...nie wiem czy kiedyś będę potrafiła o tym rozmawiać bez płaczu, głupie reklamy w tv budzą we mnie płacz, złość....
Jestem z Tobą....
Odpowiedz
#4
Już nic nigdy nie będzie takie samo.... ból....żal i ogromna tęsknota pozostaną na zawsze. Jesteś mamą, mamą Aniołka który jest już w niebie i zawsze będzie przy Tobie, on teraz czuwa nad mamusią i tatusiem.... Wieczorem zapalam świecę na oknie aby moja córeczka wiedziała gdzie jest jej domek, spróbuj też zaświecić swojemu Aniołkowi a może poczujesz że jest gdzieś obok.
Żałoba jest długa i niczego od siebie nie wymagaj, płacz kiedy tego potrzebujesz.

Światełko dla Twojego Maleństwa [*]
Odpowiedz
#5
Miałam nadzieję, że chociaż styczeń uda się tu przetrwać bez strat.. przykro mi faith, że jesteś tu z nami.
Dużo siły.
Odpowiedz
#6
Tak bardzo mi przykro...Sad
To jak Cię potraktowali w szpitalu to się w głowie nie mieści...

Dużo sił dla Ciebie i Twojego narzeczonego...Wspierajcie się w tych trudnych chwilach, może zdecydujcie się na kilkudniowy wyjazd??

Dla Twojego Aniołka...[*]
Może te słowa teraz Cie pocieszą ale nie trać nadziei, wierzę w to, że będzie Wam dane zostać rodzicami Smile
Odpowiedz
#7
Dziękuję moje kochane...mimo nieszczęścia może to źle zabrzmi, bo wolałabym aby NAS(mnie, Was, naszych mężczyzn...bliskich) to wszystko nie spotkało, ale cieszę się, że znalazłam tą stronę i Was. Dziękuję za wsparcie i obiecuję być wsparciem dla Was.
Basiu spróbuję, pójść Twoją radą i dzisiaj w oknie zapalę światełko dla Mojego Aniołka.
Patrycja, ja sobie zadaję również to pytanie, ale i podobne. mam tyle koleżanek, które już pozachodziły (nie użyję słowa wpadka, żadne dziecko nie chciałoby być określane tym mianem) w gimnazjum, albo tylko dowiaduje sie z fb że są po raz kolejny w ciąży z coraz to nowym partnerem...a wiem, że tych dzieci nie chciały, nie mają możliwości aby je utrzymywać tak jak powinno, że mają kolejny (o zgrozo!) \'problem\' na głowie...i u nich wszystko przebiega bez problemu. A my? Czy inne kobiety, mają swój mały cud...albo dłuuugo sie o niego starają...aż w końcu muszą przejść taką tragedię.
To wszystko jest niepojęte...
Odpowiedz
#8
Faith masz rację, to nie pojęte!
A dla mnie ciągle tak bardzo bez żadnego sensu, ciągle zadaję sobie pytanie dlaczego my?! W styczniu rodzi bratowa, w maju bratowa męża...
A mnie trafia SZLAG!!!
Sad

Ściskam mocno!
Odpowiedz
#9
W sierpniu ma termin moja przyjaciółka, tak jak pisałam między naszymi maleństwami byłoby pare tygodni różnicy...i wiem, że będzie mi ciężko. Teraz codziennie mieliśmy ze sobą kontakt, porównywaliśmy nasze odczucia w ciąży...a teraz pozostaje mi tylką ją wspierać w kolejnych tygodniach...miesiącach...

Agatka Maria, jak coś to jestem...tak jak tutaj pisałyście i widzę jak sie wspieracie na forum...to nam pozostaje. Dobrze, że jesteście :*
Mam nadzieję, że za jakiś czas będziemy sie dzielić ze sobą również dobrymi wieściami...bedzie dobrze...musi być...jednak nasze Aniołki będą zawsze w naszych sercach.
Odpowiedz
#10
Faith bardzo współczuję straty Maleństwa i niestety znów widzę, że nasza służba zdrowia, a właściwie nie służba zdrowia tylko ludzie znów nie stanęli na wysokości zadania, znów brakło empatii i poszanowania czyjegoś bólu i straty.
Ciężkie dni przed Tobą, to że przyjaciółka jest na takim etapie ciąży co Ty byłaś nie będzie pomagać. Boli i będzie boleć, z czasem będzie troszkę lepiej i można wtedy już bez łez mówić o Dziecku, które za wcześnie odeszło. Porozmawiaj szczerze z przyjaciółką, powiedz jej, że cierpisz i jest Ci trudno, że wspierasz ją ale będą dni, że nie będziesz miała ochoty z nią rozmawiać. Mnie nie było stać na taką rozmowę i zraziłam do siebie kilka koleżanek, one były w ciąży a ja nie mogłam tego znieść i delikatnie mówiąc czasami byłam nieprzyjemna.
P.S. ja też tylko raz widziałam, jak mój mąż płacze to było po kolejnej diagnozie, że dzidziuś odszedł.. nigdy nie zapomnę tych łezSad
Odpowiedz
#11
Dezuzia, ja po tym jak zostałam potraktowana w szpitalu...już wiem, że moja noga nigdy więcej tam się nie znajdzie. Mam do niego chwile moment, ale widząc lekarzy którzy mieliby odbierać mój poród...nigdy bym im tego ważnego zadania nie powierzyła. Mam bardzo dobrego ginekologa, niestety on pracuje w szpitalu o 50 km od miejscowości gdzie mieszkam, chociaż dobrze że gabinet ma tutaj...i jeśli kiedykolwiek znowu zajdę w ciążę i będę miała wybierać szpital na poród, to wolę rodzić w jego szpitalu.
Co do ciąży przyjaciółki, to może i masz rację. Jednak ona sama jest mi jak druga siostra, znamy sie od dzieciństwa...i czuję, że tak jak ona trwała przy mnie w tych ciężkich chwilach i nadal trwa, ja również nie będę potrafiła ją zostawić w momentach gdy będzie mnie potrzebowała. Bedzie ciężko...to na pewno, ale życzę jej i jej maleństwu tyle zdrówka, którego nam najwidoczniej zabrakło. Czuję czasem , że chciałaby mi coś opowiedzieć ( a minęło zaledwie dwa dni) o swoich odczuciach, ale stopuje sie próbując najpierw dowiedziec co u mnie, jak sobie radzę itd itp...i to w sumie ja muszę z niej wyciągać informacje, aby wreszcie opowiedziała mi co u niej, jak kolejne badania. Mojego dzieciątka nic nie zwróci...ale będe ciocią, wiec to oczywiste że martwie się o nią i jej dziecinkę...
Deduzia mamy szczęście, że mamy przy sobie naszych mężczyzn.
Odpowiedz
#12
Przytulam (*)
Odpowiedz
#13
:*

Mam kochane pytanie, ile dni po zabiegu łyżeczkowania jeszcze \'krwawiłyście\'?
Dopiero przyzwyczaiłam się do myśli, że jestem w ciąży i na długo nie powinnam widzieć krwi po wizycie w toalecie...a teraz mam jakieś dziwne uczucie, że będę krew widziała ciągle...Może to dziwne, ale czuję lęk widząc ją teraz...A w szpitalu po zabiegu nikt mi nie powiedział nic o tym co będzie teraz...dostałam wypis i kazano mi przyjść za 3 tygodnie po wyniki badań...a i ja chyba byłam jeszcze otumaniona bo nawet o to nie zapytałam...wiem dziwne to, ale ...no nie wiem.....
Odpowiedz
#14
Ja krwawiłam tydzień. Ale z przerwami. Pierwszego dnia obficie, drugiego troche mniej, Trzeciego wcale, ale ogólnie krwawienie utrzymywało się do tygodnia. Po 35 dniach od \"łyżeczkowania\" dostałam \"normalnego\" okresu. Z tym, że przygotuj się na bardzo obfity....przynajmniej u mnie tak jest teraz...
Odpowiedz
#15
Ja tydzień krwawienie i z tydzień plamienie delikatne. Na okres czekam. Mam też lekkie nagłe bóle/kłucia w brzuchu, ale to podobno normalne. Wynik badania hist-pat nie powiedział nam nic Sad tylko to co wiedzieliśmy sami...
Odpowiedz
#16
Dziękuję dziewczyny za odpowiedź. Ja jestem 3 dzień po zabiegu dopiero, a własnie sie martwiłam. Bo raz jest krew, raz plamie....a jeszcze nie mogę sie do tego widoku przyzwyczaić.
Agatka Maria przykro mi, że nic się nie wyjaśniło. Ja też czuję, że za 2 tygodnie jak pójdę po wyniki badania to nie dostanę odpowiedzi na nurtujące nas pytania.
Teraz jeszcze zaglądałam na \'kafeterie\', do dziewczyn z którymi jeszcze tak niedawno Cieszyłam się ze swojej ciąży...i trafiłam na temat \'jak usunąć ciążę?\" gdzie dziewczyna mówi, że to pierwszy albo drugi miesiąc i chce to zrobić...Aż sie zagotowałam w środku...Rozpłakałam się i narzeczony mnie musiał znowu uspokoić, a kiedy powiedziałam o co chodzi...ten wyraz jego twarzy Sad ...heh ja nie rozumiem tego, my tracimy swoje dzieci i cierpimy a inni chcą sie ich...aż trudno mi to napisać \'pozbyć\'...i nawet się z tym nie kryją -.-
Odpowiedz
#17
Ja mam teraz takie emocje, że jak słyszę,że ktoś chce zabić swoje dziecko, to sama najchętniej bym go zabiła!!!Gołymi rękami!!!
Jak oni mogą?!
Odpowiedz
#18
Nie wiem...dla mnie to nigdy nie było zrozumiałe...a teraz to już tym bardziej. ;/
Odpowiedz
#19
Faith... bardzo mi przykro... bardzo... przytulam Cię mocno w moim serduchu Sad Twoja historia jest baardzo podobna do mojej... ech... Sad też robiłam kilka testów... przypomniała mi się moja wizyta w szpitalu... Sad doskonale Cię rozumiem... wiem co teraz przeżywasz... Sad
dla mnie, może i dla Ciebie też, ta sytuacja ma też pozytywną stronę- utwierdziłam się w tym jakiego cudownego mężczyznę mam przy swoim boku! Nie wyobrażam sobie, że miałabym przez to wszystko przechodzić sama... Sad Cieszę się, że Ty też masz wsparcie u najbliższej Ci osoby, to niezwykle ważne i chyba nie aż takie oczywiste dla niektórych facetów...
jeszcze raz mocno Cię przytulam :*
Odpowiedz
#20
Dziękuję Olenia za miłe słowa :* Twoją historię czytałam jeszcze w pierwszy dzień...ale brakowało mi odpowiednich słów żeby móc cokolwiek Ci napisać...zawsze mi się wydaje, że odpowiadając na wasze historię, chcąc Was pocieszyć, mogę użyć zbyt banalnie brzmiących słów...które już sama również nie raz słyszałam.
Jednak MY wszystkie tutaj znamy gorzki smak tragedii która nas dotknęła i dlatego każde słowo otuchy od WAS/NAS jest bardzo ważne...muszę jeszcze do tego przywyknąć.
Co do naszych partnerów to masz rację...bez nich byśmy sobie nie poradzili :*
Przytulam :*! I jak coś to jestem :*
Odpowiedz
#21
Droga Faith. Ból, który czujesz nie jest mi obcy... Dokładnie tego samego dnia straciłam wszystko co miałam najcenniejsze... Przytulam Cię i Twoją kruszynkę! Dużo sił na najbliższe dni!!!
Odpowiedz
#22
Łączę się również w Twoim bólu Stracona. Przytulam również :*

Dzisiaj mija tydzień...ehhh...
Wczoraj musiałam wyłączyć przypomnienie w telefonie narzeczonego o wizycie u ginekologa, którą mieliśmy umówioną na 13.01...miałam wtedy zobaczyć swoje maleństwo i jego bijące serduszko po raz pierwszy...los niestety chciał, że jednak widziałam go już wcześniej...i mam ten widok ciągle przed oczyma.
Byliśmy wczoraj u naszych znajomych, mają dwie córeczki...starsza była w szkole...ale półtoraroczna dziewczynka była w domu...Oczywiście na dzień dobry usłyszeliśmy gratulacje...które musiałam szybko uciąć
Chwilę po naszym przyjeździe narzeczony musiał pojechać do pracy na godzinkę, wiec miałam zostać z koleżanką i jej córeczką...jak wychodził i poszłam z nim do przedpokoju aby z nim pożegnać, to ta kruszynka przydreptała do mnie i wyciągnęła rączki abym ją wzieła na ręce....serce mi pękło gdy ją wziełam...Narzeczony też tak...tak...popatrzył na mnie i na nią...kurcze, rozpłakałam się przypominając sobie to...No ale własnie o to chodzi prawda? Aby zrzucać z serca to co nam teraz ciąży.
Gdy zostaliśmy same z tą znajomą, to próbowałam rozmawiać o wszystkim ale nie o tym co nas spotkało...
Później przyszła jej kolezanka z synkiem, są sąsiadkami...chyba ta nasza znajoma jej powiedziała wcześniej że jestem/byłam w ciąży (nasi mężczyźni razem służą , są wojskowymi, w jednej jednostce) więc znowu \'garulacje\' i znowu cisza gdy mówie, że poroniłam...
Tematy mężów, dzieci...domu...
A ja siedzę i czuję się jakbym była jakaś INNA, jakby coś było ze mną nie tak...
Później jak już wrócił narzeczony, koleżanka musiała iść po starszą córeczkę do szkoły i zapytała, czy byśmy nie zostali popilnować tej najmniejszej...zgodziliśmy się...
I gdy wyszła a zobaczyłam jak mój mężczyzna bawi się z tym maleństwem , rozpłakałam się...
Wiecie? Ja kiedy teraz patrzę na niego i widzę te duże brazowe oczy...myślę od razu, że nadze dziecko też by je po nim odziedziczyło...
A dzisiaj zostałam sama na 3 dni, bo musiał z pracy wyjechać po nowy sprzęt na jednostkę do Warszawy...Obiecałam mu, że będę o siebie dbać, jeść normalnie (bo teraz straciłam apetyt totalnie)...i nie płakać, bo on nie będzie mogł mnie pocieszyć...ale co ja mogę? To jest silniejsze ode mnie...
Odpowiedz
#23
Faith to tylko tydzień......
Mogę sobie tylko wyobrazić Twoją \"dietę\", ja po poronieniu w ciągu 7 dni zjadłam 2 jabłka i 2 udka. I moooorze kawy. Nic więcej mi nie było potrzebne. Ale tak nie można robić.
Wiesz, czasami cisza w rozmowie jest lepsza niż pseudo pocieszenia, które nic oprócz większego bólu nie wnoszą...
Bardzo mocno przytulam w tym trudnym czasie. ...
Odpowiedz
#24
Do mnie jeszcze Iwonko nie dociera to, że ja łapie sie na liczeniu dni które minęły od straty...gdzie pare tygodni temu byłam skupiona na liczeniu czasu ile maleństwo już we mnie rośnie i jak zbliża sie pomału czas aż będzie z nami.
Ja to zapewne nic bym nie przełknęła, ale narzeczony wziął wolne w pracy i próbował we mnie coś wciskać...i coś tam codziennie podziobałam.
No a że dzisiaj mu obiecałam, że jak go nie będzie to bedę jadła...to muszę słowa dotrzymać, bo na pewno zauważy, że nic z lodówki nie zniknęło. W ostateczności, dobrze, że mamy psa (suczka , goldenka) ona zawsze chętnie coś zmacznego zje.
Dziękuję, również przytulam :*
Odpowiedz
#25
Wiesz, ja cały czas liczyłam tygodnie i co tam się mogłoby dziać z maleństwem, gdyby jeszcze było we mnie...
Jedz, nie oszukuj, bo nie oszukasz narzeczonego tylko siebie. Mnie łatwo dawać rady, chociaż wcale dobrze się nie odżywiam.
Jestem kociarą Big Grin
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości