Młoda mama dwóch Aniołków.
#1
Postanowiłam opisać swoją historię, czuję, że chce się tym z kimś podzielić, że zrobi mi się lżej, że nie mogę tego dalej tłumić w sobie. Na pewno będzie to bardzo długi post, jeśli ktoś go przeczyta to dziękuję za wytrwałość, jeśli nie, trudno, może tak naprawdę piszę to sama dla siebie..

Styczeń 2014. Zaandam, Holandia. Mieszkałam tam od września 2013, w sierpniu rozpoczęłam związek z mieszkającym tam od kilku lat chłopakiem. Kursy między Polską a Holandią były zbyt męczące dlatego zdecydowałam się zamieszkać tam do marca 2014, taka była między nami umowa, 1 marca pakujemy się i wracamy do Polski.
Okres mi się spóźnia, ostatni miałam 12 grudnia. Nie przejmowałam się tym za bardzo, przez tamte miesiące, podróżowanie, zmiany klimatów okres trochę się rozregulował. Piersi bolały mnie dużo bardziej niż zwykle a kot zaczął dziwnie przymilać się do mojego brzucha, starałam się jednak nie wpadać w paranoje, już od dawna byłam gotowa do macierzyństwa, nie chciałam się nakręcać. Mój chłopak jednak się uparł i powtarzał, że na pewno jestem w ciąży, kupił test, zrobiłam.. dwie kreski.
Zawsze sądziłam, że poczuje w tym momencie euforie, ale jednak nie było do końca tak jak sobie to wyobrażałam. Owszem, była ogromna radość ale i strach, co teraz, zaraz wracamy do Polski, mamy pieniądze tylko na start, przecież ja nie pójdę teraz do pracy, co dalej.. widziałam tą ogromną radość zmieszaną z przerażeniem w oczach mojego J. i wiedziałam, że moje oczy na pewno wyglądają tak samo.
Szybko jednak uznałam,że przecież jakoś sobie poradzimy, coś wymyślimy i zaczęłam myśleć już tylko o Maleństwie i o tym jak bardzo mocno je pokochałam już od pierwszej sekundy. Znaleźliśmy położną mówiącą po polsku w Amsterdamie. Pierwsza wizyta była 31 stycznia.
Pierwsze USG. Położna stwierdziła, że zrobimy przez brzuch, były to pierwsze tygodnie więc się zdziwiłam, muszą mieć niesamowicie dobry sprzęt bo faktycznie, wszystko było ładnie widać. Dzidzia miała niecały centymetr, stała sobie na głowie jak to powiedziała położna i serduszko pięknie biło-130 uderzeń na minute. Teraz zastanawiam się czy 130 to nie za mało, wtedy byłam totalnym laikiem. Położna uznała, że skoro 1 marca jedziemy do Polski i tam już będziemy prowadzić ciąże do końca to zbędne są kolejne wizyty u niej, no ale jakbyśmy chcieli to zaprasza.
Mijały kolejne dni, tygodnie, czułam się coraz lepiej, piersi przestały boleć, zelżały mdłości. Zaczęło mnie to niepokoić. Mój J. twierdził, że wymyślam, że wszystko jest ok, jednak ja czułam, że tak nie jest, że coś dzieje się nie tak i uparłam się na wizyte. Udało nam się umówić na ostatni dzień lutego, czyli dzień przed wyjazdem. Ja cała drżałam, a J. zapewniał mnie, że idziemy tylko po nowe ładne zdjęcie już większego Maleństwa dla przyszłych dziadków. Był to 12 tydzień.
Drugie USG. Położna nie mogła namierzyć Maleństwa, w końcu się udało, zaczęła mówić „tu są rączki, tu nóżki, tu główka”. Jej ton był dziwny a ja patrząc w monitor już wiedziałam i zastanawiałam się, krzyczałam w głowie „kobieto, po co mi to mówisz, przecież ono nie żyje!”. W końcu położna powiedziała, że nie widzi akcji serca, nie ma przepływów, włączyła doppler.. ta okropna cisza.. Sądząc po rozmiarach dzidzi stało się to w 9 tygodniu.
Mój świat się zawalił, runął, stałam na środku ulicy czekając na pieprzony tramwaj i miałam wrażenie, że świat żyje dalej, a ja nie. W domu ciągle płakałam, z zamglonymi oczami starałam się spakować reszte rzeczy, w końcu jakoś udało mi się zasnąć. Następnego dnia rano wpakowaliśmy się do auta w czwórkę. Ja, J., kot i nasze martwe Maleństwo.. Nie tak miało być.
Po przyjeździe do Polski nie miałam za dużo czasu na myślenie. Szukanie mieszkania, pracy, załatwianie formalności, ubezpieczenia.. Po kilku dniach od powrotu poszłam do szpitala na zabieg. Tam znowu wszystko wróciło, ale starałam się jakoś trzymać. Rano dali mi coś dopochwowo, miałam zacząć krwawić, wtedy można będzie przeprowadzić zabieg. Mijały godziny i nic. W końcu pojawiła się krew. Siedziałam w toalecie i płakałam, widząc krew wszystko stało się dla mnie realne, to się dzieje naprawdę.. Moje krwawienie jednak nie nasilało się za bardzo, nawet brzuch nie bardzo mnie bolał. Był już wieczór a sytuacja się nie rozwijała. W końcu jakiś lekarz wziął mnie na badanie. Stwierdził,że nie czekamy, że robimy zabieg. W tym momencie wygonili mojego chłopaka ze szpitala, bo było już późno. Zostałam sama. Czekałam, aż przyjdzie pielęgniarka. Przyszła. Dała mi jakąś szmate, którą miałam ubrać. Przebrałam się. Wróciła, zapytała czy jestem gotowa. Kazała ściągnąć kolczyki. Zapytała czy się podmyłam. Zgodnie z prawdą stwierdziłam, że nie, jakoś nie pomyślałam, byłam samotna i przerażona, nie myślałam. Poganiała mnie, mówiła, że już czekają na nas, że \'raz raz\' itp. Potem zdenerwowała się, że mam na sobie majtki, kazała ściągnąć. Płakałam w duszy zastanawiając się czy ta kobieta nie mogła powiedzieć mi po prostu wcześniej jak mam się przygotować do zabiegu, skąd ja mogłam to wiedzieć.. i jak zostawić sobie podpaske a majtki ściągnąć.. Jakoś się udało.
Zabrali mnie na sale operacyjną gdzie niby \'już wszyscy na nas czekają!\'. Okazało się,że lakarz został gdzieś wezwany i to ja czekałam na niego. Było mi potwornie zimno w tym kawałku materiału, leżałam unieruchomiona, podłączona do aparatury. To trwało chyba z pół godziny, wydawało mi się, że trwa całą wieczność. Trzęsłam się. Pękłam. Zaczęłam okropnie płakać. Nie chciałam, żeby wyciągnęli ze mnie moje Maleństwo. W końcu przyszedł lekarz z papierosem i zapalniczką w ręce, popatrzył na mnie, zamienił dwa słowa z położną i wyszedł, najpewniej zapalić. Uśpili mnie, obudziłam się z dziwnym uczuciem pieczenia między nogami. I tyle. Po powrocie na sale ubrałam majtki, podpaske i odkryłam, że moje łózko jest ufajdane krwią, powiedziałam pielęgniarce, stwierdziła, że na tym oddziale to normalne. Fakt, normalne, ale liczyłam, że zmieni prześcieradło, czy coś.. nie była to mała plamka, tylko kałuża. Tak się oczywiście nie stało, poszłam spać w tej kałuży krwi. Na drugi dzień wyszłam ze szpitala.
Kolejne dni a szczególnie noce były ciężkie, ale było lepiej niż się spodziewałam. Dalej miałam milion rzeczy do załatwienia i teraz wiem, że tylko to mnie uratowało, było dużo innych problemów do rozwiązania, nowa praca, myśli miały gdzie uciekać. Cierpiałam oczywiście. Niesamowicie cierpiałam, każda miesiączka była bólem wewnętrznym, nie chciałam wychodzić z domu, miałam wrażenie, że wszyscy się na mnie gapią. Zresztą.. znajomi gapili się na mój brzuch, wiedzieli, ze jestem w ciąży a nie wiedzieli o tragedii.. Pewnie mieli mnie za głupią, nigdy nikomu tego nie wyjaśniłam. Zmieniłam otoczenie i znajomych. Wizyta kontrolna w której pierwszy raz zobaczyłam swoją pustą macice doprowadziła mnie do rozpaczy. Strasznie chciałam szybko zajść w kolejną ciążę, stało się to moją obsesją.
Odpowiedz
#2
Sierpień 2014. Jest jeszcze przed terminem miesiączki ale ja już wiem. Czuję. Jestem w ciąży. Kupiłam test. Druga kreska ledwo widoczna, ale jest. Radość. Łzy szczęścia, ale i strach, żeby tym razem wszystko było dobrze. Starałam się nie nastawiać, byłam trochę na dystans. Do mojego \'naj\' ginekologa troche czeka się na wizytę, nawet prywatną, umówiłam się na 14 sierpnia. Jest to także dzień urodzin mojego J. Po szybkich obliczeniach termin porodu wypadał na 16 kwietnia, czyli moje urodziny. Co za zbieg okoliczności, prawda? Z takim zbiegiem okoliczności przecież musiało być dobrze.
Postanowiłam jednak udać się szybciej, bo już na drugi dzień do swojego dawnego lekarza, żeby chociaż potwierdzić. Pecherzyk był, maleńki, kazał przyjść za tydzień.
W międzyczasie nastał 14 sierpnia, wizyta u mojego ginekologa. Powiedział, że wczesna ciąża, że wszystko wygląda dobrze, dał L4,bo pracuje fizycznie i kazał przyjść 8 września.
Czułam się zaskakująco dobrze, zero mdłości, bólu piersi. Martwiło mnie to. Poszłam więc do tego byłego lekarza zobaczyć jak tam. Stwierdził, że pęcherzyk jest za mały, że powinno być już widać zarodek a nawet serce i zdziwił się, że dwa dni wcześniej mój lekarz (bardzo szanowany zresztą u mnie w mieście) tego nie zauważył. Uznał,że pęcherzyk jest pusty i że mam iść do szpitala. Na zabieg. Chyba zobaczył łzy w moich oczach, powiedział po chwili, że damy szanse, że za tydzień mam przyjść i zobaczymy. Chyba nie muszę mówić,że był to okropny tydzień, pełen łez i pytań...
Poszłam na wizyte bez większych nadziei. Wsiadłam na fotel i nie chciałam patrzeć w monitor. Popatrzyłam dopiero kiedy lekarz zapytał „i co, widac więcej niż ostatnio?”. Odwróciłam w końcu głowę do monitora i .. zobaczyłam zarodeczek i coś migającego w środku, myślałam,że pękne z radości. Doktor powiedział tylko „to migające to chyba serduszko”. Jak to CHYBA? - pomyślałam. Nawet nie zmierzył, nie zrobił nic. Kazał przyjść za 2 tygodnie, że jemu coś nie pasuje nadal. Uznałam, że już więcej do niego nie przyjdę.
Za kolejne 2 tygodnie zresztą miałam już wizytę u mojego lekarza. Przestałam czuć tak wielki niepokój z powodu braku objawów, stwierdziłam, że przecież każda ciąża jest inna, że bywa i tak, bezobjawowo a jak widać Maleństwo jest, rośnie.. Jednak jednocześnie nadal czułam wewnętrzny niepokój i nadal nie chciałam się nastawiać.
Nadszedł 8 września. Siedziałam na poczekalni sama, mój J. musiał być wtedy w pracy. Umierałam ze strachu. W końcu weszłam do gabinetu, rozebrałam się. Lekarz szukał chwile Maleństwa, w końcu odpowiednio ustawił głowice i zobaczyłam.. moje Maleństwo. Wg wyliczeń 9 tydzień. Znowu od razu wiedziałam co się dzieje. Nie ruszało się,teraz dobrze wiedziałam,że już powinno. Nic nie miga.. Lekarz sprawdził przepływy, włączył doppler. Znowu ta cholerna cisza. Serduszko musiało przestać bić kilka dni wcześniej. Maluch był tylko ciut mniejszy niż tamten Aniołek.
Znowu ten przeklęty 9 tydzień!
Dostałam skierowanie do szpitala. Stawiłam się na drugi dzień. Był wtorek. Zbadało mnie dwóch lekarzy oczywiście. Jedym z nich był mój lekarz, akurat miał zmianę w szpitalu. Mówił do drugiego, że ma ogromną nadzieje, że on się pomylił. Drugi spojrzał, uznał, że natura zna różne przypadki, że zawsze jest cień nadziei. Powiedział, że sprawdzimy HCG. Pobrali mi krew i kazali przyjść w czwartek. Dla mnie było to tylko przedłużenie całej historii, wiedziałam, że cud się nie wydarzy. W czwartek kolejne pobranie krwi. Miałam zgłosić się w piątek po wynik i na ewentualny zabieg. W czwartek wieczorem zaczęłam plamić. Rano poszłam do szpitala. Powiedzieli, że HCG spada, dla mnie żadna niespodzianka, wiedziałam, w dodatku plamiłam. Z powodu remontu na oddziale nie przyjęto mnie bo nie było miejsc. Ordynator kazał przyjść kolejnego dnia, w sobote. Napisał stosowną adnotacje, że wyjątkowo w sobotę zostanę przyjęta i wykonają mi zabieg.
Wróciłam do domu. Wegetowałam dalej. Zresztą, już od poniedziałku moje życie nie było niczym innym jak wegetacją, jednym wielkim płaczem. Z trudem zmuszałam się do jedzenia, do jakiejkolwiek aktywności. Totalne odrealnienie. Wieczorem moje plamienie przerodziło się w krwawienie. Zaczęłam mieć skurcze. Wiedziałam, że ronie sama, że wszystko wydarzy się w ciągu tej nocy. Wzięłam tabletki przeciwbólowe i w końcu w bólu i łzach zasnęłam. Obudziłam się po 5 rano. Jakbym wiedziała co zaraz się stanie..
Poszłam do toalety. Na podpasce duży skrzep, który wyrzuciłam, wysikałam się. Nadal siedziałam na muszli i wiedziałam, zupełnie nie wiem skąd, że zaraz wyjdzie moje Maleństwo.. czułam jak coś większego zbliża się do wyjścia, podłożyłam szybko papier..
Spojrzałam.. Moje Maleństwo. Maleńki człowieczek w różowym baloniku. Patrzyłam tak na niego i czułam dziwny spokój. Bałam się wcześniej takiego momentu, a wtedy gapiłam się, oglądałam z każdej strony, chwile mówiłam coś do mojego Maleństwa. Wyszłam po chwili z mojego spokojnego transu i zaczęłam się zastanawiać co mam zrobić. Położyłam Maleństwo na pralce i pobiegłam już niespokojna z płaczem do śpiącego J. Siedzieliśmy i myśleliśmy co zrobić. Uznałam w końcu, że najlepszym rozwiązaniem będzie zanieść Maleństwo do szpitala, na badanie histopatologiczne. Wsadziłam dzidzie w pudełeczko na mocz. Okropne, ale tylko tyle przyszło mi do głowy. Włożyłam pudełeczko do lodówki. Czytałam wcześniej, że tak właśnie powinno się postąpić. Położyłam się i ciągle w głowie miałam Maleństwo, chciałam iść do lodówki i patrzeć na nie.. na moje dziecko.. takie maleńkie, w swoim baloniku..
Rano zawiozłam Maleństwo do szpitala, przetrzymali mnie do wieczora, zbadali, znowu widok pustej macicy, tym razem nie był aż tak trudny, bo widziałam moje Maleństwo, nie zniknęło nagle w narkozie, tylko świadomie dla mnie. Oczyszczałam się sama, więc zabieg nie był potrzebny.
Teraz czekam na wizytę kontrolną, na której zobaczę czy na pewno wszystko się oczyściło, mam robić co tydzień HCG dopóki nie spadnie poniżej 1. Potem czeka mnie pewnie szereg badań, w tym te genetyczne..
Czuję się okropnie, od tego dnia minęły dopiero dwa dni. Patrzę za okno i znowu wydaje mi się, że świat idzie dalej beze mnie. Ja jestem osobnym światem pogrążonym w rozpaczy. Sad
Odpowiedz
#3
aleksandra91 bardzo mi przykro ,że Ty też musiałaś to przeżyć.Czytam kolejne historie i płaczę za każdym razem.Będę z Tobą myślami w tych trudnych chwilach...
Odpowiedz
#4
[*][*]
Odpowiedz
#5
Aleksandro bardzo Ci współczuję kazda z nas tu wie jaki to bol nie usłyszeć już serca swojego Aniołka , zapalam światełka dla Twoich Aniołków (*) (*)
Odpowiedz
#6
Aleksandro zycze Ci duzo sil w tym trudnym dla Ciebie czasie, zapalam swiatelka dla Twoich Aniolkow (*)(*)
Odpowiedz
#7
bardzo współczuję i życzę dużo siły, mam nadzieję, że szybko znajdziesz przyczynę strat dzieciątek
[*] [*] dla Twoich Aniołków
Odpowiedz
#8
Droga Aleksandro, bardzo mocno współczuję straty dzieciątek i bardzo mocno Cię przytulam... pisz do nas jak najczęściej, mnie to pomaga
Zapalam światełko dla Twoich Aniołków [*] [*]
Odpowiedz
#9
Dziś powinnam już przytulać jednodniowe dzieciątko, wczoraj był termin porodu pierwszego AniołkaSad zamiast tego przeżywam przedwczesne odejście kolejnegoSad to jest takie niesprawiedliwe..
Termin porodu drugiego Aniołka przypada na moje urodziny.. to miały być najszczęśliwsze urodziny w moim życiu, a będą zapewne kolejnym złym dniem..
Odpowiedz
#10
`Droga Aleksandro bardzo mnie poruszyla mnie Twoja historia jest mi przykro , lzy same plyna do oczu . My juz jestesmy po pierwszym badaniu genetycznym ktore nie dalo zadnej odpowiedzi na nasze pytania a czekam na kolejne . zycze Ci wytrwałosci i wiary bo w tej sytuacji jest nam to bardzo potrzebne.
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości