Piotruś
Marta a dlaczego byś chciała? Męczy Cię Twój realizm? Cóż nasze myślenie nas określa, ale też ogranicza. Każdego z nas.

PS. Trzydziecho Smile może się odezwiesz jak przeczytasz?
Odpowiedz
Czasem sądzę, że wygodniej bym się w tym życiu umościła jednak, gdybym tak grubą kreską nie odcinała bycia/niebycia Piotrusia. Gdyby on jednak trochę był. Albo może jednak był, gdzieś. W niebie. W Kandaharze.
Wiem, że to tylko ułuda, bo pewnie wcale nie wygodniej ani nie łatwiej.
Ale czasem mnie uwiera. Nie tylko w kontekście mojego syna to, że ja jednak nie mam złudzeń co do tego, co by było gdyby, a może..., może kiedyś... W różnych kwestiach. W temacie różnych ludzi, bolących, bolesnych. Ja przyjmuję, że jest co jest, tylko to mam i naprawdę taka jest rzeczywistość. I biorę ją na klatę. Ale czasem marzę o \"łatwiej\"Wink Tak jak czasem marzę o niemyśleniuWink Chociaż wcale bym nie chciała nie myśleć (tyle). Człowiek jest dziwny.
Choć pewna jestem niemal, że to nic by nie zmieniło. Ten sam smutek. Wynikający pewnie z egoistycznego dość chcenia mieć ukochanych przy sobie a nie gdzieś daleko. Dokąd trasy tak czy siak wytyczyć się nie da.
Pewnie jest to moje marudzenie z kategorii \"chcę dokładnie to, czego nie mam\"Wink
Odpowiedz
T. Halik powiedziałby, że jedni wierzą w nieśmiertelność ludzkiej duszy, a drudzy wierzą, że jest tylko ciało, które umiera całkowicie. Od czego zależy w co wierzymy? Na ile to wybieramy i dlaczego to? Nie wiem. Bo wyjaśnienia, że z dziada pradziada mnie nic nie wyjaśniają. Uważam, że każdy wierzy w swoim imieniu. Czy kierujemy się wygodą? Według mnie wygodnie jest wiedzieć na pewno, a wiara wyklucza pewność. Dla mnie wiara to jest niepewność z odrobiną nadziei. Tak nadzieja tu jest chyba kluczowa. Cóż, od śmierci Piotrusia moja nadzieja względem tego, że Bóg jest miłością wzrosła znacznie, znacznie, może nawet poza skalę, im bardziej byłam odarta, tym bardziej nie zostawało mi nic innego. Bóg odpowiadał nawet czasami na tę moją nadzieję. Ale to znowu kwestia wyboru, bo mogłam uznać, że mi się ubzdurało, przywidziało, przekombinowało. Zobacz, tę samą rzecz można nazwać nadzieją albo złudzeniem. \"Chciałabym żeby tak i tak było\" albo \"szkoda, że tak i tak nie będzie\" - dla mnie to nie są jakieś skrajności. Marta, nie sądzę, że chcesz dokładnie tego, czego nie masz. Myślę, że szukasz swojej drogi jak wszyscy. Ciekawe co sądzisz o nadziei w ogóle?
Odpowiedz
HANKO, wydało mi się nie tyle, że się wygodą pokierowałabym, gdybym umiała wierzyć, co że odczułabym pewien rodzaj komfortu, gdyby tak się stało. To byłaby ta wygoda. Ta niepewność z odrobiną nadziei właśnie.
Ja nie odczuwam niepewności w kwestii Piotrusia czy babci. Ani nadziei. Bo nadzieja wydaje mi się jakimś oczekiwaniem, na coś. Ja nie oczekuję. Przyjmuję, że nie ma nic i nic nie będzie. I może dlatego mi czasem smutno. Że nie ma żadnego planu B, żadnego cienia planu. Choć jest bardzo prawdopodobne, że to moja postawa obronna przed rozczarowaniem. Lepiej nie mieć nadziei, wtedy się nie rozczarujesz, może to siedzi z tyłu głowy. \"Oczekiwania rodzą rozczarowania\". Tak mówią buddyści. Nie umiem wyzbyć się oczekiwań całkowicie. Ale staram się nie oczekiwać tam, gdzie nie mam na nic wpływu. Tak, to na pewno postawa obronna.

Nadzieja to dla mnie trudny temat. Kiedyś byłam pełna nadziei. Wiary. Także w Boga. Byłam wtedy dzieckiem i po dziecięcemu gorliwie w obie te sprawy wierzyłam. Potem wydarzyło się wiele złego, wiele bólu i rozczarowania życiem, w jego całokształcie. I ludźmi. Najbliższymi. Codzienność była bardzo bolesna. I przestałam wierzyć. Najpierw w Boga, bo okazało się, że więcej siły dało mi szukanie sensu gdzie indziej. Potem chyba nauczyłam się nie mieć nadziei na to, co nie ode mnie zależne. Nie czekać na nic takiego.
Moja nadzieja obejmuje doczesność, małe i większe sprawy. Ale jednak z tego świata. Bez nadziei jest trudno. Pewnie bez nadziei czasem w naszym świecie w ogóle się nie da. Myślę, że gdybym nie miała nadziei kiedyś, że może być inaczej, nie widziałabym wtedy sensu dalszego życia.
Dałaś mi do myślenia HANKO. Pewnie będę się jeszcze długo zastanawiała nad tym, jak to u mnie z nadzieją.
Dzięki.
Odpowiedz
Małgosia, w równoległym rozważaniu o nadziei, podsunęła mi psychologiczną jej definicję autorstwa Snydera, że jest to pozytywna motywacja do działania. Odpowiada mi to. Chyba taka jest moja nadzieja.
I przypomniała mi Małgosia wiersz Asnyka. Lubię go zwłaszcza w śpiewanej wersji Wójcickiego.
Odpowiedz
Też mi odpowiada ta definicja. Asnyka znam, ale nigdy nie próbowałam zrozumieć - nadzieja ziarnem przyszłych poświęceń bohatera? Rzeczywiście ciągle odniesienia do działania, a ja tego nie łączyłam. Bardziej statycznie traktowałam nadzieję. Muszę pomyśleć.
Odpowiedz
Jutro Piotra i Pawła. Teściowie wybierają się na cmentarz, miło z ich strony. Ja nie przygotowałam niczego szczególnego, objaw wypalania się żałoby. Ale pojadę. Lawenda sięga mi już pewnie do pół uda, szaleje z powodu niezwykłej podaży wody.

O nadziei i działaniu myślałam. Moja nadzieja nie przyczynia się do działania tylko do trwania, a działanie jest konsekwencją trwania, reakcją na tu i teraz. Czasem uprzykrzoną a czasem ochoczą. Moja nadzieja jest pozytywną motywacją do pozwolenia życiu trwać. Tak o tym myślę.
Odpowiedz
W chwilach słabości żałuję, że zamknęłam to okno jak mama Piotrusia Pana. Sporo zaryzykowałam podejmując znowu jakieś pragnienia i ryzyko nie opłaciło mi się. Pustka zwaliła mi się na głowę. Chciałam ją zagłuszyć kolejnym dzieckiem, ale widzę, że mój mąż nigdy się nie zdecyduje. Mówi, że chce, ale tylko wtedy, kiedy ja nie chcę. Bawi się tą myślą, nie zamierzając nigdy wprowadzić jej w życie. Ja wolałabym nawet adopcję, ale to wydaje się jeszcze trudniejsze i bardziej odległe. Jedyna pociecha, że tak będzie uczciwiej. Pustka to pustka. Czy wolno powoływać dziecko, żeby ją wypełniło? Oczywiście nie. Dlaczego ludzie chcą mieć dzieci? Dlaczego ja chcę mieć dziecko? Przecież mam Hanię i nie radzę sobie z kochaniem jej tak jakbym chciała. Zawsze chciałam mieć więcej niż jedno dziecko. A teraz już nic nie wiem. Tylko zazdroszczę.
Odpowiedz
Co jest złego w zapełnieniu pustki? Przecież nie pustkę po Piotrusiu byś zapełniała tylko te puste miejsca, które powstały do wypełnienia kiedy wymarzyłaś sobie dom gdzie będzie więcej dzieci...
Odpowiedz
Cytat:[autor cytatu=HANKA]
W chwilach słabości żałuję, że zamknęłam to okno jak mama Piotrusia Pana. Sporo zaryzykowałam podejmując znowu jakieś pragnienia i ryzyko nie opłaciło mi się. Pustka zwaliła mi się na głowę.

Właśnie. Zwaliła się na głowę.
Póki moje okno było otwarte, mam wrażenie, że istniała ułuda (bo co więcej...), że ma on-Piotruś swoje, należne, niejako fizyczne miejsce w moim/naszym życiu. Ale pewnego dnia zrozumiałam, że to nieprawda. Bo w gruncie rzeczy ktoś kto nie istnieje nie potrzebuje miejsca. Ani otwartego okna. I je zamknęłam. Choć czasem oszukuję się - też w chwilach słabości albo wtedy, kiedy chcę się poczuć lepsza - że ono się zamknęło samo. Ale tak nie jest, zamknęłam je ja, zatrzasnęłam. Z plątaniną uczuć - żalu, złości, ulgi. Trochę w tym nawet dziecięcej obrazy było, na zasadzie \"skoro ty tak, że się nie rozgościłeś, to ja to kończę, pa, bywaj\". I ani mi z tym nie lepiej ani nie wstyd. Najczęściej w ogóle mi z tym nie jest nic.

I zastanawiam się, czy to tylko taki etap i mi przejdzie czy tak już zostanie. Że są ci, co istnieją i jest wspomnienie po tych, co przestali istnieć. I nie ma ich zupełnie.

I jeszcze myślę czasem, że może to moja żałoba się skończyła. Ponoć ona się kończy kiedyś... Tylko, że mam wrażenie, że jednak ona się nie kończy, bo wciąż bywam w kontekście Piotrusia żałosna. A to bliskie pojęcia jednak. Bywam żałosna i użalam się. Tyle, że coraz częściej jednak chyba nad samą sobą. Świadomość, że był i być przestał przyjęłam i puściłam wolno. Żal mi tych, co zostali.

Wiesz Hanko, myślę, że o pustkę nie ma się co martwić. Ma to do siebie, że jak się już raz na głowę zwali, to swoje miejsce zachowa. Choćbyś nie wiedzieć ile wypełniaczy znalazła. Jeśli miałabym w sobie odnaleźć uczucia, które we mnie trwają niezmiennie i nic im zagrozić nie jest w stanie, mimo największych starań, to są to moje pustki, zieją od lat. Tylko czasem zagłuszam myśli i wtedy wydaje mi się, że zniknęły...
Więc powołanie kolejnego dziecka Twojej pustce też nie powinno zagrozić. Nie wiem, czy to pocieszające. Pewnie nie... Ale może to dobrze, że ludzie w gruncie rzeczy i w większości przypadków chcą mieć dzieci dla nich samych. Albo sami dla siebie. Nie z powodu pustki. Choć kiedy ona dokucza, to kusi, żeby tak myśleć.
Ściskam Hanko.
Odpowiedz
Dzięki Dziewczyny,
odbija mi już. Znowu dotkliwiej przeżywam zazdrość o dzieci. Miałam to już za sobą, kiedy mój mąż mi oznajmił, że chciałby jeszcze spróbować. Zburzył mój święty spokój i się wycofał. Czeka na coś jakbym miała 29 lat, a nie o 10 więcej. Minęła ostatnia wiosna i mija ostatnie lato. Nie zdecyduję się na dziecko po 40 stce. Dlatego tak mi gorzko. Zobaczyłam siebie jak za 20 lat Hania z rodziną przychodzi do domu na Wigilię, a ja dyskretnie ocieram łzę, szczęścia, że jest ona i żalu, że nie ma ich więcej z żonami i dziećmi.
W sumie to jest zagadkowe. Nie uważam się za dobrą mamę, świat nie wydaje mi się wyjątkowo atrakcyjny, a życie raczej nieuniknione niż warte przeżycia. I tylko to duszenie w gardle, gdy patrzę na kłócące się rodzeństwa, mówi mi, że coś tracę, coś bardzo ważnego. Cholera.
Odpowiedz
Cholera a co będzie jak moje jedyne dziecko porwie świat.. gdzieś daleko poza moim zasięgiem.
Ktoś postronny skwituje, trzeba było sobie to lepiej zorganizować i mieć więcej dzieci - przecież mam, tylko nie tu. Jakie to będzie miało znaczenie siedząc przy pustym stole. Tego się najbardziej boję, a w połączeniu z tym, że daleko mi do ideału matki mogę przegrać z kretesem.

Pozdrawiam Was - Mamy Piorusiów (*)
Odpowiedz
Dziewczynki dzięki za stymulację mojego mózgu.
Chyba wiem co mnie motywuje. To coś ze spektrum samorealizacji. Macierzyństwo to moja życiowa rola. Chcę, żeby coś się w niej jeszcze wydarzyło, w jakości i ilości. To w sumie coś odkrywczego. Od śmierci Piotrusia nie miałam ambicji co do swojego macierzyństwa. Spisałam je na straty w sensie dokonania życiowego. Zresztą wszystkie dokonania i całe życie spisałam na straty. Ale ono nie spisało mnie, niestety/stety. Jakoś żyję i jak dożyję sześćdziesiątki, nie chcę być zgorzkniała. Chcę być umiarkowanie zadowolona.
Zdałam sobie sprawę, że oto mogę napisać \"Ano, wróciłam\" - jak Sam po wyprawieniu Froda za morze. Choć byłam przekonana, że nic mnie do tego nie zmusi. Wszytko ma teraz słodko-gorzki smak.
Odpowiedz
To życzę Tobie Hanko aby to życie miało odrobinę więcej słodkiego niż gorzkiego smaku.
Odpowiedz
Też tak widziałam swoją życiową rolę... Ciekawe czy kiedyś w końcu uda mi się ją dostać...
Odpowiedz
Wcześniej, jak wracali do Shire, Merry powiedział: \"Można by pomyśleć, że to sen, który powoli się rozwiewa.
- Mnie się zdaje przeciwnie - powiedział Frodo. - że teraz zasypiam z powrotem.\"

A jeszcze wcześniej Gandalf: \"Niestety, są rany, które nigdy się całkowicie nie goją.
— Obawiam się, że moja rana do takich należy — odparł Frodo. — Nie ma w gruncie rzeczy powrotu. Może nawet dojadę do Shire’u, ale nic już nie będzie takie, jak dawniej, bo ja jestem inny. Skaleczyły mnie sztylet, jadowite żądło, ostre zęby, długo dźwigane brzemię. Gdzie znajdę spoczynek?\"

To moja ukochana książka, najbardziej ze wszystkich na świecie. Smile

I jeszcze T. S. Eliot:

Pamiętam, było to dawno;
Dziś bym postąpił tak samo, tylko trzeba zapytać
Trzeba zapytać
O to: czy cała ta droga nas wiodła
Do Narodzin czy Śmierci? Że były to Narodziny, to nie ulega kwestii,
Mieliśmy na to dowody. Bywałem świadkiem narodzin i byłem też świadkiem śmierci,
I było dla mnie jasne, że są to różne rzeczy; jednak te narodziny
Były dla nas konaniem, ciężkim jak Śmierć, śmierć nasza.
Wróciliśmy do siebie, do naszych starych Królestw,
Ale w tym dawnym obrządku jakoś nam już nieswojo,
Obco wśród tego tłumu zapatrzonego w swe bóstwa.
Rad byłbym innej śmierci.


T.S. Eliot Podróż trzech Króli
tłum. A. Libera

Koniec skojarzeń lierackich Smile
Odpowiedz
Małgosiu to bardzo poruszające cytaty i w jakimś sensie moje zmory. Zdecydowanie bliski jest mi Frodo. Śmierć Piotrusia i moja żałoba nigdy nie wydawały mi się snem. Natomiast teraz, kiedy pozwolę sobie w głowie na naiwny optymizm, że wszystko się ułoży, mam poczucie że zapadam w sen. Wolałabym tego uniknąć. Wolałabym żyć z ostrą jak brzytwa świadomością, że gęba śmierci odwróciła się po prostu w inną stronę. I czy rzeczywiście godzę się cieszyć, że umierają inni bliscy, nie moi? Teraz, przez chwilę. Nie, nie godzę się na to. Chciałabym znaleźć sposób by z całą jasnością nieubłaganego absurdu śmierci, jednak żyć i brać odpowiedzialność za ten skrawek świata, który mi przypadł. To dla mnie oznacza \"Ano wróciłem\". Wróciłem i będę się zmagał. Ale czy dam radę nie nawiać przed tą fundamentalną trwogą egzystencjalną?
I te rany. Czy z niezagojoną raną można wrócić, zmagać się, żyć, brać odpowiedzialność? Czy pozostaje wyruszyć za morze? Czuję się jakby położono przede mną dwie biografie do wyboru: Froda i Sama. Obie warte przyjęcia, ale nie można przeżyć obu.
Odpowiedz
Miałam właśnie dziwny weekend w Krynicy Morskiej. Ostatni raz byłam tam na wakacjach w zaawansowanej ciąży z Piotrusiem, już 4 lata temu. To był relatywnie udany wyjazd (4 lata temu). Jednak w mojej pamięci odłożył się jako esencja koszmaru tamtej ciąży. O ile w domu miałam względny porządek i przestrzeń życiową na życie i śmierć, czas na zajmowanie się Hanią i czas na płakanie. O tyle tam doznałam totalnie degradującej dysocjacji. Jeżeli kiedyś dostanę raka mózgu, to jego początki przypiszę tamtemu udawaniu, że jestem na wakacjach. Nie wiem nawet czy tak było rzeczywiście. Tym jest to dla mnie teraz. Przez te lata nie chciałam tam jechać. Aż w tym roku wydało mi się nie najgorszym pomysłem wysłać Hanię z babcią do Krynicy i w dodatku je zawieźć. Leszek też się zapalił, żeby jechać. Mieliśmy fantastyczny weekend wyrwany szarej miejskiej rutynie. Doskonała pogoda, morze, las i humory. Zatrzymaliśmy się gdzie indziej niż wtedy, dwie przecznice dalej. Leszek poszedł w sobotę na sentymentalny spacer pod tamten dom, spotkał dziki, powspominał, pointegrował. Ja zostałam. Tamto doświadczenie pozostało ciałem obcym w mojej głowie. Chyba tak je zostawię. Mam teraz Krynicę w Krynicy jak babę w babie. Bo tegoroczny wyjazd zapisał się wyjątkowo dobrze. Także przez rozmowę z Leszkiem o Piotrusiu i o nas wtedy i teraz.
Odpowiedz
Zbliżają się Hani urodziny i zbliża się rocznica śmierci Piotrusia. W ciele czuję, że to pierwsza prawdziwa rocznica. Wspomnienie czegoś co było, a nie żegnanie się od nowa. Czuję tkliwość, smutek i żal, ale wydają się one błahostkami wobec prawdziwego doświadczenia śmierci. A mimo to jestem wdzięczna za tę jego wydłużoną obecność po śmierci, jako braku i pustki. Jakkolwiek był obecny w tym świecie, świat wydawał mi się pełniejszy, choć teraz łatwiej żyć. Tylko po co. Nadal nie wiem. Nie czuję pustki. Przeciwnie, nie wiadomo w co ręce włożyć. A jednak, jest to jakoś ostatecznie bez znaczenia. To całe spełnianie się. Może ja się spełniam, kiedy nie jest łatwo żyć?
Odpowiedz
Jeden dzień i będzie 1 października. Nie boję się już, ale jakoś sen nie przychodzi. Owszem płaczę. I powodów jest wiele. A jednym z nich jest, że nie umiem od czterech lat wyrazić jak wspaniale było być twoją mamą. Umiałabym to zrobić biorąc twoją buzię w swoje ręce, a bez tego naprawdę nie umiem. Dziękuję ci, że byłeś tak niefrasobliwie cudowny. Prawda jest taka, że dotknęłam świętości i czuję się niema jak Zachariasz. Oboje z Hanią opromieniacie moje życie czymś nie z tego świata. Amen.
Odpowiedz
HANKO, poczułam wzruszenie.
Ściskam.
Odpowiedz
Hanko dajesz mi nadzieję, może ja też kiedyś przestanę się bać.
Czy miłość trzeba koniecznie wyrażać? Tzn warto, żeby kochana osoba poczuła, wiedziała. Ale Piotruś poczuje i wie nawet jak nie wyrazisz.
Odpowiedz
Hanko, myślę, że to co przeżyłaś, a raczej to, w jaki sposób to przeżyłaś - czyni Cię trochę \"świętą\"...
Tyle stresu kosztowała Cię ta ciąża, a jednak dałaś (i dajesz) Piotrusiowi tyle miłości...

Dość już tych trudności - czas zacząć się spełniać również w \"łatwym życiu\" !!! Życzę Ci tego.
Uściski....
Odpowiedz
Hanka - myślałam, że wytrzymam do północy, ale zasypiam, więc już teraz, niespełna godzinę przed rocznicą urodzin Piotrusia, przesyłam dla niego najjaśniejsze światełko, jakie potrafię (*)
Odpowiedz
Hanko, nie będzie mnie tu jutro przez większość dnia. Więc już teraz piszę.
Szeroko otwartego okna i nieskrępowanego patrzenia w niebo Ci życzę na jutro.
Piotrusiu, kolejny raz leć wysoko [*]
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości