Piotruś
To jeszcze jeden cytat, a propos ogrodu. Tym razem z lektury równoległej: Biegnacej z wilkami.

\"Wszystko, co może się przydarzyć ogro­dowi, może się zdarzyć duszy i psychice — nadmiar i niedostatek wody, robactwo i chwasty, upał, burze, powodzie, inwazje szkodników, cuda, obumieranie, powrót do życia, łaska, uzdrowienie, kwitnienie, bujność, piękno.

Obserwując życie ogrodu, kobieta prowadzi pamiętnik, w którym zapisuje wszystkie przejawy rodzenia się i zamierania życia. Każdy wpis jest gotowaniem psychicznej strawy. Uprawiając ogród, uczymy się pozwalać żyć i umierać myślom, ideom, upodobaniom, pragnieniom, a nawet miłościom. Sadzimy, wyrywamy, zakopujemy. Suszymy nasio­na, siejemy je, podlewamy, podtrzymujemy i zbieramy plon.

Pielęgnowanie ogrodu jest praktyką medytacyjną, która pozwala nam zrozumieć, kiedy nadchodzi pora obumierania. W prawdziwym ogrodzie widać jak na dłoni czas owocowania i usychania. Po ogrodach poruszamy się w harmonii z oddechem potężnej dzikiej Natury.\"
Odpowiedz
Jutro 4 rocznica letalnej diagnozy Piotrusia. Moje rocznice zawsze idą w tym dwutakcie. Do październikowej przygotowuję się jak umiem, a o majowej przypominam sobie najczęściej po fakcie, jak zaczynam się wkurzać, że nic mi się nie udaje od kilku dni.

Odchodzimy kolejno z tego forum i gdzie idziemy i jak? Wracamy do swojego życia, czy zaczynamy nowe, jakie? To nie jest mój ulubiony etap. Okrzepłam w tym poprzednim, z martwicą w mózgu. Czułam się z nią pewniejsza i silniejsza. Jakbym zawsze mogła się do niej wycofać ze świata, i poobcować z pustką po Piotrusiu. Teraz czuję się stale w świecie, do dyspozycji, dostępna. Nie jestem już taka oskórowana, że każdy podmuch rani, ale jestem bardziej pogubiona. Żałoba mnie wiodła swoją drogą, a teraz trzeba żyć z siebie. A we mnie wszystko takie jałowe i daremne, albo dwuznaczne. I nie ma tej pustki po Piotrusiu. Nic jej nie wypełniło, tylko została uprzątnięta. Jakby wyremontowano pokój, który nosił wspomnienia jego obecności. Wiem, że to dosyć uniwersalne doświadczenie, i zwykły trud życia. Może po prostu chciałabym, żeby mnie ktoś dzisiaj pożałował.
Pamiętam ten dzień, kiedy sobie powiedziałam stop, poddaję się; wzięłam na siebie niewykonalne zadanie troszczenia się o dziecko, które uporczywie jest poza moim zasięgiem. Nikt nie chce, żebym biedziła się nad czymś niemożliwym do zrobienia. I zamknęłam okno jak mama Piotrusia Pana. Czasami wpadam w panikę, co ja zrobiłam, ale rzadko. Piotrusia nie ma zupełnie. Nawet w moich codziennych myślach. Przeszedł z teraźniejszości do przeszłości. Mój syn, światło moich myśli rozpraszające trwogę, stał się moją przeszłością. Nie dziwi, że się pogubiłam.
Ze też żaden kolejny etap żałoby nie był dotąd łatwiejszy od poprzedniego.
Odpowiedz
HANKO, żałuję Cię dziś.
I Piotrusiów żałuję.
I tego, że się uprząta. Że jak u Bargielskiej... Tego też mi żal. I nie żal.
Niewiele dziś wiem na pewno.

EDIT - i spójrz na datę. Żałowałam Cię wczoraj. A wyszło, że i dziś mi żal.
Odpowiedz
HANKO, przez ostatnie dni, nie wiem czemu właściwie, pojawia się w moich myślach Twoja Hanka. W przedziwnych momentach dnia. Zastanawiam się, jak ona sobie poradziła z tym wszystkim, ze śmiercią ale i byciem z żywymi, takimi pogubionymi? Bo duża z niej już dziewczynka przecież?
Czy to, że się zamknie to okno, pomaga w byciu mamą tych, co zostali?

Jeśli zbyt wścibska jestem, nie odpowiadaj mi proszę.
Odpowiedz
Marta, okazało się, że to trudne pytanie. Gdy Piotruś umarł miała tylko 5 lat. Niedługo skończy 9. Taki szmat czasu w cieniu . Jest już zupełnie inna niż wtedy. Śmierć była dla niej straszna głównie przez rozdzielenie, rozstanie. Reszta to abstrakcja. Pamiętam jak ukoiła niepokój o Piotrusia. Wymyśliła, że on pójdzie do dziadka Radka, który zmarł tego samego roku (mój tata) i powie \"nazywam się Piotruś i jestem bratem Hani. I tak dziadek go pozna.\" I Piotruś nie będzie tam sam. Wyprzedziła mnie w tym o lata świetlne. Przecież ja miałam ten sam lęk. Potem musiała walczyć o moją/naszą uwagę. A nas zajmowały jak nie własny smutek, to awantury i pretensje. Nie raz traciliśmy kontrolę nad tym, co ona usłyszy i zobaczy. I przez lata nie godziliśmy się naprawdę. Musiała to czuć. Jej światem wstrząsnęło. Straciła swoją beztroskę. Stała się pod różnymi względami bardziej ostrożna. Do tego zdała sobie sprawę, że ona może umrzeć i co chyba gorsze, że rodzice kiedyś umrą. Dużo o tym mówiła, płakała. Ale były rzeczy, których nie umiała nazwać, ani ogarnąć, co objawiło się psychosomatycznie - zaczęła lunatykować, w nocy szła do drzwi wejściowych i szarpała klamkę. Nie dawało się jej obudzić. Na przełomie przedszkola i szkoły zaczął się silny lęk separacyjny. Nie chciała nocować poza domem, ani zostawać na minutę sama, miała problemy z zasypianiem, musiała kogoś z nas trzymać za rękę, bała się szkoły, bo nie będzie z nią mamy. Na szczęście łatwo związała się z panią i szybko się ośmieliła, nie było dramatów przy rozstaniu. Teraz jest dużo lepiej, ale wracają gorsze chwile. Bywa, że wypuści mnie na spacer z psem pod dom, a potem tygodniami nie może się na to zdobyć. W zeszłe wakacje ostatni raz lunatykowała. Zadania swojego wieku realizuje świetnie, łatwo i niechętnie się uczy Smile, dużo czyta, jest koleżeńska i sprawiedliwa, ale potrafi się zeźlić, wtedy się awanturuje z koleżankami i płacze z bezsilności. Chodzi na zajęcia teatralne i akrobatykę. Jest gadatliwa i śmiała społecznie. Mnie z reguły oprotestowuje, chyba myśli, że może sobie pozwolić. Taty słucha się z obrażoną miną. Mam nadzieję, że nie stało się nic, czego nie można naprawić. Jestem dumna jakoś, że pomimo wszystkich moich błedów, mniej lub bardziej zawinionych, i zaniedbań, nasza relacja jest szczera do bólu. Złościmy się obie, a potem przepraszamy i nie zostaje żaden cień, żadne ciemne uczucie. Ścieramy się tak, bo ja jestem kiepska w zmuszaniu, a ona jest kiepska w uleganiu, a często trzeba na przykład wyjść z domu na czas.
Zamknięcie okna pomogło mi chyba w tym, że odzyskałam większy zasób uwagi i czasu do dania Hani. I odwrotnie. Uświadomienie sobie odpowiedzialności za żywe dziecko pomaga zamknąć okno, opuścić to dziecko, dla którego już nic zrobić nie można. Dla mnie to była jedyna motywacja i z trudem dopuszczałam ją do świadomości i ociągałam się niemiłosiernie. I żaden spokój, że oto jestem na właściwej drodze dotąd na mnie nie spłynął. A właściwie to jestem w trakcie tego procesu.
Odpowiedz
Właśnie nad tym się zastanawiałam, że właściwie całe swoje świadome życie - bo ponoć sprzed 3 roku życia wspomnień praktycznie nie mamy - Hania przeżyła z Piotrusiem, tak nieobecnym i rodzicami, którzy pewnie przez długi czas musieli nie wiedzieć, kim tak naprawdę teraz są. To trudne.
Ale słychać w Twojej wypowiedzi spokój, że mimo burz jest raczej dobrze.
I faktycznie, zamknięte okno (albo przynajmniej zamykane na dłuższy czas) chyba jest warunkiem koniecznym. Ja obecnie pracuje nad tym, żeby zamknąć je za babcią. BO zdarza mi się pomyśleć, że \"teraz już nie mam nikogo\".
Dziękuję Ci HANKO. I dziękuję Hani. Widzę, że wiele spraw ona widzi jaśniej.
Odpowiedz
Trudne. Dowiedzieliśmy się o sobie i sobie nawzajem rzeczy których nie chcieliśmy. Kiedyś nie uwierzyłabym, ze będę w stanie opuścić Hanię. Teraz mam tę gorzką świadomość, że droga do żadnej podłości nie jest dla mnie raz na zawsze zamknięta. Udało nam się wybaczyć sobie nawzajem z Leszkiem i teraz jest raczej dobrze.
W ogóle miałam dzisiaj taki przebłysk, jakbym była staruszką żegnającą się z życiem i pomyślałam, że miałam jednak wspaniałe życie. Cóż zaskoczyłam samą siebie.
Odpowiedz
A nie jest tak, że zamykamy po kolei różne okna? Także dla żyjących dzieci.
Albo, jak mi kiedyś napisałaś, przechodzimy przez następne drzwi i jak one się zamkną to już nie powrotu do tego co za nimi zostało.

Jak moje dzieci wyjeżdżały z domu to okropnie za nimi tęskniłam albo się o nie bałam albo jedno i drugie. Teraz, jak są już prawie dorosłe, to już mniej histerycznie reaguję i czasem się łapię na myśleniu: \"O, nie! Wcale się martwiłam. A jak coś i mi się stało?\". Jakby moje (nie)myślenie miało jakąś magiczną moc czy co. Ale na szczęście nie myślę, jak nie tęsknię tak, że aż boli, to już ich nie kocham. Bolało jak znikały za dzwziami przedszkola, a jak planują jechać na studia 500 km od domu, to myślę że jakoś dam radę Smile Chyba.
Ale tak ogólnie mi nieco trudno rozróżnić co jest \"normalne\" dla rodzica, a co wynika z żałoby.

PS. Hanko, nie chcesz wydać swoich zapisków kiedyś? Chętniej bym je sobie czytała niż te Listy do Darcy co linkowałam ostatnio 8)
Odpowiedz
Hanko, podczytuję tak ostatnio Wasze rozmowy i zaintrygowały mnie (może to złe słowo) - w każdym razie skłoniły do przeczytania Twojego wątku od początku, i potem dalej aż do tego smutnego października Sad
Czytałam i oczami wyobraźni widziałam siebie - że teraz mogłabym przeżywać to co Ty wtedy. Ja straciłam swoje Dziecko prawie 3 miesiące temu - w \"zaledwie\" 12 tygodniu. Ale kiedy w 6, 7 i potem 9 tc. słyszałam od lekarza, że serce dziecka bije za wolno, że ciąża zagrożona, że trzeba zrobić badania prenatalne, że lekarz musi obejrzeć dokładnie to serduszko, to w mojej głowie zrodził się straszny scenariusz. Pomyślałam - co będzie jeśli okaże się, że serce daje radę teraz, gdy dziecko maleńkie, ale gdy podrośnie - powiedzmy w 20, 30 tc. - już nie da rady? Albo jeśli okaże się, że dziecko może żyć, póki mieszka we mnie, ale samodzielnie nie będzie mogło? Jak to wytrzymam - taką świadomość, że noszę dziecko które tuż po porodzie umrze? Co powiem moim ziemskim dzieciom? Jak one to zniosą? W mojej głowie kołatało tysiące pytań. Bałam się. Ja \"na szczęście\" nie musiałam przejść przez to co Ty. Moje Dzieciątko odeszło jeszcze zanim zdążyłam je poczuć, zanim zdążyłam opowiedzieć o jego istnieniu jego rodzeństwu (choć na pewno kiedyś im opowiem). Ale mogłam przechodzić przez to samo - i nie wiem czy potrafiłabym przejść przez to tak dojrzale jak Ty. Współczuję Ci bardzo, ale jednocześnie podziwiam. Dziękuję, że tu jesteś, że dzielisz się swoim życiem, swoim trudnym doświadczeniem...
Odpowiedz
Freeq również współczuję Ci straty Twojego dziecka. I miło, że zajrzałaś.

Małgosiu, może masz rację, że żywe dzieci też jakoś opuszczamy. Albo opuszczamy to miejsce, które one opuściły.
Zapiski szczerze mówiąc chętnie bym wydała, choć jeszcze chętniej bym wyreżyserowała balet o tym, ale niestety nie znam się na balecie Smile
Odpowiedz
Hanka łzy cisną mi się do oczu jak czytam przez co przeszłaś.I tylko jedna myśl w głowie,że Bóg zna nas na tyle dobrze,że zsyła doświadczenia takie silne(może nie zbyt dobrane słowo)jakie wie,że damy radę udzwignąc.Słowo dzielna w twoim przypadku to zdecydowanie za mało.I jak ksiądz powiedział w kazaniu Piotruś dostał tyle miłości jakby tylko ona istniała na świecie.
Pozdrawiam i dla twoich aniołków (*) (*) (*)
Odpowiedz
Dzięki Anulaa za ciepłe słowa i Twoje wzruszenie.
Ale z tym powiedzeniem, że Bóg zsyła tyle cierpienia, ile jesteśmy w stanie znieść trzeba bardzo uważać. Skąd wiemy, że Bóg zsyła to cierpienie? Po czym poznamy, że się je komuś udało znieść? Że jeszcze żyje? Co do mnie, to Bóg wie, że niczego nie udźwignęłam. Jeżeli byłabym Bogiem, zsyłałabym tylko doświadczenia, których ludzie nie są w stanie udźwignąć. Jednak sądzę, że Bóg ani tych średnich ani tych ponad siły na nas nie zsyła.
Odpowiedz
Dekorowałam dziś grób Piotrka na Dzień Dziecka. To była przyjemność. Mąż ochoczo przyjął mój wyjazd na cmentarz. Nie było tam nikogo. Słońce świeciło. Ptaki śpiewały, a żaby kumkały. Tak, mamy na cmentarzu staw z żabami. To było wzruszające odkrycie. Od grobu Piotrusia ich nie słychać. Staw przylega do sektora dziecięcego. Uważam, że to bardzo szczęśliwy pomysł, takie sąsiedztwo. Jak skończyłam, efekt był oszałamiający tak, że zaczęłam się śmiać na głos. Chciałam się z kimś podzielić, więc wysłałam zdjęcie mężowi. Też był szczęśliwy, bo to on dostarczył wiatraczki. Chciałabym wam to pokazać.
Dodatkowo czułam dreszczyk i dumę, bo teściowie wybierają się do Piotrusia specjalnie z okazji Dnia Dziecka. To wiele dla mnie znaczy. Moja mama też przyjedzie, ale ona chyba nie z tej okazji. Trudno stwierdzić, bo przyjeżdża co tydzień do mojego taty, w sąsiednim sektorze.

Dzień dziecka nie kosztuje mnie już nic. Właściwie to mnie cieszy. Owszem, stale rejestruję to, że jesteśmy niepełną rodziną, że stale brakuje kilku puzzli. Jak patrzę na zdjęcie Piotrka buzi przy łóżku, to rozwala mnie jak słodki był wtedy i oddałabym wszystko, żeby go znowu przytulić. Ale udało mi się zakatrupić nadzieję i teraz bez wysiłku cieszę się głupotami. Że mogę cudnie ozdobić jego grób. Że rośliny pięknie się przechowały pod śniegiem. Irgi obsypały się białymi kwiatami. Wydaje mi się w dodatku, że teraz Piotruś jest bardziej w Namibii albo Kandaharze, niż nie jest wcale. To właściwie ulga. Nie spodziewałam się, że kiedykolwiek będę się tak czuła. Nic się nie cofnęło i nie czuję się jak kiedyś, czuję się zupełnie inaczej.

Życzę Wam jutro wielu wzruszeń, bo tę zdolność nasze dzieci posiadły w najwyższym stopniu - poruszają nasze serca. Bez względu na ból lub brak bólu.
Odpowiedz
Więc jednak Namibia albo Kandahar?Smile Nibylandia też brzmi nieźleWink
Cieszę się Twoją radością.
Pokazuj nam te wiatraczki, niech ucieszą i nasSmile
Dobrego Dnia Dziecka Hanko.
Odpowiedz
Oj tak, chętnie bym zobaczyła wiatraczki Smile
Odpowiedz
Marta, no właśnie przełom polegałby na tym, że Namibia. Namibia istnieje naprawdę, a Nibylandia bardziej w mojej/naszej głowie. Może zresztą tak mi się tylko wydało pod wpływem wzruszenia.
Odpowiedz
Hanko, Namibia z Piotrusiem, moim czy Twoim, to jednak nadal Nibylandia w naszej głowie. Tyle, że w atlasie znaleźć łatwiej.
Odpowiedz
Nie wiem, chciałabym, żeby to było coś więcej. Taki cień poczucia czyjejś realnej obecności. Myślę, ze mam coś takiego. Tylko zachodzi zjawisko jak z bardzo bladymi gwiazdami, że widać je tylko kątem oka. A jak spojrzysz na nie wprost to znikają.

Poprosiłam męża, żeby jakoś udostępnił te zdjęcia z wiatrakami. Cierpliwości Smile

wiatraki
Odpowiedz
Hanko, wiatraki mnie oszołomiły. Piękne. Dzięki Leszku za podzielenie sięSmile

A ja ze smutkiem (jednak) stwierdzam, że to zawsze jest ułuda. Że mojego Piotrusia nie ma bardzo, na pewno i nigdzie. I jednocześnie jest wszędzie. I tu smutek przechodzi w spokój. A może to jest zobojętnienie. Nie wiem na pewno.
Czasem myślę, że ten mój bolesny realizm i racjonalizm są z gatunku \"ta to potrafi wszystko zepsuć\". Nawet Namibię...

Jeśli nasi Piotrusie są z tych z Nibylandii, może właśnie robią wszystko, żeby wiatraki kręciły się w drugą stronę niż wiatr wiejeWink
Odpowiedz
Wiatraki zwalają z nóg! Przepiękne! i chyba nie widziałam takich jednokolorowych, do tego kolor piękny i tak pasujący jakoś do miejsca....
Odpowiedz
Dzięki. Tak myślałam, że Wam się bedą podobały.
Odpowiedz
Smutno mi, ale nie chcę psuć tego dnia takim podsumowaniem. Mam wrażenie, że powinnam była zapytać ją po co mi to mówisz. Może tak właśnie zrobię.
Odpowiedz
A u nas też obok cmentarza staw z żabami czy innymi kumakami Smile
I nagrobek też mamy podobny, drewniany krzyż kamienie i roślinki
I jeszcze jak mówię komuś, że wyjechałabym gdzieś, to zwykle dodaję, że najchętniej do Namibii albo Kandaharu Wink
Czary czy co? 8)

I też podobnie myślę o moich anielskich dzieciach - że one w jakiejś dalekiej podróży. (i zastanawiam się, czy jak te domowe wyjadą na studia albo zamieszkają na drugim końcu ziemi, to będę tak właśnie za nimi tęsknić.)

A wiatraczki cudne.
Odpowiedz
Dziękuję Małgosiu.
Ja tę Namibię i Kandahar czerpię z Trzydziechy, która kiedyś tutaj dociekała co jest dalej: śmierć, Namibia, Kandahar. A potem sprawdziła w google jak jest daleko do Namibii i okazało się, że \"nie można wytyczyć kierunku między Polska i Namibia\" Smile
Odpowiedz
Cytat:[autor cytatu=HANKA]
Dziękuję Małgosiu.
Ja tę Namibię i Kandahar czerpię z Trzydziechy, która kiedyś tutaj dociekała co jest dalej: śmierć, Namibia, Kandahar. A potem sprawdziła w google jak jest daleko do Namibii i okazało się, że \"nie można wytyczyć kierunku między Polska i Namibia\" Smile
PamiętamSmile
I w sumie chyba chciałabym umieć zacząć tak myśleć (albo zacząć umiećWink ).
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości