oto ja...
#1
Listopad/Grudzień 2013
Oto ja. Z uśmiechem mówię do męża, Kochanie, teraz są dobre dni, spróbujmy, może to jest nasz czas? Próbujemy. Kupuję test „po 6 dniach”, w końcu chodzę na zajęcia z samoobrony, a te wszystkie przewroty, upadki i kopnięcia na pewno nie byłyby dobre dla Maluszka. Na teście jedna kreska – przyjmuję to spokojnie, w końcu to dopiero pierwsza próba, nie każdemu udaje się od razu. Jednak gdy kilka dni później, po spotkaniu z kolegami, mój M. mówi „Daria jest w ciąży, 8 tydzień” – czuję ukłucie…żalu? zazdrości? że im się udało, a nam nie… Czuję, że czeka mnie wyjątkowo ciężka @, bo podbrzusze szarpie i kłuje jak nigdy. W terminie @ nic się nie dzieje, mija dzień, dwa, w końcu robię kolejny test. Z niedowierzaniem patrzę na drugą, cieniutką i nieśmiałą kreseczkę, „przecież nie jestem w ciąży, sprawdzałam tydzień temu!”. Po chwili konsternacji, ogromna radość, jednak się udało, będziemy mieli dzidziusia!!! Po jakimś tygodniu idę do mojej ginekolog, „pani doktor, chyba jestem w ciąży!”. Badanie na fotelu, „jakie ładne tętnienie”, badanie USG – trochę gorzej, według cyklu to koniec 6 t.c., a na ekranie widać tylko pęcherzyk, wg pomiaru – 5 t.c. Lekarka marszczy nos, przepisuje duphaston i każe się pokazać za 2 tygodnie.

Styczeń 2014
Oto ja – dumna Mama. Na USG serduszko bije mocno i szybko, pomiary wskazują na 7 t.c., więc od ostatniej wizyty ciąża rozwija się prawidłowo. Dopiero teraz mówimy rodzicom, w pracy wiedzą tylko 2 najbliższe koleżanki. Inna przychodzi się pochwalić, „pewnie i tak niedługo się dowiecie, jestem w ciąży, 6 tydzień”. Gratuluję i w środku uśmiecham się do siebie, że spotkamy się na porodówce. Trzy tygodnie później świętujemy urodziny - moje i M. Dla mnie podwójnie szczególne – bo 30te i z serduszkiem pod sercem. Tata się pyta, ale Wasze dziecko nie będzie styczniowe? To nie, może następne, śmiejemy się. Następnego dnia idę na wizytę, dziś kończymy 10 t.c. i założymy kartę ciąży – wcześniej moja lekarka nie zakłada, bo „wszystko się może zdarzyć”. Przed wizytą mam złe przeczucia. Dosłownie widzę siebie, jak wychodzę z gabinetu ze złymi wieściami. Przeczucia niestety okazują się słuszne, czyżby matczyna intuicja? Serduszko nie bije już od tygodnia, skierowanie do szpitala, leki, zabieg, pustka…zresztą same wiecie…

Luty 2014 – miesiąc, którego nie było
Oto ja – moje ciało jakoś funkcjonuje, chodzi do pracy, gotuje, robi zakupy. Gorzej z głową, niby działa, ale jakoś tak na autopilocie. Koleżanka z pracy, ta w ciąży, na szczęście już na zwolnieniu, więc nie muszę przeglądać się w niej, jak w krzywym zwierciadle. Jestem, ale jakby mnie nie było…

Marzec / Kwiecień 2014
Oto ja, idealna matematyczna sinusoida. Jednego dnia jakby normalna, następnego w totalnej rozsypce. Bardzo chcę być już w kolejnej ciąży. Robię badania tarczycy, bo przypomina mi się, że w 8 t.c. wyniki były podniesione. Teraz są niejednoznaczne, podstawowe parametry w normie, ale przeciwciała tarczycowe dużo za duże. Idę na kontrolną wizytę do mojej ginekolog, fizycznie jest już okej. Mówię jej o tych wynikach, radzi, żeby zwrócić się do endokrynologa, bo ona jest „tylko ginekologiem”. Zapisuję się do pana profesora endokrynologa. Diagnozuje chorobę Hashimoto i przepisuje hormony. Na pytanie, kiedy będę mogła starać się o dziecko odpowiada „nie jestem ginekologiem”. Czuję się bezradna, ginekolog nie jest endokrynologiem, endokrynolog nie jest ginekologiem, to kto mi powie, kiedy będzie bezpieczny czas na starania? Znajduję lekarkę, która ma dwie specjalizacje, w połowie kwietnia mówi „nie zabezpieczajcie się, teraz jest dobry czas”…

Maj 2014 – miesiąc nadziei
…No to się nie zabezpieczamy i … tak! Na początku maja czuję, że jestem w ciąży, choć to jeszcze bardzo wcześnie. Dzień po terminie @ robię test, tak pro forma, są dwie piękne krechy. Szybko pojawiam się na wizycie, na USG jeszcze nic nie widać, ale to jeszcze może za wcześnie. Trochę boję się, że może być ciąża pozamaciczna. Znów duphaston, skierowanie na HCG, wynik b. dobry. Kolejne USG po 3 dniach, długie poszukiwania i … widać pęcherzyk! Uff, jednak nie jest pozamaciczna. Lekarka robi dobrą minę, ale chce mnie szybko znów zobaczyć, zbyt szybko. Wiem, że pęcherzyk powinien być większy. Chyba wpadam w paranoję, bo dla odmiany zaczynam się obawiać, że jajo będzie puste. Czekamy. Ponowna wizyta już za kilka dni…

Czerwiec 2014
… Teraz pęcherzyk widać już wyraźnie, nie chowa się, jak poprzednio, smrodek jeden. To dopiero 6 t.c., a już tyle się wydarzyło. Zakładamy kartę ciąży, dostaję skierowanie na badania, tłumaczę sobie, że teraz musi być już dobrze, ale z tyłu głowy czai się niepokój, że wg OM to powinien być już 8 tydzień i że w pęcherzyku jeszcze nie widać zarodka. Nakazuję sobie spokój, robię badania, wszystko w normie, tylko to tarczycowe TSH trochę za wysokie… Za tydzień wizyta „na wszelki wypadek”, bo kolejnego dnia zaczynam urlop, planuję, że już nie wrócę do pracy, że po urlopie idę na zwolnienie. Wychodząc z domu mówię do M., żeby trzymał kciuki, żeby wszystko było dobrze, ale nie mam żadnych złych przeczuć. Niestety, serduszko nie bije. Ja jeszcze w to nie wierzę, lekarka posyła mnie do szpitala na lepsze USG. Na ginekologii nie ma pani doktor, do której mam się zgłosić, muszę wejść na położnictwo. Tam uderza mnie myśl „tym razem to nie dla Ciebie” i już wiem, moje drugie dziecko naprawdę nie żyje. USG to potwierdza, pęcherzyk jest, zarodek jest, tętna brak. Pani doktor nie zatrzymuje mnie w szpitalu, moja lekarka każe jeszcze brać duphaston i w szpitalu pojawić się za tydzień. To ponownie rozpala we mnie nadzieję, taką malutką, do której przed nikim się przyznałam, dopiero Wam. Z jednej strony wiem, że to się stało, mówimy rodzicom, że tym razem też nie, ale tak naprawdę tak bardzo głęboko w sercu, tuż obok dziury po pierwszym dziecku, jest jeszcze we mnie maleńka iskierka nadziei. W szpitalu pojawiam się z rozpoznaniem „ciąża martwa”, choć przez ten tydzień przecież już nie sprawdzałam.. Podczas obchodu zdziwione miny lekarzy, którzy 5 miesięcy wcześniej zapewniali, że pierwsza strata to na pewno przypadek, że tak się po prostu czasem dzieje, że następnym razem na pewno się uda. Zabierają mnie na USG, to ostatnie chwile tej iskierki nadziei, że może stał się cud, że może serduszko „ruszyło”… Cudu nie ma. Jest szpitalne łóżko i kolejne porcje proszków na poronienie… Zabiegu odmawiam. Jeszcze w szpitalu trafiam na poronienie.pl dowiaduję się, jakie badania zrobić po drugiej starcie. Próbuję czytać Wasze historie, ale za bardzo bolą te wszystkie straty. Znów przechodzę w tryb autopilota…

Lipiec 2014 – dziś

Tydzień po wyjściu ze szpitala idę na wizytę kontrolną. Moja lekarka na razie nie każe robić żadnych badań, ale ja czuję, że muszę działać, inaczej zwariuję. Na własną rękę robię więc większość zalecanych tu badań, wszystkie wyniki w normie, poza tą przeklętą tarczycą. Trafiam do kolejnego endokrynologo-ginekologa, który stwierdza, że ta druga ciąża była zdecydowanie zbyt szybko, że organizm jeszcze nie doszedł do siebie po poronieniu. Do tego ta chora tarczyca… W tym kierunku leczę się do dziś i do dziś tarczyca jest nieustawiona. We wrześniu byliśmy na pobraniu krwi na kariotyp. Po 5 tygodniach telefon, że coś tam nie wyszło i że trzeba ponownie pobrać krew. To było 3 tygodnie temu, przed nami kolejne 3 czekania. Wymyślam różne rzeczy, żeby w tym czasie nie zwariować. Obcięłam włosy, bo potrzebowałam zmiany. Skontaktowałam się z dietetykiem, który ułożył mi dietę, w której ważna jest waga produktów. Tak więc myślę o wadze bułki lub plastra wędliny, a nie o wynikach (a przy okazji chudnę Smile Nałożył się nam na to remont łazienki, więc myśli skupiają się dodatkowo na płytkach, wannie, bateriach i 1000 drobiazgów. Przez te 4 miesiące wielokrotnie myślałam o psychoterapii, ale ostatnio jest jakby lepiej. Czuję, że powoli budzę się z letargu, dojrzałam do tego, żeby opowiedzieć Wam moją historię. To też jest forma terapii. Dziękuję tym z Was, które dobrnęły do końca tej dłuuugiej opowieści. Żadna z nas na to nie zasłużyła, ale dobrze jest wiedzieć, że są tu osoby, które po prostu rozumieją.
Odpowiedz
#2
Asza, przeczytalam Twoja historie. Splakalam się przy okazji... Dobrze ze dolaczylas do nas. Ja tez po pierwszej stracie tylko czytalam, po drugiej zaczelam tez pisać. Zgadzam się ze to forma terapii - w rodzinie czy wśród znajomych malo kto rozumie przez co przeszlysmy. Tutaj, na forum rozumieją wszyscy. Chociaż mamy rożne historie, rożne przyczyny to każdaz nas musiała pożegnać marzenie i nadzieje. Mam nadzieje ze pozegnalysmy je tylko na chwile...
Odpowiedz
#3
Unbeldi, dziękuję. Tu jest takie miejsce, w którym czuję się bezpiecznie. Rodzina i znajomi, ci nieliczni, którzy wiedzą, bardzo nam współczują, ale faktycznie tak naprawdę nie rozumieją. Mam kilka empatycznych osób, ale mam wrażenie, że czują się zagubieni, gdy po raz kolejny wracam do tych samych historii.. Chyba chcieliby, żebym już poszła dalej..a przecież żałobę w sercu będziemy nosić już zawsze.. Ja jestem dość pogodną osobą, więc wiele osób z otoczenia nawet się nie domyśla, co kłębi się w mojej głowie. Zazwyczaj nad tym panuję, tak mi się przynajmniej wydaje.. Ale czasem wystarczy jeden impuls i wszystko wyłazi. Wtedy jestem bezbronna, teraz już wiem, gdzie mogę się schować. Dobrze, że tu trafiłam! a nasze Aniołki..na pewno nad nami czuwają!
Odpowiedz
#4
Asza przytulam Cię bardzo mocno, przykro mi że dołączyłaś do aniołkowych mam Sad
Zapalam światełko dla Twojego Aniołka [*]
Odpowiedz
#5
Asza Bardzo współczuje Ci straty Sad To okropne że nasze dzieci odeszły... Ja po 7 miesiącach od straty to już nie jestem Ja... Teraz jestem kimś kogo sama czasami nie potrafię zrozumieć.. Tęsknota za dziećmi jest ogromna.. brakuje mi wszystkiego co jest z nimi związane.. brakuje mi tego oczekiwania na nich.. mimo wszystko staram się nie poddawać, chociaż to takie trudne... Życzę ci Wsparcia i zrozumienia ze strony najbliższych. ..
Odpowiedz
#6
Asza bardzo mi przykro, że i Ciebie spotkała strata Malenstw zapalam światełka dla Twoich Aniołków (*) (*) i niestety tak jest ze wiekszosc otoczenia poprostu nie rozumie przez co przechodzimy i gdy fizycznie jest juz dobrze to im sie wydaje ze nie ma tematu ... smutne to ale tak juz jest ze jak pojawia sie problem to pozostaja przy nas tylko najbardziej wytrwali ... zycze Ci duzo sily i wiary w to ze bedzie dobrze bo tylko tyle nam pozostalo , ja sama stracilam dwoje dzieci i przy zyciu trzyma mnie nadzieja ze kiedys sie uda i utule swoje malenstwo ... pozdrawiam Cie i przytulam serdecznie ...
Odpowiedz
#7
Dziewczyny, bardzo dziękuję za ciepłe słowa i wsparcie. Wszystkie tu dużo przeszłyśmy, zbyt dużo.. Czasami wydaje mi się, że cały ten rok był tylko snem, częściowo pięknym, częściowo koszmarnym. Teraz, cztery miesiące po drugiej stracie, powoli wracam do równowagi, jeszcze bardzo kruchej i wrażliwej nawet na drobne impulsy, ale zawsze równowagi. Na dnie serca mam wielki żal i ból i tęsknotę, ale równocześnie trochę łatwiej mi już oddychać. W moim idealnym świecie takie forum w ogóle by nie istniało, bo nie byłoby potrzebne. Ale świat jest jaki jest i dobrze, że jest to miejsce i że Wy jesteście!
Odpowiedz
#8
Asza przykro mi ze i Ciebie to spotkałoSad Dużo siły życzę.
Dla Twoich aniołków[*] [*]
Odpowiedz
#9
asza przykro mi bardzo
przytulam
[*] [*]
Odpowiedz
#10
asza tak bardzo mi przykro. Jesteśmy w tym samym wieku, strata bardzo boli i rozumiem Cię doskonale - obie jesteśmy Mamusiami aniołków. Cieszę się że jesteś tutaj z nami.... choć nie powinno tak być, sama łapię się na różnych myślach, np. ze jest piękna pogoda i pewnie w tym momencie byłabym z dzidziusiem na spacerze, że miałoby już teraz 1,5 miesiąca.... Jest b ciężko
[*] [*] dla Twoich aniołków



[*] 31.01.2014 - Julia 10 tc
Odpowiedz
#11
Asza, przeczytałam i serce pęka mi z bólu. To straszne, że musiałaś przeżyć to dwa razy... to straszne, że szukamy pomocy u lekarzy i często jej nie otrzymujemy. Sama mam problemy z tarczycą i myślę, czy to to mogło być przyczyną? Dużo miałaś przekroczone normy?

Ściskam Cię mocno i zapalam światełko dla Aniołków (*) (*)
Odpowiedz
#12
Asza kochana pamiętaj, że jestem z Tobą, wszystkie jesteśmy, pisz do nas o swoim bólu, to naprawdę pomaga
Odpowiedz
#13
Dziękuję Wam. Cudownie, że jesteście, ale równocześnie to straszne, że jest nas tak dużo. Postaram się odwiedzić każdą z Was, żeby również przytulić i powiedzieć\"jestem\". Dziwne to, ale wspieranie innych daje mi siłę do walki z własnym bólem. Może, gdy jesteśmy z tym cierpieniem same, wydaje się nam, że nie ma nadziei ani sił do walki. Ale gdy spotykamy inne osoby przepełnione bólem, chcemy być silne dla nich? Dziękuję, że jesteście silne dla mnie! Ja postaram się być dla Was!

Meeeg, nie wiem, czy o kwestiach medycznych mogę tu pisać.. Jeśli nie, to poproszę o przeniesienie tej wypowiedzi do innego wątku. Ja mam chorobę Hashimoto występująca z niedoczynnością tarczycy. TSH mam cały czas powyżej normy, w pierwszej ciąży było ponad 4, później\"samo\" spadło do 2,5 a po miesiącu skoczyło do blisko 5. Niestety przy tym wyniku zachodziłam w drugą ciążę, uwierzyłam lekarzom, że skoro już biorę hormony, to jest bezpiecznie. W opinii lekarza, z którym później się konsultowałam, chora tarczyca bardzo często odpowiada za \"niepowodzenia położnicze\" jak to określił. W sumie to trochę mam nadzieję, że to przez tarczyce, bo ją może w końcu uda się \"ustawić\" choć na razie jest oporna. Pozostałe wyniki mam raczej dobre. Poniżej normy wyszła mi tylko witamina D3, która też podobno jest bardzo ważna w ciąży. No i czekamy na to powtórne badanie kariotypów..
Odpowiedz
#14
Asza , ja też to stwierdziłam, że bardzo nas dużo i coraz to więcej przybywa,tutaj każda każdą rozumie,tutaj można się otworzyć, napisać co się tak naprawdę czuje, wyżalić...
Odpowiedz
#15
Martynko, jak leżałam w szpitalu z drugą martwą ciążą, to położne mówiły, że same nie wiedzą, o co chodzi, bo tygodniowo mają co najmniej dwie dziewczyny z martwymi ciążami.. to jest ponad 700 utraconych marzeń rocznie! I to tylko w tym jednym szpitalu... Nawet jeśli część dziewczyn wraca, tak jak ja, to i tak przerażające te statystyki. Czasem zastanawiam się, gdzie są te dziewczyny, ale przecież żadna z nas na czole wypisanej historii nie ma. Może jakąś kampanię uświadamiającą trzeba zorganizować, bo to jest olbrzymi problem. A my musimy sobie radzić same i jeszcze wysłuchiwać głupich pytań wścibskich ludzi...
Odpowiedz
#16
Asza to trudny temat, ludzie tak naprawdę uciekają od takich tematów, przykre ale prawdziwe Sad to przerażające, że jest nas tak dużo Sad ale tak jak piszesz, żadna z nas nie ma tego wypisanego na czole...
Odpowiedz
#17
Wiem, że trudny. Z 10 lat temu moja koleżanka straciła dziecko, tak jakoś w 7, 8 t.c. Pamiętam jak ją wtedy podziwiałam, że to w ogóle przeżyła! Nawet teraz, pomimo że sama sporo doświadczyłam nie znajduję słów pocieszenia na nowe straty.. Dobrze, że jest to miejsce, gdzie możemy wzajemnie się wspierać, po prostu być, wygadać się, wyżalić.
Odpowiedz
#18
jak się to mówi, w jedności siła... naprawdę, jak się ma wsparcie i można pogadać z kimś kto to przeżył i rozumie nas jest odrobinę lżej
Odpowiedz
#19
Chyba nie ma dla nas słów pocieszenia. Czasem jakaś koleżanka mówi, że nie wie, co powiedzieć. Ja ją tylko proszę, żeby wysłuchała...
Odpowiedz
#20
Asza, o tarczycy w wątku tarczycowym, o badaniach w wątku badaniowym - trzymaj się tego Smile
Odpowiedz
#21
PiBi staram się Smile ale to czasami tak z kontekstu samo wychodzi.. zupełnie bez pytania... ;-)
Odpowiedz
#22
Pojechaliśmy z tatą na grób jego dziadków. Spotkaliśmy jego kuzynkę, najmłodszą z rodzeństwa. Tato zwyczajowo powitał ją\"cześć młoda\", a ona na to \"ja przynajmniej już jestem babcią\". I po co tak? Na bezmyślne słowa bezmyślnych ludzi nie poradzę, ale przykro się zrobiło. Ja jestem jedynaczką i rodzice mają tylko jedną opcję na zostanie dziadkami...nas. Smutno :-(
Odpowiedz
#23
Asza przykro mi bardzo, takie słowa bolą bardzo bardzo mocno-my dziś rano byliśmy na cmentarzu, chciałam uniknąć spotkań i głupiej ludzkiej paplaniny...
Przytulam Cię bardzo bardzo bardzo mocno
Odpowiedz
#24
Asza, takie głupie słowa bolą jak diabli. Czasami chciałabym wykrzyczeć tym ludziom co czuję... Ale na brak empatii i bezmyślność nie ma lekarstwa - trzeba się po prostu uodpornić. Przytulam Cię wirtualnie...
Odpowiedz
#25
Dziękuję dziewczyny, za wsparcie i za to, że mogę się po prostu wyżalić. A ja już tak mam, że chyba nigdy się nie uodpornię.. Cały czas tak jakoś naiwnie wierzę w ludzi.. i ich bezmyślność stale mnie zaskakuje.. Choć już dawno powinnam się przyzwyczaić!
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości