Wynik badań histopatologicznych a USG
#1
Mam prośbę, czy któraś z Was mogłaby mi wytłumaczyć, jak to możliwe, że w rozpoznaniu klinicznym stwierdzono \"ciąża bliźniacza obumarła t. 10.\", natomiast w podsumowaniu badania histopatologicznego znajduje się informacja, że było to \"puste jajo płodowe\" (????). Dodam, że maluchy były bardzo wyraźnie widoczne na trzech różnych sprzętach do USG - w tym tuż przed rozpoczęciem wywoływania farmakologicznego poronienia, ich obecność została potwierdzona przez 4 różnych lekarzy, baa... tydzień przed ich odejściem kilka razy podczas różnych badań potwierdzono akcję obu serduszek.
Gdzie więc podziały się moje dzieci??? Przecież ja, mąż, kilku lekarzy i znajomi, którzy oglądali moje USG z wyraźnymi zarodkami nie mogli mieć zbiorowej halucynacji....!!!!!!

Dodam, że roniłam farmakologicznie przez 24 godziny, miałam bardzo silne skurcze, lecz niestety tabletki nie zadziałały i wykonano łyżeczkowanie. Wg lekarzy maluszki były rozwinięte na 7 tyd., choć nie znaczy to, ze nie żyły od trzech tygodni - rosły wolno, ale tydzień przed zabiegiem serduszka jeszcze biły...


Proszę o pomoc...
Odpowiedz
#2
kayra bardzo mi przykro....


Niestety to co napiszę jest bardzo bolesne, bo (znowu, niestety....) lekarze oszukują...... ten wpis oznacza, że dzieci nie wysłano do badań......

gdyby jajo faktycznie było puste, taka diagnoza pojawiła by się na USG, wiem, bo widziałam takie USG, na monitorze, moje własne.......

Czy dostałaś ze szpitala Pisemne zgłoszenie urodzenia dzieci w celu rejestracji w USC ?

Jak masz wypis, czy inne dokumenty gdzie jest mowa o ciąży obumarłej to zrób kopie, USG też.... i pisz pismo do Dyrekcji Szpitala o Pisemne zgłoszenie urodzenia dzieci, trochę ciężko mi tu być ostatnio, taki czas...... ale poszukam odpowiedniego wzoru pisma.... podobne wątki są w dziale prawnym, niestety ostatnio nie mają dobrych zakończeń, ale to nie znaczy, że nie warto próbować....

dużo sił ....
Odpowiedz
#3
Czytam to i się denerwuje... Kayra przykro mi ja miałam to samo z ciążą pojedynczą: zarodek był a potem mówili że to puste jajo... Ja walczę ale ciężko jest. Mam zrobione badania genetyczne i wiem że poronilam chlopca
Odpowiedz
#4
Uff...już myślałam, że nikt mi nie odpisze, a co za tym idzie tylko mnie spotykają takie \"przeboje\"... ;(
Metryczki dzieci zostały wysłane do USC - wiem, bo babeczka z USC je odszukała, badania genetyczne już zleciliśmy i na podstawie fragmentu trofoblastu udało się określić, że to chłopcy (bliźnięta jednojajowe). Niestety w Zakładzie Medycyny Sądowej chcieli również protokół sekcyjny z wynikiem histopatologicznym i boję się, że na podstawie tego idiotycznego wpisu o pustym jaju, dostanę taką opinię, że mi w USC dzieci nie zarejestrują. Nawet nie wiem, jak treść takiej opinii wygląda, bo jeśli znajdowałaby się w niej wyłącznie informacja o płci, to byłoby mimo wszystko super...

Dziewczyny, jest mi tak okropnie ciężko; na sam wynik badań hist. czekałam aż 2 miesiące, a jak je przeczytałam, to zupełnie zgupiałam, bo gdybym ja maluchów nie widziała, gdybym nie miała zdjęcia USG, ale mam!!! Były malusie, ale były!!!!
Odpowiedz
#5
Masz dostać z oddziału ginekologicznego Pisemne zgłoszenie urodzenia dziecka, na którym powinna być zaznaczona płeć, skoro szpital wysłał dokumenty do USC to pewnie te Pisemne zgłoszenia (mam nadzieję), myślę, że w USC wystarczy wynik, w którym będzie podana płeć i o nic innego nie będą pytać... bo badani histopatologiczne raczej USC nie interesują, życzę spokoju i życzliwych ludzi....

bądź dobrej myśli, trzymam mocno kciuki ....


Dla chłopców (*) (*)
Odpowiedz
#6
Ja nie wiem dokładnie jak to wygląda z ciałkami Dzieciaczków, bo sama nie wiem gdzie moje Maleństwo się podziało. Ale opiszę mój przypadek- dla innych a może u Ciebie też było podobnie? W 7 tc (poniedziałek) Dzieciaczek był opóźniony w rozwoju o tydzień, ale serduszko biło. W następny poniedziałek u Dzieciaczka serduszko już nie biło, zatrzymał się w rozwoju na 7-8mm (przez tydzień urósł 4mm). W piątek (równo 9tc) moje Maleństwo podobno się już rozłożyło i zaczęło wchłaniać, stwierdzono część ludzika 2-3 mm. Podczas wywołanego poronienia dopiero po podwójnej dawce leków (druga dawka po 24 godzinach po pierwszej dawce) wystąpiło poronienie (6 godzin) i aż do wystąpienia krwotoku, zbierałyśmy z położną KAŻDĄ PODPASKĘ i przeszukiwałyśmy ją (chciałam z nią być przy sprawdzaniu - choć tyle mogłam dla Maleństwa zrobić - znaleźć je w tej całej galarecie). Niestety nic nie znalazłyśmy i wyrzucałyśmy podpaski do kosza ( mogła je zabierać i sama wyrzucać, ale ja liczyłam jeszcze na znalezienie tych moich najcenniejszych 2 mm). Potem krwotok i zabieg. Za wiele z rozmowy z położną już po zabiegu nie pamiętam (pierwszy w życiu atak histerii chyba:/ ), ale coś mówiła, że wszystko było dużo mniejsze niż ja sądzę. takie zdanie tylko pamiętam. Na drugi dzień rozmawiałam z innym lekarzem już na trzeźwo i prosiłam o szczerą prawdę, czy jest szansa,że wyciągnęli moje Maleństwo. Lekarz stwierdził, że podczas łyżeczkowania nie wyciągnięto całego jaja płodowego tylko strzępy, krwotok był zbyt duży, więc nie jest powiedziane, że dzidzia też wyszła, tylko brutalnie mówiąc wyleciała gdzieś wcześniej a my ją przeoczyłyśmy, lub została wyciągnięta ale w takim stanie wręcz nie do rozpoznania. Ale może się okazać, że w materiale do badania jest ten mój Ptysiek ( w sumie nie ten lekarz robił zabieg, to nie był naocznym świadkiem ). Nie wiem teraz czy nie wyrzuciłam Dzidzi z tymi podpaskami, ale naprawdę tam jej nie widziałymy. Nie wiem, czy te tabletki mogą uszkadzać płód, że 2mm mojej Dziecinki się po prostu ,,rozpadły czy rozpuściły\"? Tak naprawdę, że oprócz działania na macicę i szyjkę, to one wpływają na stan płodu? A może podczas tego jednego dnia nieudanego indukowania do końca się Serduszko moje rozłożyło? Zapytam lekarza na wizycie kontrolnej co sądzi na ten temat, zwłaszcza, że już będę miała wyniki badania histopatologicznego. I takie pytanie się mi nasuwa - czy w ogóle podczas łyżeczkowania jeżeli jajo jest w całości to je całe wyciągają, czy rozrywają? Kayra, jeśli uda Ci się coś ustalić, proszę daj znać.
Odpowiedz
#7
Kasiu, udało mi się ustalić tylko tyle, że podczas badań histopatologicznych nie szukano maluchów, a tylko tkanki, które pozwoliłyby na określenie płci dzieci, bo takie było zlecenie ze szpitala. Najłatwiej było więc wziąć tkanki tworzące łożysko (trofoblast), które są genetycznie identyczne, jak tkanki dziecka, a w moim przypadku dzieci, bo chłopcy byli bliźniętami jednojajowymi. Natomiast ich ciałka podczas mojego 24. godzinnego ronienia, a następnie podczas łyżeczkowania najprawdopodobniej zostały tak zdegradowane, że szukanie ich było jak szukanie igły w stogu siana. Ponadto histopatolog nie mógł wiedzieć, że maluszki były dużo mniejsze niż wskazywał na to wiek ciążowy, bo po prostu wolniej rosły. Usłyszałam również, żebym się tym badaniem nie sugerowała, a skoro na badaniu USG i to podczas przyjęcia do szpitala potwierdzono obecność maluchów, to znaczy, że były i już.
W każdym razie w podsumowaniu opisu badania genetycznego napisano: \"tkanki płodów płci męskiej\", na tej podstawie USC zarejestrował chłopców, a następnie maluchy zostały pochowane (w tym tygodniu liternik wykona grawerunek na pomniku). Wszystko się więc udało doprowadzić do końca, a ja cały czas żałuję, że mogłam dla nich zrobić tylko tyle...tak strasznie niewiele...
Odpowiedz
#8
kayra zazdroszczę Ci, że doprowadziłaś wszystko do końca (włącznie z pogrzebem). Ja niestety odpuściłam, w deklaracji napisałam, że nie biorę tkanek do pochówku na rzecz badań. Wcześniej stwierdziłam, że też pochowam moje Maleństwo, ale jak widać nie miałam już czego chować ;( Podziwiam za odwagę i siłę, ja jej chyba nie miałam i nie wiem czy teraz też bym miała. Poza tym nikt by tego nie zrozumiał. Już i tak usłyszałam od psycholog z najbliższej rodziny , że według niej dziecko jest dzieckiem od 5 miesiąca ciąży a wcześniej to tylko zarodek (oczywiście jest matką maluszka). Do tego wyśmianie pomysłu pochówku dziecka. Do pełni szczęścia doszedł gorszy kontakt z moją rodziną, wmawianie mi ciężkiej depresji zanim jeszcze poszłam na zabieg, tylko dlatego, że nie chciałam planować zaraz po super-hiper wakacji. A prawda jest taka, że ja nie potrzebuję psychologa tylko ciszy, spokoju i męża. I tylko ON i moja przyjaciółka zwalająca mi różne rzeczy na głowę (ale bardzo przyjemne) mi pomagają. On mnie wspiera, a ona wie, że im mniej będę siedziała na necie czytając o tym jakby wyglądał teraz mój Maluszek, tym lepiej. Teściowa też podeszła super, bo codziennie dzwoni, ale do męża, bo wie, że jeszcze nie jestem gotowa na spokojne rozmowy o moim Skarbie. Mnie trzyma jeszcze tylko jedna rzecz przy zdrowych zmysłach (choć po tylu latach walki z niepłodnością, to sama nie wiem jak ja teraz daję radę) - liczę, że moje Maleństwo będzie Aniołkiem Stróżem dla swojego przyszłego Rodzeństwa....
Odpowiedz
#9
Kasia ta psycholog powinna się dokształcić z biologi.. Z takimi ludźmi nawet nie ma co dyskutować. Rozumiem, że ktoś stosuje nazewnictwo medyczne i mówi w 5 miesiącu o płodzie, ale zarodek? Dużo sił i nie zwracaj uwagi na takich ludzi.
Odpowiedz
#10
Pani psycholog, poza nazewnictwem, powinna się podkształcić z psychologii... :evil: Bo takich rzeczy na pewno psycholog nie powinien wypowiadać w stosunku do osoby w żałobie.
Odpowiedz
#11
Kasia....Boże....nie masz pojęcia, jak bardzo mam Cię ochotę przytulić... Wiesz...ja dałam radę przez to wszystko przejść, bo miałam ogromne wsparcie mojego męża, moich rodziców i przyjaciół...nikt nie mówił, że jest coś dziwnego w tym, że chcę moje dzieci potraktować jak pełnowartościowych ludzi (moja babcia napisała nawet oświadczenie, że pozwala na dochowanie swoich PRAWNUCZKÓW w grobie swojego męża), poza tym mam małego synka, dzięki któremu jeszcze nie zwariowałam. Nie wiem, co bym zrobiła bez tych wszystkich tak bardzo kochanych osób. Oni dali mi siłę, oni pilnowali, żebym przeżyła ten koszmar, a potem doprowadziła wszystko do końca. Mój mąż lub moi rodzice jeździli ze mną załatwiać wszystkie formalności, wykonywali te najtrudniejsze telefony, np. do prosektorium, dbali i nadal dbają, żebym miała spokój, żebym mogła przeżyć żałobę i powoli wrócić do życia. Nie musiałam więc słuchać tych, którym to zrobiłam, wydawało się dziwne czy głupie - nawet jeśli tacy byli, ja ich nie słyszałam...
Zaszokowało mnie to, co napisałaś o znajomym psychologu - przeraża mnie fakt, że taki okrutny i głupi człowiek zajmuje się pomaganiem tym najbardziej potrzebującym. Za grosz empatii....przykre...
Odpowiedz
#12
Dzięki, kochane jesteście Smile Na szczęście mój mąż jest zawsze ze mną gdy jest mi źle, przytuli, wysłucha... Wiem, że może i tak jest lepiej, niż dzieciątko miałoby być bardzo ciężko chore (chore-nie byłoby gorsze, ale chore-bardzo cierpiące). W szpitalu poznałam kobietę, która straciła 2 dzieciaczków w 7 miesiącu ( oba zmarły tak samo). Powiedziała, że po porodzie pierwszego tygodniami modliła się o jego życie, a potem o śmierć... Bo widziała jak cierpi straszliwe katusze (dziecko miało chyba wszystkie możliwe wady). Drugiego dzieciaczka już nie pozwoliła wyciągnąć cc. Wiem, że jak się kogoś tak bardzo kocha ponad wszystko, to trzeba pozwolić mu odejść... Ja wierzę, że gdzieś tam na chmurce mój Ptysiek rozwija się, dorasta, a potem z góry będzie nad nami czuwał. Pewnie mu tam na górze lepiej niż nam tutaj, i najważniejsze- nie cierpi. Ja byłam w takiej sytuacji, że 2 tyg. przed zabiegiem dowiedziałam się o wolniejszym rozwoju Dziecka. Lekarka prowadząca dała nam 2 tygodnie. Równo 2 tygodnie potem (co do dnia) trafiłam do szpitala. Nie było mowy o pomyłce (pomogliśmy w poczęciu dziecka naturze),więc nie ukrywała przed nami prawdy. Oczywiście ja spanikowana poszłam gdzie indziej, gdzie powiedziano mi - serce bije, dziecko walczy to pani tez musi. Ale jakoś i tak nie wierzyłam ( bo wiedziałam, że nie może być pomyłki w określeniu wieku ciąży). Te dwa tygodnie były tylko dla nas, głaskałam brzuch, mówiłam do Niego żeby się nie bał, że mamusia i tatuś będą myślami z nim zawsze i kiedyś przeszukają wszystkie chmurki aż go znajdą. To był nasz czas, dlatego może dzięki temu, że mogliśmy się pożegnać teraz jakoś jest łatwiej ( o ile można tak to nazwać). Nie mam jego grobu, ale w sercu będzie zawsze i nie mam zamiaru zapominać... Póki co przygotuję śliczne pudełko i schowam tam wszystkie badania, usg i moje listy jakie do niego pisałam od pierwszego dnia ciąży, choć jeszcze nie wiedziałam, że jestem w ciąży Wink A co do różnych opinii - pamiętajcie, że zawsze mogłam usłyszeć, że to spóźniony okres... A ja swoje wiem. Ja tylko mówię, nie życzę nikomu, aby musieli oceniać czy to dziecko czy nie, kiedy ich musieliby wyskrobywać. I chyba straszne jest to, że ja się nawet bardzo nie obraziłam - bo ja i tak wiem swoje, ja z tych upartych których nie da się łatwo do niczego przekonać. Ale za to teraz wykorzystuję KAŻDE spotkanie, aby podkreślić, jak bardzo z mężem kochamy nasze Maleństwo w niebie. A inni niech sobie gadają co chcąSmile Tego uporu także Wam drogie koleżanki życzę, gdybyście kiedyś trafiły na takie pocieszanie Smile
Odpowiedz
#13
Kasiu, moje maluchy też rozwijały się wolniej - od samego początku i póki było widać jednego, to wizyty u lekarza nie były optymistyczne, on cały czas hamował mój entuzjazm, a ja nie wiedziałam dlaczego (wydawało mi się, że maluch może nadgonić, zresztą jak się nie miało wcześniej takich doświadczeń, to się nie wie, że to w zasadzie oznacza, że dzieciątko najprawdopodobniej nie przeżyje...). Potem jak pojawił się drugi brzdąc, to ja prawie przestałam się bać. Tłumaczyłam sobie, że: \"jak jest dwójka, to przecież mogą wolniej rosnąć\". Pewnie i mogłyby, ale nie tak bardzo, a one z każdą wizytą zwalniały, jakby już nie miały sił...Lekarz wiedział, ja czułam, ale nikt z nas tego głośno nie mówił; ja miałam nadzieję, a on robił po medycznemu wszystko, co mógł...u nas też nie mogło być mowy o przesunięciu owulacji, wiedziałam, kiedy dostałam zastrzyk...cały czas mam nadzieję, że śmierć chłopców przyniesie coś pozytywnego, bo to by oznaczało, że miało to jakiś sens... na razie nie ma...jest ciemno i smutno...Myślę, że teraz najważniejsze, żeby otoczyć się bliskimi, korzystać z ich ciepła i leczyć rany, na wszystko inne przyjdzie czas, a ludzie...zawsze znajdą się tacy bezinteresownie zawistni, dla których frajdą jest plucie jadem i takim chyba należy tylko współczuć.
Odpowiedz
#14
Kurczę, tak mam jeszcze do Ciebie jedno osobiste pytanie... CZY TY TEŻ MIAŁAŚ MLEKO W PIERSIACH???? Wiadomo, nie takie ,,pełnowartościowe, ale mleko? Ja się dziś kąpałam i przycisnęłam sutka żeby pozbyć się takiego białego nalotu ( w czasie ciąży miałam taki jakby kaszaczki co to niby nawilżają sutki) a tu zaczęło mleko płynąć. Z jednej piersi sporo, z drugiej pojedyncze kropelki. Kiedy to znika? Bo powiem szczerze, to mleko nie pomaga....
Odpowiedz
#15
Kasia zgłoś to lekarzowi, samo niekoniecznie musi przejść. A może ogólnie masz za wysoką prolaktynę.
Odpowiedz
#16
Masz normalną produkcję mleka po porodzie.
Przykro mi. Także to przechodziłam po stracie Franusia.
Przeszło mi w ciągu 8 dni, ale...miałam bardzo bolesny obrzęk, więc na początku musieliśmy odciągać pokarm, plus okłady z kapusty i maści dowymieniowych dla krów (jestem weterynarzem Wink po zmniejszeniu obrzęku zmniejszyliśmy częstotliwość odciągania, aby nie prowokować laktacji.

Idzie się z tym rozprawić domowymi sposobami albo lekami. Leków się bałam, bo niekoniecznie się je dobrze akceptuje (zawroty głowy, wymioty)....i się udało..
Powodzenia!
ps. wydzielina jest różna - wodnista, a potem frakcje białe, żołte, potem niby już białe mleko.
Grunt, żeby nie było ropy, krwi etc.
Odpowiedz
#17
Kasiu, ja nie miałam mleka w piersiach; owszem po odejściu maluchów przez dłuższy czas były pełne, obrzmiałe i bolące, ale siara nie leciała. Zresztą mi w pierwszej ciąży aż do końca siara też nie leciała, a laktację musiałam intensywnie po cc pobudzać, więc chyba taka moja uroda. Jeśli Cię to niepokoi, to najlepiej skonsultuj to z lekarzem, jednak osobiście myślę, że samo powinno przejść... piersi też muszą przestawić się na nieciążowy tryb i to w przyspieszonym tempie
Odpowiedz
#18
Ja dostalam bromergon na powstrzymanie laktacji
Odpowiedz
#19
Z tym przechodzeniem samemu to różnie bywa. Były tu przypadki dziewczyn, które całymi tygodniami męczyły się, zwłaszcza psychicznie, z laktacją. Jeśli jest to dużym psychicznym obciążeniem, warto sobie pomóc lekami.
Odpowiedz
#20
Dzięki Dziewczyny za odpowiedzi. Przyznam, że nie chciałabym kolejnych leków brać, bo już i tak biorę ich wystarczającą ilość a niestety odbija się to na moim żołądku/wątróbce. Trochę się zestresowałam, bo jednak zabieg był w 9 tc, teraz byłby 10tc, więc to jednak trochę wcześnie.... Chyba, że mój mózg nie pozwala odejść Maleństwu i dlatego zaczęła się dopiero teraz produkcja mleka (tydzień po wszystkim...). Zresztą nie ważne, będę trochę odciskąć (i tak wystarczy, że podotykam przez pare sekund piersi, nawet gdy dłużej siedzę podparta, że się ich dotyka - i plama ,,niespodzianka\" na bluzce gotowa), i patrzeć czy nie robi sie ropa. Póki co jest przezroczyste, potem jak mleko z kartonu- bielusieńkie. W ilości może nie ma tego jak bardzo dużo, choć gdybym wyciskała na siłę, to pewnie by się uzbierało, no ale nie chcę laktacji prowokować. Także odciskam wtedy jak mnie sutki bardzo swędzą i ciągną lub całe piersi bolą (z raz-2 razy dziennie + z jedna, dwie niespodzianki niewywoływane), więc wstrzymam się póki co z lekarzem. Jak w przeciągu 2 tyg. nie przejdzie, wtedy zgłoszę się do lekarza. Pozdrawiam Was gorąco.
Odpowiedz
#21
kasia, w razie bolesności piersi możesz je okładać tłuczonymi liśćmi kapusty. Lepiej tak radzić sobie z ew zapaleniem czy bolesnością niż wyciskaniem, bo ona pobudza laktację tak czy siak, nawet jak nie odciskasz dużo.
Odpowiedz
#22
Kasiu, a może masz możliwość kontaktu, choćby telefonicznego z położną, np. ze swojego rejonu??? One często znają jakieś domowe metody, a najczęściej orientują się w temacie lepiej niż lekarze. Może taka fachowo podpowiedziałaby Ci co w tej sytuacji robić...
Odpowiedz
#23
Kasiu, ja po urodzeniu moich bliźniaków też miałam problem z laktacją, baaardzo duży problem. Mleko pojawiło sie po 48h od drugiego porodu i po kolejnych 48h myslalam, ze piersi mi eksplodują. Dostałam strasznych rozstępów, na centymetr! Mleko sie wylewało a razem z mlekiem morze łez, bo kogo tu karmić... W szitalu powiedziano mi, żeby brac witaminę B6 1 tabletka 3 razy dziennie i owijać piersi ciasno bandażem elastycznym. Dla ulgi wkładałam tłuczone liście z kapusty z lodówki i naprawdę pomagało. Nie wyciskałam i nie odciągałam, bo to tylko pobudza laktację. Więc może spróbuj tej metody, bo ja obyłam sie bez leków hormonalnych. Po ok2 tygodniach nie było juz śladu po mleku.
Odpowiedz
#24
Można też pić szałwię, ale najlepszy byłby bromergon.
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości