Matki z grupy ryzyka. Urodzenie chorego dziecka po wcześniejszym poronieniu?
#1
Cytat:Z moich doświadczeń i poznanych historii kobiet, które poroniły i zdecydowały się na dziecko, wynika, iż istnieje realne zagrożenie zdrowia przyszłego potomka. Poronienie często jest informacją z organizmu, że coś nie działa jak działać powinno, istnieje możliwość, że ciąża po poronieniu przygotowywana bardzo często przez lekarzy i utrzymywana dzięki medycynie zakończy się urodzeniem niepełnosprawnego dziecka. Nie piszę tego by kobiety straszyć, piszę to by w sposób świadomy decydowały się na zabiegi medyczne, które mają ją przygotować do zostania mamą. To nie jest równanie - poronienie + stymulacja = niepełnosprawność. Bardzo mały procent kobiet znajduje się w grupie ryzyka jednak uważam, iż każda ważna decyzją, a za taką na pewno uznać można decyzję o potomstwu powinna być przemyślana, co w przypadku poronienia skutkować powinno spojrzeniem szerzej poza obręb własnych pragnień. W wielu przypadkach związek dwojga ludzi zawierany w dobrej wierze podlega ochronie przed tajemnicami rodzinnymi, młody mąż czy narzeczona nie afiszują się chorobami psychicznymi w rodzinie, czy niepełnosprawnością, czy poronieniami matki. Dopiero po rodzinnej tragedii jaką jest urodzenie niepełnosprawnego dziecka okazuje się, iż były ku temu przesłanki.

Zdecydowałam się o tym napisać z uwagi na ogromny ciężar jaki dźwigają kobiety niepełnosprawnych dzieci. Jeżeli poroniłaś i kompetentni fachowcy po wykonaniu badań zakwalifikują cię do grupy ryzyka, rozważ w swoim sercu i tę możliwość, że dziecko wymagać będzie waszej specjalnej opieki do końca życia.
http://www.akson-centrum.pl/poronienie/1...iecka.html

zastanawiam się co sprawia, że kobiety po kilku poronieniach decydują się na kolejne dziecko? wiedząc, że są w grupie ryzyka... czy nie wyciągają wniosków z wcześniejszych poronień? czy nie przychodzi im na myśl, że może ich ciało chce im coś powiedzieć? czy któraś z Was zdecydowała się na dziecko po poronieniu i okazało się, że urodziła dziecko niepełnosprawne - tak jak w tym artykule powyżej? pytam o to, bo staram się zrozumieć i ocenić czy we mnie też są takie przesłanki, aby mieć dziecko za wszelką cenę, nawet za cenę jego niepełnosprawności - i co przeważyło wagę u Was, że pomimo poronienia jednak zdecydowaliście się na kolejne dziecko?

kiedyś opiekowałam się krótko dzieckiem chorym na autyzm...jest tyle dzieci niepełnosprawnych porzuconych...

czy tak sobie wyobrażamy nasze wymarzone macierzyństwo? czy zdajemy sobie sprawę, że tak może wyglądać nasza przyszłość...


Edycja / DzikaMysz 2014-10-04 12:39 / Dodanie tagów cytowania
Odpowiedz
#2
Irena wyluzuj przecież sa tutaj dziewczyny które po 3.4 czy 5 poronieniach rodzi zdrowe dziecko. A czasami organizm nic nie mówi. Jak chcesz pogadac napisz maila bo widze że jestes zagubiona i pewnie teściowa albo jakas ciotka robi wode z mozgu
Odpowiedz
#3
chcę tylko spytać czy te osoby po 3 czy 5 poronieniach mają świadomość, że mogą w końcu osiągnąć CEL ale nie taki jaki sobie wymarzyły...uparte dążenie do celu nie gwarantuje urodzenia zdrowego dziecka...po prostu chciałabym wiedzieć dlaczego niektóre z nas dążą za wszelką cenę by mieć dziecko - czy uważają, że one na 100% nie urodzą dziecka niepełnosprawnego? czy też decydują się na kilkadziesiąt lat, do końca życia opieki nad jakimkolwiek dzieckiem? czy też chcą mieć tylko zdrowe dziecko, a chore zabiją lub oddadzą?
Odpowiedz
#4
Irena jest mnóstwo powodów poronień. Tu jest mowa o małym procencie i o decyzji po wykonaniu badań genetycznych, których wynik wskazuje na problemy.
Są na forum kobiety które poroniły wielokrotnie i urodziły zdrowe dzieci, czasami po bezproblemowej ciąży i nawet bez leków, czasami z pomocą lekarzy. Kiedyś przeczytałam że prawie każda kobieta raz w życiu roni, tylko często tak wcześnie że o tym nie wie i myśli że to miesiączka. Każda powinna zrezygnować z macierzyństwa?

Pisanie o dziecku niepełnosprawnym \"jakiekolwiek dziecko\" to chyba jednak przegięcie. Waż proszę słowa. I powstrzymaj się od ocen. Bo niby pytasz, niby z ciekawości a wyrok juz wydałaś.
Odpowiedz
#5
\"Nasze wymarzone macierzyństwo\"... Dziecko zdrowe czy nie nie jest tak naprawde nasze-to zupełnie osobny człowiek, czasem tak różny od nas. On nie ma spełniać naszych marzeń. Każdy rodzic by chciał zdrowego, mądrego, zdolnego, żeby ząbki miał naturalnie rowniutkie, uszy żeby nie odstawały. Zachodząc w ciążę, nieważne po poronieniu czy nie, nigdy tak naprawdę nie wiadomo co będzie i..... to jest piękne. Życzę Ci dużo spokoju, mimo wszystko i miłości bo to chyba jedyna siła, która pozwala stawić czoła przyszłości jaką by ta przyszłość nie była
Odpowiedz
#6
Irena a masz na to jakieś realne źródła, badania czy tylko wynika to z \"obserwacji\" autora tekstu jak to jest wspomniane? Zarówno kobieta po poronieniu jak i taka, która nie poroniła nigdy może urodzić chore dziecko. Na ryzyko wpływa między innymi wiek kobiety, wady genetyczne w rodzinie, picie alkocholu, palenie papierosów...

Zastanawiam się też jakie to \"zabiegi medyczne\" wykrywają czy urodzi się dziecko chore?

Ja po dwóch poronieniach urodziłam zdrową Córkę, teraz jestem czwarty raz w ciąży i jak na razie dziecko rozwija się prawidłowo. W poprzedniej ciąży miałam zalecenia do aminopunkcji ale jej nie wykonałam bo byłam zdecydowana urodzić dziecko bez wględu na to czy będzie zdrowe czy chore.
Odpowiedz
#7
A ja znam kobietę, która co prawda nie poroniła ale miała problemy z zajściem w ciążę. W końcu się udało przez in-vitro ale to była ciąża mnoga, trojaczki. W wyniku tego przedwczesny poród, chłopiec nie przeżył, dwie dziewczynki żyją. Jedna zdrowa druga bardzo chora, ciągle operacje i rehabilitacja, nie wiadomo jak będzie... Mimo to ona jest najszczesliwsza na świecie i cieszy się każdym dniem z dziećmi. Wątpię żeby wiedząc jak to będzie wyglądało zrezygnowała.
Odpowiedz
#8
Irena nie zapominaj że dziecko może urodzić się zdrowe i zachorować poważnie np w wieku przedszkolnym .
Zdrowe genetycznie dziecko staje się niepełnosprawne lub nieuleczalnie chore.
Macierzyństwo to całość od poczęcia nie tylko do urodzenia ale też przez całe życie dziecka.
Odpowiedz
#9
Irena ne pogniewaj sie ale czy gdy zachodziłas w ciaze ( która niestety straciłas) zastanawiałaś sie ze mozesz urodzić chore dziecko? Nie bo zadna z kobiet w tym momencie nie mysli o ciazy w takich aspektach. A nawet przy pierwszej ciazy mozna urodzic chore dzieciatko. Czasami wszystko jest w porzadku a w czasie porodu przydadza sie komplikacje na ktore niestety nie mamy wpływu . Niestety nigdy nic nie wiadomo. A to ze straciło sie dzieciatko nie daje ani gwarancji na to ze nastepnym razem sie uda ale tez nie przekresla wszystkiego


.
Cytat:chciałabym wiedzieć dlaczego niektóre z nas dążą za wszelką cenę by mieć dziecko - czy uważają, że one na 100% nie urodzą dziecka niepełnosprawnego? czy też decydują się na kilkadziesiąt lat, do końca życia opieki nad jakimkolwiek dzieckiem? czy też chcą mieć tylko zdrowe dziecko, a chore zabiją lub oddadzą?
Moim zdaniem decyduja sie wlasnie na to z powodu miłości i checi obdarzenia nia wlasnie to maleństwo.
Pytanie zadane nie na miejscu. I cisnie mi sie cos na jezyk ale ugryze sie w niego.
Odpowiedz
#10
Irena - czasami kobieta roni, bo dziecko ma wadę genetyczną.
Ale bardzo częstą przyczyną poronień jest np. zbyt niski poziom progesteronu u kobiety. Dochodzi do zapłodnienia - powstaje zdrowe dziecko, ale nie zagnieżdża się prawidłowo. Wtedy często wystarczy podać hormon i wszystko dzieje się jak należy - kobieta zostaje matką zdrowego dzidziusia.
Inne przyczyny to np. zespół antyfosfolipidowy, chora tarczyca i wiele innych. To są przyczyny nie wpływające na zdrowe poczęcie, a jedynie na problem z utrzymaniem ciąży. Dlaczego takie kobiety miałyby rezygnować z macierzyństwa, skoro medycyna może im to umożliwić...
Odpowiedz
#11
Jedno z największych tabu pośród samych kobiet tutaj w bezpośrednim pytaniu... Może mogłoby być zgrabniej sformułowane i mniej bezpośrednie, ale polemizowałabym z tym, że nie jest na miejscu. Pytanie nie dotyczy także ogólnego czy pierwszego ryzyka, jakie jest wpisane w samą próbę powołania na świat potomstwa. Dotyczy ryzyka określonej grupy i zdecydowanie większego prawdopodobieństwa - które jest związane z \"sygnałami\" z ciała UJAWNIONYMI już i znanymi, jak wiek, choroby lub poronienia w wywiadzie.
Dotyka:
- muszę mieć dziecko
- za wszelką cenę
- ryzykuję nie tylko sobą, ale i dzieckiem
- ryzykuję bardziej i mimo to
- ciężaru ewentualnej terminacji
- i paru innych, które POWINNO się rozważać PRZED poczęciem zdecydowanie poważniej niż to robimy.

To pytanie także o to, czy w imię siebie ryzykujemy ŚWIADOMIE nie tylko własne cierpienie, ale TAKŻE dziecka NIM sie pojawi. Nie jest pytaniem o prawo do życia, które już istnieje. Tylko o pewność etyczną siebie i własnych działań, nim zaistnieje. O brak głębokiej refleksji, czy aby na pewno przekraczanie barier dzięki medycynie zawsze jest tak łatwo uzasadnialne - moim PRAGNĘ. To pytanie o granicę wyznaczaną nam brutalnie przez naturę, którą usiłujemy opanować, w jakimś stopniu opanowujemy, a nie o brak gwarancji. To nie jest pytanie medyczne, tylko coś z pogranicza etyki i filozofii. Przynajmniej ja tak rozumiem zamysł tego posta. Niestety, nie bardzo widzę szansę na rozważną rozmowę o tym w miejscu, gdzie panują raczej emocje i cierpienie niż dyskusje o fundamentalnych ideach i ideałach, choć chętnie się na nie powierzchownie powołujemy. Niekiedy myślę, że szkoda, ale to zrozumiałe i ludzkie.
Tak, to bardzo ryzykowne pytanie.

Ireno, kobiety najczęściej NIE myślą w tych kategoriach. Częściej myślą w kategoriach wyidealizowanych WYOBRAŻEŃ o tym, strachów i nadziei. To potem muszą podjąć zweryfikowaną decyzję, co zostaje z szumnych deklaracji - jak już staną przed takim wydarzeniem faktycznie. Zaryzykowałabym stwierdzenie, że NIEKONIECZNIE WSZYSTKIE powtórzyłyby ten sam krok.
Mnie ręka drży, tak to określę, gdy zastanawiam się, co mówi do mnie... ten sygnał. Jak dotąd, granicę wyznaczoną uszanowałam, lecz bunt mój wzrasta do niebotycznych rozmiarów za każdym razem, gdy o istnieniu tej granicy myślę. Dzikie zwierzę w klatce się we mnie odzywa. Odzywa się także nieodrodny pierwiastek Adama i Ewy... Z wiekiem uczymy się większej pokory, ale ja mam to we krwi i jestem dzieckiem Boga, któremu On sam dał szansę na bunt. Dlaczego?
Odpowiedz
#12
Amelia a skąd wiesz, że \"kobiety najczęściej nie myślą w tych kategoriach\"? Ja miałam tą świadomość w każdej z czterech ciąż, ale trudno generalizować czy większość myśli o tym czy nie myśli.
Odpowiedz
#13
Nie zabrzmiałam precyzyjnie. Nie chodzi o to, że nie mają świadomości, bo nawet nie pomyślały o ryzyku. Chodziło mi o to, że najczęściej nie przetrawiły tego w kategoriach etyczno-filozoficznych, raczej myślą innymi i raczej są to wyobrażenia. Najczęściej, bo bywa inaczej, ale - rzadko.

Z moich obserwacji wynika taki pogląd, bo wiedzą bym tego absolutnie nie nazwała. Czemu jednak tak uważam, hm... Najczęściej same kobiety w czasie ciąży ujawniają, że zupełnie nie są w tych właśnie kategoriach przygotowane na to, ujawniają w chwili gdy już nastąpi lub gdy opowiadają o tym później. Wiesz, nie chodzi mi o to, że zawsze do końca była nadzieja, więc zawsze jakiś element szoku i zaskoczenia mimo to będzie. Tylko o brak silnego wewnętrznego stanowiska, głęboko przetrawionego ZAWCZASU. Nie mówią po prostu przygotowanego Fiat! Tak naprawdę dopiero wtedy najczęściej zaczyna się cała autentyczna wewnętrzna wojna w sumieniu, gdy dowiadują się, że coś jest nie tak lub gdy badania są dwuznaczne. A ja twierdzę, że to oznacza wcześniejsze myślenie wyobrażeniami raczej (to nie oznacza jakiegoś zarzutu, to ludzka reakcja, po prostu tak to postrzegam), pewnego rodzaju złudzenie przemyślenia w sumieniu wszystkich za i przeciw decyzji o poczęciu (zanim ono nastąpi). Jak inaczej wytłumaczysz, że jakiekolwiek wahania, jakiekolwiek weryfikowanie decyzji o urodzeniu lub nie (podkreślam, że chodzi o rozważania MORALNE w tę czy tę), odbywają się ponownie (albo i po raz pierwszy) w ciąży już zdiagnozowanej jako obarczona choćby tylko ryzykiem wad genetycznych? Teoretycznie nie powinny mieć już wtedy miejsca, bo odbyły się w pełni wcześniej i kobieta wchodzi w ciążę z pełnym przekonaniem co i jak poniesie i tylko konsekwetnie bez dłuższych wahań i rozterek swoje podejście podtrzyma, w obie strony - urodzi lub nie, ale już się nie szarpie w sumieniu. Według mnie nie wchodzi z takim przekonaniem, a mówienie że jest inaczej pobrzmiewa mi (niekiedy) górnolotnością ideału bezwarunkowej miłości (to przy wersji, że urodzi na pewno). Tu trochę ironizuję, fakt, ale rzeczywistość skrzeczy - to łatwo zadeklarować, wcześniej.

Samych decyzji nie oceniam, od razu dodam, żeby nieporozumień nie było.

Powątpiewam jedynie w fakt autentycznie konsekwentnego przekonania sumienia, nim pocznie się dziecko, jaki los mu wybierzemy, jeśli...
Odpowiedz
#14
Irena przeczytałam ten artykuł. Jest bardzo dobry i wyważony. Dyskusyjna jest teza, że wspomaganie rozrodu, podnosi ryzyko urodzenia chorego dziecka. Bo o to chodzi w podanym przez Ciebie cytacie. Nie o ilość poronień. Tak zrozumiałam z artykułu. Tego zagadnienia nie rozstrzygniemy bez odwołania do poważnych statystyk, którymi ja nie dysponuję.

A dyskusja etyczna zawsze na miejscu Smile. Według mnie chcesz pobudzić do refleksji po co nam dzieci? Czy chcemy ich dla nich czy dla siebie? Może żeby zapełnić jakąś pustkę, może nadać życiu sens? Nie trzeba być w grupie ryzyka, żeby się zastanawiać nad \"posiadaniem\" dzieci vs \"dawaniem\" dzieciom ich własnego życia.
Odpowiedz
#15
Amelia ale to jest generalnie ludzka cecha, że ma się jakieś konkretne poglądy na pewne sprawy, dopóki jednak nie znajdzie się w danej sytuacji to tylko poglądy, potem często się postępuje inaczej niż się deklarowało lub nawet jeżeli postępuje się tak samo to wewnątrz rozgrywa się dialog. Szczególnie przy tak poważnych decyzjach, które skutkują zmianą na całe życie.

Mam znajomych którzy twierdzili, że nigdy by nie zdecydiwali się na urodzenie chorego dziecka. Los postanowił inaczej. Teraz są dla tego Dziecka najwspanialszymi rodzicami jakich tylko można sobie wyobrazić... Podziwiam ich za siłę, wytrwałość.
Patrząc też na ich Córkę widzę, że jest szczęśliwa. I to doświadczenie pewnie też zmieniło moje postrzeganie, moje decyzje...

Ciężko jest jednoznacznie określić skąd bierze się pragnienie posiadania Dziecka, szczerze to do tej pory nie umiem na to pytanie jednoznacznie odpowiedzieć. Dla mnie zawsze Dziecko było niejako kontynuacją życia, owocem miłości. Można też na to spojrzeć w ten sposób, że tak nas zaprogramowała matka natura.
Odpowiedz
#16
A ja uważam, że bycie rodzicami - to znaczy dawanie życia i branie za niego odpowiedzialności jest wpisane w naszą ludzką naturę. Niektórzy dojrzewają do tego kroku szybciej, inni później, jeszcze inni nigdy się na to nie decydują. Bywa też, że decyduje los (np. wpadka w dowolnym wieku, albo brak partnera do późnego wieku). Są i tacy, którzy działają sprzecznie z naturą (od rodziców nieodpowiedzialnych zaczynając aż na drastycznym katowaniu lub zabijaniu dzieci kończąc). To temat na rozbudowaną filozoficzną dyskusję....

Mimo to uważam, że mamy prawo podjąć decyzję o poczęciu dziecka. I nie chodzi tylko o ciążę po poronieniu. Teoretycznie każda kobieta powyżej 35 roku życia jest w grupie podwyższonego ryzyka urodzenia dziecka z wadami genetycznymi. Czy to znaczy, że nie powinna zostać matką pierwszego czy kolejnego dziecka? Przecież natura wciąż daje jej takie możliwości. A czy będzie w stanie zajmować się chorym dzieckiem. Myślę, że nikt tego nie wie dopóki nie znajdzie się w takiej sytuacji....
Odpowiedz
#17
Dziękuję za Wasze wypowiedzi, najbliżej mego punktu widzenia jest Amelia. Choć ja nie nazwałabym tych rozważań filozoficznymi, lecz realnym podejściem do siebie - swoich predyspozycji, możliwości lub ich braku. Często w potocznym oglądzie mówimy, że przecież każdy jest inny, każdy ma inne zdolności...jednak w pragnieniach nie bierzemy tej inności pod uwagę, wszystkie chcemy być matkami, bo...bo co?, a nawet pomimo wszystko tymi matkami chcemy być - dlaczego? chcemy wszystkie być \"takie same\"? mieć to samo? chodzi mi w tym poście przede wszystkim o refleksję, o wyciąganie wniosków...dlaczego wszyscy wyciągają wnioski z poronienia, że powinni się starać o następne dziecko? to mnie zadziwiło? stąd ten temat...może tabu? w związku z niepełnosprawnością...ta jest tylko skutkiem czegoś - nie wiadomo czego tak naprawdę, lub wiadomo czego w niektórych przypadkach...nie osądzam, tylko pytam - dlaczego jedynym wnioskiem po poronieniu dopuszczalnym jest - poroniłam, no to teraz staram się o kolejne dziecko? A przecież nie jesteśmy zwierzętami aby podejmować decyzję pod przymusem - to po pierwsze, bez względu na to czy to przymus biologiczny, czy społeczny, czy jakikolwiek...

pierwsza sprawa to - wyciąganie wniosków z poronienia - na podstawie obserwacji swojego ciała, rzeczywistości, faktów...czy wyciągnęliśmy jakieś wnioski z poronienia? jakie?
druga sprawa to - relacja z Bogiem - dla wierzących - w jaki sposób Bóg do nas mówi? bo mnie zawsze uczono, że przez wydarzenia i przez moje ciało...tzn. przez fakty np. do czego mam zdolności, talenty to mam to rozwijać...jeśli nie mam predyspozycji to z pokorą to uznać...co Bóg chce mi przez to powiedzieć, że poroniłam? że moje ciało jest chore? że mam przeszkody aby mieć dzieci - przeszkody ekonomiczne, społeczne, psychiczne, fizyczne i inne? czy to bez znaczenia? czy Bóg mówi do każdego zawsze i wszędzie i bez względu na wszystko - bądź płodny i rozmnażaj się? chodzi mi w tym poście o odpowiedzialne rodzicielstwo wg Kościoła katolickiego...nie wiem czy był ten temat

przy okazji, jeśli kogoś zbulwersowałam, uraziłam, to przepraszam...jestem przeziębiona i mogę gadać trzy po trzy...ale i tak dzięki za Wasze wypowiedzi...
Odpowiedz
#18
Kilka razy pisałam i kasowałam moją wypowiedź...Uważam,że pytania zadane przez Irenę są bardzo ważne.To jest naprawdę wielki dylemat moralny.Po drugiej stracie zrobiłam badania genetyczne.Czekałam na wyniki z wielkim strachem.Wiedziałam ,że jeśli choroba okaże się przyczyną śmierci dziecka nie zdecyduję się nigdy więcej.Po pierwsze w moim przekonaniu byłoby to świadome narażenie dziecka jeszcze w mym łonie na śmierć.Po drugie,jeśli ciążę udało by mi się donosić nie miałabym moralnego prawa narażać to dziecko na cierpienie związane z chorobą.Wiadomo,że mutacja genetyczna nie oznacza 100% choroby,ale ryzyko jest oczywiste.Ale to moje sumienie.
Odpowiedz
#19
Ja myślę, że jeżeli Bóg by tak chciał to nie miałybyśmy dzieci bez względu na liczbę prób, brane leki, zabiegi medyczne.

Mi poronienia uświadomiły, że droga do macierzyństwa nie jest łatwa, te doświadczenia zmieniły mnie na zawsze i spowodowały że bardziej doceniam to co mam. Teraz wiem co jest dla mnie w życiu najważniejsze.
Odpowiedz
#20
O ja cię kręcę, jak przeczytałam to aż mnie ciary przeszły. Dzień dzisiaj taki piękny, a ten post taki czarny i taki dołujący.

Irena37, idąc tropem tych cytowanych przez Ciebie rozważań, a raczej histerycznych obaw, można też zapytać inaczej.
Czy świadomie decydujesz się na dzieci wiedząc, że:
- może kiedyś spadnie na nie cegła z dachu i umrą na miejscu
- może dojdzie do Polski wirus (z jakiegoś dzikiego kraju buuuu) i wszyscy umrą, zginą, nie będzie ich, i w kraju będzie ciemna rozpacz
- może wyjadą na wycieczkę autobusem i połowa z nich spłonie bo kierowca walnie w rów
- może wyjadą, jak holenderskie dzieci ostatnio, na wycieczkę samolotem i walnie w nie rakieta
- może w klasie w szkole dojdzie do przepychanek i ktoś twoje dziecko dziabnie nożem

Oraz można zadać pytania porównawcze, aby podważyć samą logikę twojego cytatu:
- czy jeżeli ostatnio złapałaś katar w tramwaju nr 8 to już do końca życia nie jeździsz tramwajem nr 8;
- czy jeśli poszłaś do swojego sklepu i kupiłaś jogurt, a okazał się zepsuty, to czy już do końca życia nie zajdziesz do tego sklepu;
- a czy jeśli ktoś buduje dom, ale powódź lub pożar zniszczył jego starania, to znaczy, że ma już domu nie budować? Że Bóg mu daje znak? Helllooo?

Może skoro gdzieś tu wspominamy Boga (rozumiem, że tego z Biblii) to spróbuj popatrzeć na poronienie jak na próbę jaką Bóg przygotował Hiobowi.
Odpowiedz
#21
Cytat:[autor cytatu=an1a]
Czy świadomie decydujesz się na dzieci wiedząc, że:
- może kiedyś spadnie na nie cegła z dachu i umrą na miejscu
- może dojdzie do Polski wirus (z jakiegoś dzikiego kraju buuuu) i wszyscy umrą, zginą, nie będzie ich, i w kraju będzie ciemna rozpacz
- może wyjadą na wycieczkę autobusem i połowa z nich spłonie bo kierowca walnie w rów
- może wyjadą, jak holenderskie dzieci ostatnio, na wycieczkę samolotem i walnie w nie rakieta
- może w klasie w szkole dojdzie do przepychanek i ktoś twoje dziecko dziabnie nożem
AN1a, a Ty sobie takich pytań nie zadajesz? Mnie to się dopiero wydaje dziwne.

Czy strata dziecka jest próbą Hioba, to każdy musi odczytać właśnie w swoim życiu. Natomiast nie wyobrażam sobie, żeby Bóg coś przez śmierć dziecka mówił. Tak jak nie myślimy, że wypowiada się, jeżeli jakaś kobieta została zgwałcona, albo dziecko zakatowane. To są tragedie, w których sam cierpi, a nie Jego język. Irena weź też pod uwagę, że Bóg mówi przez nasze pragnienia. I nie daj sobie wmówić, że ktoś wie, czego Bóg chce w ogóle, albo w Twoim życiu. Możesz zapytać Jego.

Jeszcze jedno. Urodzenie niepełnosprawnego dziecka traktujesz jak rozstrzygnięcie, że Boża wola nie została uszanowana. Przepraszam, jeżeli źle to odczytałam. A ja znam matki wychowujące niepełnosprawne dzieci, które wierzą, że właśnie takie ich dzieci były chciane przez Boga i dane im do kochania.
Odpowiedz
#22
Tak mi przyszło też na myśl - co kiedyś słyszałam, że podobno to w piekle jest równość, a w niebie panuje hierarchia...niby wszyscy są powołani do życia i do rozmnażania ale czy można powiedzieć, że kiedy urodzi się niewidome dziecko, to Bożą wolą jest aby widziało? albo jak ktoś się urodzi bez nóg - to czy jesteśmy tacy przekonani, że Bóg powołał tego człowieka do chodzenia?

Zastanawiałam się nad tym i chyba źle to ujęłam...wolą Bożą jest zawsze nasze dobro - aby ludzie byli zdrowi, widzieli, chodzili, długo żyli. Medycyna temu służy i Bóg nie sprzeciwia się ratowaniu ludzkiego zdrowia i życia. Są przecież chyba jakieś granice medycyny? wg Kościoła to co pozbawia godności człowieka jest tą granicą...Kościół nie ma nic przeciwko przeszczepom - tak mi się wydaje...ale co powie na przeszczep macicy *wczoraj o tym było w TV...wydaje się, że jak mówi Kościół = łaska buduje na naturze...człowiek będąc do czegoś powołany przez Boga ma to w swej naturze...można przecież być niewidomym lub bez nóg i być świętym...pragnienie człowieka by być zdrowym jest też pragnieniem Boga, On też chce tego samego...ale czy jest granica, za którą pragnienie człowieka nie równa się pragnieniu Boga? chyba tak - Kościół mówi o in vitro, że nie jest dobre...czy jak ludzie zaczną zamiast ciała wszczepiać sobie elektronikę to też będzie to dobre? sztuczna ręka, sztuczne oko, a sztuczna macica? cały człowiek złożony ze sztucznych elementów? zdrowy - tzn. funkcjonujący tak jak inni lub nawet lepiej...ale czy to jest wolą Boga? zdrowie człowieka za wszelką cenę? za jaką cenę? co jest tą ceną, której Bóg nie chce zapłacić dla zdrowia człowieka? paradoksalnie Bóg broni człowieka i właśnie GODNOŚĆ CZŁOWIEKA jest takim kosztem, którego Bóg nie poświęci...a to co naturalne jest zgodne z godnością człowieka...nawet naturalne kalectwo...którego Bóg nie chce, a jednak naturalne kalectwo nie sprzeciwia się godności człowieka...natomiast bycie wyhodowanym na szkle - to poniża człowieka, jego godność - i dlatego Bóg się temu sprzeciwia....bycie złożonym z komputerowych części - myślę, że to też sprzeciwia się godności człowieka...pomimo super funkcjonowania takiego monstrum...transhumanizm jest wymysłem masonerii i sprzeciwia się Bogu...polecam ciekawy film
https://www.youtube.com/watch?v=RGdaHHHHWoA Transhumanizm

trudno zaakceptować inność - w sensie kalectwa - ale może dlatego jesteśmy inni - inaczej wyposażeni przez Boga, bo to Jego plan?
Źle to ujęłam...nie jest planem Boga nasze kalectwo, a tylko różnorodność - różne nasze zdolności, umiejętności.

tak się tylko zastanawiam...myślę, że Bóg może dopuścić do urodzenia kalekiego dziecka - z różnych, sobie znanych powodów...nawet pierwsze dziecko można urodzić niepełnosprawne...lecz czy Bóg takie kalekie dziecko powołuje do rozmnażania? chodzi mi o to, czy my choć raz postawiłyśmy siebie w miejsce takich chorych dzieci...może Bóg nam mówi przez te poronienia, że jesteśmy chore tzn. nasz organizm...a może nie...tak tylko myślę, że niektórym mówi, że są chore, a innym by walczyły o kolejne dziecko...bo w końcu każdy jest inny...lecz czy jeśli ktoś zaakceptuje swoje kalectwo - i w ten sposób - jako kalectwo - odczytuje poronienie, to czy nie ma do tego prawa? każdy przecież może się kierować swoim rozumem - tym bardziej, że Kościół daje rodzicom możliwość uwzględnienia swoich predyspozycji do rodzicielstwa - nie każdy musi, czy powinien być rodzicem...tylko tyle chciałam powiedzieć, może bardziej do siebie niż do kogokolwiek tutaj...
Odpowiedz
#23
Irena ja myślę że każdy ma prawo do swoich decyzji. Najważniejsze żeby były one w zgodzie z tym co się czuje, z własnym sumieniem. Nie każdy musi mieć Dzieci i to jest indywidualna decyzja, nikt nas nie może do tego zmusić ani nam tego zakazać.
Odpowiedz
#24
Irena naprawdę myślisz ze Bóg zabił Twoje dziecko żeby Ci pokazać że jesteś \"chora\" i możesz mieć niepełnosprawne dziecko? Co to by był za Bóg zabijający dzieci żeby powiedzieć \"nie powinnaś mieć dzieci, bo będą niepełnosprawne\". Jeśli Bóg jest mądrością to raczej by sprawił że taka kobieta urodzi się bezpłodna (nie niepłodna).

Jeśli chodzi o refleksje nad kolejnymi staraniami to ja się zastanawiam nad tym ile razy i czy mogłabym tak do skutku. Ale w innym sensie. Bo dla mnie to nie tak, że próbować i walczyć aż się uda... Bo każda kolejna próba to kolejne moje martwe dziecko. I na tę chwilę nie wyobrażam sobie próbować któryś tam raz z kolei W TEN SAM SPOSÓB, czyli na tych samych lekach, nie znając przyczyny itd i w pewnym sensie skazać kolejne dziecko na śmierć bo może akurat się uda. Bo to juz by było trochę po trupach po celu... Dosłownie.

Irena weź tez pod uwagę że kobiety tu tracą ciążę na różnych etapach i z różnych powodów. Ja np wiem że mój syn był zdrowy i dobrze się rozwijał.
Zostaje jeszcze to czy jak ktoś np ma jedno chore dziecko z jakąś rzadką wadą to nie powinien się już więcej decydować na dzieci?
Odpowiedz
#25
Po pierwsze to nie Bóg jest sprawcą śmierci tylko szatan i człowiek pod wpływem diabła - a każdy bywa pod jego wpływem, bo każdy grzeszy...Bóg jest dobry, jest źródłem życia....chodzi mi o coś całkiem innego...np. ptak umie latać, ryba pływać...nie każdy człowiek ma predyspozycje do bycia pilotem, chirurgiem, modelką? jakoś nas te różnice nie dziwią...bycie pilotem czy chirurgiem nie zależy od \"chcenia\" danego człowieka i jego marzeń na temat tego kim chciałby być ale od predyspozycji jego organizmu np. do znoszenia obciążenia na dużych wysokościach...

o to mi tutaj chodzi - o predyspozycje czy to genetyczne, czy charakteru, czy nawet o warunki ekonomiczne, które powinno się wziąć pod uwagę - nie chodzi o pragnienie - bo można pragnąć różnych rzeczy lecz nie od pragnienia zależy skutek, tylko od predyspozycji...nie każdy może być Kubicą, czy Małyszem - nie każdy może być matką - choć bardzo z całych sił tego pragnie...oczywiście nie wszystkie kobiety tak samo silnie pragną być matkami...

Bóg nie zabił mego dziecka...z tego co ustaliłam to waginoza bakteryjna była przyczyną - ale tego na 100% nie mogę być pewna....w każdym razie coś w moim organizmie nie działało jak powinno - na pewno nie jest to wina czy wola Boga=Bóg nie chce śmierci... Bóg, Jezus-nigdy nikogo nie zabił...przeciwnie - wskrzeszał umarłych...daje życie wieczne...

czy to moja wina? nie byłam w tym momencie świadoma, że mam waginozę, ale już od 2010 się na nią leczyłam i nie wyleczyłam do końca widocznie, choć w styczniu 2014 miałam czysto, bo tak mi powiedziała ginekolog na wizycie...mój wniosek jest taki i w necie czytałam, że nie da się tego do końca wyleczyć i może wrócić w każdej chwili...

Bóg chce żeby każdy miał życie i to w obfitości, długie życie...jednak czy my też tego chcemy aby nasze dziecko miało długie, zdrowe życie skoro decydujemy się na powołanie dziecka na świat wiedząc, że np. nasz organizm jest chory, stary itp.

Chodzi mi o autorefleksję i wyciągnięcie wniosków ze swego ciała, z otoczenia, by być odpowiedzialnym rodzicem, a nie tylko lecieć jak ćma do lampy - bo jak wszystkie są matkami to ja też będę, za wszelką cenę...- takiej postawie się sprzeciwiam w tych postach..

ale poprzez wydarzenia i moje ciało Bóg chce mi powiedzieć abym przemyślała czy jestem ptakiem, czy rybą - abym poznała siebie i to do czego jestem stworzona...dobre pytania zadajesz Kredka - oczywiście każde małżeństwo musi samo zdecydować jak długo się starać o dziecko i czy w ogóle, a także czy po narodzeniu niepełnosprawnego decydować się na kolejne...

dopóki nie wyleczę do końca waginozy bakteryjnej, to nie mogę mieć gwarancji, że nie odezwie się w kolejnej ciąży i nie zabije mi dziecka...a skoro tej gwarancji nie mam, to nie mam prawa narażać kogoś na śmierć, kogoś niewinnego i najbliższego...gdybym urodziła niepełnosprawne dziecko i bym wiedziała, że to wina moich lub męża genów - to nigdy bym nie chciała sprowadzać na świat kolejnego aby nie skazywać go na cierpienie...bo to człowiek i szatan są sprawcami cierpienia, śmierci...Bóg dopuszcza cierpienie - a raczej zgadza się aby człowiek z własnej woli je sprowadził na siebie lub na kogoś, ale z cierpienia też wyprowadza dobro...

kościół wypowiedział się na temat odpowiedzialnego rodzicielstwa-każde uwzględniać warunki oraz dobro dzieci obecnych i przyszłych, a nie tylko pragnienia rodziców aby zostać rodzicami... każdy może znaleźć w necie fragmenty na temat odpowiedzialnego rodzicielstwa...

parafrazując - Jeżeli uwzględnimy warunki fizyczne, ekonomiczne, psychologiczne i społeczne, kierując się roztropnym namysłem, dla ważnych przyczyn postanowimy, nawet na czas nieograniczony, unikać zrodzenia dalszego dziecka to jesteśmy odpowiedzialnymi rodzicami...nic tu nie ma o pragnieniach by być rodzicem...w innym dokumencie jest - biorąc pod uwagę dobro dzieci obecnych lub przyszłych...

Cytat:
\"Jeżeli więc obowiązku przekazywania życia nie chce się pozostawić samowoli ludzkiej, trzeba koniecznie uznać pewne nieprzekraczalne granice władzy człowieka nad własnym ciałem i jego naturalnymi funkcjami, granice, których nikt nie ma prawa przekraczać: ani osoba prywatna, ani władza publiczna. Granice te zostały ustanowione właśnie ze względu na szacunek należny Ludzkiemu ciału oraz jego naturalnym funkcjom, stosownie do zasad wyżej przypomnianych i zgodnie z należytym rozumieniem tzw. \"zasady całościowości\", którą wyłożył Nasz Poprzednik Pius XII.\"
Cytat:

http://www.opoka.org.pl/biblioteka/W/WP/...umane.html#

Chyba właśnie to jest ważne - świadomość granic mojej władzy nad moim ciałem i jego naturalnymi funkcjami -(oczywiście można sobie przeszczepić macicę - jak wczoraj o tym trąbił TV - ale to wg mnie wbrew naturze)

Bóg poinformował mnie poprzez poronienie...że moje ciało jest chore...to fakt, co ja dalej z tym zrobię to ode mnie i męża zależy...jeśli się wyleczę, to mogę się starać o dziecko...ale jeśli mając świadomość bycia chorą - co stanowi śmiertelne zagrożenie dla dziecka - pomimo tego staram się zajść w ciążę...to wyłącznie ja jestem odpowiedzialna, że kolejne dziecko zejdzie z tego świata i nikt inny - a na pewno nie Bóg!...

nie wykluczam, że większość poronień jest z niewiadomych przyczyn...jednak choć przyczyny można nigdy nie znaleźć to skutek jest wiadomy - i ten skutek jest informacją o stanie ciała...bo przecież stara komórka jajowa lub chory plemnik to też ciało rodzica - dopóki nie stworzą dziecka, które nie będzie się mogło zdrowo rozwijać....

samowola ludzka czym jest? czyż nie właśnie ślepą pogonią za swymi pragnieniami, wbrew rozumowi i warunkom ciała, psychiki itd.

O to proszę...bardzo proszę... abyśmy najpierw się wyleczyły na 100%, a potem zachodziły w ciążę - jeśli zgodnie z mężem pragniemy mieć dziecko, bo jest to decyzja obojga rodziców...
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości