wsciekla na Boga?
W tym Dniu co pojawiło się krwawienie rozpoczęłam część Dziękczynną.... może Bóg nie chciał, żebym zostałam matką tutaj? Sad
Nie było dnia gdybym się nie modliła, a modliłam się dużo... ale teraz to już nie ważne... bo czasu nie cofnę.
Odpowiedz
Martynko doskonale Cie rozumiem... czuję dokładnie to samo co ty.... nie potrafie otworzyć sie na Boga... chodzę do koscioła, ale gdy klęcze, gdy zostaje sama... w głowie mam pustkę... nie wiem co mówić, nie wiem o co prosić... nie bardzo potrafie zaufać...
Odpowiedz
dokładnie tak samo miałam, dwa miesiące temu... także skończyłam część błagalną i miałam zacząć dziękczynną... i stało się, 13 marzec 2015.....

.....ja wściekła jestem zawsze tak,że w środku wzrasta we mnie zazdrość do tych kobiet, które nie modląć się nowennami, które nie chodzą do kościoła...mają tyle szczęścia,że im się udaje w większości spraw. Ale zaraz potem patrzę na siebie i dziękuję za to co mam....Głupio mi potem,że nie doceniam tego co mam, bo doceniam. Że tamte kobiety, być może "Bez Boga", ochrzczone czy nie ochrzczone, czy żyjące ze swymi partnerami po ślubie czy nie - nie mają tego co ja, tej bliskości z Bogiem...w modlitwie, na mszy, w Sakramentach świętych. Choć czują się spełnione pewnie - bo doświadczają i odbierają dla siebie wiele szczęścia, jeżeli chodzi o to, że nie mają z poronieniami do czynienia....że mają piękne i zdrowe dzieci, bo poronienie uważam za naprawdę traumatyczne przeżycie dla kobiety...już na cały czas wpisane w psychikę... Kobiety są stworzone do bycia matkami, a strata bardzo boli - czy to we wczesnej ciąży, czy późnej...
..Jednak człowiek spełniony, to ten żyjący z Bogiem, a nie obok niego.
Ja myślę, iż ludzie naprawdę wierzący muszą przejść wiele prób, by nie poddać się... chociaż pytanie: jak wiele tych prób, kochany Boże? Niektóre dobre kobiety wciąż pragną zostać matką po raz pierwszy.
Ja już jestem matką ziemskiego dziecka,5-letniego, ale chcę dla niego bardzo rodzeństwa... Bardzo chcę, by kobiety które pragną pierwszego dziecka,by ich marzenie się ziściło......
Odpowiedz
Straszne są takie wiadomości.... Sad

Ja straciłam dwoje dzieci. Po pierwszej stracie całkowicie oddałam się modlitwie.Powierzyłam moje dalsze życie Bogu.Modliłam się za mojego synka i do niego.
Jednak po drugiej stracie (3 tygodnie temu) coś we mnie umarło.Przestałam się modlić. Jeszcze na początku klękałam i nie wiedziałam co mam powiedzieć, za co podziękować, klęczałam i mówiłam "Boże co ja mam ci powiedzieć?",aż w końcu przestałam się modlić.
Jak idę do kościoła to łapię się na tym, że myślę co ja tu robię?

Przeżywam potężny kryzys wiary.
Rzadko pytam dlaczego tak się stało, dlaczego my? Dlaczego dwa razy?
Teraz jestem zła. Nie chcę nawet pytać. Przecież i tak nie dostanę odpowiedzi. Jestem rozżalona i smutna, Podejrzewam, że przechodzę kolejny etap żałoby. Ale ciężko mi gdy nagle przestałam mieć oparcie w wierze. Chyba jednak moja wiara była słaba. Tak łatwo się załamała? Czy to przeżycie było dla mnie aż tak druzgocące,że nie zostałam wierna?

Jak sobie z tym poradzić? Jak dalej iść przez życie? Huh




Kocham Was moje Aniołki! Opiekujcie się nami, proszę. Nigdy Was nie zapomnę Hubercie i mała Fasolko Heart
Odpowiedz
Widzę, że wątek dawno nie odwiedzany ale jednak jest, czyli nie tylko ja tak mam. 
Ja chyba zupelnie stracilam wiere, nie w Boga, ale w jego dobroc i sprawiedliwosc. Poronienie nie bylo powodem ale ostatnia kropla, ktora przelala zlosc, zwatpienie i wscieklosc, ktore narastaly. Moze nawet chcialabym, zeby to nie byla prawda, ale gdzie sie nie odwroce znajduje potwierdzenie tego, co czuje. Stracilam moje dziecko okolo 8 mies. Temu, gdyby nie to urodziloby sie kilka dni temu. Od tego czasu staramy sie o dziecko, ale nie wychdzi. A gdyby tego bylo malo, wszystkim innym wokol sie udaje: kolezance w pracy, kuzynce, ktora ma już 4, nawet sasiadce, ktora cala ciaże paliła i ogolnie ma swoją gromadka dzieci w nosie zostawiajac wszystki na glowie dziadkow i szukajac nowego kandydata na tatusia dla kolejnego. Zazwyczaj nie okazuje swojej zlosci, ale sa dni, kiedy juz nie mam sily i zamykam sie w lazience, zeby doslownie wyc. Ze zlosci, zazdrosci, poczucia niesprawiedliwosci. Nie lubie tych momentow, ale nie umiem inaczej.
Odpowiedz
(Thu, 27 Grudnia 2018, 21:35:33)trzydziescidwa napisał(a): Myślę o tegorocznym Dniu Dziecka Utraconego... Modliliśmy się w kościele tymi słowami:
"Panie Jezu, Ty nas wezwałeś,
byśmy nie gardzili żadnym z tych małych,
bo ich aniołowie wpatrują się w oblicze Ojca,
przyjmij do swego domu dzieci,
które zmarły przed swoimi narodzinami.
Wierzymy, że moc Twego krzyża obejmuje ich krótkie życie na ziemi,
a Twoje zmartwychwstanie otwiera im bramy nieba.
Błogosławimy Cię za każdego,
kto uszanował godność tych dzieci, przez pogrzeb godny człowieka.
Prosimy Cię za rodziców każdego z tych dzieci,
byś ich pocieszył i napełnił swoją łaską.
Niech Twój Święty Duch Pocieszyciel
będzie im mocą w chwilach bólu i cierpienia,
niech koi ich rany i serca napełnia nadzieją życia wiecznego.
Prosimy Cię także za każde dziecko,
które dziś rośnie w łonie swojej matki:
niech Twoi aniołowie otoczą te dzieci swoją opieką,
niech umacniają rodziców
i dają mądrość opiekującym się nimi lekarzom.
Prosimy Cię o dobre narodziny
i szczęśliwe, wierne Tobie życie – dla nich i dla nas.
Maryjo, Pani Licheńska, Bolesna Matko Jezusa,
która patrzyłaś na śmierć Twego Syna,
otocz macierzyńską opieką dzieci zmarłe przed narodzinami,
ich matki i ojców.
A nam wyproś serca wrażliwe,
byśmy nigdy nie wzgardzili żadnym z tych najmniejszych. Amen."

W czasie tej modlitwy płakałam rzewnie, za swoją maleńką Emilką i w nadziei, że moje dziecko (które było akurat w moim łonie) rośnie i ma się dobrze. Ten scenariusz już znałam, kilka miesięcy po pierwszym poronieniu zaszłam w ciążę z synem, który śpi w pokoju obok. Tym razem wszystko potoczyło się inaczej. Jest mi o tyle trudniej, że straciłam zaufanie do Boga. Czy to się kiedyś odbuduje? Póki co ciężko mi przekroczyć bramy kościoła. Zmusiłam się ze względu na prośby syna, żeby pójść tam w ostatnią niedzielę. Nie miałam siły na recytowanie modlitw, dalej w moim sercu rośnie gniew, na Tego Najmądrzejszego, który wie ile cierpień, to dla mnie wciąż nie jest zbyt wiele. Narodzin jego Syna nie poszłam świętować. Mój syn narodzin nie doczeka...

W pierwszej ciąży byłam na mszy, podczas której myślą przewodnią było "bądź wola Twoja". Nie wiem, czy to było jakieś konkretne święto, ale pamiętam, że bardzo świadomie odmawiałam wtedy "Ojcze nasz", słowami "bądź wola Twoja" oddając opiekę nad moim dzieckiem Panu. Kilka dni później dowiedziałam się, że moje dziecko nie żyje. Wycofałam się wtedy z relacji z Nim, nie miałam do Niego jakiegoś szczególnego żalu czy pretensji, ale też nie miałam o czym z Nim rozmawiać. Postanowiłam poczekać.
Teraz już nie pamiętam, czy to po tym pierwszym poronieniu trafiłam na takiego fajnego spowiednika (to by były rekolekcje Wielkopostne) czy po drugim - w trakcie rekolekcji Adwentowych, chociaż w sumie to bez większego znaczenia, kiedy.
Szłam do tamtej spowiedzi bez większego przekonania - bardziej potrzebowałam chyba wsparcia duchowego, rozmowy niż spowiedzi sensu stricto. Kolejki, jak to w rekolekcje. Aż tu nagle przyszedł kolejny ksiądz - tyle, że nie usiadł w konfesjonale, to było po prostu krzesło i klęcznik, spotkanie dosłownie twarzą w twarz. Pomyślałam, a co mi tam i poszłam. To była wspaniała rozmowa, myślę że całkiem nieprzypadkowa, chociaż nie oczekiwałam takiej w tamtych dniach.
Pytasz, czy Twoje zaufanie do Boga kiedyś się odbuduje. Znam dziewczyny, które po stratach całkiem odeszły od Boga, znam też takie, które dopiero po stracie Go odnalazły. Myślę, że jeśli będzie Ci na tym zależało, jeśli pozostawisz serce chociaż trochę otwarte, to On do Ciebie trafi.
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości