Straciłam ostatnią szansę ?!
#1
Drogie dziewczyny! Podczytuję Was od niedawna. To miejsce jest tak pełne empatii, że i ja zebrałam się na odwagę, żeby opisać Wam swoją historię.Wiem, że mnie zrozumiecie. Przepraszam, bo będzie długo, ale nie umiem inaczej.
Moja historia rozpoczyna się niemal dokładnie 15 lat temu - 20.03.1998r.- kiedy w 8tc straciłam swoją pierwszą ciążę. A zapowiadało się tak pięknie.W dniu spodziewanej @ zrobiłam test, ale tylko dlatego, że temperatura na wykresie nie spadała. Rezultat w postaci II zaskoczył mnie tym bardziej, że plamiłam a kilka dni wcześniej typowo jak na @ bolał mnie brzuch. Ponieważ ciąża była zaplanowana, wyczekana i wystarana, bo mieliśmy problemy z poczęciem, więc jeszcze tego samego dnia byłam u lekarza. Wkroczyłam do gabinetu rozpromieniona i szczęśliwa. Pan doktor sprowadził mnie na ziemię słowami, że nie z każdej mąki może być chleb. Ja jednak wierzyłam wtedy, że sukcesem jest zajście w ciążę, a później jest już ok. Pierwsze USG miałam ok. 6tc. Był pęcherzyk w macicy. Lekarz zapytał, czy moje cykle są dłuższe. Nieświadoma niczego odpowiedziałam, że nie, że są książkowe - co 28 dni. Nic na to nie powiedział, tylko kazał przyjść za 2 tyg.. Niestety, kilka dni przed upływem tego terminu znowu zaczęłam plamić. Szybka wizyta u lekarza. Nie badał mnie. Powiedział, że co ma być to będzie, nie ma na to lekarstw, mogę polegiwać, ale jak mam poronić, to i tak poronię. Leżałam kilka dni, aż do chwili, kiedy plamienia zmieniły się w krwawienie a do tego zaczął mnie boleć brzuch. Zgłosiliśmy się do szpitala. Pamiętam chwilę szczęścia, kiedy na USG lekarz zobaczył pęcherzyk. Za chwilę jednak wszystko runęło, powiedział, że niestety nie jest on prawidłowy, nie rozwija się. Muszę zostać w szpitalu, czeka mnie zabieg. Przepłakałam nie wiem ile godzin. Całe szczęście leżałam na ginekologii, w sali, gdzie było nas 5 z tym samym nieszczęściem. W nocy miałam skurcze, ból brzucha, chodziłam do toalety, nie dostałam żadnego naczynia (nie wiedziałam nic n/t), nie sprawdzałam co ze mnie wylatuje. Następnego dnia miałam zabieg (w narkozie).Na wyniku h-p było : decidua necrotica.
Oczywiście jak wiele z Was, i ja usłyszałam, że nie ma o co płakać, bo przecież jeszcze nic nie było (od kogoś z rodziny).
Na wizycie kontrolnej zapytałam lekarza, co w przyszłości, przy (miałam nadzieję) kolejnych ciążach mam mówić. Odpowiedział, że wystarzy, że pokażę wypis ze szpitala i wynik h-p. Byłam młoda, o nic więcej się nie zapytałam. Ale kiedy, jakiś czas później, w renomowanej klinice, nie mniej renomowany pan doktor, stwierdził, że z powyższych wcale nie wynika, że w ogóle byłam w ciąży, wyskoczyłam na niego, że przecież byłam na pewno, że widziałam pęczerzyk, że przecież całe moje ciało \"wiedziało\", że jest w ciąży. Zorientował się chyba i nic już więcej nie powiedział. Ale bolało, oj bardzo to wtedy bolało. Później doczytałam sama o pustym jaju płodowym, i możliwe, że to miał na myśli, ale nawet jeżeli to było puste jajo, bo tak naprawdę już nigdy się tego nie dowiem, to ja i tak wiem, że byłam w ciąży. Od tego czasu, co roku 1 listopada zapalamy na bezimiennym grobie dodatkowy znicz dla naszego maleństwa (oczywiści 15 lat temu nie było mowy o pochówku, nawet gdyby były szczątki dzieciątka).
Minęło sporo czasu. W ubiegłym roku, tuż przed ukończeniem przeze mnie 40 lat, postanowiliśmy zakończyć naszą działalność prokreacyjną (oczywiście nie rezygnując z seksu, który od tej chwili stał się naprawdę fantastyczny). I tak powinna zakończyć się moja historia :... i żyli długo, i szczęśliwie. Wmieszał się jednak wredny los. Początek roku miałam fatalny: operacje, zabiegi i pobyty w szpitalu 3 bliskich mi osób (jedna, za drugą). Ja wykończona, niewyspana, chodząca na rzęsach. Kiedy okres mi się opóźnił, pomyślałam, że to chyba klimakterium (miesiączkuję już 30lat). Po 5 dniach, w środku dnia, zrobiłam test - wyszły dwie wyraźne krechy.
Byłam w szoku, nie wierzyłam, to była klasyczna wpadka. Jednakże bardzo się ucieszyłam. Na wizytę poszłam do zwykłego gina. Coś mu napomknęłam, że 15 lat temu miałam poronienie, ale właściwie obydwoje potraktowaliśmy je jako incydent.To było tak dawno. Wszystko było ok. W 6t6d cyklu widoczny był zarodek 5,4 mm i taka maluteńka, wielkości piksela w ekranie, migająca kropeczka. Lekarz stwierdził, że to na pewno będzie serduszko, ale dokładnie będzie je widać za tydzień. Dobrze sie czułam, może aż za dobrze, bo nie miałam praktycznie objawów ciążowych. W dniu kolejnej wizyty, parę godzin wcześniej, poczułam jeden skurcz. Pobiegłam do toalety. Na papierze zobaczyłam delikatne plamienie. Jeszcze wtedy bardzo się nie wystraszyłam, bo zbliżał się termin kolejnej @. Bardziej zaniepokoiło mnie to, że zaczął mnie boleć brzuch. Nadeszła pora wizyty. Tuż przed badaniem, powiedziałam, że mam złe przeczucia. Lekarz niestety je potwierdził. Pęcherzyk nie urósł, zarodek się zmniejszył, nie ma serduszka - to był 7t6d. Na drugi dzień rano byłam w szptalu. Tam na USG (przez powłoki brzuszne) lekarz stwierdził, że pęcherzyk ma wielkość jak w 6tc a echa zarodka brak :\'( . A później wszystko działo się jakby poza mną, cytotec, zabieg, powrót do domu. Zwolnienie lekarskie i płacz, płacz, płacz...
Dzisiaj (a właściwie już wczoraj 25-go) minął miesiąc od wizyty, na której się dowiedziałam, że dzidziuś nie żyje, 26-go lutego miałam zabieg.
Najbardziej przykre było dla mnie to, że miałam poczucie iż ktoś lub coś sobie ze mnie zakpiło. Miałam ogromny żal do Pana Boga (jako osoba wierząca), że \"zrobił mnie w konia\". Dał mi coś, o co już nie prosiłam, rozbudził na nowo pragnienia i nadzieje, dał ogromną radość,a po chwili mi to zabrał. Wtedy trafiłam na Waszą stronę. Była chyba w przebudowie, ale znalazłam w niej ukojenie. Jednym tchem przeczytałam pamiętniki Ani (chyba nic nie pomyliłam), spłakałam się jak bóbr. I postanowiłam : nie odpuszczę, chcę się znowu starać, kiedy tylko będzie można.Ta myśl pozwoliła mi przetrwać te 4 tygodnie. Mąż nie jest zadowolony z mojej decyzji.Ale we mnie wszystko odżyło. No ale zbliża się chyba @, mam potworny PMS i on chyba sprowadza mnie na ziemię. Uświadomiłam sobie, że tak naprawdę praktycznie nie mam szans na ciążę. To był cud, bo my bez pomocy medycyny i lekarzy w ciążę nie zachodzimy (kiedyś lekarz określił, że naturalnie, to mamy szanse poniżej 1% i faktycznie, naturalnie nigdy wcześniej \"nie wpadliśmy\"). Wiek, prawie 41 lat też robi swoje. No i miotam się teraz pomiędzy ogromnym pragnieniem ponownego bycia w ciąży, a chłodną i trzeźwą oceną sytuacji- tak naprawdę nie mam na nią szans. Straciłam moją ostatnią szansę...
Odpowiedz
#2
Niegoska jeżeli pragniesz dziecka to się nie poddawaj. Walcz jeżeli masz siłę. Nikt nie mówi, że będzie łatwo i na pewno się uda ale czy nie lepiej jest podjąć starania niż wyrzucać sobie potem, że zrezygnowało się z marzeń bo lekarze nie wiedzieli jak pomóc?

Jak walczyłam, na końcu mojej walki spotkałam lekarza, który powiedział mi, że nie daje gwarancji ani nic nie obiecuje ale jeżeli chcę spróbować kolejny raz to on pomoże mi przez to przejść. I teraz moje szczęście ma 18 msc.
Odpowiedz
#3
Niegoska, co do wieku, urodzilam dziecko majac 43 lata.
Odpowiedz
#4
agn68 dziękuję bardzo, takich wieści mi trzeba.
Becia myślę, że już nie dam rady wrócić do tego czasu sprzed ostatniej ciąży (kiedy się nie starałam). Ja wiem, że będę próbować chyba aż do klimakterium. Jednak zdaję się w tych staraniach na naturę. Mój obecny gin. zapowiedział, że jeżeli przytrafi nam się kolejny cud, to od początku obstawi mnie lekami. Ale do tego czasu nie chcę już żadnych badań itp. Tak sobie wmówiłam, że pierwszą ciążę straciłam przez ibuprofen. Wzięłam go 2 razy na 3-4 dni przed terminem @, nie spodziewając się, że jestem w ciąży. Obecna ciąża zakończyła się tak szybko być może z powodu mojego/naszego wieku. Czytałam gdzieś, że po 40 co druga kom. jajowa jest nieprawidłowa, co może prowadzić do poronienia właśnie. A ja od roku nie brałam już żadnych witamin typu folik itp. Teraz do nich wrócę. Wierzę, że coś się we mnie odblokowało i uda się...Tego się będę trzymać.
Dziękuję dziewczyny!
Odpowiedz
#5
Nie mogę nocami spać. Czytam i czytam...Przeczytałam podlinkowane u góry blogi.Moje straty obiektywnie wydają się małe w porównaniu z tym, co spotkało tamte osoby. Ale subiektywnie bolą bardzo. Gdybym po pierwszej stracie poszła do jakiegoś specjality pewnie zdiagnozowałby u mnie depresję. Przychodziłam z pracy, nie zapalałam światła, kładłam się do łóżka i płakałam. Nie byłam w stanie nic robić w domu. Dopiero, kiedy M wracał z pracy,udawało mu się trochę mnie rozruszać.Pomału z tego wyszłam, sprawdziło się powiedzenie, że czas leczy rany. Nie,on nie leczy, on zabliźnia. Rana nie boli, nie krwawi, nie piecze - jest zabliźniona, ale jest- już na zawsze. Teraz obok starej blizny jest nowa rana. Boli nie mniej niż poprzednia. Mogłabym się podpisać pod większością wypowiedzi na tym forum, też się tak czuję, choć nie potrafię o tym pisać.
Przedwczoraj minął miesiąc od zabiegu, miesiąc ogromnej huśtawki emocji. Kiedy wyszłam z gabinetu po usłyszeniu wyroku, rozpłakałam się. Potem coś we mnie wstąpiło, jakaś adrenalina, naturalny znieczulacz, coś przytłumiło moje emocje. Nie płakałam już, nie spałam całą noc, szukałam w internecie informacji, szykowałam się do szpitala. Chciałam mieć to jak najszybciej za sobą, choć lekarz powiedział, że nie muszę od razu iść do szpitala. Nie wyobrażałam sobie czekania, nie dałabym rady. Rano zgłosiłam się do szpitala. Dalej byłam wyjątkowo opanowana. Na sali rozmawiałam z innymi dziewczynami, nawet trochę żartowałyśmy i pocieszałyśmy się wzajemnie.Nie potrafiłam płakać. Łzy pojawiły się dopiero,kiedy wieźli mnie na zabieg. Trwało to parę minut, kilkoma długimi korytarzami na inny odział. A mnie po policzkach płynęły strugi łez. Obudziłam się już po wszystkim - wieczorem byłam w domu i zasnęłam jak kamień. Potem, będąc na zwolnienu, przepłakałam dwa dni. Najczęściej pytałam wtedy Boga, dlaczego mi to zrobił? Miałam ogromny żal. Po głowie chodziło mi dziecięce powiedzenie \" kto daje i odbiera, ten się w piekle poniewiera\", ale takie słowa do Boga?, przecież to absurd. Później, żeby samej sobie wytłumaczyć co się stało, stworzyłam taką teorię, że Bóg tak naprawdę wysłuchał mojej prośby. Odkąd wiedziałam, że jestem w ciąży, modliłam się , żeby dziecko było zdrowe, żeby nie miało wad. Mój wiek stwarza ryzyko,więc tym bardziej o to prosiłam. I pomyślałam, że Bóg zabrał maleństwo, bo tej prośby nie mógł spełnić. Być może uchronił je i nas przed większym cierpieniem. Jednak ciężko mi było, nie umiałam przez kilka dni znaleźć słów modlitwy, nie wiedziałam co mówić, nie chciałam iść do kościoła. Teraz jest lepiej, ale do tego kościła, w którym tak żarliwie modliłam się w intencji mojego dziecka, naiwnie wierząc, że wzystko będzie dobrze, nie chcę iść. Nie byłam w nim od poronienia, chodzimy do innego. Bóg jest wszędzie ten sam,ale tamte mury źle mi się kojarzą. Pierwszą mszę po zabiegu też przepłakałam. Dotychczas komunię św. ofiarowywałam za nowe życie we mnie. Po zabiegu nie wiedziałam, co mam Panu Bogu powiedzieć. Ale pomału,pomału odzyskiwałam malutki spokój. Zaczęłam planować i przez to się uspokoiłam, ale i nakręciłam na kolejną ciążę. A moje ciało zgłupiało. W ciąży nie miałam praktycznie żadnych objawów, za to po poronieniu hormony zaczęły wariować : przeszkadzały mi zapachy, nie mogłam wziąć do ręki surowego mięsa, bo mnie mdliło, zrobiły mi się bardzo wrażliwe brodawki sutkowe, miałam bardzo dużo śluzu (to akurat mnie cieszyło, bo czułam, że to owulacja - śluz był idealny). Chwilami myślałam sobie, że może lekarz podczas zabiegu \"przeoczył\" maleństwo i ono dalej we mnie jest, rozwija się a ja dalej jestem w ciąży.
Jedna z Was (przepraszam, ale nie pamiętam jeszcze która), napisała w swoim wątku, że przez to, że miała zabieg chwilami czuła, jakby nic się nie stało. Ja też tak miałam. Na zabieg wzięli mnie jak tylko zaczęłam krwawić, ale jeszcze nie bolało bardzo, po zabiegu praktycznie nie plamiłam. Do tego, jak już pisałam, ten mój stan, jakby to wszystko działo się poza mną. Dlatego nie miałam tego poczucia poronienia.
I tak mijały dni, nawet umiałam się śmiać, choć chwilami łzy same napływały do oczu a w gardle stawała wielka gula. Przykro mi, że bliskie osoby traktują to, jakby nic się nie stało. Pocieszyli mnie zaraz po, a teraz zachowują się jakby nic się nie stało. Mąż stara się mnie wspierać, ale na początku mojej ciąży miał operację ortopedyczną, był przez jakiś czas unieruchomiony, dosłownie wszystko było na mojej głowie. Teraz widzę, że i nim targają emocje, ale zawsze był skryty i nie umie tego z siebie wyrzucić. Teraz czekam na @, wydaje mi się, że już się zbliża. I prawdę powiedziawszy, dopiero teraz dotarło do mnie, że to koniec. Nie zabieg, ale @ właśnie uświadomiła mi, że już nie jestem w ciąży. Dopiero teraz dopadły mnie emicje. PMS jakiego w życiu chyba nie miałam. Jestem okropna, krzyczę, wściekam się, za chwilę płaczę, wszystko i wszyscy mnie denerwują, najchętniej rzucałabym talerzami. Do tego nie mam siły, żeby robić cokolwiek. Dom nie posprzątany od ciąży (nie chciałam się przemęczać, a M nie mógł pomóc, bo noga...), po poronienu nie mogę sie do tego zmusić, nie jestem w stanie przygotować świąt - chyba będą bardzo skromne. Staram się jednak jakoś funkcjonować, bo przez te 15 lat wiele się zmieniło i nie mogę pogrążyć się całkiem w rozpaczy tak jak wtedy. \"Odbijam\" to sobie nie śpiąć nocami. Mam poszarzałą twarz, wory pod oczami, ale spać nie mogę...
Nie zabrałam mojego maleństwa, nie pochowałam go, nie potrafię nadać mu imienia, nie mogę wyobrazić sobie jego płci. Wiem, że miałam takie prawo, ale pomyślałam sobie, że nie byłoby to w porządku wobec pierwszego dzieciątka, które takiej szansy nie miało. Sama z resztą nie czułam takiej potrzeby. W szpitalu oczywiście nikt się na ten temat nawet nie zająknął. Może gdybym się upomniała, ale tak, to cisza. Obydwa maleństwa są na zawsze w moim sercu. Teraz będziemy zapalać 2 znicze. Wierzę, że to zrozumiecie.
Przepraszam, że tak długo i bez ładu i składu. Dziękuję, że jest takie miejsce, w którym można to wszystko z siebie wyrzucić.

Na nadchodzący czas życzę wszystkim dużo spokoju, ukojenia w bólu i łask Zmartwychwstałego.
Odpowiedz
#6
czytam i czytam i tak wiele mamy wspólnego... pierwsze poronienie 15 lat temu puste jajo płodowe, dziecko się nie rozwinęło... na USG widziałam, że go nie było.... potem dziewczynki...
po 39 urodzinach ze smutkiem stwierdziłm, że się nie udało zrealizować marzenia o 3 dziecku, w sierpniu niespodzianka, 25 wrzsień serduszko nie bije..26 zabieg... niedawno skończyłam 41 lat... w kwietniu Emilka skończyłaby rok... czy tam też zdmuchnie pierwszą świeczkę ? urodziny symbolicznie będą 26 : )

teraz, od 3 miesięcy, nieśmiało z wielką nadzieją ... próbuję....


niegoska rozumiem.... albo tak mi się tylko wydaje...

pozdrawiam cieplutko, dbaj o siebie....
Odpowiedz
#7
niegoska - ja też tak miałam - mówię o tym twoim opanowaniu na początku.
W szpitalu byłam zupełnie opanowana. Już po podaniu tabletek na poronienie, siedziałam z mężem na oddziale w pokoju odwiedzin, patrzałam na kroczące do toalety ciężarne, z którejś z sal słychać było bijące serce maluszka (ktg) - a my rozmawialiśmy o naszych dzieciach, o synku, który pierwszy raz musiał przenocować u babci, o tym jak pakował zabawki.... - nawet śmialiśmy się trochę, chociaż chwilami też cichutko leciały mi łzy - ale nie rozpaczałam... roztrzęsłam się trochę, gdy kładłam się na fotel do zabiegu (ale tylko w środku) - personel był gburowaty, czułam, że jeśli zacznę otwarcie rozpaczać, to mnie jeszcze gotowe opier....... Po zabiegu pustka i nadal spokój - od chwili obudzenia tuż przed północą do ok 4 rano przeczytałam chyba ze 200 stron książki - w pełni skupiona na treści. Rano wypis, potem prosto do kościoła... Myślałam, jak jeszcze tydzień wcześniej modliłam się o zdrowie dla Maleństwa (ono już wtedy nie żyło, ale ja o tym nie wiedziałam)... i też na tej pierwszej mszy miałam w głowie pustkę, nie modliłam się o nic, siedziałam, wstawałam i klękałam gdy trzeba, klepałam regułki - automatycznie.... a potem z dnia na dzień było gorzej - coraz więcej łez, coraz większa rozpacz, coraz trudniejszy widok ciężarnych... i podobnie - mi też pierwsza @ uświadomiła, że to definitywny koniec, że to przecież nie tak miało być..................... teraz łez jakby mniej, ale za to przychodzą nagle, niespodziewanie, a gdy już są, to nie mogę ich zatrzymać...... i to otępienie, ciężar.............

Dbaj o siebie, wszystkie dbajcie..........................
Odpowiedz
#8
znalazłam przed świętami taki cytat od Matki Teresy z Kalkuty

Pamiętajmy, że męka Chrystusa kończy się zawsze radością zmartwychwstania, toteż kiedy czujesz we własnym sercu cierpienie Chrystusa, pamiętaj, że nadejść musi zmartwychwstanie, musi zajaśnieć radość Wielkanocy...


życzę Wam duzo sił na ten trudny czas...

pamiętam jak pojechałam do koleżanki powiedzieć jej o ciąży i przytuliłam rączkę jej synka, bardzo chorego, bardzo radosnego dwulatka i powiedziałam, że tez będe mieć maluszka, i modlitwę w kościele po wizycie u gina i polecenie dziecka Maryi i Bogu... odmówiłam badań penetralnych bo wiedziałam, że chore tez przyjmę i będę kochać...

może Bóg uznał, że nie dam rady.... ale jak Ty długo nie potrafiłam pójść do tamtego kościoła w którym modliłam się po wizycie...
Odpowiedz
#9
O, jak dobrze mnie dziewczyny rozumiecie...

Kiedy choruje dusza, choruje też i ciało. Całą jesień i zimę nie dawałam się choróbskom, mimo że wokół szalała grypa. Teraz, na same święta dopadło mnie potworne przeziębienie. Zatoki, kaszel, ból głowy...same wiecie...Ostatnie przeżycia najwidoczniej skutecznie osłabiły moją odporność.Swięta więc spędzam w łóżku, może to i lepiej.
W piątek rano oznajmiłam M, że moja ciąża ostatecznie przeszła do historii - przyszła @. Obfita,choć mniej bolesna niż się spodziewałam.Za oknem biało, napadało mnóstwo śniegu i nie trudno mi było wyobrazić sobie,że cofam się w czasie o te 3 m-ce (kiedy miałam poprzednią @ -02.01.13) i że to wszystko jest przede mną, że tym razem inaczej postąpię : pójdę do innego lekarza, wezmę jakieś leki, będę leżała plackiem, żeby tylko się udało. Niestety nie mam takiej mocy, nie cofnę czasu, niczego nie zmienię. Nie jestem już w ciąży i być może już nie będę.
Dziewczyny drogie, to niesamowite pod jak wieloma wątkami mogłabym się dopisać, że czuję dokładnie to samo. Ostatnio wątek o seksie - nie było go zbyt dużo po zabiegu,ale i mi towarzyszyły łzy, aż M nie wiedział co się dzieje.Pamiętam jak 15 lat temu wydawało mi się, żę przesadzam, że histeryzuję, że nie mam prawa tak rozpaczać, bo \"przecież to jeszcze nic nie było\", kryłam się ze swoimi uczuciami.Teraz, czytając to forum widzę, że wcale nie jestem nienormalna w swoich odczuciach, widzę jak wiele kobiet czuje dokładznie to samo co ja, dosłownie wyraża to samo, co ja bym chciała powiedzieć, napisać...

Dużo siły dla każdej z Was, siły w oczekiwaniu na radość, taką jaką daje nam Zmartwychwstały.
Odpowiedz
#10
Przeczytałam wszystko co tutaj piszecie. Czytając to zauważam wiele zachowań podobnych do mojego.. Każdej z Nas jest tak samo ciężko, każdej z Nas towarzyszy taka \"Nasza tragedia\" i to zostanie już na zawsze. Czytając niegoska zastanawiam się nad tym, czy za 11 lat nie napiszę czegoś podobnie.. U mnie minęły 4 lata i nadal nie ma dzieciątka.. tak bardzo się boję, że może już nigdy nie być kolejnego.. tak bardzo się boję..
Mojego męża siostra ma dziecko praktycznie w tym samym wieku co miała by teraz moja Zosieńka.. zastanawiałam się dlaczego ja tak bardzo \"nienawidzę jej, jej synka, drugiego synka..\" czy to nienawiść, a może zazdrość tak straszna, że pragnie przerodzić się w nienawiść?
Pamiętam jak po poronieniu mój mąż po prośbach swojej matki musiał wozić samochodem do lekarzy swoją siostrę.. tak bardzo cierpialam, byłam zazdrosna.. serce pękało mi na drobne kawałki.. później jak urodziła, było to samo.. bo nie mieli samochodu.. jeździł z nimi.. a ja tak bardzo płakałam w domu.. On nie rozumiał.. bo to w końcu siostra, a ja tak cierpiałam.. do dziś nie lubię tych dzieci.. bo przecież \"Ona jest młodsza i ma już dwoje dzieci, a ja nadal nie mam..\" Nie potrafię sobie z tym poradzić. Nie potrafię. Najgorsze jest to, że tak jej nie lubię, a pracujemy razem.. Sad Co kolwiek \"O niej\".. po prostu dostaję szału.. Czy kiedyś to przejdzie? Sama nie wiem.. nie wiem co mam robić.. :/ Sad
Myślę, że jeśli nie zajdę w ciążę, nie urodzę to zawsze to uczucie już będzie.. Sad(
Pamiętam, kiedy urodził się ten jej syn.. ja wtedy przeżywałam wewnętrzny koszmar, a rodzice męża zachwycali się jej dzieckiem.. nikt nie pamiętał, albo udawał, że nie pamięta, że ja też przecież miałam dziecko.. ale umarło.. że jestem w żałobie.. że cierpię.. mówili tylko: \"Och jakie słodkie maleństwo.. śliczne.. cudowne..\" :\'( Koszmar.. chciała bym się obudzić z niego, cofnąć czas.. nie wiem.. mieć Zosie obok.. słyszeć jak woła: \"Mamo..\" czy tego nie będzie?! ;(

Trzymajcie się..
Odpowiedz
#11
Lili - współczuję Ci bardzo. Przede wszystkim dlatego, że umarło Ci dziecko, ale też dlatego, że nie przepracowałaś żałoby i to trwa już bardzo długo, chyba czas na terapię? Nie wiem, czy urodzisz następne dziecko, nie wiem, czy powie ono do Ciebie: mamo, ale wiem, że to nie będzie już Zosia, nie będzie tak, jak byś chciała, to będzie inne dziecko. Towarzyszy Ci zawiść, a to przecież nie wina Twojej szwagierki, że rodzi żywe, zdrowe dzieci, nie lubisz jej, chociaż nic Ci nie zrobiła, czas coś z tym zrobić, zanim Cię wykończy od środka. Nie Twoja szwagierka - Twoja nienawiść, Twój resentyment, Twoja złość. Daj SOBIE szansę. Dużo sił.
Odpowiedz
#12
Czasem ją lubie ale jestem zazdrosna.. i to tak na zmianę gra ze mną, we mnie..
Zastanawiałam się nad jakąś terapią ale nie wiem, gdzie miała bym pójść.. nic nie wiem, bo nikogo ze mną nie ma. Nie wiem czy lepsze wizyty u psychiatry, do którego chodziłam po wypadku ale o tym nie wspominałam nic, czy może lepiej iść do psychoterapeuty jakiegoś, który trochę inaczej chyba prowadzi takie spotkania..
Odpowiedz
#13
Lili, na terapię zawsze do terapeuty. Chyba, że psychiatra jest też terapeutą. Psychiatra leczy. Psychoterapeuta prowadzi w terapii. Terapia nie jest dorywcza ani krótkotrwała, jak bywa leczenie psychiatryczne. Ona trwa, jest procesem i rzeczywiście wygląda zupełnie inaczej niż spotkania z najbardziej nawet rozmownym lekarzem psychiatrą.
Jeśli ufałaś tamtemu psychiatrze, oceniasz go dobrze, dobrze Ci się z nim rozmawiało może warto spytać jego, kogo poleca do terapii. Zawsze to łatwiej szukać. Choć nie zawsze dopasujesz się z pierwszym \"próbowanym\" terapeutą. Ale to nie powód do rezygnacji. Ważna jest dobra wzajemna relacja.
W ośrodkach zdrowia coraz częściej jest możliwość uczestnictwa w terapii. W wielu miejscowościach są Poradnie Zdrowia Psychicznego.
Terapia wiele daje. Bywa błogosławieństwem. A Ty masz trudną przeszłość, wiele do przepracowania. Faktycznie warto spróbować.
Odpowiedz
#14
Lili, trzy m-ce po pierwszym poronieniu mieliśmy dużą uroczystość rodzinną. Bardzo się jej obawiałam, bo miała na niej być moja kuzynka z maleńkim dzieckiem. Nie wiedziałam jak zareaguję,wszystko było takie świeże.
Z kuzynką przez lata byłyśmy praktycznie jak siostry: rówieśniczki, prawie razem się wychowujące, przyjaciółki znające swe sekrety - do czsu. Dorosłyśmy, nasze drogi się rozeszły, zamieszkałyśmy kilkaset km od siebie, kontakty się rozluźniły. Na imprezie okazało się, że nie jest źle. Mały był przecudowny i nie wywołał u mnie negatywnych reakcji. Rozochocona tym zwierzyłam się kuzynce z tego co mnie spotkało (wiedzieli tylko najbliżsi - rodzice i mąż), otwarłam się przed nią, jak przed nikim dotychczas, położyłam serce na dłoni i...spotkałam się z murem chłodu i niezrozumienia. Usłyszałam, że mam o tym przestać myśleć, zacząć normalnie żyć itp. Zatkało mnie, nic już nie powiedziałam. Pomyślałam, że nasza \"przyjaźń\" skończyła się na etapie pierwszych miłości, przyszczy na twarzy i problemów ze \"starymi\". Sporadyczne do tej pory kontakty od tego momentu praktycznie w ogóle przestały istnieć. Nie zmienił tego fakt, że po jakimś czasie dowiedziałam się, że na tej imprezie kuzynka była w pierwszych m-cach ciąży. Teraz myślę, że to była taka jej samoobrona. No bo ona w ciąży a ja jej tu o poronieniu. Ale naszych stosunków już nie odbudujemy. To była moja pierwsza i ostatnia próba. Już nigdy przed nikim tak nie otwarłam swojego serca.
Aktualnie \"denerwują\" mnie dochodzące zewsząd informacje o ciążach gwiazd, celebrytek, pogodynek, tym bardziej, że kilka z nich jest w wieku zbliżonym do mojego. Dlaczego im się udało a mi nie? W najbliższym otoczeniu pomału ten problem przestaje istnieć. Koleżanki już raczej kolejnych dzieci nie planują, a wręcz odwrotnie - wypuszczają swoje pociechy w szeroki świat.
Lili, jeżeli Twoje emocje są tak silne, to może faktycznie pomyśl o terapi?
Trzymaj się ciepło.
Odpowiedz
#15
niegoska, wiem, że to trudne, kiedy spotykasz się z opancerzeniem się rozmówcy na Twoje komunikaty. Ale myślę, że tak jak my często włączamy reakcję obronną na ciężarne w otoczeniu, nie słuchamy, nie uczestniczymy w radości, wyłączamy się tak i ciężarna zamyka uszy na informację, że oto dzieci umierają. Bez sygnału ostrzegawczego i wyraźnego powodu. Że oto obok niej siedzi namacalny \"dowód\", że z tej ciąży nie musi być ślicznego, różowego bobasa. Boli, kiedy ktoś nie chce wysłuchać. Boli, kiedy komunikuje oschle i lekceważąco. Ale i my często po stracie nie jesteśmy w stanie jasno wyrazić i zrozumienia dla cudzej radości z ciąży i prośby o poszanowanie naszego bólu. Często z naszych ust dobywa się jedynie kolczaste: \"Nie chcę tego słuchać! Umarło mi dziecko a ty mi opowiadasz o ciąży?!\". Wtedy rozmówczyni tez pewnie ma prawo poczuć się zraniona. Rozmowy i zrozumienie osób w tak skrajnie różnych sytuacjach, momentach życia są bardzo trudne.

A z tymi ciążami gwiazd... Są na świeczniku, więc i ich ciąże bywają \"sprawą narodową\". Ale pamiętać trzeba, że często poronienia, jakie mają za sobą, przeszły w ciszy, tajemnicy i - na szczęście dla nich - nie podano ich do publicznej wiadomości. Są celebrytki, które dzieci straciły i nigdy już nie udało im się urodzić kolejnych. Ja bywam czasem zaskoczona, dowiadując się, że oto gwiazda X ma za sobą tragedię poronienia przed laty.
Odpowiedz
#16
masaiimara, tak wiem,że kuzynka mogła tak zareagować bo była w ciąży, ale wystarczyło mi powiedzieć,że nie chce/nie może teraz na te tematy rozmawić. Pewnie też by mnie bardzo bolało, że ona jest już w drugiej ciąży w tak krótkim czasie a ja jeszcze w pierwszą nie mogę zajść. Ale bardziej zła byłabym na los,Boga itp. a nie na nią. Może nasze stosunki aż tak by się nie popsuły.
Co do celebrytek, dałam cudzysłów do tych moich \"nerwów\". Wiem, że one również przeżywają porażki i rozczarowania, ale teraz jakoś zewsząd jest zmasowany \"atak\" tych celebryckich ciąż...Bardziej to wina mediów.

Marzewo, faktycznie podobne są te nasze historie. Z jednym wyjątkiem. W innym wątku wyczytałam, że pierwszą stratę przeżyłaś łagodniej niż tą ostatnią (o ile dobrze zrozumiałam). Ja odwrotnie. Wtedy to była zaplanowana, wystarana ciąża. Porażka bardzo bolała. Obecnie sama się dziwię, ale jestem nadzwyczaj spokojna. Oby to nie była cisza przed burzą. Faktem jest, że już o dziecko się nie staraliśmy.Było to totalne zaskoczenie.Nie mogłam uwierzyć, że się udało, nie dopuszczałam do siebie tej myśli, bałam się ucieszyć, bałam się spojrzeć w przyszłość, bałam się coś zaplanować związanego z tym dzieckiem. Choć radość była przeogromna. A kiedy na ostatniej wizycie okazało się, że ciąża obumarła, to tak jakbym pomyśała \" no nareszcie\". Broń Boże, nie w tym sensie, że nie chciałm tej ciąży, pragnęłam jej jak niczego na świecie. Ale była dla mnie takim ogromnym cudem, takim nierzeczywistym snem, moje nerwy były tak napięte, że tak właśnie zareagowałam - stało się to, czego się spodziewałam. To było jak piękny sen, z którego w końcu musiałam się obudzić. Dlatego teraz wydaje mi się, że to już było tak dawno. Nie potrafię już płakać, nie znajduję łez. Wkrótce wizyta u lekarza, jeżeli będzie wszystko ok, to nie będę się zabezpieczać. Mąż jest temu przeciwny, ale ja wiem, że już nie uda mi się osiągnąc tego spokoju sprzed ciąży. Coś na nowo zostało otwarte, rozdrapane, rozbudzone. Boję się jak to wpłynie na moje życie.
Po pierwszym poronieniu było mi dużo trudniej. Teraz, no cóż, lata wzlotów i upadków, różne doświadczenia życiowe, wewnętrzna konstrukcja - zahartowały mnie chyba trochę.
Moje dwa maluszki mają miejsce na zawsze w moim sercu. Jedno wiem na pewno, gdyby ok.09.10.2013(wtedy miałam mieć tp) urodziła się dziewczynka, miałaby na imię Zosia.
Odpowiedz
#17
tak faktycznie pierwszą stratę przeżyłam łagodniej... to dlatego, że jestem raczej realistką...a wspaniały lekarz, potraktował mnie z szacuniem, pokazał mi pusty pęcherzyk płodowy w 11 tc, czyli nie było mowy o pomyłce, nie krwawiłam, plamiłam nieznacznie 3 - 4 dni wcześniej..... nawet nie jestem pewna, czy faktycznie dziecko się rozwinęło...czy tylko mój organizm zwariował.... na wcześniejszych wizytach inny lekarz niby ciążę potwierdził....ale traktowął mnie dziwnie...cała sytuacja była bardzo skomplikowana....
przecież wiem, że dziecko w 11 tc ma już prawi 3 cm, nie mogłabym go nie zauważyć...
potem badania potwierdziły toksoplazmozę, było leczenie i zgodnie z obietnicą nudna książkowa ciąża juz po 3 miesiącach, po 2 latach druga...




a teraz znów strata 11 tc, kilka dni wcześniej czułam się tak jakbym wiedziała, że się nie uda.....ale wcześniej dwie wizyty...bijące serduszko....zdjęcia z USC przechowywane w specjalnym albumie... tyle radości... i niestety... a już wszystk miało być dobrze... tylko kilka dni...

bardzo dobrze rozumiem Twoje słowa, choć ja może ni eplanowała, ale próbowałam....

Nie mogłam uwierzyć, że się udało, bałam się ucieszyć, radość była przeogromna, dzi smyslę, ż epalnowałam na zapas, wózek, łóżeczko..wyjazd wakacyjny ju zz maluszkiem...

A kiedy na okazało się, że ciąża obumarła, to tak jakbym pomyśała \" wiedziałam, że to zbyt piekne, żeby mogło się udać\". choć pragnęłam jej jak niczego na świecie. .... była dla mnie takim ogromnym cudem, takim nierzeczywistym snem, moje nerwy były tak napięte, że tak właśnie zareagowałam - stało się to, czego się spodziewałam. To było jak piękny sen, z którego w końcu musiałam się obudzić. Dlatego teraz wydaje mi się, że to już było tak dawno....


ja mimo problemów pochowałam Emilkę, zaglądam tam, palę światełka dla wszystkich maluszków... nawet jak nie pójdę przez jakiś czas to bardzo brakuje mi tych spacerów...

bo to jest miejsce pamięci mojego dziecka, choć zawze będzie przede wszystkim w sercu... wiem, że cześć z Was pomysli, że to niesprawiedliwe, ale pierwsza strat to bardziej strata marzeń niż człowieka.... dowiem się kiedyś tam....

i wiem, wierze, że gdziestam mam trzecie dziecko, a może nawet pierwsze i czwarte.... bo dziwna jest ta rodzinna matematyka...


niegoska dla Zosi (*)


ja miałam t p na 20.04.12.... mała odeszła 26.09.11.... 26.04.12 urodziła się moja siostrzenica, myslę, że wybrała ten dzień, żeby choć dzień urodzin mieć wspólny z Emilką, miały być rówieśniczkami, dla mnie to będzie dzień pierwszych urodzin ich obu : )))


niegoska ja tez zaczynam niesmiało, a z drugiej strony niecierpliwie planować... męża nie pytam nawet, bo odpowiedział by jak Twój, dorosły jest wie co robi, wie, że się nie zabezpieczamy.....

cieszę się, że Cie znalazłam.... bedzie mi raźniej planować... bo boję się strasznie, ale chcę....
Odpowiedz
#18
marzewo, jak pięknie to napisałaś...ja też się cieszę...i też się boję...
Dostałam dzisiaj zielone światło od gina. Wszystko się ładnie zagoiło, śluzówka odbudowana, brak stanu zapalnego...Tylko ja się obawiam, że nakręciłam się jak samochodzik.
Jak tu wyłączyć głowę i zdać się na to, co przyniesie los?
Niby już jest ok, ale chwilami, tak jak dzisiaj, coś mnie tak strasznie ściska za gardło, kiedy na ułamek sekundy pomyślę o tym jakby to było gdyby...
Dziękuję Ci za piękne słowa...
Odpowiedz
#19
...aaa i mam jeszcze teorię, co do pustego jaja. Jeżeli po śmierci człowieka pozostaje dusza, która opuszcza materialną powłokę, to analogicznie, tylko odwrotnie, jest przed narodzinami. W momencie zapłodnienia,połączenia się dwóch komórek, \"powstaje\" dusza tej przyszłej maleńkiej istoty, to już jest \"byt\", \"istnienie\".Równocześnie tworzy się dla niej \"materialna kolebka\" - pęcherzyk, a w nim potem reszta : małe ciałko, które rośnie i rośnie... Puste jajo, to bardzo wczesny etap, w którym jest dusza i jest zaczątek tej \"kolebki\",niestety na tym etapie \"materialność\" tego nowego życia się kończy. Już na zawsze pozostaje bytem duchowym.
Ponieważ najprawdopodobiej moja pierwsza ciąża była własnie \"pustym jajem\", dlatego tak to sobie wytłumaczyłam. Bardzo tego wtedy potrzebowałam, bo do momentu poronienia każda komórka mojego ciała \"wiedziała\", że jest w ciąży, mimo tak wczesnego jej etapu.
Odpowiedz
#20
ja jutro idę do gina, niby zielone światło mam dawno, ale znów mam śluz podbarwiony krwią,czasem brunatny... idę sprawdzić co się dzieje.... miałam problemy z macicą, bo jestem po dwuch cesarkach i był problem z zabiegem w miejscu blizny.... bję się, tak po prostu...
po stracie bardzo chciałam znów spróbować, niestety lekarze nie pozwololi, potem było ok, a teraz znów ten sluz, dosłownie mnie paraliżuje, jak znów go widzę... przed poronieniem tez się pojawił.... ale nie był przyczyną poronienie tak mi się wydaje, i lekarz też tak twierdził, poronienie było zatrzymane (pewnie przez leki), serduszko przestało bić....

może jedno nie ma związku z drugim.... sama nie wiem...

lekarz twierdzi, że przeciwskazaniem jest tylko wiek, wiadomo ststystyka... ale w mojej rodzinie jest dużo póżnych dzieci, od lat... mama siostrę urodziła mając 39, ciocia mojego kuzyna po 40, choć było to prawie pół wieku temu, kuzynka jest starsza ode mnie o 7 lat i ma 3 letnią córeczkę....
mój lekarz nawet jak potwierdził ciążę to mi od razu dał dupaston i luteinę, bo uważa, że po 35 roku trzeba dawać zapobiegawczo.... niestety nie zapobiegło to najgorszemu...
teraz tez kazał nie martwić się, zachodzić i przyjść to będziemy działać.... zna mnie od 15 lat...prowadził wszystkie ciąże, bo to niestety on przejął opiekę przy pierwszym poronieniu.... w razie czego mam jeszcze lekarkę, opinie ma podobne, jest ordynatorem i u niej chciałabym rodzić : )

niestety przez 3 cykle się nie udało.. kolejne przede mną jak tylko lekarz nie znajdzie nic niepokojącego to próbuję dalej : ))


wiesz może ja tak bardzo nie czuję tej pierwszej straty, bo maluszka poleciłam mojej przyjaciółce, która odeszła gdy miałyśmy po 19 lat... ale kartę ciąży mam w albumie...
i pamiętam...
Odpowiedz
#21
...ooo, to koniecznie musisz sprawdzić co się dzieje.
Zazdroszczę zaufanego lekarza.Ja przeszłam w swoim życiu przez gabinety wielu, i kliniki też.U tego mojego obecnego pierwszy raz byłam ok. 3 lata temu na ogólnym przeglądzie.Wspomniałam mu o mojej historii ginekologicznej, ale nie ona była przedmotem wizyty, wię się nie zagłębiałam w temat. Kiedy okazało się, że jestem \"cudownie\" w ciąży, to nawet miałam zamiar pójść do specjalisty od problematycznych ciąż, ale to wiązałoby się z dojazdami do innego miasta. W związku z tym, że mój mąż nie mógł wtedy prowadzić samochodu, zależało mi na tym, żeby lekarz był w miarę blisko, żebym ewentualnie mogła dojechać taksówką, gdybym sama nie mogła prowadzić. Poza tym wyglądało, że wszystko jest ok. Uśpiło to moją czujność.A swoją drogą ten gin opinie ma dobre,nie wiem tylko jak z doświadczeniem w prowadzeniu takich \"cudownych\" ciąż.
Wiekiem się nie przejął, duphaston przepisał na ostatniej wizycie, więc zdążyłam wziąć tylko przez tydzień. Z resztą przepisał mi go raczej, żeby mnie uspokoić, bo martwiło mnie to, że nie bolą mnie piersi, nie mam mdłości itp. W sumie to nie pytał o nic, nie chciał jakichś moich wcześniejszych wyników, nie pytał jaki miałam wcześniej problem. Już po wszystkim sam wyglądał na zaskoczonego, bo powiedział, że tak dobrze szło.
Trzymam kciuki, żeby jutro okazało się, że nic niepokojącego się nie dzieje i za duże zielone światło, bo we dwie raźniej.
Odpowiedz
#22
leki miałam od pierwszej wizyty 6/7 tc, mój tym razem sie pomylił.... pamiętam jak dziś jak mówił, że ta ciąża będzie się dobrze rozwijała... tez był bardzo zaskoczony tym co się stało... badał mnie tydzień przed stratą....niestety gdy przyszło najgorsze akurat nie było go na miejscu, ale póżniej konsultowałam z nim całą sytuację.... myslę, że zrobił co mógł, fakt w 11 tc niewiele mógł...niestety natura ma swoje prawa, czy to akceptujemy, czy nie... tak w ogóle to w pierwszej chwili podejrzewał wadę genetyczną sprzężoną z płcią.. bo mam dwie dziewczynki po nudnych książkowych ciążach... nastolatki już... 14 i 12... choć doktor twierdzi, że ze mną zawsze dzieje się coś odbiegającego od standardu..coś w tym jest... ale zaufanie do niego mam ....

co do oznak ciąży to tym razem miałam..pierwszy raz...bo w poprzednich prawie nic..jedyne co to niesmakowały mi słodycze i czekolada śmierdziała : )


napisze jak było..

pozdrawiam cieplutko....
Odpowiedz
#23
Marzewo,mam nadzieję, że po badaniach wszystko ok ?
Dzisiaj minęło 6 tygodni odkąd nie jestem w ciąży. Akurat jestem w dołku, choć myślałam, że jest już dobrze. Co z tego, że mam zielone światło, skoro chęci do starań brak ? A jak z tym u Ciebie / u Was ?
Znowu nie mogę spać...
Odpowiedz
#24
oj nieciekawie....

jakaś infekcja... problemy z jajnikiem... podejrznie ciaży pozamacicznej, test zrobiłam - negatywny, czyli raczej jaki stan zapalny... dostałam leki...

a chęci do starań brak już od dawna, albo raczej sił : ))) ... rózne sprawy mają na to wpływ, codzienna gonitwa, służbowe zmęczenie i stres, dzieci chodzące spać co raz później - po prostu padamy przed nimi.... ale przychodzą takie dni, ż eoboj ebardzo potrzebujemy siebie i tych chwil...


Niegoska a może to za wcześniej jeszcze, nie uporałaś się jeszcze ze stratą.... może tak po prostu potrzebujesz więcej czasu.... teoria jest taka, ze żałoba jest jak spirala, raz lepiej, raz gorzej... mi się wydaje, że pomimo pogodzenia się ze stratą i wypłakania juz wszystkich łez, załoba skończyła się rok po pogrzebie... a za dwa tygodnie pierwsze urodziny Emilki, kupiłam żółet bratki...na razie stoją na balkonie... zaświeciło słońce i widziałam wracając z pracy pod kwiaciarnią tez inne kolory , zajrzę w sobotę, może znajdę ładniejsze i muszę kupić doniczkę... po drodze 19 urodziny Justynki.. potem 28 męża ...

mój lekarz zaleca owowiązkowo kwas foliowy 3 miesiące przed planowaną ciążą.. tym bardziej nam....zacznij sobie łykać : )


czyli ja się podleczę, a Ty nabierzesz chęci ; )

pozdrawiam : )
Odpowiedz
#25
Cytat:[autor cytatu=marzewo]
znalazłam przed świętami taki cytat od Matki Teresy z Kalkuty

Pamiętajmy, że męka Chrystusa kończy się zawsze radością zmartwychwstania, toteż kiedy czujesz we własnym sercu cierpienie Chrystusa, pamiętaj, że nadejść musi zmartwychwstanie, musi zajaśnieć radość Wielkanocy...


Witajcie .Dla mnie te słowa są bardzo znamienne. Zobaczyłam dwie wyraźne kreski na teście właśnie w tę Wielkanoc - dokładnie w Niedzielę Wielkanocną. Myślałam, że Jezus, który jest Życiem będzie się troszczył o życie mojego dzieciątka. Teraz te słowa rozumiem inaczej. Minęły dopiero 3 dni od utraty mojego maleństwa. Miało tylko 2 mm - 5t.c.

Myślę, że każda z nas próbuje znaleźć nie tylko przyczynę tego, co się stało, ale też sens. Ja swój już chyba znalazłam. Pierwsze dzieciątko nauczyło nas z mężem jak mamy się kochać. Mam nadzieję, że kiedyś kolejne przyniosą nam radość rodzicielstwa. Mam też nadzieję, że każda z was, niezależnie od wieku dozna niebawem takiej radości. A jeżeli chodzi właśnie o te 40parę lat, to też myślę, że nie ma co się poddawać. Dzisiaj mnóstwo \"celebrytek\" po 40-stce dopiero zaczyna myśleć o pierwszej ciąży, a skoro one odkładały poczęcie z egoizmu i im się często udaje, to tym bardzie Bóg powinien błogosławić Wam, które pragniecie dziecka z miłości.

Cieszę się, że jesteście, że żadna z nas nie jest sama choć wiadomo, że w sercu każdej z nas jest pustka, której nic i nikt nie jest w stanie zapełnić.
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości