Kochane serduszko
#1
Chyba przyszedł czas założyć swój wątek bo odwiedzam Wasze, czytam Wasze historie i zaczęłam Wam zazdrościć, że macie gdzie \'wylać\' swoje smutki, pisać o swoich lepszych i gorszych dniach...Może powinnam od tego zacząć ale zrobię to teraz bo mam dziś jeden z gorszych dni.
\"Wczoraj minęły dwa miesiące jak Cię \'urodziłam\' i jak lekarze wyczyścili wszystko co zostało robiąc totalną pustkę w moim ciele;(( ((((((((
O Twoim istnieniu dowiedzieliśmy się 30 czerwca - dwie kreski, które pojawiły się na teście po roku starań dały nam pewność i nic nam więcej nie było potrzeba bo już wiedzieliśmy, że jesteś.... Była wielka radość. przeplatana obawą czy sprawdzimy się jako rodzice, czy sprostamy tej odpowiedzialności, którą poczuliśmy. Kiedy już obawy zniknęły i zaczęliśmy się na maksa cieszyć, wybraliśmy imię dla Ciebie lub Twojego brata, Twój tata zaczął się dzielić dobrą nowiną ze znajomymi (ja już głosiłam dobrą nowinę po pozytywnym teście) - a tu przyszła Hiobowa wieść...Te 3 miesiące ciąży przebiegały bezproblemowo, żadnej krwi, żadnego plamienia jedynie trochę mdłości ale bez wymiotów. Z tygodnia na tydzień w każdą sobotę czytaliśmy z tatą co tam się u Ciebie w kolejnym tygodniu będzie działo. Opisu 12 tygodnia nie mogliśmy się doczekać i poczytaliśmy w piątek wieczorem, poczuliśmy się bezpieczni bo przecież było napisane, że ryzyko poronienia bardzo zmalało, objawy pierwszego trymestru miały znikać i u mnie już ich nie było. Czułam się rewelacyjnie a tu nagle w sobotę rano (31/08) zaczął się lekki ból podbrzusza tak jakby miał się pojawić okres. Trochę mnie to zaniepokoiło bo różnił się zdecydowanie od bólu pachwin, który od początku odczuwałam. Natomiast, kiedy po południu w upławach pojawiło się trochę krwi stwierdziliśmy, że pojedziemy do szpitala, zobaczyć co się u Ciebie dzieje, że może dostanę jakieś leki rozkurczowe. W życiu nam nie przyszło do głowy, że może być źle. Przecież tyle kobiet rodzi dzieci mimo krwawienia w pierwszym trymestrze a tu tylko małe plamienie. Jakież było nasze zdziwienie, że bez żadnego badania kazano mi zostać w szpitalu. Dali mi koszulę i szlafrok bo byłam na to totalnie nie przygotowana. W czasie kiedy Twój tata pojechał po rzeczy na oddziale pojawił się lekarz dyżurny. Po pierwszym normalnym badaniu stwierdził, że wszystko wygląda dobrze, że macica jest prawidłowej wielkości jak na 12 tydzień - pytał nawet czy może to plamienie nie wystąpiło po seksie - ale niestety nie. Zaraz potem zaprosił mnie na usg. Bardzo długo wpatrywał się w monitor a ja czekałam licząc na to, że może zaraz zobaczę Cię na monitorze jak robisz fikołki bo według opisów 12 tygodnia miałaś się już ruszać i szaleć w moim brzuchu. Kiedy lekarz zaczął dyktować parametry pielęgniarce wyłapałam fakt, ze nie ma ruchów ale pomyślałam, że no trudno może za kilka dni. Niestety po chwili powiedział, że jest mu bardzo przykro ale musi mi powiedzieć, że Twoje serduszko JUż NIE BIJE a Ciąża OBUMARŁA. To była chyba jedna z najgorszych chwil w moim życiu, w sekundę straciłam wszystko, całą nadzieję, radość, ten nie opuszczający mnie od testu uśmiech. W sekundę zalałam się łzami lekarz mi jeszcze tłumaczył, że będę musiała poczekać do niedzieli na potwierdzenie diagnozy przez drugiego lekarza ale nie mam liczyć na cud bo to tylko procedura do podania leków mających wywołać poronienie a on wie co widzi. I nie licząc już na nic, zalana łzami w szpitalnej koszuli szłam jakoś przez korytarz do swojej sali. Sąsiadki w 20 tygodniu ciąży nawet nie dostrzegałam, nie liczyło się już nic....Położyłam się na łóżku i tylko płakałam, kiedy po chwili Twój tata pojawił się w drzwiach na mój widok zbladł, jego uśmiech w jednej sekundzie zniknął z twarzy. Już widział, że jest źle - jak podbiegł dałam radę wydusić tylko, że serce nie bije, że nie ma już nic....... Big Grin Potem to już tylko chwile płaczu, przeplatane jakimiś badaniami i wizytami bliskich osób. Na drugi dzień kolejne usg, które rozwiało jakiś mały procent szans na to że pierwszy lekarz się pomylił. Zresztą \'poród\' się chyba zaczął, bóle stawały się coraz mocniejsze a leżenie na wznak nie pomagało. Wtedy zostałam poinformowana, o możliwości pochowania maleństwa, o tym, że nie dostanę zaświadczenia bo lekarz nie będzie mógł gołym okiem określić płci i dlatego takiego zaświadczenia mi nie wyda. Zapytałam czy można zrobić jakieś badania, które wskażą przyczynę no i poinformował nas, że można oddać PŁÓD do badania genetycznego. Zdecydowaliśmy się na to rezygnując z pochowania maleństwa. Kiedy pielęgniarki usłyszały, że dokładnie o północy mają mi podać czopki, czułam ich podejście, że wydziwiamy bo kto po pierwszym poronieniu robi badania genetyczne. Poronienie miało nastąpić koło 6 rano a wszystko stało się już po pierwszej. Ból był tak silny, że nawet paracetamol i ketonal wcześniej podane nie pomogły. Poczułam jak wszystko w środku mi się otworzyło i mnie zalewa. Myślałam, że krwią a wszystko było tylko różowe - od razu poszłam do toalety a tam w pierwszym momencie wypadłaś ze mnie Ty. Ledwo zdążyłam złapać Cię w rękę, byłaś taka maciupka ale miałaś dwie rączki i dwie nóżki i wielkie oczki. żeby nie zanosić Cię na zakrwawionej ręce do pielęgniarek, przełożyłam Cię na papier toaletowy. Niestety zrobiłam to odwrotnie, tak że wszystko się posklejało a Ciebie już nie było widać. Pielęgniarki włożyły wszystko do pojemnika z solą, gdzie do tego wszystkiego zaczęły się rozpuszczać resztki czopka, razem z którym wypadłaś. Stwierdziły, ze tam nic nie było, i że to był tylko skrzep z resztą tabletki. Nie miałam siły walczyć bo one pewnie wiedzą lepiej a ja już z tego wszystkiego sama nie wiem co widzę. Co z tym zrobiły dalej nie wiem ale przed pójściem na usg i zabieg oddalam im jeszcze jeden fragment, który lekarz dał nam do zawiezienia do badania genetycznego będąc przekonanym, że daje nam płód bo na usg i podczas zabiegu w macicy już Cię nie było. Dopiero po oddaniu pojemnika do badań potwierdziło się, że płodu w pojemniku nie było tylko fragment kosmówki dzięki czemu w ogóle badanie udało się zrobić. Tą informacją zdziwiony był również lekarz dyżurny bo wtedy stwierdził, że to dziwne bo dał mi tylko ten jeden pojemnik, który oddałam o 6 rano a w macicy już przecież nic nie było. Jak zaczęłam mówić o tym drugim pojemniku to mnie zakręcił, że przecież pielęgniarki wiedzą co robić a ja nie mogłam nic widzieć bo przecież byłby potrzebny mikroskop i mam przestać się zadręczać. I głupia znowu odpuściłam - a teraz pytam jaki mikroskop przecież w 12 tygodniu dziecko nie ma milimetrów jak w piątym. Po powrocie do domu odszukałam zdjęcia płodów i wiem, że to byłaś Ty, że to Ciebie widziałam ale wtedy o Ciebie nie zawalczyłam, nie wykłóciłam się z ludźmi, którzy przecież powinni wiedzieć lepiej a zrobili ze mnie głupią. Ostatecznie ani Cię nie pochowaliśmy, ani nie \'na szczęście\' nie oddaliśmy do badania ale gdzie jesteś i co się z Tobą stało już nigdy się nie do wiemy.. Zapalamy tylko świeczkę na grobie Twojego dziadka z nadzieją, że się Tobą nasz Aniołku opiekuje. Zabieg miałam rano 2 września, kiedy inne mamy szły odprowadzać swoje dzieci do szkół i przedszkoli ja Cię poroniłam i szłam na zabieg, żeby lekarze resztę wyczyścili. Po zabiegu poczułam straszną pustkę, nie było już nic. Pozwolili mi zostać jeszcze jeden dzień w szpitalu bo nie miałam psychicznie siły, wrócić do domu. Patrzyć na miejsca, w których oczami wyobraźni widziałam już Ciebie, Twoje łóżeczko, wszystko co byłoby Ci potrzebne - czekał już na Ciebie wyczyszczony jeszcze latem wózek po Twojej starszej kuzynce. Ale w końcu 3 września musiałam wyjść ze szpitala i wrócić do domu, w którym już nic nie cieszyło, nawet merdający na przywitanie swojej pani najkochańszy psiak. Jeszcze przed wyjściem zafundowano mi odsłuchanie KTG bijącego serduszka maleństwa sąsiadki (wyłam jak bóbr mimo ściszenia dźwięku), idąc szpitalnym holem do wyjścia nuciłam nam słowa piosenki \'To już jest koniec nie ma już nic jesteśmy wolni możemy iść\'
Dziś mija dokładnie dwa miesiące od tego dnia a nadal bardzo boli. Dziś wracając od Twojej prababci ryczałam jak bóbr. Pewnie nie chciała źle ale opowiadała o Twojej o kilka dni młodszej kuzynce lub kuzynie, maleństwo to rośnie w brzuszku Twojej cioci i bardzo ją już kopie i ma już 20 centymetrów. I jak tu się cieszyć czyimś szczęściem, jak nie myśleć o tym, że Ty już byś mnie też kopała i była tak samo duża. A o Tobie prababcia już chyba zapomniała bo przecież nie my pierwsze i nie ostatnie, którym się to przydarza i którym nie było dane się przytulić...\"
I o to początek mojej historii bez mojej M, strasznie się rozpisałam ale to chyba wynik tych dzisiejszych łez...
Dla Ciebie moje maleństwo utwór Bajora
http://www.youtube.com/watch?v=XmRTsI3zOtE
Nie chcę więcej, Twoje serce do życia wystarczy....
Odpowiedz
#2
Iwetka.. bardzo mi przykro
Dla Twojej Marii (*)
Odpowiedz
#3
Iwetko Przykro mi z powodu Twojego Dzieciatka. Duzo sil Wam zycze!

(*) dla Marii
Odpowiedz
#4
Iwetko rozumiem co czujesz.Rozumiem ,bo miałam tak samo.W takiej chwili świat się wali a my nie potrafimy myślec racjonalnie.Ból fizyczny miesza się z psychicznym.Nie wyrzucaj sobie,że mogłaś zrobic inaczej,nie obwiniaj,nie dręcz.
Twoje serce jest mieszkaniem malutkiej. W nim ona jest.To jest najważniejsze.
Odpowiedz
#5
Dzięki dziewczyny za światełka i dobre słowa. To był początek historii. Potem miało być coraz lepiej ale raczej nie jest.
Tak jak już pisałam na innym wątku - tydzień po zabiegu zadzwoniła Pani doktor z wynikiem badania genetycznego. Wynik zabrzmiał jak wyrok - Byłaś dziewczynką z Zespołem Downa. Nikt nas nie przygotował na taką wiadomość, ja znowu posypałam się na kawałeczki, musiałam przeprosić i odłożyć słuchawkę bo nie miałam już siły dalej słuchać i rozmawiać. Nie potrafiliśmy sobie odpowiedzieć na pytanie - dlaczego, skąd to się stało, co dalej, czy to już koniec. Twój tata w pierwszej chwili stwierdził, że chyba spotkaliśmy się za późno bo przecież w drugiej połowie października mam skończyć 35 lat i pewnie to dlatego. Ten poniedziałkowy telefon rozpoczął drugi najgorszy tydzień, w którym mój lekarz był na urlopie a Pani lekarka się chyba uniosła honorem i już nie odbierała ode mnie telefonu. To był tydzień leżenia i nie robienia dosłownie nic. Dopiero w kolejny poniedziałek mogliśmy zacząć działać. Odebrać wyniki badań, oddać krew do kolejnych badań, pójść do lekarza i usłyszeć, że to mogła być wina moich starzejących się jajeczekSad( Mimo wszystko wydawało się, ze będzie lepiej. Szpital na podstawie badania wydał nam zaświadczenie, USC wystawiło nam akt Twojego urodzenia potwierdzający fakt Twojego istnienia. Ostatecznie udało się też uzyskać odszkodowanie za Twoją stratę. Ciężka chwila, kiedy dostaje się za coś takiego pieniądze. Oddałoby się je wszystkie, żeby tylko wrócić do stanu poprzedniego - w pierwszej chwili takie głupie uczucie, że te pieniądze to coś złego. Ale przecież to pieniądze za naszą krzywdę, za to, że nigdy nie będziemy mogli Cię przytulić, za to, że już na zawsze będziesz naszą niespełnioną miłością. Za to, że jak będę patrzeć na Twoją kilka dni młodszą kuzynkę lub kuzyna, będę zawsze myślała o Tobie, jaka Ty byś była;(( i nigdy się tego nie dowiem. Takie myślenie nam pomogło, stwierdziliśmy, że nic za nie nie kupimy tylko zrobimy badania i pojedziemy z Twoim tatą gdzieś daleko, gdzie będziemy tylko My i w naszych myślach Ty. I dokładnie tak zrobiliśmy, uciekliśmy na tydzień od wszystkiego, od świata, od telefonów i internetu. I pewnie po powrocie byłoby lepiej gdyby nie to, że dwa dni po naszym wyjeździe tragicznie zginął mój kuzyn[*] - w wieku 30 lat zostawił na tym świecie swoja żonę i 7 letnią córeczkę. Nasz wyjazd pozwolił, żyć nam kilka dni w nieświadomości bo po tym co przeszliśmy nikt nie chciał nam zakłócać spokoju i mieliśmy się dowiedzieć po powrocie. Przypadek tylko sprawił, że Twój tata na lotnisku przed powrotnym wylotem złapał wifi i tam zobaczył udostępnioną klepsydrę, na której było imię i nazwisko Twojego wujka a także jego wiek więc nie mogło być już wątpliwości. Znowu przyszły bardzo ciężkie chwile, znowu wylałam morze łez, o tym jak było na urlopie zapomnieliśmy w tej jednej sekundzie gdy ujrzeliśmy klepsydrę, całą drogę powrotną przepłakałam. Znów świat się na chwilę zatrzymał, znowu posypałam się na drobne kawałeczki. Okazało się, że zdążymy na pogrzeb, który odbył się w poniedziałek 7 października ale to nie zmienia faktu, że nadal to wszystko tak bardzo boli. 1 listopad był najgorszym z pierwszych listopadów, nie było sposobu, żeby nie płakać nad grobem Twojego dziadka gdzie zapalam światełko dla Ciebie, nad grobem mojej chrzestnej, która odeszła w lutym i oczywiście nad grobem Twojego wujka. Tak trudno uwierzyć, ze on w nim jest, że nie ma go wśród nas a leży tam razem ze swoimi dziadkami. Tak nie powinno być!!! Jego rodzice, babcie, żona, brat i córeczka tak bardzo cierpią, że aż się serce kraja. Człowiek się zastanawia czym jest nasz strata przy tak wielkim bólu. A dziś jest 4 listopada a ja z samego rana dowiaduję, że 1 listopada odeszła od nas kolejna ciocia - siostra Twojej prababci [*] i czekamy na kolejny pogrzeb w tym roku…Nic dodać nic ująć – w tym roku nie chcę już nic więcej, niech to już będzie koniec tych, którzy muszą odejść do wieczności....Wpadam w jakąś odchłań i od rana w głowie słyszę słowa piosenki Ja wysiadam
http://www.youtube.com/watch?v=RJsTBwHT6TY
Ty też powinnaś być tu z nami, dawać o sobie znać jakimiś kopniaczkami a nie odwracać się od nas \'na pięcie\';((
Odpowiedz
#6
Iwetka bardzo Ci współczuję... naprawdę ostatnie miesiące to musiała być droga przez piekło....

Powiem Ci jeszcze, że u mnie sprawdza się taki system... nieparzyste lata są złe, parzyste dobre... Gdy zaczynał się rok 2013 postanowiłam sobie, że przełamię ten kod - zwłaszcza, że pod koniec grudnia 2012 zorientowałam się, że noszę niespodziankę pod sercem. Wtedy wierzyłam, że będzie dobrze, że to już koniec dobrych i złych lat. A jednak....
Ale teraz rok nieparzysty się kończy i z całego serca pragnę, żeby następny był lepszy.... Nie tylko dla mnie...... dla Ciebie też.....

Ściskam mocno........
Odpowiedz
#7
Zdecydowanie też czekam aż ten chol...2013 rok się skończy.. Już wystarczy. Dziś tak mi szkoda mojej drugiej babci, która w tym roku resztkami swoich sił odprowadziła na wieczny odpoczynek synową, bratową, przyjaciółkę, z która przyjaźniła się od najmłodszych lat, teraz ledwo pochowała najukochańszego wnuka a już przyjdzie jej pożegnać swoją starszą siostrę - już ostatnią z rodzeństwa. Powie ktoś - taka kolej rzeczy - ktoś się rodzi ktoś umiera - ale w tym roku bóg dał jej tylko mojego aniołka...Mamy już dość na ten rok a tu jeszcze dwa długie miesiące...
Odpowiedz
#8
Tak mi przykro, że jest nas coraz więcej... Płaczę przy każdym nowym wątku... a ile kobiet traci dzieci, a o tym nie wiemy... Dlatego pragnę Ci napisać, że jest mi bardzo bardzo przykro z powodu Twojej córeczki. Współczuję i rozumiem Twój ból, Twoją rozpacz... Przykro mi, także z powodu śmierci kuzyna... faktycznie cios za ciosem... ale powiem Ci coś czym mnie rozwaliła na łopatki dziewczyna mojego kuzyna: nie martw, się - będzie dobrze. Przecież nie może być ciągle do dupy... Powiedziała mi to latem, jakieś 3 miesiące po śmierci naszego Kapiego. Patrzyłam na nią i nie wierzyłam... o dziwo miała rację. Nie może być ciągle żle. Po tych wszystkich tragediach przyjdzie dzień, że i dla Ciebie Iwetko wyjrzy słońce. Wiem, że na razie w to nie wierzysz i wszystko wokół jest czarne, wiem. Jednak z biegiem miesięcy, które ulecą ból będzie mniejszy. Będzie, ale powolutku nauczysz się z nim żyć. Pisałam to już kilkakrotnie to na forum, pisze to też w necie na stronach o psychologii... Najgorszy jest podobno pierwszy rok. Bo wszystko jest \"pierwsze\"... W chwili obecnej najbardziej boję się świąt. Bo w ubiegłym roku obejmowałam brzuch i wierzyłam, że te w 2013r. spędzimy w trójeczkę. Cóż... nie spędzimy. Ale bałam się także Dnia matki i Dnia dziecka... i wiesz co? Przeżyłam je. I tego się trzymam. Że po tym wszystkim wychodzę z tego silniejsza. Bardziej czujna, pokorna i silniejsza. Życzę Ci podobnych myśli. Życzę Ci siły i cierpliwości do samej siebie. Trzymaj się mocno!
Odpowiedz
#9
Iwetko, bardzo mi przykro...
mocno Cię przytulam w Twoim bólu...
W zasadzie mogę powiedzieć, że łączę mój ból z Twoim bólem..
może będzie nieco lżej? razem nieść ?

Wiem, że przeżywacie stratę dziecka, ale chciałam tylko napisać, że zespół Downa występuje spontanicznie i jest jednym z najczęstszych przyczyn poronień na tle genetycznym. Mimo wszystko macie duże szanse na zdrowe rodzeństwo.

Życzę dużo sił!! i [*] dla Marysi malutkiej..
Odpowiedz
#10
aneta - jeśli ktoś - tak jak ja - idzie pod stromą górę od ponad trzech lat - to trudno nawet słuchać słów typu - \"nie może być ciągle do d...\". Ale jesteś dowodem na to, że dla niektórych ten wiatr naprawdę się odwraca. I oby takich \"dowodów\" jak najwięcej!

Iwetko ściskam mocno!!!
Odpowiedz
#11
Kochana dla Marysii i Zuzki, dla naszych ukochanych perełek......
Odpowiedz
#12
Aneta właśnie czekam na to dobre ale po tym wszystkim boję się co jeszcze może się wydarzyć w ciągu tych ostatnich dwóch miesięcy 2013. Myślałam, że jak przetrwam poronienie to powinno być lepiej, a tu przyszedł kolejny wielki cios zabierając nam kuzyna. A skoro nieszczęścia chodzą parami to to już też powinien być koniec - ale znowu nie jest. Boję się tych dwóch miesięcy łudząc się, że 2014 będzie lepszy ale kto powiedział, że nowy rok musi odwrócić złą kartę...Ale oby tak było..
Mamo aniołków teraz staram się myśleć tak jak piszesz - ale cały czas z tyłu głowy mam niestety mój wiek. Każdy lekarz, z którym o tym rozmawiałam mówi mi, że na kolejną ciąże z Zespołem Downa mamy 1% szans, niby fajnie ale niestety każdy z nich zaraz po tym dodaje mi ryzyko związane z wiekiem - czyli 1/285 kobiet. A to już nie daje pocieszenia. Może napiszę największą głupotę na tym forum ale co tamWink)
\'Z jednej strony staram się myśleć, że dla mojego organizmu ciąża była szokiem bo po tylu latach nagle taki bumSmile) Dlatego nie wiedział co z nią zrobić a to spowodowało błędny podziałSmile) A teraz już się ogarnął i następnym razem błąd poprawi. A z drugiej strony ten piep...wiek i to że może jajeczko szło długo przez jajowód i stąd to wszystko. Gdzieś chyba coś takiego czytałam, że z tego wynika zwiększające się wraz z wiekiem kobiety ryzyko Zespołu Downa.\'
Odpowiedz
#13
Iwetko moim zdaniem nigdy do końca nie dowiesz się dlaczego malutka była chora. Zadręczysz się rozważając tak,analizując ,martwiąc na zapas.Może wiek nie jest sprzyjający,ale urodzenie chorego dzieciątka zdarza się i młodym dziewczynom tak samo jak i chorób u dzieci jest cała masa.Dużo tego złego w tym roku spotkało ciebie i twoją rodzinę,ale nawet po największej burzy wychodzi słońce.Tak chciałabym dodac Ci otuchy....Nie uraziłam mam nadzieję.
Odpowiedz
#14
Nie uraziłaś tylko tak jak napisała Freeq i ja wyżej w tej chwili naprawdę już ciężko wierzyć, że to lepsze nadejdzie choć bardzo bym chciała.
A otuchy zawsze dodajecieWink
Odpowiedz
#15
Wiem,że cięzko i rozumiem,że wszystkie słowa pocieszenia teraz znaczą niewiele.
Odpowiedz
#16
Iwetko bardzo mi przykro z powodu twojej straty,wiem jak to okropnie boli,co w tej chwili czujesz,z wlasnego doswiadczenia wiem ze nie jest latwo pogodzic sie z faktem ze nic nie bedzie jak dawniej, ale warto wierzyć i nie poddawać się,duzo sił życzę
zapalam swiatelko dla maleństwa[*]
http://angelsms.pl/plomyk/403897.html Sad Sad
Odpowiedz
#17
Iwetko, to są procenty i statystyka, ale zobacz, ile kobiet około 40 i nawet po rodzi i bez ZD.
Ściskam
Odpowiedz
#18
Cytat:[autor cytatu=mama_aniolkow]
Iwetko, to są procenty i statystyka, ale zobacz, ile kobiet około 40 i nawet po rodzi i bez ZD.
Ściskam
otóż to!
Iwetko, każda z nas, potencjalnych staraczek, musi mieć z tyłu głowy, że jej dziecko może mieć ZD. Może to nie znaczy musi. Młode kobiety też rodzą dzieci z ZD.
Odpowiedz
#19
Wiem dziewczyny o tym wszystkim co piszecie ale nic nie poradzę na myśli, które pojawiają się w mojej głowie co do kwestii tych ryzyk.
Odpowiedz
#20
Dla Was wszystkie Aniołkowe Mamy - jest taki prawdziwy, że nie mogę się powstrzymać
źródło:www.facebook.com/RodziceDzieciUtraconych

ANIOŁKOWE MAMY

Po szklistych oczach je poznasz,
po chwiejnym głosie
po marzeniach w pył obróconych,
sercu na pół złamanym
i ramionach rozpaczliwie pustych

po kołysankach nigdy nie wyśpiewanych,
po nocach nieprzespanych,
po imionach nie nadanych
i łzach w ukryciu wylanych

po smutku lepiej lub gorzej skrywanym
po tym wszystkim poznasz aniołkowe Mamy

autorka wiersza Magda Węgłowska
Odpowiedz
#21
Iwetko przykto mi z powodu malej.
Dziewczyny maja racje- tym bardziej ze nic nie pisalas ze jest ktos chory w rodzinie.
I nie strasz wiekiem, bo tez chce miec w przydzlosci jeszcze dzieci, a niestety nikomu nie ubywa lat...
Odpowiedz
#22
Dziś Aniołku gorszy dzień - nie obyło się bez łez....
Oglądałam takie śliczne małe aniołki w sklepie i oczy miałam pełne łez bo widziałam w nich Ciebie - świruję. Teraz płaczę bo jeszcze je widzę ale mnie już nikt nie widzi. To chyba finał tego pokręconego dnia..
Najpierw byłam z siebie dumna, że dałam sobie radę z widokiem zdjęcia 3D dziecka dziewczyny, która była przede mną na usg. Lekarz zauważył swój błąd i w pośpiechu wyczyścił ekran - a ja jakoś się zdziwiłam, że w zasadzie jest ok. Jakaś mała zazdrość, z którą sobie poradziłam i myśl czy będzie mógł mi kiedyś takie usg zrobić. Może mój mózg pewnie sobie z nim poradził bo podobnych zdjęć w ramach reklamy usługi widział już dużo w korytarzuWink
Mój M pytał jak sobie z tym poradziłam a ja mówię z dumą, że ok a za chwilę nie powstrzymuję łez oglądając Na dobre i na złe. Masakra - dużo w nim ostatnio wątków położniczych i czy przez to co się stało mam przestać go oglądać, żeby oglądanie nie kończyło się łzami. Nie radzę sobie z emocjami a jak już skończyłam oglądać w/w serial włączam facebook\'a a tam kumpela zrobiła sobie mały żarcik w opisie

Pierwsza częśc wpisu:
Więc kochani, mam dla Was wspaniałą i zaskakującą
wiadomość.
Spodziewam się Smile))))
Niepełne 4
tygodnie i odliczamy! Mój Boże!


I co ja w tym momencie - ryczę bo nie mam siły napisać prostego słowa Gratuluję. Potem czytam komentarze i coś nie gra - zauważam, że mogę rozwinąć dalszą część wpisu…

Druga część wpisu:
Wiem, ja sama jestem w szoku.
Nie mogę w to uwierzyć.
Miałam
nic nie pisać na mojej osi czasu,
ale tutaj wszyscy są rodziną i
znajomymi, więc postanowiłam to
zrobić. Nie mogłam utrzymać tego
w tajemnicy. Tak, spodziewam się...
Mikołaja!!!
Wklej to do swojej osi
czasu, jeśli masz poczucie
humoru! Zobaczymy, ile osób tak
naprawdę czyta wszystko.


Czytam do końca i wszystko jasne - taki sobie niewinny żarcik o ŚWIĘTYM MIKOŁAJU tylko, ze ja się nie śmieję a ryczę jeszcze bardziej. Bo tym niewinnym żarcikiem uświadomiła mi że sobie nie radzę, że gdyby faktycznie była w ciąży to nie byłabym w stanie napisać kilku prostych literek. Czy tak już będzie????, że nie będę potrafiła się cieszyć z ciążowych radości innych. Dołuje mnie strasznie jak widzę, że są rzeczy z którymi w tak prosty sposób sobie nie radzę....
Dobrze, że ten dzień skończył się 20 minut temu może dzisiejszy dzień będzie lepszy..
I życzę Wam, żebyście się nie nabrały tak jak ja....
Dobranoc Aniołkowe mamy
Odpowiedz
#23
Paulkot to nie ja straszę tylko statystyki...
Odpowiedz
#24
Statystycznie to musiałabym wypijać litr spirytusu rocznie, a nie piję wcale. Ja mam 38 lat (właśnie niedawno skończyłam) i jestem w grupie ryzyka. RYZYKA. Czyli może się zdarzyć ale nie musi. To ryzyko takie jak kolejna strata. Chcę mieć dzieci i nie mogę nie ryzykować. Do wygrania jest ogromna stawka.
Odpowiedz
#25
Iwetko na szczęście statystyki to tylko suche cyferki na kartce papieru. Tak jak pisze wizardess do wygrania jest ogromna stawka i albo się można poddać albo walczyć nawet ponosząc ryzyko i ewentualne jego następstwa.
Ja pierwsze dziecko straciłam mając 22 lata, kolejne urodziłam chore dwa lata później, potem były kolejne straty i wieku 31 lat przywitałam następną córeczkę - jak się okazało także jest chora. I co wobec tego powie statystyka ?
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości