wsciekla na Boga?
Dla mnie - bądź wola Twoja - oddaję swoje życie / daną sprawę w Jego ręce, ufając, że wie, co dla mnie najlepsze.
"Bóg tak chciał" zakłada celowość działania. Wierzę, że nie chciał, żeby moje dzieci umarły, nie chciał, żebym cierpiała.

Tak po ludzku - jako mama nie zawsze daję dzieciom to, o co mnie proszą. Czy bywają wtedy smutne / rozżalone? - tak. Czy to znaczy, że chciałam, żeby były smutne? - nie.

Skąd to pytanie, PiBi?
Odpowiedz
Bądź wola Twoja czyli zgodzę się na wszystko, co mi dasz. Co mi zechcesz dać. A jeśli to Bóg daje i odbiera, to każde życie i każda śmierć jest Jego chceniem, nieprawdaż?
Tak sobie rozkminiam.
Odpowiedz
Masz za dużo czasu w wakacje?
Ja to widzę tak: Bóg mnie powołał do jakiegoś znanego sobie celu, ma na mnie jakiś pomysł, ale żebym go wypełniła, muszę się na to zgodzić, powiedzieć "bądź wola Twoja".
Ale jakoś nie umiem sobie wyobrazić, że On sprawia każdą śmierć. Miałby celowo wzniecać wojny, zrzucać drzewo na dziewczynę w ciąży, zsyłać śmiertelną chorobę na małe dziecko? Byłby okrutny.
Jak to w ogóle było w Biblii, Adam i Ewa mieli żyć wiecznie? (serio, nie wiem).

Mam ogromną nadzieję, że to nie jest tak, że każde zdarzenie w moim życiu jest przez Niego zaplanowane, że wszystko, co mnie spotyka, jest Jego intencją. Kimże wtedy bym była - zabawką w Jego rękach?

Nie wiem, gdzie szukać odpowiedzi. Jeśli w Biblii to mi się znowu teoria sypie, bo powiedział Pan do Jeremiasza "Zanim ukształtowałem cię w łonie matki, znałem cię". Czyli, że co, każdego z nas kształtuje? Celowo tworzy morderców, psychopatów, zwyrodnialców? Chce, żeby zaistnieli i krzywdzili innych? W takiego Boga, to ja nie wierzę, dziękuję.
Odpowiedz
Zanim ukształtowałem, w sensie, zanim stworzyłem.
Czas wakacji nie ma znaczenia, tylko okoliczności.
Mam bardzo wierząca koleżankę gdy chorował siostrzeniec, pozwoliła sobie na komentarz, że to może próba. No, próba, siostrzeniec umarł.
Albo, znajomy chorował, ale Bóg działa. Tak..... Siostrzeniec umarł. Mimo wielu modlitw, nowenny pompejańskiej odmówionej w całości, mimo zapewnień, jeśli o cokolwiek będziecie zgodnie prosić, taaaaak, Ojciec mój da Wam. Hmmmm.
Nie mówię, że Bóg celowo chce. Mówię, że to zgodne z Jego wolą. Tak chciał.

Dlatego pytam o tę różnicę.
Odpowiedz
PiBi, ja też mam z takimi fragmentami ten sam problem... I przez to mam zachwianą wiarę w modlitwę. Bóg da albo nie. Są dzieci i dorośli, którzy i bez mnóstwa modlitwy dookoła wychodzą z chorób czy wracają do sprawności po wypadkach. Są i tacy, za których wiele osób się modli, tak jak w przypadku Siostrzeńca, i umierają. Są też ci, za których się modlą i faktycznie wracają do zdrowia. Czy to "zasługa" modlitwy, czy jednak Bóg chciał przywrócić komuś zdrowie i bez tej modlitwy by to zrobił? Z drugiej strony, gdyby nasze zdrowie, szczęście i bezpieczeństwo zależało tylko od tego, ilu mamy krewnych i znajomych, którzy się za nas modlą, czy byłaby to właściwa droga?

Od straty drugiego dziecka mam takie podejście, że nie ważne, czy będę sobie żyły wypruwała na modlitwie, czy całkiem z niej zrezygnuję, to Bóg i tak zrobi, co będzie chciał. Niczego u niego nie wyproszę, nie wyżebrzę.
Odpowiedz
O to, to, to!
Strasznie mnie drażnią teksty typu " dzięki Bogu ocalałem" , ale ktoś inny zginął wtedy. I co z tym zrobić? Albo " nie otrzymujecie, bo się źle modlicie". Serio? Wszyscy?
Dużo we mnie pytań. To nie jest brak zaufania. To jest i tak będzie jak zechcesz, Boże. Nic i nikt tego nie zmieni.
Odpowiedz
Dla mnie w pewien sposób trudna jest ta niewzruszona Boża wola - to że nie mam na nią wpływu; że Bóg się nie ugnie pod moją prośbą i nie ulegnie moim modlitwom. Z drugiej strony - nie zawsze modlimy się mądrze, więc nie oczekiwałabym realizacji każdego mojego pomysłu. Zaufać Jego mądrości? Temu że On wie lepiej niż ja? Łatwiej w rzeczach małych, o wiele trudniej w tym, co przynosi ogrom cierpienia.

Kiedyś bardzo lubiłam ten utwór, ale nie jest łatwy, gdy trzeba się z nim zmierzyć...

https://www.youtube.com/watch?v=OrBUhIjJY08
Odpowiedz
Po tym, jak dowiedziałam się, że Aurelki szanse na życie tutaj ze mną są nikłe, oprócz błagania o cud modliłam się też modlitwą, która, jak się później okazało, przygotowała mnie na jej śmierć:

Oddanie się Opatrzności Bożej

Boże mój! Nie wiem, co mnie dzisiaj czeka. Tyle tylko wiem, że mnie nic nie spotka, czego byś Ty pierwej nie przewidział, nie dopuścił lub nie rozkazał od wieków: to mnie uspokaja. Uwielbiam Twoje odwieczne i niedościgłe wyroki, skłaniam czoło stojąc z jak największą pokorą przed obliczem Twoim, wielbię miłość i dobroć Twoją ku mnie. Wszystko przyjmuję, ze wszystkiego złożę Ci ofiarę i połączę ją z ofiarą Jezusa Chrystusa, Zbawiciela mojego. Proszę Cię tylko w Imię Jego i przez Jego nieskończone zasługi o cierpliwość w przeciwnościach moich i o zupełne posłuszeństwo woli Twojej we wszystkim. Amen.
(źródło: https://www.milosierdzieboze.pl/opatrznosc.php)
Odpowiedz
Trudna ta modlitwa.
Odpowiedz
Po roku nadal tak nie potrafię (nie chcę?).
Odpowiedz
W trzeciej ciąży po śmierci dwójki dzieci moją główną myślą było to, że kolejnej straty nie przeżyję. Zmarłe "oddałam", żyjące ostrożnie "powierzałam", bo a nuż coś im się stanie. Śmierć Lilianki była jak policzek, z niepewnością zdecydowaliśmy się przyjąć ją - nasze kolejne dziecko, a tu taka "odpłata". Od pierwszych strat minęły lata, zdarzyły się cuda nie-fizyczne, umarło dwoje kolejnych dzieci, zanim poczułam, że ta modlitwa jest moja. I to nie jest tak, że teraz już nie znam złości, strachu i wątpliwości. To wraca i proszę o siły, żeby trwać w tym oddaniu, samej za trudno.
Myślę o Was, Dziewczyny.
Odpowiedz
Po pierwszej stracie trafiłam na pewien cytat z Biblii. Zamieściła go na portalu społecznościowym moja znajoma, czekająca na narodziny dziecka. Brzmi on tak: "Czyżbym Ja, który otwieram łono matki, nie sprawił urodzenia dziecka? - mówi Pan" (Iz 66,9). Poczułam się jakbym dostała w twarz tym Słowem. Długo nie mogłam o nim zapomnieć. Później, już po drugiej stracie, sprawdziłam ten fragment w innym przekładzie i tam padają zupełnie inne słowa, żadnego nawiązania do macierzyństwa w tym miejscu nie ma. Przez lata kochałam Biblię, mam różne przekłady, nawet słownik z tłumaczeniem z hebrajskiego, a dzisiaj patrzę na nie z nieufnością. Bo może tak naprawdę nikt nam nie obiecał, że jak będziemy prosić, to otrzymamy. Może te wszystkie fragmenty to pomyłka tłumaczy. Wiem, że przekłady potrafią się mocno różnić między sobą, ale nigdy nie przekonałam się o tym tak boleśnie, jak w przypadku tego Izajasza.
Odpowiedz
Ostatnio robiłam research tego wersetu, bo zaskoczyło mnie jego brzmienie w - jak mi się wydaje - protestanckiej, anglojęzycznej wersji ("I will not cause pain without allowing something new to be born".) Tutaj jest porównanie angielskich tłumaczeń tego wersetu: https://www.biblegateway.com/verse/en/Isaiah%2066:9, ale myśl stoi za tym mniej więcej jedna - czy zacznę coś i nie będę w stanie tego doprowadzić do końca?
Domyślam się, że nie o to chodzi. Nie o werset, nie o słowa, a o zawód i ból.
Nie raz modliłam się z wiarą o czyjeś życie, a przychodziła śmierć. Błagałam o życie Aurelki, a umarła. Gdzie ten cud? Wierzę, że był w tym zdarzeniu nie jeden. Po pierwsze ona - piękna i moja. Była, żyła. Widziałam. Miałam wielkie wsparcie w Was i w moich bliskich, cud kolejny. Wierzę mocno, że ona nadal żyje i zmartwychwstanie, że nie ma jej ze mną tylko na chwilę. Wierzę, że nasz Tata chce dla nas dobrze, chociaż często boli. Że płakał ze mną. Że dopuścił ból, ale trzymał mnie, żebym nie wpadła w rozpacz. To są cuda dla mnie. A może były i dla innych? Może jeszcze będą? Może ktoś śmierci wiecznej uniknie?
Odpowiedz
Bólu już we mnie nie ma. Może dlatego że wszystko przeżywałam gwałtownie i "na zewnątrz". Wszystko zostało wypłakane i wykrzyczane. Ale został zawód, nieufność, brak wiary w Bożą dobroć i troskę. Staram się nie podejmować prób zrozumienia straty naszych dzieci, bo to prowadzi mnie do oskarżania Boga o dość słabe motywacje czy intencje. Z drugiej strony, niby nie chodzi o słowa i wersety, ale ten, który przytoczyłaś z Izajasza w angielskim tłumaczeniu, daje pewne światło i nadaje jakiś sens. 
Tkwię ciągle w swoim zacietrzewieniu, urażonej dumie, poczuciu zranienia. Ani odejść, ani się zbliżyć.
Odpowiedz
LittleKate chyba mam podobne odczucia do Ciebie. Niby wierzę, że Bóg jest, chcę wierzyć, że istnieje niebo i że tam są moje dzieci i Tata. Modlę się codziennie, ale chyba nie wierzę w to że Bóg się mną opiekuje. Nie znajduję wytłumaczenia czemu zabrał moje dzieci zanim zdążyły się narodzić, zanim mogłam je poznać. Mogę sobie wytłumaczyć, że mój Tata zmarł bo palił całe życie a ja się cały czas obawiałam, że tak może się stać, ale te niewinne małe istotki? Nie pojmuję tego zupełnie. Czy to kara za moje błędy? Jeśli tak to czemu nie ukarał mnie... Chyba, że to życie na ziemi jest karą.... Nie potrafię być blisko, trzymam się z daleka, z szacunkiem, ale z pewną rezerwą.
Odpowiedz
Zdecydowanie to nie kara, wielokrotnie w Biblii jest mowa o ludziach cierpiących, którzy nie byli większymi grzesznikami niż inni. Choć ja też nie raz czułam się, jakby to była kara.

Po śmierci Lilianki tak pisałam komuś w wiadomości:
"Czy mnie pociesza życie pozagrobowe... nie w tym momencie, nie bardzo. Czasem, kiedy tak wybiorę. Czuję się ogołocona, choć mam dużo. A [inne] tragedie działają na mnie paraliżująco, że mogę stracić więcej. Bóg sam wystarczy, to test? Oblałam. Chcę więcej, chcę kontroli, ale boję się śmierci i chorób, i wiem, że nie ma powodu, dla którego nie miałyby się znowu przydarzyć. (...) Ja już nie zniosę więcej śmierci, choroby też nie, chociaż byłam gotowa. Teraz już nie. Ile razy można dzieci żegnać? Ja wiem, że nie ma limitów, dlatego pchać się nie będę. Zaufania nie mam, że nie zostanę uświęcona zmarłym dzieckiem kolejny raz. A ja nie mam siły na uświęcanie. Boję się, że zostanę taką zmorą złorzeczącą, ciągle w cieniu śmierci".

Z Lilianką umarła we mnie w jakiejś części ta duma, własne plany. Nie chciałam tego przed sobą przyznać, ale bardziej kochałam własne dzieci niż Boga. Teraz też moja miłość Boga i bliźniego daleka jest od ideału (oj, bardzo) i często się o tym przekonuję. Ale perspektywa się zmieniła. Pomógł mi nie zgorzknieć, uwierzyć, że mnie kocha nawet, kiedy przydarza się tragedia, i przyjąć śmierć Aurelki z wdzięcznością za nią. Moje zaufanie nie polega już na tym, że nie wydarzy się kolejne nieszczęście i nie będzie bolało, ale że mnie będzie w tym kochał i nie pozwoli, żeby moja dusza zginęła, bo na ciało przyjdzie pora, którą On sam już przewidział.

Czuję Was, Dziewczyny. I ja miałam poczucie krzywdy. Zanieście je Bogu, będzie wiedział, co zrobić.
Odpowiedz
Pumo, na razie nic nie chę Mu zanosić, nic oddawać.

Przed pogrzebem babci byłam u spowiedzi. W sumie i tak planowałam iść przed porodem, na wypadek, gdybym miała umrzeć w trakcie (bo czemu miałoby to nas nie spotkać?). Na razie pilnuję tego spowiadania się. Właśnie ze względów formalnych, a nie z powodu chęci nawiązania relacji z Bogiem. Na szczęście mam spowiednika, dla którego to nie jest problem.

Nie mam siły na nic więcej. 

Pisałaś wcześniej o cudach. Też mogłabym jakieś wskazać. Tylko dlaczego nas musiały tyle kosztować? Mam na to pewną niezgodę.
Odpowiedz
Pumo nie jestem jeszcze gotowa. Nie mam też chyba odpowiedniego przewodnika duchowego, bo Kościół do którego chodzę jest hmm... nastawiony na Radio Maryja i bardzo prorządowy. Osobiście wolałabym, oddzielić te dwie sfery życia, więc często kazania powodują u mnie sprzeciw. Mam trochę inne oczekiwania od miejsca, które powinno się skupić na duchowości i wierze... Tak było w mojej rodzinnej miejscowości, gdzie księża byli zakonnikami, byli otwarci na ludzi, szczególnie młodych i tworzyli taką przyjemną atmosferę. Niedługo się przeprowadzimy, może w nowym miejscu będzie lepiej...
Może jeśli będę mieć swoje ziemskie dzieci, moje odczucia się nieco zmienią i będzie mi łatwiej. Na razie chcę zostać tu gdzie jestem.
Odpowiedz
niezidentyfikowana, mam trochę znajomych księży, są różni, o naszej sytuacji wie kilku, ale nawet ci otwarci na ludzi nie "dźwignęli" tego, co nas spotkało. Mamy jednak obok siebie też takich, którzy nie boją się towarzyszyć ludziom w trudnych momentach. Może ktoś znajomy poleciłby Tobie kogoś takiego? Albo tak jak piszesz - zobaczysz, jacy księża będą w nowym miejscu.
Odpowiedz
LttleKate właśnie sobie uświadomiłam, że nie mam w swoim mieście znajomych którzy są wierzący/ wierzący i praktykujący...Osoby wierzące które poznałam na studiach wyjechały z miasta. Mój mąż był wcześniej bardzo religijny, tak go wychowała Babcia, ale od pewnego czasu nie chce w ogóle chodzić na msze. Nie wiem czemu, a nie chce mi powiedzieć co było tym punktem zapalnym, ale z tego co opowiada to kiedy był dzieckiem, jego wiara wręcz uniemożliwiała mu normalne funkcjonowanie. Bał się że jak nie odmówi modlitwy i to w pełnym skupieniu nad każdym słowem to coś złego się stanie. Także z dwojga złego lepiej, że nie żyje już w tym ciągłym strachu... Jego rodzina odkąd Babca zmarła też nie jest zbyt religijna. Spróbuję w nowym miejscu, może będzie lepiej
Odpowiedz
U mnie jest tak, że mam bardzo wielu wierzących znajomych. Niektórzy, znający naszą sytuację, próbowali nawracać mnie bardziej gorliwie niż księża, więc przestałam z nimi rozmawiać.
Z księżmi jest różnie, więc nawet jak usłyszysz jakąś głupotę to się nie zniechęcaj i spróbuj pogadać z innym. Np. mój proboszcz nie jest jakiś bardzo tragiczny, ale w kwestii straty nienarodzonego dziecka zupełnie nie ogarnia tematu - w ogóle nie rozumie, z czym mam problem, bo przecież mam dzieci w niebie, a to jest takie wspaniałe. Serio, ma takie zdanie.
Mój mąż przestał chodzić na msze, gdy ja przestałam. Chodzimy na śluby, pogrzeby itd., ale po pogrzebie babci ja zaczęłam póki co chodzić na niedzielne msze, a on nie. Wiem dlaczego tak jest i nie jest mi z tym łatwo. Każdy jednak sam musi przejść swoją drogę.
Odpowiedz
Mam wierzących znajomych czy osoby z rodziny z którymi rozmawiam na te tematy, ale nikt z nich nie mieszka w moim mieście.
Co do tematu śmierci nienarodzonych dzieci to chyba niewiele z osób, które tego nie przeżyły są w stanie zrozumieć nasz ból, a ktoś kto nie przeżył straty bliskiej osoby w ogóle nie wie jakie to uczucie. Ja wiem po sobie jak bardzo zmieniło moje podejście do pacjentów przez wszystko co w życiu przeżyłam. Księża to tylko ludzie, są bardzo różni. Pamiętam, że kiedy przesuwaliśmy nasz ślub, to wszyscy usługodawcy byli bardzo w w porządku, szli nam na rękę, jedynie proboszcz w mojej rodzinnej parafii wydarł się na nas że za późno przyszliśmy - 3 tyg przed ślubem (choć ustalałam ten termin wcześniej z innym księdzem). Dodam że cały ślub organizowaliśmy w 1,5 miesiąca, musieliśmy zrobić nauki przedmałżeńskie i załatwić wszystko w urzędzie stanu cywilnego, jednocześnie pracując i jeżdżąc z moim Tatą na chemię więc krążyłam między kilkoma miastami. Wiem jednak, że to jest kwestia osobnicza i chyba później zrobiło mu się głupio kiedy wywołał u mnie płacz. Spotkałam w swoim życiu kilku fajnych księży, ale zawsze albo gdzieś musieli wyjechać, a kilku z nich zamieniło sutannę na życie rodzinne...
Myślę, że nie można nikogo zmuszać do pojednania się z Bogiem, musimy być na to gotowi, a do tego potrzebny jest czas...
Odpowiedz
Zupełnie się z Tobą zgadzam w kwestii rozumienia przeżyć drugiego człowieka. 11 lat temu moja babcia przeżyła śmierć swojego pierwszego dziecka - najstarszego syna. Zawsze była raczej zamknięta, jeśli chodzi o przeżywanie trudności, rzadko się skarżyła. Po latach zrozumiałam, że to, co wtedy się z nią działo, to była depresja, ale nikomu z nas nie przyszło to do głowy i nikt nie pomyślał o pomocy np. psychiatry. Ale dopiero po tym, jak sama straciłam dzieci, w pełni dotarło do mnie, co ona wtedy mogła przeżywać. Rozumiem, że księża mogą nie mieć wyobrażenia na temat straty, ale mój proboszcz jest pod tym względem ewenementem, bo uważa, że powinnam się cieszyć i jest wręcz niemocieszony faktem, że tak nie jest. Próbowałam mu to nieco wyjaśnić, ale się nie udało, dlatego go unikam, o ile mogę. Ale to jedyna aż tak skrajna postawa, z jaką się zetknęłam.
Odpowiedz
LittleKate może to kwestia bardzo silnej wiary? Może on nie ma wątpliwości, stąd takie przekonanie że należy się cieszyć że dzieci są u Boga. Ja wiem że moja wiara jest słaba. Nie potrafię tak zaufać w pełni, jestem zbyt przesiąknięta nauką, lubię drążyć analizować, kwestionować. W dodatku moje poglądy na wiele tematów są sprzeczne z tym jak podchodzi do nich Kościół Katolicki, a do niego nalezę. Wiem, że wiele osób z niego odchodzi właśnie z tego powodu. Z drugiej strony łatwiej jest mi żyć wierząc niż nie wierząc, ale mam wiele wątpliwości.
Odpowiedz
niezidentyfikowana, może masz rację... Nie wiem. Na temat samego poronienia też ma uproszczony pogląd. Bo kiedyś jakiś lekarz powiedział, że poronienie wynika z jedzenia sztucznych zupek na studiach i najpierw organizm musi mieć czas, żeby oczyścić się z tej chemii. I mój proboszcz niewzruszenie trwa przy tej teorii i ciągle to powtarza. Dla niego nie istnieją inne powody.

Zdanie Kościoła w pewnych kwestiach wynika z Ewangelii i nauczania Jezusa, więc Kościół nie może tego zmienić. Niektóre rzeczy bywają trudne, wartość innych docenie się na jakimś etapie swojego życia. Ja mam problem bardziej z relacją z Bogiem niż z Kościołem (co nie znaczy, że wszystko w jego funkcjonowaniu mi się podoba). Jedni w tej relacji mają wątpliwości i stawiają pytania, inni mimo różnych doświadczeń są niezachwiani, każdy jest inny...
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości