Piotruś
Haniu, zostawiam okruch pamięci.
Odpowiedz
Haniu czytam już dłuższy czas Twój wątek i zawsze poruszasz mnie swoimi słowami dogłębnie. Masz niesamowity dar do pisania i wyrażania myśli, odczuć....
Odpowiedz
Haniu przeczytałam cały Twój wątek... popłakalam się jak nigdy... To było straszne, co Cię spotkało, brak mi słów.

Mogę tylko wysłać światełko dla Twoich Dzieci (*)
Odpowiedz
...a ja myślę, że to było wspaniałe co spotkało Piotrusia-doświadczył więcej ciepła, miłości i troski, niż niejedno dzieciątko żyjące nawet kilka lat na tym świecie...
..choć dla nas, po ludzku tak tragiczne spotkanie...
podziwiam Cię Haniu...
Odpowiedz
Jasiu dziękuję za pamięć i Wam Dziewczyny za dobre słowo.

Przeszłam terapię. Trochę dałam się naprawić, spojrzałam z ludzi perspektywy na moją sytuację, nauczyłam się brać pod uwagę coś więcej niż ja i moje. No i kolejny raz, może nie ostatni, szukałam zewnętrznego wyrazu dla tej katastrofy, która się stała. Nie jestem od tego szczęśliwsza i dobrze. Wolę swoim szczęściem sama zarządzić. Tylko martwię się czy mam do tego wystarczające umiejętności. Miesiące terapii bardzo dobrze wspominam, fascynująca przygoda. A po... zastanawiam się na ile jestem w punkcie wyjścia. Jak powrót z wakacji do codzienności.

Zaglądam tu rzadko, więc nie wiem co u Was? Napiszcie.
Odpowiedz
Ciekawe doświadczenie ta przerwa w działaniu forum. Oto jest już prawie rok od ostatniego wpisu. I co? Punkt wyjścia?

Pewnie nie. Najbardziej odpowiada mi metafora Małgosi z orbitą, po której krąży moje życie. Na tej orbicie jest taki punkt, w którym czuję się jak w punkcie wyjścia, o tyle, że lwszystkie sposoby \"życia po\" okazują się wydumane i kruche jak domki z kart w obliczu beznadziei bycia skazaną na nienasyconą tęsknotę, bycia niepełną rodziną, nigdy razem. Jeżeli szczęśliwą to względnie, nie do końca.

Wiele moich koleżanek poroniło i nigdy nie trafiły na żadne forum. Urodziły kolejne dzieci. I twierdzą, że to najlepszy okres w ich życiu, bo są razem, a niedługo najstarsze dzieci odejdą z domu. I już nie będą razem. A ja nie bywam razem.

Zastanawiam się czy to poczucie dziury wynika z braku Piotrusia, czy po prostu dziecka. Jakby były teraz dwie pustki. Po nim i tym kolejnym, którego nie mam. Mój mąż nie chce dziecka.
Odpowiedz
Hanka może nie to że nie chce dziecka, ale sie boi. To normalne, boi się po prostu bólu i cierpienia...


[*][*][*] dla Twoich Aniołków
Odpowiedz
Haniu dopiero dziś przeczytałam cały wątek. Wiele słów, które napisałaś tutaj i ja odczuwałam, odczuwam. Zresztą uczucia nas wszystkich na tym forum się krzyżują.

Za kilka dni moje pierwsze dziecko skończyłoby 8 lat. Zawsze, gdy na tej orbicie swojej natykam się na te znaczące punkty boli, ale z każdym rokiem, nie wiem czemu, mniej o tym mówię. Chyba ze strachu, bo jakim prawem czuję po tylu latach smutek? Po tym jak urodziłam dwóch zdrowych synów? Tak patrzą moi najbliżsi, przyjaciele, znajomi... A i ja się łapię na tym, że może już nie powinnam? A czuję smutek i jak sobie to wyperswadować?

Dzięki spotkanym tu osobom wiem, że tak naprawdę nie muszę.

(*) Moc najcieplejszych myśli kieruję do Twojego Synka, do Ciebie, Twojego Męża i Córeczki.
Odpowiedz
HANKO, ja w swej naiwności wielkiej najwidoczniej myślałam, że ta orbita będzie się powiększać, rozciągać jak guma. Że coraz rzadziej trafiać będę na punkt w którym czuję tylko dojmującą tęsknotę i ból. Nie rozciąga się chyba, a nawet nieco się przykurczyła po śmierci babci.
Niezmiennie daleko od mojego świata jest Nibylandia.
Ściskam HANKO.
Odpowiedz
Tak, ja mniej o tym piszę, bo mówić nie mówiłam chyba nigdy, w sensie swojej opowieści. Nie bałam się wspominać w towarzystwie Piotrusia, ciąży, faktów. Ale o przeżywaniu szybko przestałam mówić, bo dostawałam głupie rady, klepanie po plecach, albo wręcz napominanie. Myślę, że nie ułatwiałam rozmówcom poradzenia sobie z ciężarem tego doświadczenia, więc musieli dawać mu odpór. Ja odmawiałam sobie znieczulenia, nie szukałam ulgi, siłę dawała mi droga w głąb. Mało ludzi miało ochotę mi towarzyszyć. No, trudna byłam. Ale nie chciałam być w tym łatwa.
Odpowiedz
Wiem Marto. Daleko, poza zasięgiem. Kiedyś umierałam na te słowa. Przeczytałam gdzieś, że celem żałoby jest zerwanie więzi z dzieckiem. Bardzo brutalne słowa. Pomyślałam wtedy, że wyszło na moje, że muszę Piotrusia zapomnieć, odwrócić się, zamknąć okno, choć wszyscy mi powtarzali, że nigdy go nie zapomnę. Pomyślałam, że normalnie kłamali. Nie zrobiłam nic, żadnego gestu, ale przestałam już zdychać na myśl o zerwaniu więzi. Poddałam się. I o dziwo na dzień dzisiejszy, wyczuwam nić wiążącą mnie z Piotrkiem, jak taki kabel zakopany w ziemi. To co robię w życiu przykrywa go kolejnymi warstwami spraw, ale nie przerywa. I nawet ból się przydaje, bo wydobywa ten kabel na wierzch i czyni go bardziej aktualnym. Reasumując - może jest do dupy, ale jest stabilnie. Jest jak jest. Strasznie się czuję ubogo po tej żałobie złodziejce.
A może ta orbita się nie rozciąga, ale wspina jak spirala?
Odpowiedz
Tylko ku czemu się wspina? I czy w ogóle ku czemuś?
Odpowiedz
Tak, ja też teraz myślę, że to raczej kręcone schody. I wydaje się, że ciągle widzimy tę samą ścianę, ten sam punkt. Ale on jakoś tam inny. I my inne.
Nie wiem ku czemu się wspina ani czy to na pewno zawsze droga w górę. To jakieś pozawymiarowe mi się zdaje. Dół-góra, prawo-lewo - czy to na pewno istotne? Staram się uważnie dbać o to co teraz. O ten kawałek schodka, który właśnie czuję pod stopą. Bo tylko to jest.

Ale też się czuję taka spłaszczona. Jakbym nie bardzo była już zdolna do intensywnych uczuć. Taka wewnętrzna zmarzlina i nieistotność. I najpierw myślałam, że to dobrze, że ten pomysł na nie znieczulanie się i nie udawanie się sprawdza, że życie z poczuciem zagrożenia pozwoli na bycie sobą. Ale teraz już nie wiem. Może to jakaś zagmatwana forma wyparcia. Bo skąd ten brak uczuć we mnie?

I jeszcze się zastanawiam ostatnio czy to dobrze, że lubię moje cegły, te co w kieszeniach poupychane? Że nie chciałabym się ich pozbyć. Najpierw to byłam z siebie dumna, że tak je polubiłam, nie ukrywałam i nie udawałam, że ich nie ma, że dzięki nim jestem mną. Ale też już nie wiem. Może lepiej byłoby z nich coś zbudować? Ale co? I jak? I po co?
Odpowiedz
Haniu, jesli mozna Cie prosic, napisz pare slow o swojej Hani. Mam do niej specjalny sentyment, jako ze jest rowiesniczka mojego bardzo kochanego dziecka.
Cytat:[autor cytatu=HANKA]
Zastanawiam się czy to poczucie dziury wynika z braku Piotrusia, czy po prostu dziecka. Jakby były teraz dwie pustki. Po nim i tym kolejnym, którego nie mam. Mój mąż nie chce dziecka.
Jej to przeciez tez dotyczy. Mysle o niej. Modle sie za Was.
Odpowiedz
Agn,
Dziękuję za modlitwę. Dziękuję za pamięć i zainteresowanie Hanią.
Hanka to druga Merida. Tylko, że my kłócimy się nie o zamążpójście, ale o rozczesanie włosów rano, włożenie skarpetek do zimowych butów, używanie piórnika, zamiast wsypywać wszystkie długopisy i kredki luzem do plecaka, troszeczkę chociaż staranniejsze zeszyty - nawet jak używa ołówka, to i tak błędów nie wyciera tylko zamazuje długopisem. Właściwie poradziłabym sobie z tym jej lekceważeniem konwenansów, tylko pośpiech nas dobija. Gdy nie ma czasu na negocjacje, wściekamy się obie, tak, że widzę jak marzy, żeby zamienić mnie w niedźwiedzia. Pani wychowawczyni mówi, że takie dzieci, które na każdy temat mają odrębne zdanie i nie omieszkają go wyrazić, mają w szkole ciężko. W przyszłym roku czwarta klasa, to będzie jakiś sprawdzian jej przystosowania szkolnego. To nie jest dla mnie wielką wartością, ale zbytni indywidualizm prowadzi do osamotnienia, a ona tego nie zniesie. Poza tym lęki ustępują, znowu chętnie nocuje u obu babci, niechętnie, ale łatwo się uczy. Martwi nas tylko, że bardzo przytyła. Pewnie ma złe nawyki żywieniowe, jak my wszyscy w domu. Wybieram się do dietetyka, żeby to jakoś ogarnąć w całym domu. I tyle.

Marta, ja faktycznie nie widzę celu tej spirali. Powiedziałabym, że wspina się gdzieś do wszechświata i nigdy nie dociera, bo czas się kończy.

Małgosiu ja uważam, że to nie jest wyparcie. Obawiam się, ze to dalszy rozwój Smile. Wyobraziłam sobie, że stoisz pod kolejnymi drzwiami. A przy każdych drzwiach trzeba coś zostawić. A te drzwi są poustawiane na drodze do tajemnicy życia (jego istoty, sensu, dobra?). Ta droga ogołaca. Może to intensywne poczucie szczęścia jest możliwe, gdy już nie masz nic? Trochę jak w buddyzmie, ale chrześcijaństwie przecież też. Jesteś w przodzie, przed peletonem.
Wydaje mi się, że w żałobie następny etap był wyznaczany przez to, czego najbardziej akurat nie chcę.
Odpowiedz
Cytat:[autor cytatu=HANKA]
Zastanawiam się czy to poczucie dziury wynika z braku Piotrusia, czy po prostu dziecka. Jakby były teraz dwie pustki. Po nim i tym kolejnym, którego nie mam. Mój mąż nie chce dziecka.

To w 100% idealnie oddaje to co czuję. Też mam dwie pustki i dwie tęsknoty.. za tym który był, tak krótko i za tym które się nie pojawiło chociaż czekam... i przecież już je kocham, choć Go jeszcze nie ma... i z Mężem sytuację mam taką samą..
Odpowiedz
Jakie to smutne, juz smutniej byc nie moze. Niech sie odmieni choc troche ku lepszemu i Tobie, Haniu, i Tobie, Snopko.

Widze, ze relacje z mala Hania nie naleza do sielankowych, tez tak mam z moimi corkami; chlopcy sa lagodniejsi. Osamotnienie w szkole - znam z doswiadczenia pierworodnej, bolesne takze dla matki. Ale w tej kwestii zdecydowanie zmienilo sie na lepsze.
Ciesze sie, ze minely leki Waszej coreczki - to koszmarne taka zmora strachu na sercu.
Co do diety, wydaje mi sie, ze najlepsza jest cukrzycowa. Zapewne nie musi byc scisle zachowana, jesli nie dotyczy diabetykow, ale kilka niezbyt obfitych posilkow, duzo surowych warzyw, im cos ma wyzszy wskaznik glikemiczny, tym mniej tego na talerzu, weglowodany jak najbardziej, ale zlozone i jak mozna al dente, picie miedzy posilkami - to sa dobre zasady.

Haniu, obiecuje pamietac o Was w modlitwie, moze nie codziennie, ale czesto.
Odpowiedz
To pozytywne zjawisko, ze na lykent (jak pisze moja znajoma, prosta kobieta ze wsi) forum nieco przygasa. Czyli - wbrew wszelkim problemom z porozumieniem miedzy ludzmi o roznych doswiadczeniach i wrazliwosci - jego uzytkowniczki wioda jednak zycie wsrod rodziny i przyjaciol.
Odpowiedz
Dziękuję, Aniu. Smile
Odpowiedz
Ja często bardziej czuję, jakbym była jednym z Wchodzących i schodzących Eschera. Idę ale równie dobrze mogłabym stać. Pewnie to wypadkowa wielu spraw, które się w moim życiu podziały od ciąży z Piotrusiem ale coraz rzadziej mam poczucie, że coś dobrego w tym wszystkim znajdę. Że wydrapię sens spod brzydoty i brudu.
Dziś u Jespera Juula przeczytałam na temat poczucia winy, że jest jak fotel na biegunach - w nieustannym ruchu ale donikąd cię nie zawiezie. Bywa że moja żałoba zdaje mi się być tym fotelem...
Czasem nawet przez moment wydaje mi się, że może Piotruś jako osoba jest tylko moją fantazją.
I wtedy uznaję, że być może tracę zmysły.
I bywa mi z tym lepiej.
A potem patrzę w lustro z ironią i kpiną i żyję dalej. I wyczuwam ten jeden stopień.
Odpowiedz
Marta z tym fotelem to nieprawda, jak się dobrze rozbujasz to na bujanym pojedziesz Smile Po kawałeczku się będziesz przesuwać Wink
Odpowiedz
Cytat: Idę ale równie dobrze mogłabym stać; coraz rzadziej mam poczucie, że coś dobrego w tym wszystkim znajdę. Że wydrapię sens spod brzydoty i brudu.

Ja to dreptanie bez celu i wszechobecną brzydotę nazywałam dla siebie labiryntem. To były takie szare betonowe korytarze, po których można było tylko się przechadzać, ale niczego to nie zmieniało. Nie było wyjścia, bo ja nie byłam uwięziona, tylko świat cały stał się tym labiryntem, bez żadnych znaków szczególnych, drogowskazów, kierunków. Nie myślałam o szukaniu wyjścia, bo dla mnie nie było żadnego poza. I było tam bardzo brzydko i pusto. I z tym labiryntem zgłosiłam się na terapię. To była terapia tańcem, 18 sesji. Okazało się, że natrafiłam na drzwi i bałam się je przekroczyć, jak to nad otchłanią. A jak przeszłam z poczuciem, że ogarnie mnie nicość, znalazłam tam, albo zasadziłam drzewo i ogród. Przez dłuższy czas cieszyłam się tym drzewem, ale na noc wracałam do labiryntu. Dłuższy czas liczę w tygodniach, jeszcze po skończeniu terapii. Potem o tym zapomniałam do dzisiaj. Nie jestem już w labiryncie. Niestety też nie w ogrodzie.

Piszę to, bo może nie w tym rzecz, żeby w tych schodach Eschera wydrapać sens, tylko się wydostać choćby w otchłań, wierzę, że coś tam będzie.

Dziękuję, że o tym napisałaś. Sprowokowałaś wspomnienia i dopiero teraz wiem, o co chodziło w mojej terapii, co mi dała i co się zadziało Smile. Z bliska nic nie było widać.
Odpowiedz
może to dziwne, ale lubię tu przyjść poczytać, być z Tobą i Piotrusiem...
Pozdrawiam Cię ciepło Aniu
Odpowiedz
\"W pewnych przypadkach los przypomina burzę piaskową o niewielkim zasięgu, która nieustannie zmienia kierunek. Chcąc przed nią uciec ruszasz w inną stronę. A wtedy burza, jakby się do ciebie dopasowywała, rusza za tobą. Jeszcze raz zmieniasz kierunek. Burza ponownie idzie twoim śladem. Powtarza się to wiele, wiele razy, jak złowróżbny taniec ze śmiercią przed świtem. A to dlatego, że ta burza nie pojawiła się nie wiadomo skąd, nie jest c z y m ś oderwanym od ciebie. Ona po prostu jest tobą. Masz ją w sobie.

Dlatego pozostaje ci tylko się przedzierać, wejść prosto w nią i próbować przedrzeć się krok za krokiem, zasłaniając szczelnie oczy i uszy, żeby nie dostał się do nich piasek. Prawdopodobnie nie znajdziesz tam słońca, księżyca, stron świata, w pewnych przypadkach nie ma nawet normalnego czasu. Jest tylko tańczący wysoko pod niebem drobny biały piasek, jakby powstały ze zmielonych kości. Taką burzę piaskową masz sobie wyobrazić. (...)

Wtedy rzeczywiście uda ci się przez nią przedrzeć. Przez tę gwałtowną burzę. Tę metafizyczną, symboliczną burzę. Lecz choć jest metafizyczna i symboliczna, tnie ciało dotkliwie tysiącem ostrzy. Wielu ludzi spłynęło w niej krwią, ty też będziesz krwawił. Poleje się z ciebie czerwona ciepła krew. Będziesz miał pełne dłonie krwi. Swojej i innych.

A kiedy burza się skończy sam nie będziesz wiedział, jak udało ci się ją przeżyć. Nie będziesz nawet pewien, czy na prawdę już minęła. Ale jedno powinno być jasne - kiedy z niej wyjdziesz, nie będziesz już tym samym człowiekiem, który w nią wszedł. Własnie na tym polega sens tej burzy.\"

To Murakami dziś przeczytany.
Odpowiedz
Metafora Murakami bardzo mi odpowiada. Na początku tylko łapiesz oddech z wielkim trudem, potem uczysz się poruszać, potem szukasz jakichś punktów odniesienia i nie znajdujesz. I faktycznie wychodzi na to, że trzeba się przebić na drugą stronę.

A ja czytałam w weekend naszą Bargielską. Wiersze o miłości, a jakby burza piaskowa. Polecam, jeżeli jeszcze ktoś nie czytał. \"Bach for my baby\".

Beata, dziękuję, że wpadasz. Też to lubię. Zobaczcie, mówimy: ja mam tak, a ja inaczej. To jak spotkania w piaskownicy, tylko w innym wymiarze.
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości