Zachowanie personelu szpitala
#1
Witajcie!
Jestem młodą położną, pracuję od niedawna w oddziale ginekologii i na co dzień często mam styczność z pacjentkami po poronieniu lub z poronieniem zagrażającym.
W internecie często czytam niepochlebne opinie na temat podejścia personelu szpitala do pacjentek, tutaj na forum również zauważyłam, że wiele z Was ma złe wspomnienia z pobytu w szpitalu...
Piszę do Was aby zapytać, jakiego zachowania oczekiwałybyście od osób które się Wami opiekują w szpitalu (chodzi głównie o położne). Wiadomo delikatność, taktowność, szacunek i wyrozumiałość to jest taka podstawa, wręcz rzecz kultury... Oczywiście każda osoba jest inna i każda wymaga indywidualnego podejścia, ale powiedzcie jakiego rodzaju wsparcia oczekujecie od nas położnych? Co chciałybyście usłyszeć? Może macie jakieś dobre wspomnienia osób które się Wami zajmowały? Może macie jakieś wyobrażenie takiego idealnego pobytu? (O ile można taki pobyt w szpitalu nazwać idealnym i jeśli w ogóle można mieć z niego dobre wspomnienia...) W jaki sposób pocieszać i czy w ogóle to robić, jakich słów używać?
Poronienie jest to delikatna sprawa, wymaga wyjątkowego podejścia. Myślę, że Wasze odpowiedzi bardzo pomogły by i mnie i pacjentkom którymi się opiekuję.
Odpowiedz
#2
Witaj Iza
Czasami potrzymanie za rękę i pogłaskanie po włosach jest czymś co pomaga, czasem trzeba przytulic i popłakać z pacjentką, czasem pomilczeć... Myślę, że najważniejsze to nie bagatelizować i starać się nie używać tych wszystkich niewłaściwych pocieszeń, o których tyle piszemy. Takt, cierpliwość i ludzkie zwykle współczucie to klucz do sukcesu. Zachowanie intymności, pozwolenie na obecność partnera, nie pozostawianie pacjentki po stracie zupełnie samej z cierpieniem.
Odpowiedz
#3
Zgodzę sie z Wizardess. Czasami zwykłe potrzymanie za ręke da więcej niż nietrafne próby pocieszenia. Sama gdy byłam w szpitalu i miałam robione usg na którym wyszło że dzieciątko nie rozwija się tak jak powinno zwykłe złapanie mojej dłoni przez lekarza i poklepanie dało mi tyle zrozumienia ile nie dawały póżniej słowa od bliskich typu : musisz się trzymać, zobaczysz jeszcze bedzie dobrze. Mnie to nie pomagało. Wolałam aby ktos mnie przytulił i wtedy mogłam się wyplakać. Nic nie trzeba było mówić.
Na szczescie ja spotkałam się ze zrozumieniem wobec mojej osoby. Lekarz przyszedł do sali ja płakałam, mój m siedział koło mnie a on tak zwyczajnie podszedł i poklepał mojego m po plecach. Nic nie powiedział i odszedł. Naprawdę dzisiaj jestem bardzo wdzieczna za takie zachowanie.
I wiecie co jeszcze zauważyłam ? Że osoby młode które pewnie dopiero zaczęły swoją drogę w medycynie są bardziej taktowne i delikatniejsze. Nie wiem czy to rutyna i lata spędzone w szpitalu i widok różnorodnych przypadków sprawia że te starsze pokolenie przechodzi kolo tego jak koło zwykłej codzienności? Oczywiscie nie chce obrazić nikogo ale takie jest moje spostrzerzenie.
izo nie pogniewaj się ale ty jesteś jednostka która chce dowiedziec się co nam pomaga w takiej sytuacji i chyba sama świata nie zmienisz. Choć bardzo ci tego zycze.
Odpowiedz
#4
Iza podpisuję się pod słowami Wizardess - ja akurat nie mogę narzekać na opiekę personelu. Myślę, że wystarczy powiedzieć \"Bardzo mi przykro - współczuję Pani\" To tak nie wiele a daje dużo. Pamiętam, że lekarz i położna kładli mi rękę na ramieniu, pytali czy coś potrzebuję - pierwsze słowa lekarza zaczęły się właśnie od tego - Bardzo mi przykro, ale muszę Pani powiedzieć.......
Jedyne co mi osobiście przeszkadzało to to, że musialam leżeć na sali z ciężarnymi bo nie byłam w stanie na nie patrzeć ani z nimi rozmawiać - zresztą chyba nie byłam w stanie wtedy z nikim oprócz bliskich rozmawiać bo prawie cały czas płakałam. Łóżko miałam na szczęście ostatnie pod oknem i mogłam być cały czas odwrócona tyłem. Myślę, że to nie była komfortowa sytuacja również dla tych dziewczyn.
Co jeszcze jest trudne to słuchanie w takiej chwili czyjegoś KTG - jak tylko usłyszałam, że sąsiadka będzie miała robione to już nie mogłam sobie poradzić ze łzami. Myślałam, że nie dam rady - na szczęście położna ściszyła tak, że nie wiele było słychać ale i tak było ciężko i łzy same płynęły..
Odpowiedz
#5
Zgadzam się z Iwetką. Odgłos ktg nie do zniesienia. Widok ciężarnych na jednej sali i słuchanie jaki kolor wózka wybrały również nie do zniesienia.
Odpowiedz
#6
Ja nie mogę narzekać na szpital. Dostaliśmy z mężem osobną salę z łazienka. Więc nie musiałam mijac sie na korytarzu z brzuchatkami. Mąż był ze mną bez przerwy 24 h na dobę. Położne bardzo taktownie podeszły do tematu ( nie licząc pierwszego dnia ale to wynikało z nie domowienia)
Jedyne co mnie teraz dziwi to fakt ze po porodzie byłam lyzeczkowana bez znieczulenia (ale to juz decyzja lekarza)
Odpowiedz
#7
Staska może dlatego, że byłaś w wyższej ciąży - niestety ciążami wczesnymi mniej się przejmują...
Odpowiedz
#8
Być moze. Chociaż nie wyobrażam sobie innego podejscia :/
Odpowiedz
#9
ja mogłam płakać jak byłam sama, jak przychodzili lekarze zamykałam się w sobie, nie byłam w stanie nawet z nimi rozmawiać i kilka razy usłyszałam od lekarza \"pani już się pogodziła\' ;/;/;/;/;/;/ co miałam mu odpowiedzieć??? w jaki sposób??;/
jedna z pielęgniarek (inne były bardzo miłe) kazała mi korzystać z toalety jak miałam skurcze;/;/ pępowina była już w pochwie kilka dni i bałam się że dziecko wpadnie do wc Sad a ona zachowywała się jakby to nie był problem i była bardzo zdziwiona, że go miałam. W tamtym momencie więcej wsparcia dostałam od salowych.

Chciałabym żeby personel okazywał szacunek także dziecku i żeby dziecko było traktowane jak dziecko, a nie bezosobowo/albo po prostu ciąża.

dziś byłam na badaniach w szpitalu i do izby przyjęć weszła za mną dziewczyna w zaawansowanej ciąży i powiedziała, że nie czuje ruchów. usłyszała: pani chyba coś panikuje!! brak słów;/;/;/ z łaską zrobili jej badanie.
Odpowiedz
#10
ważne było dla mnie, ze nikt z personelu nie mówił przy mnie co się stało-przecież juz wiedziałam, miałam to na skierowaniu do szpitala. oczywistym dla personelu było, że nie położono mnie z ciężarnymi, a na prośbe mojej pani dr nikogo więcej do sali nie dołożono. panprof ze studentami nie omawiał przy mnie przypadku tylko zaproponował psychologa. na usg, które trzeba było wykonać dla potwierdzenia, odwrócono monitory i przy mnie nie mówiono co wpisano do dokumentacji-lekarze porozumieli się zanim weszłam na badanie. nie bagatelizowano bólu- dostałam tyle kroplówek ile potrzebowałam, zmieniano posciel bym nie leżała nawet na plamce krwi. Mąż mogł byc przy mnie mimo, ze nie były to godz odwiedzin. na sali zabiegowej instrumenty były schowane- nie widziałam czym za chwilę potraktują moje dziecko. nie mogę się do niczego przyczepić i przynajmniej sam pobyt w szpitalu nie zapisał się w mojej pamięci jako trauma
i Izo tak jak dziewczyny pisały- najgorsza torturą dla takich jak My jest słuchanie czyjegos ktg...mi tego oszczędzono, ale nie wyobrażam sobie jakbym przeżyła to wszystko, gdybym musiała tego słuchac
Odpowiedz
#11
iza bardzo mi się podoba Twoje podejście, ponieważ jest to temat, który od dawna nie daje mi spokoju pozwolę sobie na długiego posta.

Niestety ja spotkałam się z fatalnym traktowaniem po poronieniu w dwóch różnych szpitalach, mimo, że od pierwszej starty minęło 6 lat a od drugiej 4 lata do dzisiaj na myśl o pobycie w szpitalu czuję złość, żal i bardzo bym chciała przyczynić się jakoś do tego aby personel w szpitalu był bardziej wrażliwy na cierpienie kobiety w tak trudniej sytuacji. Oczywiście piszę tylko o swoich doświadczeniach i wiem że nie każda z nas ma tylko złe doświadczenia.

Przy pierwszej stracie położyli mnie na sale z kobietą w 9 miesiącu ciąży która czekała na miejsce na porodówce. Nie mogłam znieść jej widoku i miałam wrażenie jakby ktoś mi wbijał ostry szpikulec w serce. Moja sala była tak blisko porodówki że całą noc słyszałam jak się rodzą Dzieci i potem ich płacz, którego ja nie mogłam usłyszeć. Dodatkowo nikt mi nic nie wytłumaczył, niemal siłą mnie zabrali na zabieg a jak chciałam żeby mi wytłumaczyli o co chodzi to lekarz stwierdził, że jak szybko nie podpiszę papierów to się wykrwawię na śmierć i żebym przestała histeryzować.

Przy drugiej stracie już wiedziałam czego mam się spodziewać w każdym razie mniej więcej. Niestety znowu całą noc słyszałam płacz dzieci, który miałam wrażenie wwiercał mi się do głowy Sad. Przed zabiegiem młoda Pani dr. zabrała mnie na usg i nie wiem dlaczego ale dokładnie mi na usg pokazywała moje martwe dziecko, że już ma obrzęk i parę dni nie żyje, w moim przekonaniu lepiej by było gdyby te informacje zachowała dla siebie, miałam wrażenie jakby mnie tam na tej kozetce torturowała tym widokiem z tak szczegółowym opisem. Na sali bardzo płakałam to przychodziły położne i krzyczały żebym się uspokoiła i przestała histeryzować bo przecież nic się nie stało. Zastanawiam się dlaczego wtedy nikt nie wezwał do mnie psychologa ? Mój stan psychiczny był naprawdę straszny, a jedyne co zrobili to tylko krzyczeli żebym się uspokoiła jeszcze przed uśpieniem do zabiegu jakieś głupie żarty sobie opowiadali tak jakby mnie tam nie było. Oczywiście też usłyszałam że lepiej teraz niż później, że lepiej że poroniłam niż miałabym urodzić chore dziecko.

Po powrocie do domu przeżywałam straszną depresję teraz wiem że powinnam skorzystać z pomocy psychologa/psychiatry ale nikt nawet tego nie zaproponował, niestety w zasadzie przez kilka lat moje życie było jedną wielką czarną dziurą jakby ktoś wyrwał mi serce. Nic mnie nie cieszyło, cały czas byłam zdenerwowana i zirytowana. Oczywiście nie jest to wszystko winą traktowania mnie w szpitalu ale na pewno te przeżycia pogłębiły tylko mój stan.

W moim przypadku minęło już wiele lat, pogodziłam się ze stratą, przeżyłam żałobę nie ma już we mnie tej goryczy co kiedyś, co nie znaczy że w ogóle o swoich Aniołkach nie myślę, bo na zawsze będą w mojej pamięci. Niestety nie pogodziłam się tym jak zostałam potraktowana w szpitalach. Za każdym razem jak o tym myślę wzbiera we mnie złość. Wściekam się na myśl o tym, że wiele dziewczyn przechodzi to samo i bardzo chciałabym im pomóc, bardzo bym chciała zrobić coś aby w szpitalach kobiety po poronieniu były godnie traktowane. A wiem że może być inaczej. Znam szpital gdzie kobiety po poronieniu lub w trakcie kładą na ginekologii, gdzie nie słychać płaczu dzieci, do każdej wzywają psychologa, personel jest bardzo taktowny i mam nadzieję że takich szpitali będzie coraz więcej.
Odpowiedz
#12
osobiście mam również niemiłe wspomnienia z pobytu w szpitalu podczas oczekiwania na zabieg. Rozumiem, że personel spotyka się z takimi przypadkami codziennie - wpadają w rutynę ale to nie tłumaczu braku zainteresowania pacjentką, która przeżywa w tym momencie najgorsze chwile w swoim życiu .... powiem na swoim przykładzie ... po przybyciu do szpitala i położeniu mnie na łóżku zapanowało totalne zapomnienie o mnie, nie pytano czy czegoś potrzeba. Nie wytłumaczono co się odbędzie, jak to będzie wyglądało ... zupełnie jakby mnie nie było a moja obecność była spowodowana zwykłym usunięciem migdałków a nie oczekiwaniem na zabieg usunięcia obumarłego dziecka.

Czekając na zabieg płakałam cały czas ... nikt nie podszedł, nie zapytał się czy mi czegoś nie potrzeba, nie wytłumaczył co się bedzie ze mną działo .... totalne ZERO. Tylko w dniu zabiegu podeszła położna i na całą sale wykrzyczała moje nazwisko i powiedziała że zabieg będzie za pół godziny ... tylko tyle .... wchodząc na sale zabiegową byłam w rozsypce, co chwile dopytywałam czy zabieg będzie w znieczuleniu ogólnym ... odpowiedź:\" anestezjolog odpowie\" .... anestezjolog odpowiedział dopiero z łaską jak już byłam podpięta pod aparaturę i zaczęto mi różne rzeczy wstrzykiwać \"NO OCZYWIŚCIE ŻE TAK\" .... dla mnie niebyło to takie oczywiste.

Wiadomo, że personel nie jest po to w szpitalu aby mnie pocieszać i wspierać - po to jest rodzina i najbliżsi - ale zabrakło czynnika ludzkiego a wkradła się rutyna .... przecież dla nich to szybki i prosty zabieg ... ale nie dla matek które przez to przechodzą. Przy wypisie nawet nie powiedziano jak się powinnam czuć, jak powinno wyglądać krwawienie - dostała ja i wszystkie kobiety po różnych zabiegach ginekologicznych kartę wydrukowaną z zaleceniami ... a gdy próbowałam dopytywać czy krwawienie ma być mocne i jak długo powinno trwać otrzymałam odpowiedź :\"NO PRZECIEŻ DOSTAŁA PANI ZALECENIA ?\"

Natomiast nie mogę mieć zastrzeżeń co do pomocy przy pochówku i rejestracji synka - otrzymałam wszystkie informacje, nie lekceważono mnie, ale niestety otrzymywałam tylko odpowiedzi - o wszystko trzeba było się pytać
Odpowiedz
#13
Ja na szczęście trafiłam na wspaniały personel. I lekarze i położne byli bardzo taktowni, wyrozumiali, traktowali nas z szacunkiem. Musiałam spędzić noc z martwym już Alankiem w brzuchu w szpitalu, chcieli poczekać czy akcja porodowa sama się nie zacznie. Ale nie zostałam sama, pozwolili Mężowi zostać na noc, spać ze mną w jednym łóżku. Kiedy Mąż wyszedł na chwilę do sklepu co chwila ktoś do mnie zaglądał, pytał czy w czymś nie pomóc, czy może przysłać do mnie psychologa. Nikt nie zadawał zbędnych bolesnych pytań, a kiedy płakałam położna podeszła do mnie i mocno mnie przytuliła...

Lekarz który był przy porodzie cały czas głaskał mnie po głowie. W trakcie łyżeczkowania rozmawiał ze mną, próbował pocieszyć. Powiedział, że jestem wspaniałą mamą, że zrobiłam wszystko żeby było dobrze, żebym się nie obwiniała, bo chodziłam na wszystkie badania, szybko zareagowałam na brak ruchów, że czasem tak się dzieje, ale że na pewno za jakiś czas spotkamy się w tym samym miejscu, lecz w szczęśliwszych okolicznościach.

Nikt nie nazwał mojego Synka \"płodem\" na porodówce mówili na Niego \"Aniołek\" a to naprawdę wiele znaczy.

A co najważniejsze pozwolono nam pożegnać się z Synkiem. Od razu po porodzie położne go wytarły i dały mi go dotknąć, utulić, ucałować, powiedzieć, że Go kocham. Zabrały go dopiero wtedy, gdy sama powiedziałam, że już mogą to zrobić. Mąż też mógł dotknąć Alanka, pożegnać się z nim.

W szpitalu wyjaśniono nam jak załatwić formalności pogrzebowe, gdzie dowiadywać się o wyniki sekcji. Naprawdę pomoc ze strony szpitala była niezastąpiona... Gdybym trafiła na inny personel na pewno przeżyłabym to wszystko inaczej. Dziękuję Bogu za to, że trafiłam na tak wspaniałych ludzi.
Odpowiedz
#14
A i dodam jeszcze, że położono mnie na osobnej sali, nie leżałam z kobietami w ciąży. Po porodzie również znaleziono dla mnie osobną salę.
Odpowiedz
#15
Chyba przy tak zaawansowanych ciążach nie ma rutyny bo zdarza się to zdecydowanie rzadziej niż poronienia do 12 tc..
Odpowiedz
#16
witaj iza
Bardzo potrzebny jest taki temat i taki wątek.
Niestey zachowanie personelu medycznego w szpitalach pozostawia wiele do życzenia.I jak się okazuje nie tylko w Polsce ale też w innych krajach.
Jestem pielęgniarką z kilkunastoletnim stażem i wiem że to jest bardzo ważny problem-empatia i bycie z pacjentem i jego rodziną w cierpieniu.
Nie wymagałabym od personelu współodczuwania naszej straty w pełnym tego słowa znaczeniu bo nikt psychicznie nie wytrzymałby np kilkunastu lat w cierpieniu .
Ale profesjonalne podejście czyli szacunek do pacjenta jest podstawą.
Mieszkam i pracuję w swoim zawodzie we włoszech i z niedowierzanie na początku obserwowałam jaka jest różnica w podejściu do pacjenta w szpitalu tu i u nas.
Często do najbardziej \"upierdliwego\" pacjenta personel jest bardzo uprzejmy.I jest to uprzejmość wyuczona nie idzie za tym nic innego jak wysłuchanie czy nieraz spełnienie jakiejś zachcianki.Nie idzie z tym żaden emocjonalny ładunek ze strony personelu.Takie osoby się nie wypalą zawodowo i wszyscy są zadowoleni.
Myśle też że takie podejście do pacjenta jest w dużej mierze podyktowane tym że gdy ktoś zostanie wybitnie źle potraktowany może złożyć skargę do dyrekcji na lekarza czy pielęgniarkę. O ile się nie mylę trzy takie skargi są podstawą do wyciągnięcia konsekwencji.No i też mentalność niestety zupełnie inna od naszej.
To tak trochę z innej beczki ale nasunęło mi sie od razu po przeczytniu postu.

Dla mnie osobiście bardzo ważne było to że od samego początku lekarki w izbie przyjęć mówiły mi że to nie moja wina,że to wszystko co się stało nie jest absolutnie moją winą.Dla mnie to było bardzo ważne i powtarzanie tego zdania jak mantrę chyba mnie uratowało na samym początku bo czułam mega odpowiedzialność za odejście mojego dziecka.
Życzę powodzenia w pracy . Może zapoczątkujesz jakąś ogólnopolską mocną akcje dla położnych?
Odpowiedz
#17
Iwetko pozwolę sobie się z tobą nie zgodzić. W moim przypadku chodziło o dwie ciąże bezzarodkowe, zabiegi łyżeczkowania miałam robione w 9 tc. W obu przypadkach zostałam potraktowana naprawdę po ludzku. Pamiętam jakie ważne było dla mnie to, że za każdym razem leżałam na sali bez brzuszków. Personel od salowej po ordynatora zachowywał się naprawdę taktownie, nikt mnie nie przytulał, ale nie chciałam tego, ważne było, że po prostu taktownie podchodzili do mojego bólu... Nawet anestezjolog był bardzo wyrozumiały. Mój lekarz po zabiegu zadbał o to, żebym przynajmniej bólu fizycznego nie musiała znosić. Nikt nie powiedział "przecież to tylko pusty pęcherzyk", za co byłam im jeszcze bardziej wdzięczna. Nie była to jakaś super klinika, ot zwykły szpital powiatowy. Jak widać niewiele wystarczy, żeby roniąca kobieta poczuła sie "po ludzku".
Choć od dziecka byłam operowana już kilka razy i ból fizyczny nie jest mi obcy, to wszystko tamto jest niczym w porównaniu ze stratą dziecka. To zdecydowanie najgorsze chwile w moim życiu. Nawet nie chcę sobie wyobrażać co by było gdybym została potraktowana tak jak piszą inne dziewczyny...
Odpowiedz
#18
Izo, tak niewiele a tak wiele. Takt, dobre słowo, nie bagatelizowanie próśb, podanie leków przeciwbólowych jeśli się o nie prosi. I czasami lepiej nie mówić i nie pocieszać. Ja trafiłam na jedną cudowną położną Panią Mirkę, która widziała, że bardzo przeżywam stratę i boję się przed łyżeczkowaniem. Zrobiła TYLKO TYLE i aż tyle: trzymała mnie za rękę zanim mnie znieczulono.
Odpowiedz
#19
Mi w szpitalu brakowało psychologa, który pomógłby wyjść z tej sytuacji w pierwszych chwilach. Poza tym fakt, że leżałam na sali z dziewczynami, które były pełne nadziei, że im się jednak uda, a ja już byłam po wszystkim nie podnosił na duchu. Poza tym oczekiwanie na usg razem z ciężarnymi, ja w celu sprawdzenia czy się ,,wyczyściłam", one czy poród już tuż tuż, sprawiało, że chciałam wyć. Taka to szara rzeczywistość....na duchu podnosił mąż, i jedna Pani położna z wielką empatią.
Odpowiedz
#20
Moje wspomnienia również nie są kolorowe..
Zostałam na szczęście i nieszczęście z dziewczyną, która również miała poronić, musiała. Ja poroniłam i nosiłam martwą ciążę ok 2 tygodni, także częściowo docierało do mnie, że nie dane mi będzie urodzić maluszka..
Czekałam na zabieg łyżeczkowania. Co 4 godziny dostawałam tabletki na skurcze. Nikt nie powiedział mi jak to wszystko będzie wyglądało, ani żadna z położnych ani salowych, lekarzy. Nikt. Wszystkiego dowiedziałam się właśnie od tej biednej dziewczyny z sali obok: że będę mieć znieczulenie ogólne; że muszą dać mi papiery odnośnie decyzji o pochówku; w ogóle dziwiła mi się, że położne nie przychodzą do mnie, nie pytają jak się czuję, czy coś się dzieje, nie mierzą ciśnienia, temperatury. U niej to wszystko robiły, była bardzo zadowolona - ja nie.
Generalnie sama musiałam podpytywać co i jak.
Najgorsze chyba było to jak zaczęłam mieć skurcze. Poszłam do położnych (salę miałam tuż obok nich) i powiedziałam, że bardzo mnie boli brzuch, nie wiedziałam, że to były już skurcze. Dostałam tylko czopek przeciwbólowy.. Poszłam więc do toalety. Zauważyłam, że powoli zaczynam krwawić. Wróciłam do sali po podpaskę. Jak doszłam do łóżka, poczułam, że okropnie ze mnie leci. Przy każdym kroku. Miałam zamiar znowu pójść do łazienki, ale wiedziałam, że nie dam rady dojść. Gdyby nie koleżanka z sali, to albo urodziłabym na środku mojej sali albo na korytarzu. Poszła do położnych i powiedziała, że coś się dzieje ze mną nie tak. A mówiłam im wcześniej, że już krwawię, "trzeba czekać jeszcze godzinę na lekarza, teraz nic nie zrobimy". Tak mi powiedziały.. Po interwencji koleżanki, położna wzięła mnie za rękę i kroczkiem po kroczku ledwo doszłam do zabiegowego.
Szokiem było dla mnie wszytko co się działo, brak reakcji ze strony położnych. Nie chcę myśleć jakbym naprawdę urodziła na korytarzu...
W zabiegowym jak w ciągu 1,5 minuty urodziłam, położna popatrzyła na mojego chłopczyka i powiedziała "oo widzę, że TO małe jest". Załamałam się i trzęsłam jak cholera. Z rozłożonymi nogami, lecącą cały czas krwią ze mnie czekałam na lekarzy kilka minut, a one sobie chodziły, rozmawiały na swoje tematy. Anestezjolog jak przyszedł też chyba w humorze był, bo wesoło rozmawiał z kolegą, który też się pojawił. Jakąś młodą stażystkę też słyszałam, weszła sobie..
Nie wiem, może tylko ja miałam taką sytuację, ale przed i po zabiegu odnosiłam wrażenie, że jak już to ktoś napisał, że to dla nich chleb powszedni. Zero empatii, zrozumienia czy wytłumaczenie czegokolwiek. Bardzo to było przykre.
I następnego dnia, kiedy mnie wypisywali, jedna z położnych kazała mi zrobić miejsce dla następnej pacjentki. Musiałam zwolnić łóżko i czekałam na partnera na korytarzu.. Nie dostałam również żadnej tabletki na zatrzymanie laktacji. Wiem, że mam mały biust. Ale to jak patrzyła na mnie położna i zastanawiała się czy mi coś dać czy nie.. Szok. Także widząc mój biust uznała, że chyba go nie potrzebuję, z czym teraz mam problem.
Także Izo, zrozumienia, więcej zrozumienia. Nie potrzeba nawet żadnych słów pocieszenia wg mnie, a zwykłego, ludzkiego traktowania. Jak matki, które tracą swoje dzieci, czy to w 9 tc, w 15 czy tak jak ja w 24.
Odpowiedz
#21
Czytałam, że wśród nas jest położna...mam nadzieje , że nie tylko ona jedna...
chce się podzielić tym jak sprawa wyglądała u mnie. Standardowa "usługa" po poronieniu - czyszczenie.
Otóż, kiedy trafiłam już na salę zabiegową kazano mi ściągnąć dół od piżamy i położyć się na ginekologicznym łóżku. Po czym, nie przerywając sobie plotek jedna z pań obecnych na sali przywiązała mi ręce i nogi skórzanymi pasami do łóżka. Moja pierwsza myśl - to aż tak będzie bolało?? i od razu sceny z niskobudzetowych horrorów stanęły mi przed oczami. Następnie pani ginekolog (sporo młodsza ode mnie, cóż chyba na takich przypadkach się uczą, bo przecież tu niewiele da się popsuć) przysunęła sobie stolik z narzędziami bliżej siebie i moich rozwartych nóg. Pomijając fakt, że owe narzędzia kojarzyły mi się wyłącznie w filmem "Piła", utkwiła mi w pamięci najbardziej, i śni mi się po nocach do dziś żółta miska z namalowanym czarnym lakierem do paznokci napisem :"odpadki medyczne".Ja sie pytam...jakie odpadki??? Przecież to miało być moje DZIECKO!!!!! I kiedy ja już wszystko zobaczyłam i niemalże poczułam, usłyszałam przejęty głos młodej pani ginekolog : "pacjentka mi nie śpi"... i odpowiedź zdziwionej równie młodej pani anestezjolog...."to mam uśpić?"....
Nie odbierzcie tego źle...nie oceniam źle młodych fachowców. Tylko apeluje - pamiętajcie, macie do czynienia z ludźmi - nie przypadkami medycznymi.
Odpowiedz
#22
"pani ginekolog (sporo młodsza ode mnie, cóż chyba na takich przypadkach się uczą, bo przecież tu niewiele da się popsuć)"
Niestety nie masz racji, można bardzo wiele popsuć... Mi łyżeczkowanie też robiła młoda ginekolog, po kilku dniach na kontroli u mojego lekarza okazało się, że nie oczyściła dokładnie i było ryzyko powtórnego zabiegu. Na szczęście zastrzyk z oksytocyny pomógł. 13 miesięcy po zabiegu urodziłam synka i przy cesarskim cięciu okazało się, że mam w macicy ileś tam zrostów?! Lekarz który mnie operował mówi ze moja macica wyglądała jak u kobiety po 1 albo 2 cesarkach (a w życiu nie miałam żadnej). Gdybym nie zaszła w ciążę i nie miała cesarki to nikt by tego nie zauważył i to by sobie rosło, mogłyby być problemy z zajściem w ciążę a może nawet zainfekowanie jajników i konieczność ich usunięcia. Wiem ze dla nich jestem tylko kolejna pacjentka ale ja macice mam tylko jedna i wolałabym żeby o tym pamiętali, nie wstawia mi nowej jak zęba...
Odpowiedz
#23
u mnie najgorsze chyba było to że nikt mi nic nie powiedział prócz słów czekamy na krwawienie.....nie byłam kompletnie przygotowana...to był 11/6tc a gdy nagle po godzinie bóli poszłam do toalety zaczęły wypadać ze mnie skrzepy wielkości wątróbki....a wśród nich moje dziecko.... maleńkie dziecko które miało rączki, nóżki, pępowinę i widoczne oczy ....nie dało się pomylić wyglądało identycznie jak na tych wszystkich zdjęciach i filmikach dzieci w 12 tygodniu .......wpadło po prostu do toalety a ja był tak strasznie przerażona nie wiedziałam co mam zrobić....do toalety.
Toalety rodem z horroru starej, ciasnej, brudnej z niedomykanymi drzwiami które były może z 30 cm od sedesu, gdzie nie było nawet porządnej żarówki, mydła ....I TAM WSZYSTKO SIĘ ODBYŁO..... A JAK ZAWOŁAŁAM POŁOŻNĄ TO TYLKO PYTAŁA CZY TO NA PEWNO BYŁO TO...I SPRÓBUJE WYCIGNĄĆ.....PÓŹNIEJ PRZYSZEDŁ LEKARZ SPRAWDZIŁ NA USG STWIERDZIŁ BRAK PŁODU I ŻE TAK SIĘ ZDARZA.....A KOLEJNY NASTĘPNEGO DNIA ZLECIŁ LYŻECZKOWANIE- NIGDY NIE ZAPOMNĘ TEGO LEKARZA MUMII,KTÓRY NIE CHCIAŁ MI WYJAŚNIĆ NIC...MAM PODPISAĆ PAPIERY ALBO WRÓCĘ Z KRWOTOKIEM I JUŻ WIĘCEJ NIE BĘDĘ MIAŁA DZIECI A SAM ZABIEG WG NIEGO BYŁ KOSMETYKĄ TRWAJĄCĄ MOŻE Z 10min....zero zrozumienia, ludzkiej empatii, delikatności czy współczucia.......ze strony położnych i lekarzy jednie co zaproponowano mi leki na sen i psychologa......a wystarczyło trochę godnych warunków do poronienia osobnej ustronnej sali z możliwością poronienia chociażby do mieseczki a nie do wc w samotności, lęku, przerażeniu bólu i strachu. Bez słów typu płód, jajo płodowe, embrion, zarodek, czy materiał poronny...
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości