Boli
#1
Wczoraj po raz pierwszy od bardzo wielu lat modliłam się przed snem. Jeszcze w piątek mimo nerwowego dnia wychodziłam uśmiechnięta z pracy. Mimo snu, który miałam w nocy z czwartku na piątek. W poniedziałek mieliśmy iść z mężem na usg w 13tc. Nie zdążyliśmy. W piątek wieczorem zaczęło się krwawienie. Lekkie. Szpital na Madalińskiego, badanie i nadzieja bo serduszko ciągle bije. Nawet je widziałam i słyszałam na usg. Odesłanie do domu z lekami bo trzeba czekać. W sobotę powrót do lekarza bo bolało jak diabli od rana, znowu szpital ale Praski. Na izbie przyjęć badanie, znowu nadzieja bo serduszko ciągle bije, dadzą leki, może wyciszą skurcze. Za godzinę było po wszystkim. Moje dziecko zabiła bakteria. To moje drugie poronienie. Pierwsze w 7-8tc jakoś przeżyłam. Ciąża źle się rozwijała, nie było szans, jakoś to sobie wytłumaczyłam. Teraz jest gorzej. Nasza "śliwka" bo taką miało ksywkę rozwijała się doskonale. Wróciłam ze szpitala z raną na dole i ogromną dziurą w sercu. Każdego dnia mąż do pracy, córka do przedszkola, ja na zwolnieniu więc zamykam za nimi drzwi uśmiechając się i jeszcze machając, odwracam się i łzy płyną same. Mam ochotę krzyczeć, tupać, uderzyć w coś i nie mogę bo mnie zatyka. Więc nic nie robię. Obijam się z kąta w kąt, płaczę i wciąż do mnie wracają te same obrazki. Monitor usg z widokiem i dźwiękiem serduszka z piątku, młody lekarz z Praskiego, który z uśmiechem oznajmia, że inni w ogóle nie mają dziecka i to są dopiero tragedie i to, że sama przykryłam chustkami to co ze mnie wypadło bo zostawili mnie z tym samą. Śliwki nie ma, a razem z nią umarła jakaś część mnie. Mówi się, że wszystko co złe to do człowieka wróci. Nie wiem co ja takiego zrobiłam, że los mnie pokarał czymś takim? Czym ja sobie zasłużyłam na to? Źle mi.    
Odpowiedz
#2
Śliwko, bardzo mi przykro.... niczym nie zawiniłaś, poronienie to nie kara.... Sad współczuję Ci serdecznie.
Odpowiedz
#3
Śliwko przykro mi bardzo z powodu straty dziecka, ale też z powodu słów lekarza, domyślam się jak może Cię to boleć.
Tak jak Pibi napisała w niczym nie zawiniłaś, wręcz przeciwnie zrobiłaś co mogłaś, a najbardziej to, że kochałaś to maleństwo od samego początku.
Pibi dobrze napisała, poronienie to nie kara, bo te maleństwo w niczym nie zawiniło.
Wiem jak Ci ciężko tutaj każda z dziewczyn wie, jak na raz chcesz krzyczeć, płakać, jak budzi się złość, żal i wiele innych emocji.
Masz do tego prawo, to jest etap żałoby, ale nie zamykaj się w sobie, to najgorsze co byś mogła zrobić.
Pisz do nas, tutaj znajdziesz wsparcie i zrozumienie, pisz do nas, wyrzuć do z siebie... nie cofnie to czasu, ale będzie odrobinę lżej.
Wiem to po sobie, pisanie tutaj dla mnie jest terapią....
Przytulam Cię bardzo bardzo mocno.
[*]- dla Twojego Aniołka
Odpowiedz
#4
Śliwko mi również bardzo przykro .. (*) dla Twoich aniołków..
Odpowiedz
#5
Śliwko... jesteśmy z Tobą...
Odpowiedz
#6
Dziękuję Wam. Otarłam nos, umalowałam się nawet. Efekt: wyglądam tragicznie. Czy z makijażem czy bez. Jestem zapuchnięta, nie potrafię się uśmiechnąć. I tak chce mi się płakać albo najlepiej to zasnąć i obudzić się za rok najwcześniej. Jeszcze w sobotę nie myślałam, że mnie to tak walnie. Nie wiem czy jeszcze znieczulenie ogólne ze mnie nie zeszło po czyszczeniu czy co, mówiłam, że i tak będę próbować. Mąż się cieszył, że dobrze znoszę. W niedzielę już popłakiwałam rano, potem wieczorem w łazience aż mnie dusiło. W poniedziałek po rozmowach z lekarzami było tylko coraz gorzej. Wczoraj rozmawiałam z mamą i mówiłam, że będę wyrzucać bieliznę córki za małą i na pytanie "czemu tego nie zbierasz?" - w domyśle dla następnego - zmroziło mnie. Już pomijam fakt, że nigdy córce nie zakładałam majtek po innym dziecku, zawsze nowe, to w ogóle pytanie o zbieranie rzeczy dla kolejnego dziecka przyprawiło mnie o niemą rozpacz. Zaraz po tej rozmowie pomyślałam, że w sumie to wszystko co jest po niej w piwnicy (pierwszy wózek, łóżeczko, wanienka, ciuszki, pierwsze zabawki) to wszystko co miało dostać na dzień dobry młodsze mam ochotę wywalić na śmietnik. Tak naprawdę nie zrobiłam tego jeszcze bo podejrzewam, że mój mąż wziąłby mnie za rękę i zaprowadził do psychologa? psychiatry? Albo, że może mi przejdzie. Albo, że niebo mi się zawali na głowę i będzie spokój. Nie wiem. Zaczynam się wściekać na to wszystko i chyba czas się napić jakiejś melisy bo za dwie godziny muszę wyjść z domu i odebrać córkę bo jest mała (niecałe 3,5) i jest smutna po tym weekendzie, że odbiera ją ktoś inny niż mama. Jak się napiję tego zielska to może wtedy po drodze nikogo nie zabiję.
Odpowiedz
#7
Przykro mi, ze to Cie spotkalo. Placz ile potrzebujesz, daj upust emocjom. Ja nie wiele moge ale jestem z Toba i mocno Cie sciskam. Zycze Ci duzo sil i przesylam troche dobrych mysli choc sama nie mam ich za wiele.
(*)(*) wysylam swiatelka dla Twoich Aniolkow
Odpowiedz
#8
Bardzo, ale to bardzo Ci wspolczuje Sad tak bardzo bym chciala Cie wesprzec, objac ramieniem..
Odpowiedz
#9
I ja przyłączam się do wyrazów współczucia. My wszystkie doskonale Cię tu rozumiemy.

To podejście niektórych ludzi (nie tylko lekarzy), że masz się cieszyć bo przecież masz już dziecko, jest bardzo bolesne dla nas- mam które pragną więcej niż jedno dziecko. Z drugiej strony faktycznie, to co teraz dzieje się u niektórych par, co usilnie starają się choćby o jendo dziecko- jest również bolesne.

Niemniej jednak to dziecko, które mamy, nie zastąpi nam Aniołków. Ja mam 5 letnią córkę i nie raz mam ochotę traktować ją jak Dzidziusia, którego mi tak brakuje.

Też nie raz mam ochotę wyrzucić, a raczej porozdawać ciuszki, pościele, sprzedać wózek. Już trzeci rok będę czekać na kolejne dziecko; próbować. A tymczasem od dwóch lat te rzeczy czekają w tym samym miejscu...i zastanawiam się czy się jeszcze nam przydadzą...
Odpowiedz
#10
Ja zdaję sobie sprawę z tego, że pary bezdzietne starające się o dziecko, po poronieniu są w tragicznej sytuacji. Wiem też, że moja córcia, którą udało mi się donosić (i wiem jak cholernie dużo szczęścia mieliśmy, chociaż wtedy tego nie rozumiałam) trzyma mnie jako tako w pionie. Przy niej muszę funkcjonować normalnie. Żal mi, że widziała jak mnie boli bo była z nami póki nie dostałam łóżka. Nie było czasu, żeby ją odwieźć do dziadków. Cieszę się, że zdążyłam ich wygonić do domu i nie patrzyła na końcówkę. Złapałam się na tym, że jak do mnie przyjechała następnego dnia to ją tuliłam dwa razy mocniej. Za to drugie chyba też. Potem wieczorem, już w domu przy usypianiu jej patrzyłam na jej rączki, jakie ciągle są malutkie i jakie byłyby tamte. Staram się odganiać takie myśli od sobie bo to nie w porządku w stosunku do niej. Ona jest, zdrowa, śliczna i potrzebuje mnie. Jestem w takim rozerwaniu bo "śliwka" umarła, żebyśmy nie umarły obydwie. Takie zakażenie może zabić podobno nawet matkę. A my tak bardzo na to dziecko czekaliśmy. Ale organizm się bronił - tak twierdził lekarz. Jest mi z tym strasznie i chce mi się wymiotować jak o tym myślę. Bo z każdym kolejnym dniem coraz bardziej wierzyłam, że może? może? Jeszcze dzień, jeszcze jeden, dwa, trzy, może dotrwam i przejdziemy obronną ręką przez te 13 tygodni. Nienawidzę tej bakterii, tego małego gówna, które się namnożyło, a nikt niczego nie podejrzewał. Nie wiem co będzie z rzeczami, które trzymam. W sumie nie zawiniły. Przecież chyba nie może przynieść pecha coś co jest po zdrowym dziecku, po tej małej iskierce. Ale też zastanawiam się czy jest sens to trzymać. Żałuję, że czekałam tak długo. Najpierw mówiłam, że niech mała trochę podrośnie, potem okazało się, że mam mieć zabieg kardiologiczny więc czekaliśmy pół roku w kolejce i trzy miesiące po (bo nikt w ciąży go nie zrobi). Ale też nie był bezwzględnie konieczny. A potem się zaczęło. To jest jakaś masakra.
Odpowiedz
#11
wspólczuję Ci bardzo,

jestem mama trójki dzieci ziemskich i dwójki niebiańskich, tez tule czasem moje dzieci tak mocno i mysle o tych co są w niebe i bardzo płakać mi się chce

po drugim poronieniu wyrzuciłam / oddałam wszystkie rzeczy dla niemowlaczków- ulżyło mi naprawde ,było tego mnóstwo- wory ubranek, które trzymałam dla nastepnych dzieci, pieluszek tetrowych pachnących proszkiem do prania dla dzidziusiów- nie wiem czy bede jeszcze miała dziecko, ale wyrzuceniem tych rzeczy, choć płakałam okrutnie-( nad soba i utraconymi dziećmi, utraconymi marzeniam)i zamknęłam jakiś etap w swoim zyciu i to mi pomoglo

przytulam (*)(*) dla twoich dzieci
Odpowiedz
#12
Dziewczyny,

jak ja mam rozmawiać z własnym mężem skoro on tylko jak się wspomni o sytuacji robi się smutny i zamyka się. Przedwczoraj się kłóciliśmy bo wrócił jakiś zły na wszystko, ja miałam koszmarny dzień i wystarczyło byle co, żeby poszły iskry. Wczoraj lepiej ale jak wspomniałam o temacie to zmienia mu się twarz. Mówi, że robi mu się gorzej jak się o tym rozmawia. W gruncie rzeczy (poza oczywiście najgorszym czyli stratą) ominęło go to co ja widziałam. Serduszko. Ja je widziałam zaledwie trzykrotnie, dwukrotnie miałam szansę usłyszeć ale dla mnie to było takie "Mamo, jestem tu, rosnę, czekaj na mnie!". A teraz własnemu mężowi, żeby go pocieszyć opowiadam jakieś bzdury, że to był dopiero sam początek, że ludzi spotykają gorsze rzeczy. Chyba chcę w to wierzyć. Nie wiem czy wierzę ale bardzo chcę. Pewnie im dalej w las tym większy szok. Już nie wiedziałam co powiedzieć. W końcu wypaliłam, żeby pomyślał o ludziach, którzy stracili synka na przejściu dla pieszych w wakacje. Chłopczyk był w wieku naszej córki. Wtedy po wypadku tego malca cały dzień chodziłam jak struta. Patrzyłam na swoją córkę i nawet bałam się pomyśleć co czuli jego mama czy tata. Wiem, że takich strat porównać nie można. Każdy ma inny próg wrażliwości, inne są też okoliczności. Każdy wszystko inaczej przeżywa. Ale zastanawiam się czy przyjdzie taki dzień kiedy ja o tym co nas spotkało przestanę myśleć? Za jakieś dwa tygodnie muszę wrócić po wynik badania. Nie czuję się na siłach. Boję się tego co przeczytam. Boję się, że poznam płeć. Nie wiem czy powinnam bo nie wiem czy się nie skończy dla mnie na jakichś prochach. W ogóle nie chcę być ani tu, ani tam, ani nigdzie indziej. Chcę zniknąć. Chce wrócić jak już będzie po wszystkim. Przerasta mnie to. Chcę, żeby to się skończyło. Żeby było jak przedtem. Przed ciąża, w jej trakcie, obojętnie, żeby tylko nie było tego co teraz.
Odpowiedz
#13
Doskonale Cie rozumiem. Tez oddalabym zycie za to zeby bylo jak przedtem, zeby byl brzuszek i normalny porod - z placzem i Moim zywym Synkiem. Zaraz po porodzie moglabym umrzec byle tylko on urodzil sie zywy. Bo bez Niego nie wiem jak mam zaczac zyc. Ta rzeczywistosc nie miala byc taka. Odnalazlabym sie w niej jesli Wojtus wypelnil by moje dni i noce, jesli moglabym Go tulic i kolysac ramionami. A teraz ta rzeczywistosc jest jakby poza mna i nie wiadomo jak otworzyc drzwi i wejsc do jej srodka. A czy przestaniesz myslec? Mysle, ze nie. Kochasz swoje dziecko i zawsze bedzie w Twojej glowie i sercu, zawsze bedzie go brakowac. Moze mysli zaczna zmieniac z czasem swoja postac, mam tez taka cicha nadzieje. Ja narazie mysle w kazdej doslownie minucie. Nie umiem nawet obiadu zrobic, wszystko przypalam itd. Kiedy mysle swiat staje w tamtym miejscu na tamtym szpitalnym lozku i nie zdaje sobie sprawy, ze on nadal plynie.
A co do Twojego meza to mysle, ze zamknal sie moze przed Toba. Nie chce Ci pokazac, ze jest slaby. Chce zebys wiedziala, ze jest i Cie wesprze; ze bedzie Twoja silna podpora. Podobnie jak moj. Nie wiem czy czytalas tu na stronie o zalobie mezczyzn i tym jak oni sobie z tym radza z psychologicznego punktu widzenia.
https://www.poronienie.pl/warto-wiedziec...i-partner/
Zycze Ci duzo sil i jestem obok. Sciskam Cie mocno i zycze abysmy przetrwaly ten kolejny ciezki dzien.
(*) dla Aniolka
Odpowiedz
#14
MoniaN bardzo Ci dziękuję. Pomogło. Przynajmniej rozumiem już trochę jego zachowanie. Nie będzie tak bolało. Chcę Ci też powiedzieć, że bardzo mi przykro z powodu Twojej straty. Nie tak to wszystko powinno wyglądać. Dzieci naprawdę nie powinny umierać. Żal mi każdego dziecka które umarło i którego mama jest tutaj. W ogóle każdego. Przerażające jest to ile rzeczy może się wydarzyć po drodze zanim urodzi się zdrowe dziecko. Czytam te wszystkie historie i zaczynam się zastanawiać czy całkiem nie porzucić myśli, że może, kiedyś? Nie jestem masochistką przecież. Przytulam Cię mocno. Dziękuję.
Odpowiedz
#15
Dzisiaj po raz pierwszy od feralnego piątku po raz pierwszy wiedziałam, że coś mi się śniło. Samochód. Przed pierwszym poronieniem, jeszcze zanim wiedziałam, że jestem w ciąży, zepsuty, a ja daleko od domu. Teraz, jakiś czas temu znowu auto, o którym wiedziałam, że coś jest nie tak. Zadziwiające jest, że pojawiają się te same symbole przy takich samych problemach. Ludzki mózg jest zadziwiający. Bo niby skąd miałam wiedzieć kiedy śniły mi się moje dzieci, że coś będzie nie tak? Boję się swoich własnych snów. Moja córka, którą urodziłam nigdy mi się śniła kiedy byłam z nią w ciąży. Boję się też powrotu do pracy. Pytań co mi było, czy już dobrze. Dzisiaj muszę zawieźć zwolnienie. Do biura nie będę wchodzić, żeby uniknąć pytań. Ale wiem, że i tak się ich uniknąć nie da. Prędzej czy później. Kiedy drugie? Ostatni raz słyszałam je jakieś dwa tygodnie temu. Właśnie w pracy. Nic nikomu o ciąży nie mówiłam - wtedy myślałam, że jeszcze, teraz już wiem, że nigdy - śmiałam się i mówiłam, że prędzej czy później będzie. Teraz na to samo pytanie chyba bym się rozbeczała. Wiem, że kadrowa się domyśla. Bo seria zwolnienia potrafi powiedzieć dużo. Zaczynam myśleć, że nie jestem w stanie donosić żadnej ciąży. Zabawne jest to, że jeszcze przedwczoraj mówiłam do mojej mamy, że mój dowód na to, że jestem w stanie urodzić dziecko siedzi na kanapie i ogląda bajkę. Dzisiaj myślę, że już za późno. Mam 34 lata, młodsza nie będę, może być już tylko gorzej. Córkę rodziłam dwa miesiące przed 30 urodzinami. Tak sobie myślę, że chyba czas pogodzić się z faktem, że będzie jedynaczką. Jest mi smutno bo zawsze, naprawdę zawsze mówiłam, że chcę dwójkę. Ale od tego chcę do tego mam jest cholernie długa i wyboista droga. Chyba nie mam już siły. Przepraszam, że tak piszę bez ładu i składu. Mam jakiś gorszy dzień.

Pomyliłam się. Dwa miesiące przed 31 urodzinami. Tym gorzej dla mnie.
Odpowiedz
#16
Śliwko, 34 lata, to jeszcze nie tak dużo.
Odpowiedz
#17
śliwka pisz śmiało, wygadaj się, wyrzuć to z siebie, wtedy jest lżej....
Odpowiedz
#18
Śliwko, mam 37 lat. Poroniłam w grudniu. Teraz się leczę i nie mówię nie. Jeszcze się nie poddałam. Mam tak jak Ty jedno dziecko. Nie wiem co będzie i na razie nie myślę o tym. Ważne jest to, czego Ty chcesz i czy masz siłę zawalczyć. Zdajesz sobie już teraz na pewno sprawę, że do sukcesu i tak trzeba jeszcze wiele oprócz chęci. Myślę jednak, że Ty teraz powinnaś przede wszystkim dojść do siebie i dać sobie czas na żałobę po tej świeżej stracie a może po obydwóch. Siły życzę na dziś, żeby ten gorszy dzień szybko się skończył...Tak jest raz lepiej, raz gorzej i wszyscy mamy nadzieję, że każda z nas będzie mogła jakoś normalniej funkcjonować w przyszłości ale tęsknota za naszymi dziećmi zostanie i tego się nie da zmienić. Trzymaj się i dużo ciepłych myśli posyłam
Odpowiedz
#19
Wiecie Dziewczyny,
moja córka dostała dzisiaj nowe kalosze. Tak jej się podobają, że stare chce wyrzucić. Powinnam się pięć razy ugryźć w język zanim odpowiedziałam. Powiedziałam, że może lepiej komuś oddać. Na co ona: "Tak, dzidziusiowi!". Więcej mi już dzisiaj nie potrzeba. Chciałaby mieć rodzeństwo. Jeszcze niedawno kupowałam jej książeczki o pojawiającym się w domu maluchu. Dzisiaj tego żałuję. Żałuję też kupionego we wrześniu pięknego czerwonego płaszcza o którym myślałam, ze długo w nim nie pochodzę bo urośnie mi brzuch. Nie urósł. Teraz ostatnio w tym samym sklepie kupowałam z mężem żakiet. Z dokładnie taką samą myślą. Nie mogę patrzeć na ubrania kupione w takim momencie. Wczoraj oglądałam film. Jacyś młodzi bohaterowie, zakochani ledwo co, a ja przez pół filmu myślałam, że tacy młodzi to nawet pojęcia nie mają ile w życiu człowieka czeka. Generalnie dzień mam dzisiaj do d....
Odpowiedz
#20
Mam do siebie samej pretensje. W 6tc. lekarz zapytał mnie czy potrzebuję zwolnienie. Powiedziałam, że nie, dobrze się czułam. W pierwszej ciąży chodziłam do pracy tak długo jak się dało. W 33tc. lekarz już wprost powiedział, że albo przysiądę trochę na tyłku albo będę mieć wcześniaka. Poskutkowało. Teraz wydawało mi się, że też dam radę. Owszem, przez połowę tej ciąży chodziłam zasmarkana, dwa razy byłam na krótkim zwolnieniu właśnie przez przeziębienie. Bo kazali mi lekarze. Nie bo sama chciałam, tylko bo mi kazali. Wchodziłam do gabinetu mówiłam jak się czuję, mówiłam, że mam malucha w I roku przedszkola i że jestem w ciąży. Lekarz mi zawsze mówił "jest pani chora". Czemu ja nie poszłam na to cholerne zwolnienie, żeby na mnie nikt nie prychał i nie kichał??? Córka czasem przeziębiona tak ale poza tym ludzie w pracy, każdego coś łapało, a ja i tak miałam obniżoną odporność bo ciąża. Dziewczyna, która ledwo dostała umowę na czas nieokreślony za chwilę przyniosła zaświadczenie o ciąży i siedzi na zwolnieniu i niczym się nie przejmuje, a ja się szczypałam ze zwolnieniem bo JA PRZECIEŻ DAM RADĘ. Pracuję tam od 11 lat. (!!!!!) Boże, jaka ja głupia byłam. Ciągle myślałam, że w domu to się jeszcze nasiedzę. No to się nasiedziałam Sad Mam swoją pracę i nie mam dziecka, na które czekałam. Jestem głupia, głupia!
Odpowiedz
#21
sliwka tak dobrze Cie rozumiem .. po pierwszym poronieniu obiecałam sobie i mężowi że jeśli tylko dowiem się że jestem w ciąży od razu idę na zwolnienie ( gdy dowiedziałam się że serduszko nie bije w pierwszej ciąży byłam w tym dniu w pracy z gorączką już od kilku dni chodziłam zasmarkana) i teraz co .. pracowałam do 21 tc do tego momentu gdzie się wszystko chyba posypało bo urodziłam 24/25tc a mały stanął wagą na 21 tc .. kłóciłam się z mężem o to prawie całą ciąże że dam rade .. bo co w pracy powiedzą ..a teraz mam mogę wrócić do pracy tak jak chciałam pracować ale nie mam swojego synka .. i też mam teraz koleżankę jest gdzieś w 8tc już zapowiedział że od następnego tyg idzie i co i nikt się nią nie przejmuję .. a szybciej ją docenią niż mnie .. wszyscy od poczatku mówili siedź w domu jest zima .. nie ja byłam mądrzejsza to mam .. przeszłam 2 przeziębienia w ciąży .. Przytulam Cie mocno .. wirtualnie .. tylko tyle mogę Sad
Odpowiedz
#22
Wiecie Dziewczyny,

nie mogę odpędzić myśli, że coś zrobiłam źle. Wczoraj pisałam o tych ubraniach. I tak, ciągle o tym myślę, że gdybym nie kupowała ubrań w swoim rozmiarze to może nic by się nie stało. Przy mojej pierwszej udanej ciąży nie kupowałam takich rzeczy. Wiem, że to głupie. Wiem i co z tego. Kupiłam nowe książki o ciąży tak ok. 9tc. Mąż mówił, że za wcześnie. Teraz wiem, że miał rację. Ciągle się zastanawiam czy nie wyrzucić tych rzeczy. Ale szkoda mi ich bo są w moim odczuciu ładne. O książkach myślę, że może kiedyś się przydadzą, nie kosztowały 5zł. Ciągle myślę, że każdy kto na mnie patrzy domyśla się. Przecież to też głupie. Moja mama się obraziła bo podniosłam na nią głos, a poszło o to, że nie brałam tranu w okresie jesienno-zimowym. Bo jej pani doktor powiedziała, że... i "szkoda, że nie brałaś". Tego było dla mnie za dużo. Wielu rzeczy nie zrobiłam. Nie siedziałam w domu tylko latałam do pracy, nie zażądałam od lekarza wymazu, a powinnam. Tylko skąd miałam o tym wiedzieć? Przy pierwszej ciąży takie rzeczy nie były potrzebne. W ogóle mam wrażenie, że mój lekarz potraktował tą ciążę po macoszemu. Przy mojej córce kartę ciąży miałam założoną w 7tc. Teraz byłam u lekarza w 6tc. i kazał mi przyjść za 6 tygodni. Karty nie założył. Pytałam o nią, powiedział, że później. Teraz myślę, że może gdyby była... i tak poszłam do niego wcześniej bo pobolewał mnie brzuch, zrobił USG powiedział, że wszystko gra. Karta później bo tego dnia było mało czasu. I nie dotrwałam. Nie wiem, naprawdę nie wiem jak się wygrzebać z takich myśli. Dobijają mnie.
Odpowiedz
#23
To już wiem co zrobiłam źle. Zaszłam w ciążę za wcześnie. W czwartym cyklu od pierwszego poronienia. W najgorszym okresie kiedy wylęgały się choróbska (styczeń). Nie było mrozu i wirusy się mnożyły. Dzisiaj lekarz powiedział mi, że żeby wszystko było dobrze nie może być próchnicy (nie mam, więc to nie to) i nie może być zapalania zatok, migdałów itp. No i już wiem na czym się wyłożyłam. Ciągle chorowałam z zatokami właśnie. Od dziecka mam problem z górnymi drogami oddechowymi. Moja córka urodziła się w okresie kiedy przez dwa lata nie narzekałam na katar. Miałam go w ciąży z nią zaledwie raz i to jakiś lekki, chyba w drugim trymestrze, raptem parę dni. Teraz zatoki mnie bolały, nie dostałam antybiotyku no bo ciąża, robiłam tylko inhalacje. Samą wodą bo internistka odradzała dodawanie czegokolwiek, żeby nie było kaszlu (wzmaga skurcze macicy). To jest załamujące. Dzisiaj usłyszałam: najlepiej wiosną lub latem. Tylko, że w ciążę, którą poroniłam jako pierwszą zaszłam właśnie latem. W tym miesiącu urodziłoby się moje dziecko. To wszystko jest bez sensu, bez sensu!!!! Teraz po utracie tej ciąży, nagle, katar mam ledwo ledwo i to nie każdego dnia. To jest bez sensu bo z tym się nie da walczyć, po prostu taka jestem, od dziecka, a moja córka to jest cud bo urodziłam ją jakimś fartem, w jednym z najlepszych okresów życia. Mieliśmy nowe mieszkanie, byliśmy trzy miesiące po ślubie kiedy zaszłam z nią w ciążę, pierwszy trymestr przypadł na marzec, kwiecień, maj. I to naprawdę cud bo zatoki odpuściły. Wiecie co, mimo, że wiem co to było to wcale nie jest mi lepiej. Zdaję sobie sprawę z tego, że teraz laryngolog powinien się stać moim najlepszym przyjacielem. Ale nawet nie wiem czy chce mi się walczyć bo im bardziej się spinam tym mniejszą ochotę mam na cokolwiek. Po prostu jestem za słaba, a mąż który ciągle przypomina mi o swoim wieku wcale mi nie pomaga. Jest tylko gorzej.
Odpowiedz
#24
Śliwko, nic nie zrobiłaś źle. Jak bakteria zabiła Twoje dziecko?
Odpowiedz
#25
Śliwko jak PiBi pisze, na pewno nic złego nie zrobiłaś.
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości