zawiodłam się na Tobie, Boże :o(
#1
Czy jest możliwość odpowiedzi któregoś z moderatorów?- byłabym wdzięczna. Nie mogę dojść ze sobą do ładu- niecałe 3 tygodnie po stracie Dzieciątka jestem (12tc).
Tak się zastanawiam, czy ja jestem normalna. W jednym momencie wyrzucam Panu Bogu, że zawiodłam się na Nim podczas gdy w drugim już chcę ufać wbrew całej beznadziei i smutkowi, które odczuwam.
Któregoś razu zaczęłam rozpalać w kominku. Trudziłam się, trudziłam- nie udało mi się. W końcu wyszłam ze starszakami na roraty. Wracamy z rorat. Patrzę- rozpalone w kominku. Pytam się męża: \"Rozpalałeś w kominku?\"
\"Nie\"- odpowiada.
I taka myśl: to tak jak z naszym niewidzialnym dzieckiem- Anielątkiem. Umarło, pochowane, zdawało się, że bezpowrotnie stracone, będzie w końcu zapomniane. Ale gdy przejdziemy na drugą stronę Życia, okaże się, że jego życie płonie o wiele większym blaskiem niż się spodziewałam. \"On ma dorosłą duszę\"- stwierdził o swoim zmarłym braciszku 6-letni Daniel. Skąd w nim takie przeczucie?
No i jeszcze jedno pytanie: skąd brać uśmiech i siłę dla starszych dzieci? W złym stanie jestem: ani smucić się nie mogę (\"Nie powinna narzekać. ma trójkę dzieci\"- tekst mojej teściowej), ale cieszyć szczerze też mi trudno. No i boli mnie własny śmiech. A z drugiej strony nie mogę nie śmiać się, bo moje dzieci i tak już odchorowały swoją żałobę. Cała trójka po kolei chorując wypominała mi: \"My jeszcze żyjemy i też pamiętamy o Aniołku\"
Dziwna jestem i nie rozumiem sama siebie. W noc, gdy przeżywałam najpierw szok, że moje dziecko nie żyje, a następnie noc samotności: z poronionym dzieckiem na rękach, z krwawieniem, które myślałam, że się nie skończy i łagodnie dołączę do Józinka (położna na moje prośby o ligninę i obawy, że się wykrwawię odpowiedziała, że \"na pewno za dużo zmieniam wkładki\"). I z Panem Jezusem cierpiącym dyskretnie ze mną trzymającym małe Anielątko. Było bardzo cicho. Słychać tylko było od czasu do czasu na sąsiednim piętrze płaczące nowo narodzone maleństwa (wyżej było położnictwo). To bolało, ale to jakiś słodki ból mówiący, że mogę jeszcze bardziej kochać takie płaczące maleństwa. W pracy zawodowej mam właśnie do czynienia z młodymi mami i ich maluszkami :roll: Nie rozumiem tego, nie rozumiem siebie ani Pana Boga. Czy to nie jest bez sensu, żeby w takiej chwili, gdy samej się roni z czułością i tkliwością myśleć o cudzych dzieciach? \"Co się we mnie wyprawia?\"- takie myśli mi przechodziły przez głowę. Od zwariowania chyba tylko całonocna lektura Psalmów mnie uratowała, dzięki nim namacalnie czułam, że Bóg nie stoi obojętnie, tylko użala się nade mną i pochyla się nad moim bólem.
No i dziś takie Słowo od Pana dla mnie: \"Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie, nie przeszkadzajcie im.\"
Czy ja moim smutkiem przeszkadzać mogę mojemu dziecku w byciu z Panem? - to dla mnie zagwozdka do rachunku sumienia. No ale sama nie umiem sobie na to odpowiedzieć.
Odpowiedz
#2
Coprawda nie jestem moderatorem, ale znam te uczucia i są one jak najbardziej normalne. Księdz z którym rozmawiałam powiedział, że Panu Bogu trzeba wszystko powiedzieć, nawet czasem się pozłościć i wykrzyczeć swój ból, strach, rozpacz, rozgoryczenie. Takie wachania nastrojów na początku żałoby są normalne i każda z nas przez nie przechodzi. Trzeba sobie pozwolić przeżyć żałobę, pożegnać dziecko, pozwolić na smutek, on jest naturalny na tym etapie. A siłe do uśmiechu brałam z modlitwy, świadomości, że moje dziecko jest święte w niebie i Maciusia prosiłam o wstawiennictow za mną do Pana, bym miała siłę, bym umiała. Nie jest to proste, ale możliwe.
Przytulam cię cieplutko, życząc dużo siły w codziennych zmaganiach.
Jak byś chciała napisz aniksu@wp.pl
Odpowiedz
#3
Wiem co czujesz !Ja też się zawiodłam... nie potrafię się modlić, od czasu gdy nasz synek odszedł od nas tylko raz byłam w kościele.. na mszy za dzieci utracone traktując ją jednoczesnie jak ostatnie pożegnanie naszej kruszynki... jestem wściekła, że mnie to spotkało Sad Zapalam światełko dla Twojego Józinka [*]
Odpowiedz
#4
Kiedy czytam Twoje słowa o utraconym Józinku to jest mi smutno choć ten smutek do Twojego jest tylko kroplą. Powinnaś być cały czas sobą. Jeżeli jesteś smutna to bądź bo to znak Twoich wewnętrznych przeżyć, które są naturalne i byłoby raczej dziwne gdybyś po utracie dziecka chodziła uśmiechnięta. Faktem jest że może lepiej byłoby gdybyś to ty mowiła do innych niż inni do Ciebie jak widziśz te słowa pociechy innych są dość często nietrafione i lepiej, żeby inni dołaczali swój smutek do Twojego niż mieli Ciebie pocieszać zadając kolejny ból. Niech Św. Józinek Ciebie wspiera w Twoim smutku.
Odpowiedz
#5
Cytat:[autor cytatu=Bettina]
Wiem co czujesz !Ja też się zawiodłam... nie potrafię się modlić, od czasu gdy nasz synek odszedł od nas tylko raz byłam w kościele.. na mszy za dzieci utracone traktując ją jednoczesnie jak ostatnie pożegnanie naszej kruszynki... jestem wściekła, że mnie to spotkało Sad Zapalam światełko dla Twojego Józinka [*]
Bettina, dzięki, że napisałaś to. Rozumiem, że możesz nie potrafić się w tym momencie modlić. Trochę inaczej to przeżywam. Nie wiem, jak to wytłumaczyć, ale ja nie potrafię się w tym momencie nie modlić, bo czuję że Pan Bóg to moja ostatnia deska ratunku, wiesz bez Niego bym sobie nie poradziła. Żal swój wyrażam Bogu, ale On na to mi pozwala. I takie pytanie przyszło mi do głowy: \"Czy moje dziecko by chciało, żebym była dalej Boga i dalej od nieba czyli dalej też od niego samego - mojego małego Niewiniątka?\"
Wydaje mi się, że jak nie możesz się modlić, to możesz chociaż wzdychać do Pana Boga, płakać przed Nim czy zawodzić lub milczeć tylko byle w Jego obecności. Albo chociaż słuchać Go- może tego potrzebujesz? Odkryłam na nowo księgę Lamentacji w Biblii- to spustoszenie, które tam jest opisywane to jak nasze osierocone wnętrza. I dużo żalu autora, że tak się dzieje, ale na końcu jeszcze większe współczucie i Miłosierne przygarnięcie.
Odpowiedz
#6
Cytat:[autor cytatu=ks tomasz]
Jeżeli jesteś smutna to bądź bo to znak Twoich wewnętrznych przeżyć, które są naturalne i byłoby raczej dziwne gdybyś po utracie dziecka chodziła uśmiechnięta. Faktem jest że może lepiej byłoby gdybyś to ty mowiła do innych niż inni do Ciebie jak widziśz te słowa pociechy innych są dość często nietrafione i lepiej, żeby inni dołaczali swój smutek do Twojego niż mieli Ciebie pocieszać zadając kolejny ból.
Dziękuję księdzu bardzo za tą obecność tu, że niesie ksiądz Pana Jezusa nawet w necie. Pomimo tego żalu jaki mam do Pana Boga (bo przecież On dobrze wie, że tak się dziać nie powinno- dzieci nie powinny umierać!), to gdzieś w głębi mam tę ogromną pewność, że to On mnie jakoś dźwiga i całą moją rodzinę.
Niestety jestem raczej introwertyczką, a więc nie zabieram za często głosu, za to dużo zdarza mi się słuchać. No i pewnie dlatego nadrabiam tutaj pisząc za dużo, zbyt niepotrzebnie, tak że później tego żałuję. No ale dziękuję, że jesteście i też się dzielicie- to jakoś dodaje mi otuchy. Chyba muszę się wybrać w końcu do mojej znajomej - mamy dziewięciorga dzieci- w tym jednego w niebie. Ona jest chyba jeszcze większą introwertyczką ode mnie- u niej zawsze się czuję \"wygadana\". Mogę powiedzieć, co mi leży na sercu, ale też mam co słuchać od niej. A byłam ostatnio u niej jeszcze przed poronieniem, ale zaczyna mi jej bardzo brakować, bo jest kobietą ogromnej wiary i ogromnej miłości.
Zbyt listopadowo w naszych sercach w tym grudniu (***)- nasz cmentarz wydaje się teraz całkiem opuszczony, ciemny.
Odpowiedz
#7
Jak czytam podobne słowa to całkiem jakbym słyszała samą siebie. Ja też po stracie dwójki Dzieci czuję niesamowity żal do Boga. Wiem, że to niektórym może trudno zrozumieć ale od roku czasu nie byłam w kościele. Każda moja wizyta kończy się płaczem i wyjściem na zewnątrz bo robi mi się słabo. Problemem dla mnie było pójście na mszę ślubną. Uwierzcie całe usta miałam pogryzione i oczy pełne łez i okropna migrenę od powstrzymywania się od płaczu. Wesele do bani, humor do bani a dobrą minę trzeba było robić. Nie raz już rozmawiałam - właściwie miało to zawsze formę monologu do Boga ale mówiłam z czym mi źle, co mnie boli. Żałuję tylko, żę nie dostałam żadnej odpowiedzi. Może wtedy zrozumiałabym czemu Bóg mnie tak doświadczył.
Odpowiedz
#8
A może milczenie też jest odpowiedzią? Może jest znakiem obecności Boga w naszym życiu? Ja wierzę w to i mam pewność, że im bardziej jesteśmy doświadczani przez życie tym mocniejsza jest obecność Boga, towarzyszącego nam i płaczącego wraz z nami. A to że Go nie czujemy nie znaczy, że Go nie ma.
A Kościół jest miejscem w którym ta obwecność szczególnie się objawia i dlatego nasza potrzeba płaczu. Ilka, może warto pójść do Kościoła w zwykły dzień, kiedy nikogo nie ma i wypłakać się. Ksiądz, który opiekuje się rodzicami po stracie w moim mieście powiedział, że płacz to piękna modlitwa, kiedy płaczemy przed Nim, z Nim. I mów do Boga, bo przecież nie można ukrywać, że jest źle, że nie dajemy rady. Mów, mimo że nie widać, On słucha... trzeba tylko sobie dać czas i szansę na odnalezienie Go.
Przytulam...
Odpowiedz
#9
A mi chyba jednak brakuje Boga, brakuje mi modlitwy.
Takie dziwne uczucie- jakbym pokłóciła się z kimś bliskim (z Mamą, Mężem), i gapiła się w telefon, czekając, że to ta druga osoba odezwie się pierwsza. Czy tylko od mojego uporu ma zawsze zależeć, jak długo trwa cisza?
Teraz nie umiem rozmawiać z Bogiem. Bamba, to jednak miało w sobie nadzieję, to co napisałaś. Chciałabym też móc wierzyć, że dostałam jakiś znak.
Czasem myślę, że byłoby mi łatwiej, gdybym się pogodziła z tym, że jesteśmy zostawieni sami sobie. Czasem, coraz częściej w to wierzę. Nie widziałam, żeby mój mąż modlił się ostatnio. Ja się nie modlę. Żadne z nas nie mówi o pójściu do kościoła. Moja mała, dwuosobowa rodzinka weszła w fazę myślenia ...hmm...racjonalnego. Albo usiłuje w nią wejść. Trochę boli ta pustka. Nie potrafię się przemóc, nie potrafię zapytać dlaczego. Chciałabym naprawdę wierzyć, że ktoś trzyma moje dzieci za rączki. Są takie maleńkie.
Telefon milczy... Nie wiem, jak będziemy teraz żyć.
Odpowiedz
#10
Cytat:[autor cytatu=trzydziecha]
A mi chyba jednak brakuje Boga, brakuje mi modlitwy.
Teraz nie umiem rozmawiać z Bogiem. Bamba, to jednak miało w sobie nadzieję, to co napisałaś. Chciałabym też móc wierzyć, że dostałam jakiś znak.
(...) Trochę boli ta pustka. Nie potrafię się przemóc, nie potrafię zapytać dlaczego. Chciałabym naprawdę wierzyć, że ktoś trzyma moje dzieci za rączki. Są takie maleńkie.
Trzydziecho, to przejmujące, co piszesz. Ja jednak się trzymam, bo wiele osób za mnie się modli. Postaram się za Ciebie westchnąć- czasem na inną modlitwę w ogóle mnie nie stać, więc wzdycham do Pana Boga, ale On to rozumie. To, że brakuje Boga i modlitwy- nie jest mi obce w ogóle (nie tylko w tej sytuacji). Ale ja to często odbieram jako wezwanie właśnie do tego, by powiedzieć, wypłakać, może nawet wykrzyczeć to Bogu: \"Brakuje mi Ciebie! Gdzie jesteś, kiedy jestem sama?\" Lamentacje, księga Hioba, ale też Psalmy uczą tego płakania przed Bogiem- wylewania przed Nim naszego serca.
Ostatnio trochę myślałam, jak się ma ta pustka w środku do nadchodzących Świąt Bożego Narodzenia. I dochodzę do wniosku, że właśnie rodzący się Zbawiciel wybiera taką pustkę, słabość, bezludzie, żeby się urodzić. A więc może moja dusza ziejąca czasami pustkami i słabością nie zrazi Matki Bożej do dania do jej \"żłobu\" Zbawiciela?
Napisałaś, że chciałabyś naprawdę wierzyć, że Ktoś trzyma Twoje dzieci. Mi często taka modlitwa słabości i niewiary towarzyszy, może też chcesz spróbować: \"Trudno mi wierzyć. Przymnóż mi wiary. Podnieś mnie, bo zgroza wieje ode mnie\". Wydaje mi się, że taką modlitwę o wiarę Pan Bóg chce wysłuchiwać i wysłuchuje.
Ty się na Niego obraziłaś i nie mówisz do Niego, ale jestem pewna, że On się na Ciebie nie obraził i chce mówić do Twojego serca. Może czasami właśnie przez tą tęsknotę do naszych dzieci mówi bardzo głęboko i bardzo cicho, bo i tak wie, że czasem trzęsiemy się z obaw. Zastanawiam się czasem, czy nie mówi też przez to, gdy się zastanawiamy: Co nasze dzieci będąc w niebie chciałyby, byśmy dla nich zrobili? Nie zawsze trzeba mówić do Pana Boga- czasem wystarczy, że pomilczysz z Nim, żeby On zrozumiał Twoje milczenie.
Miałam ten żal do Pana Boga, bo bardzo byłam związana z tym maleństwem, bardzo się już przygotowywałam na jego narodziny, bardzo zaplanowałam zamiast Niego jak ma być. Ale gdy opowiedziałam Mu o tym swoim żalu, (powalczyłam trochę z Nim), ale też Wam, jakoś on przygasł. Myślę, że chyba te moje oskarżenia do niewinnego Boga zostały zabrane na krzyż. Nie wiem, czy to zrozumiałe i poprawne myślenie.
Nasze dzieciątka są zbyt maleńkie, by nie mogły zostać nie zauważone przez Miłosiernego Boga, \"który nie zgasi knotka o nikłym płomyku\", ani nie złamie nadłamanej trawy. Coraz większą pewność zyskuję w tym względzie, że mój Józinek bardziej może i mógł przez całe swoje króciutkie życie bardziej liczyć na Jego pomoc niż moją. To trudne przyznać się do tego. Ideałem nie jestem.
Po mojej pamiętnej nocy bezpośrednio przed łyżeczkowaniem przyszedł do sali ksiądz z Panem Jezusem w Komunii Świętej. I to było niezwykłe. Już tego całego łyżeczkowania całkiem przestałam się bać. Bezcenne było dla mnie, że nic mi nie tłumaczył, nic nie przekonywał, tylko przytulił i pogłaskał, zapewnił o modlitwie. Jako naturalną przyjął moją kupkę nieszczęścia, którą wtedy aktualnie byłam. I zadał, bym posłuchała, co Pan Bóg ma mi do powiedzenia czytając z Ewangelii Jana o spotkaniu Jezusa z Samarytanką. Dlatego może nadziei mam całe morze, chociaż często niewierna bywam.
Odpowiedz
#11
Dziękuję, że się odezwałaś. Muszę to przemyśleć. Albo jeszcze poczekać i przemyśleć.
To nie do końca tak, że się obraziłam. Próbuję przetrwać, wierząc, że nie wierzę. Jestem biologiem, znam statystyki, do tej pory nieźle mi szło analizowanie faktów. Może taki prosty, oparty na nauce świat jest łatwiejszy? Nie czuję, że moje życie jest istotne w tej wielkiej układance. Dzieci odeszły, bo coś nie zagrało, tak czysto biologicznie?
W chwilach, w których próbuję jednak przestać odpychać od siebie to w co wierzyłam i pomilczeć chociaż z Bogiem zaczyna mi się kołatać po głowie: \"Małżonka twoja jak płodny szczep winny we wnętrzu twojego domu...\" I wtedy czuję się ukarana. A moje małżeństwo, najlepsze co mnie spotkało w życiu, z tej perspektywy staje się bezsensowne. I prawdopodobnie nie jest to prawidłowe myślenie. Ale inaczej nie potrafię.
I wtedy już nie mam siły szukać sensu.
Chciałabym tylko, żebyś wiedziała, że podziwiam Twoją postawę. Jesteś wspaniałą i silną kobietą.
Odpowiedz
#12
Ostatnio usłyszałam od bardzo mądrego księdza, że w sytuacji takiej jak nasza mamy prawo się buntować, jeśli tak właśnie czujemy w sercu. Mamy prawo nawet czasem Bogu powiedzieć coś ostro. Czasem takie ostre słowa, uświadomienie sobie i wyrażenie pewnych uczuć pomagają... pomagają też wybaczyć Bogu. Bo tak naprawdę to też musimy zrobić. To może nawet trudniejsze niż wybaczenie ludziom, bo taka potrzeba w ogóle nie przychodzi nam do głowy.

Kiedy Bóg milczał, ja otrzymałam pocieszenie od Matki Boskiej. Ona jest... taka bliższa, taka bardziej ludzka. I też straciła Dziecko, choć w trochę innej sytuacji. Też czuła tę pustkę. Może do Niej łatwiej się zwracać.

Trzydziecha, ja też jestem biologiem i chyba wiem, co masz na myśli...
Odpowiedz
#13
Mój telefon też milczy. Bóg milczy a ludzie znajdują swoje własne odpowiedzi. Nawet jeżeli się nimi dzielą to to jest nieprzkazywalne i przechodzi obok mnie. Boże jak ja sie z tym męczę. Próbuję płakać, pokazywać swój ból Bogu - nic. Próbuję się wkupić, wzbudzam w sobie pokorę i zrozumienie - nic. Coś przeczytam - na chwilę pomaga. Zaraz wydaje sie głupie i naciągane.
Ludzie pytają czy chcę mieć jeszcze dzieci. A ja teraz wiem, że chcę, żeby był koniec świata i żebyśmy wreszcie zaczęli być rodziną, byli wszyscy razem. I bylibyśmy spokojni o Bożą miłość. Nie wiem, co mnie tak od Niego odgradza.
Też cię podziwiam Bamba.
Odpowiedz
#14
Przeczytałam ostatnie posty i bardzo chciałabym Wam odpowiedzieć. O tym,że tkwienie w tej pustce jest straszne, że też odgradzam się od wszystkich i od wszystkiego, że potwornie się boję i że rozumiem. Na pewnej, tragicznej płaszczyźnie jesteśmy pewnie (chyba?) podobne.
Realnie rzecz biorąc zawsze może być gorzej. Ujmując rzecz religijnie \"co jeszcze dla mnie przygotowałeś?\". I to mnie przeraża. Przeraża mnie myśl, że jeszcze jest mi co odebrać. W takich chwilach mam ochotę włożyć buty i uciec jak najdalej. Może ta chmura nieszczęść popłynie za mną, a mój świat ocaleje. Może i tak powinnam tak zrobić zanim sama wszystko zniszczę.
Chciałabym Wam o tym powiedzieć, ale nie umiem. Chciałabym o tym powiedzieć Bogu, ale nie umiem, boję się, może nie chcę.
A z drugiej strony tak bardzo, tak rozpaczliwie chciałabym żebyśmy (jak to Hanko pięknie napisałaś) mogli być rodziną, spokojni o Bożą miłość. Chociaż może wystarczy mi, żebyśmy mogli po prostu znowu być spokojni?
MJS dzięki- próbuję się z tym zmierzyć. ...(Może \"spróbuję\" byłoby jednak bliższe prawdy?...)
Odpowiedz
#15
Kochane!...a ja myślałam,że jestem sama i tylko mna targają takie uczucia.
Bałam się tego,co mówił mój mąż (\"gdzie jest ten Bóg?\") tak bardzo się przestraszyłam jego słów, że tak zwątpił...ale po dłuższym czasie mojego milczenia, zamknięcia w sobie i całego szoku zauważyłam,że i ja wątpię. Tak bardzo krzyczałam do Boga ... co takiego zrobiliśmy złego w zyciu!!! Tak się staraliśmy, tak się kochamy, szanujemy, staramy się być wzorowym małżeństwem, nikomu krzywdy nie chcieliśmy wyrządzić. Dlaczego??? Czy to ma byc odpokutowanie za nasza miłość do siebie, za to ,że spotkałam w końcu mężczyznę swojego życia, którego pokochałam i jestem z nim szczęśliwa???
Dlatego dokładnie Was rozumiem moje Drogie. Też co raz rzadziej chodzimy do kościoła...ale to dlatego,że ja potrzebuje ciszy, pragne się modlić w ciszy, pragnę iść porozmawiać z Bogiem gdy nie ma nikogo w Kościele ..ale oni zamykają kościół! Nie mogę się skoncentrować na Mszy, nie mogę skupić myśli, drażnią mnie wciąż te same wypowiadane regułki ,których większość ludzi zapewne nie rozumie,drazni mnie kazanie,które do mnie nie przemawia (jakis list do kogoś czy od kogoś) Nie ma takiej Mszy ,na której nie płakałabym, zawsze wychodzę zalana łzami, nie mogę... gdy jeszcze usiądzie przede mną małżeństwo z wózeczkiem i to maleństwo,które patrzy NA MNIE TYMI ŚLIPKAMI... Ja chyba juz nie wiem jak sie modlić.. zaczynam i ..zupełnie nie wiem co powiedzieć... nie czuję bhy mnie Ktoś słuchał, czuję,że Bóg sie odwrócił i nie chce mnie słuchać i to mnie zniechęca Sad Poza tym tak strasznie boli mnie już głowa, jestem zmęczona ...Czy kiedykolwiek będę normalnie funkcjonować?
Odpowiedz
#16
Ostatnio na mszy z okazji dnia dziecka utraconego czytaliśmy na Mszy tekst a Hioba, do którego przyszli przyjaciele i siedzieli z nim 7 dni. A potem nawiązując do tego nasz ksiądz mówił \"Pan Bóg chce być przy nas – jest. Daje konkretne znaki. Jest i jak bardzo milczy. Czasami człowiek chciałby usłyszeć Jego głos, wręcz krzyczy, domaga się: Czemu nie mówisz? Daj mi usłyszeć Twój głos. Pan Bóg jest, przy tobie i przy mnie, tyle ile potrzeba, jest zawsze. Siedzi przy mnie na ziemi – używając tego słownictwa z historii Hioba – i jest bardzo cicho, bo kocha, ma wrażliwe serce. I tutaj czas jest nieważny.
Jeśli to się stało 20, 30 lat temu, i wciąż w moim sercu jest ból i żałoba – tu czasu jest tyle, Pan Bóg daje tyle czasu, ile nam potrzeba. Siedem dni i siedem nocy. Wystarczająco.
Żal mój przed Nim wylewam. Głośno przed Panem wylewam mój żal, moją udrękę. I niedługo, w swoim czasie, po siedmiu dniach, po czasie, który jest konieczny, będę Pana błogosławił. Siedem dni, siedem nocy byli przy Hiobie jego przyjaciele, w ciszy. Te siedem dni wystarczyło, żeby Hiob był w stanie błogosławić Pana. Dajmy sobie, dajmy Panu Bogu, jeśli taka jest potrzeba, siedem dni cierpliwości. Dajmy Mu czas.\"
I to jest dla mnie sedno, trzeba dać sobie i Bogu czas...Bóg nigdy się od nas nie odwraca, tylko czasem poprzez nasz ból, zawiedzione nadzieje, cierpienie nie umiemy Go widzieć. Trzeba dać sobie czas...
Odpowiedz
#17
Cytat:[autor cytatu=HANKA]
A ja teraz wiem, że chcę, żeby był koniec świata i żebyśmy wreszcie zaczęli być rodziną, byli wszyscy razem. I bylibyśmy spokojni o Bożą miłość.

Przypomnialas mi moj pierwszy Adwent po poronieniach tym zdaniem. To byl najprawdziwszy Adwent, bo po raz pierwszy tak naprawde czekalam na powtorne przyjscie Chrystusa, na koniec swiata, a nie na Swieta.

Pamietam spotkanie ze znajomymi, dzielilismy sie \'swoim\' adwentem i oni wszyscy pitolili o tym, ze ktos padl na chodzeniu na roraty, ze inni sie poklocili, do kogo na Wigilie, ktos jeszcze, ze adwent przelecial a tu nie ma prezentow... i tyle rzeczy do zrobienia przed Swietami.
No i popsulam wieczor, bo zamiast wpisac sie w takie myslenie, zaczelam o tym, ze czekam na spotkanie z dziecmi, \'z rzesza swietych k\'nam przybedzie\', we mnie wtedy wszystko krzyczalo \'przyjdzie! przyjdzie z moimi dziecmi!\'.
W powietrzu wisialo niewypowiedziane \'po co do tego wracasz, przeciez to bylo dawno temu, czy znow musisz o tym samym?\'.

Dzis juz we mnie takich emocji nie ma, ale to tamten Adwent jest najglebiej wpisany w moje serce.
Odpowiedz
#18
Wiesz Moniko, chciałam końca świata, żeby wreszcie sie wszystko wyjaśniło i dopełniło, żeby już się tak nie szarpać. A jak przeczytałam w listopadowym W drodze o co chodzi w zmartwychwstaniu ciała, to się naprawdę podekscytowałam. Że nic z ziemskiego życia nie zostanie uronione i zapomniane, każdy uśmiech, każdy ślad naszego ciała w świecie. Będziemy w Bogu z całą naszą historią. Oczywiście nasze ciała nie będą takie, żebym mogła Piotrusia nakarmić i zmienić pieluchę. To straciłam bezpowrotnie, ale to i tak bym straciła wkrótce. Jeżeli będą tam moje wszystkie dzieci, wreszcie bez wybierania, czy jestem z żyjącymi czy ze zmarłymi... Oni wreszcie będą rodzeństwem...To rzeczywiście najprawdziwszy adwent, bo czekam z niecierpliwością. Też na to, że Bóg wreszcie okaże się niewinny. Szukam, czytam i nie znajduję spokoju.
Odpowiedz
#19
Niewinny? Na pewno nie. Przecież to On stworzył świat i człowieka. Jakby tego nie zrobił, to nikt z nas by nie cierpiał. Bo byśmy nie zaistnieli.

Ale przyznam się, że ja też czekam z utęsknieniem na koniec świata od lat już i nawet nie tyle na spotkanie z dziećmi, bo mam wrażenie, że one stale są przy mnie, ale ta wieczna szczęśliwość dla wszystkich!
Odpowiedz
#20
Cytat:[autor cytatu=Malgosia]
Jakby tego nie zrobił, to nikt z nas by nie cierpiał.

Ale zalozenie bylo takie, ze jest swiat i stworzenie i ze nie ma cierpienia. Jest wolnosc, z ktora mozemy zrobic, co chcemy. I prarodzice zrobili. To w ich decyzji a nie w Jego jest przyczyna naszego cierpienia.
A z drugiej strony to wlasnie cierpienie Chrystusa na Krzyzu otworzylo nam na nowo niebo.
Odpowiedz
#21
Ale kto nas stworzył? I wolność? I prarodziców?
Bóg jest praprzyczyną wszystkiego Smile
Odpowiedz
#22
Ja myślę, że Bóg nie jest \"niewinny\" w takim sensie, że nie jest sprawcą naszego cierpienia, bólu, śmierci. W takim sensie jest to jak najbardziej boska \"wina\". Bóg jest pierwotną przyczyną. Tyle że wina kojarzy się ze złem, z jakimś przestępstwem czy wykroczeniem. Próbujemy rozumować po ludzku i po ludzku pojmować Boga. Jeśli człowiek zadaje człowiekowi śmierć i cierpienie - jest winny, popełnia zło, więc jeśli Bóg dopuszcza śmierć i cierpienie - również próbujemy to pojąć w takich kategoriach. I zaplątujemy się, bo Bóg nie jest jak człowiek i nie działa jak człowiek. Działa ponad i poza światem ludzkim. W świecie poza-ludzkim śmierć oznacza życie, a cierpienie oznacza odkupienie... To wszystko jest raczej kosmiczne i niepojęte i dlatego tak trudno to zrozumieć (pewnie się nie da ostatecznie).
Odpowiedz
#23
Cytat:[autor cytatu=anik]
Ostatnio na mszy z okazji dnia dziecka utraconego czytaliśmy na Mszy tekst a Hioba, do którego przyszli przyjaciele i siedzieli z nim 7 dni. A potem nawiązując do tego nasz ksiądz mówił \"Pan Bóg chce być przy nas – jest. Daje konkretne znaki. Jest i jak bardzo milczy. Czasami człowiek chciałby usłyszeć Jego głos, wręcz krzyczy, domaga się: Czemu nie mówisz? Daj mi usłyszeć Twój głos. Pan Bóg jest, przy tobie i przy mnie, tyle ile potrzeba, jest zawsze. Siedzi przy mnie na ziemi – używając tego słownictwa z historii Hioba – i jest bardzo cicho, bo kocha, ma wrażliwe serce. I tutaj czas jest nieważny.
Jeśli to się stało 20, 30 lat temu, i wciąż w moim sercu jest ból i żałoba – tu czasu jest tyle, Pan Bóg daje tyle czasu, ile nam potrzeba. Siedem dni i siedem nocy. Wystarczająco.
Anik, to jest dla mnie niezwykłe, co napisałaś. Czy którykolwiek człowiek potrafiłby trwać w ciszy w milczeniu przy mnie, żeby uszanować mój ból? Żeby cierpieć w milczeniu razem ze mną? Moje doświadczenie pokazuje, że nie: jak najszybciej ludzie chcą rozmawiać o czymś przyjemnym, o czymś co nie boli. Czy ktoś z ludzi chciałby siedzieć ze mną, z Wami tez nocami, żeby tylko Was słuchać, słuchać i słuchać?
I nic nie mówić, żeby okazać Wam, jak jesteście ważne, jak ważne jest Wasze mówienie.
Ja zapominam, że Pan Bóg tak bardzo chce mnie słuchać. Nie mówiąc, że boję się nierzadko tego, co chce mi powiedzieć.
Odpowiedz
#24
Józinkowe znaki pewności

1?

Śmierć stara wariatka
zabiera gdzie popadnie
wymachuje rękami
i wygraża
śmiejąc się szyderczo

A my jej się boimy

dlatego

wiosnę do nas wysyłasz z transparentem \"Jam zwyciężył świat\"
lęk już niepotrzebny
wystarczy że ufności się chwycę

2?

Nie będę Cię nosić
do serca tulić
piersią karmić

Wiaro mała
skarlała z bólu

U Boga przytulniej
niż w jednym westchnieniu
mojego macierzyństwa

3?

Czy nazwiesz Go
Boże
jak i my nazwaliśmy
Józinek Józio Józef

Czy martwe nierozwinięte oczy otworzysz
na blask Twojej miłości

Ufność taka ogromna
ale ja zbyt mała

nie mogę jej dosięgnąć
nawet na palcach

4?

Jak cieszyć się z cudzych Jasełek?
Z dzieci
którym dane było
urodzić się
dorosnąć pięknie i niepięknie?

Jak cieszyć się ze śmiechu dziecka
przenikającego jak miecz
na wskroś

Zaryzykować
-przyjść z prezentem
kokardą owiniętym
z zawartością łzą

5?

Mały Aniele pod krzyżem
jeszcze oczu nie umiałeś otworzyć
a już modlitwą się napełniałeś

swoje rwące do rozwoju ręce
dałeś Bogu
jak niepotrzebny balast
bo nic jeszcze nie umiałeś
oprócz trwania
w maleńkiej kruchości

6?

Dziecko zbyt małe
by Cię nie kochać

To nie ja Ciebie będę nosiła
to Ty weźmiesz mnie w objęcia

w głębi bólu

gdy ksiądz-tylko człowiek
nie chce słuchać człowieka
zaprowadzisz do Boga
w słuch zamienionego
cichego jak góra

To Ty mnie przytulisz
w milczeniu
chociaż chciałam być ta pierwsza

7?

Krzyż Dzieciątka Jezus

Przez góry
niosła Cię Maryja pod sercem
potknęła się przestraszyła

-cierpiałeś?

Upał doskwierał w Izraelskiej ziemi
nie podano wody Matce

-cierpiałeś?

o zdrowie świętej Elżbiety staruszki
troszczyła się Niewiasta
mało odpoczywała

-cierpiałeś?

ciężkie dzbany wody nosiła
nie żałowała swojego potu

-cierpiałeś?

Dla kogo ten krzyż od poczęcia nosiłeś
Dzieciątko Kochające Najbardziej?

Czy dla równie małych?

8?

A propos paska świętego Dominika

Szła śmierć
przez oddział ginekologiczno-położniczy
obserwowała
nastroje
wnętrza matek
z podejrzliwością mordercy

Nagle oniemiała
zatrzymała się

Dominik
dziecko przeznaczone na zabicie
poświęcone Panu- w zbroi już było

-odeszła stara jędza
mszcząc się na innych

8?

Miałam dzisiaj nic nie pisać
słowa niepotrzebne
gryzą

wylewają się

może ktoś je odnajdzie
ułoży od nowa
lepiej
piękniej
żeby wyszły
puzzle z pejzażem nadziei

nie takie byle jakie

porozrywane
i pytające wciąż o to samo
niewdzięczne

(*)(*)(*)

9?

Anioły pod śniegiem się pochowały
udają że ich nie ma
tylko czasem robią a ku ku
czubek nosa wystawią
jakby wąchały
czy idziemy

ale zmartwychwstanie je odsłoni

wystarczy zaczekać
aż zacznie tajać

popłynie w niepamięć biała pustynia niewiary

10?

Grobie samotny
nieodwiedzany

wnuczątko
nie rozpoznane

pochyl się czasem nad nimi

nadzieją załopocz im w sercu
że chociaż nieopłakane
przywitasz ich z radością
Odpowiedz
#25
Aniele, który odszedłeś po cichu
spojrzałeś dzisiaj na mnie oczami cudzego dziecka
uśmiechnąłeś się
nic nie powiedziałeś

odwal z serca kamień
niech już uwierzy w zmartwychwstania dzień
w spotkanie, które się nie będzie kończyć

grób masz jak pierwszą kołyskę
miękki puch śniegu w niej
tak zimno
pocieszenie nie przychodzi
samo
bo by zamarzło

głupie moje słowa
nie radzą sobie ze sobą
po co jestem
gdy Ciebie nie ma
-sensu upatrują w czekaniu na spotkanie

Zapalam znicz dla Aniołków Waszych, maleńkich utraconych miłości (*) i dla naszego (*)

Muszę powiedzieć, że uczucie żalu do Pana Boga było krótkotrwałe. Minęło mi dawno, chyba tuż po tym, jak je wypowiedziałam, jak poczułam się wysłuchana, utulona przez miłosierne ręce.
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości