Śmierć
#1
Nie wiem, gdzie mam napisać, gdzie znaleźć ukojenie. Niestety, nie ma w moim otoczeniu księdza, który byłby gotowy mi pomóc.
Mam żal generalnie do księży, za to, że w dzieciństwie czułam się przez nich odrzucona, bo byłam z rozwiedzionego domu, w życiu dorosłym też, bo nie wzięłam ślubu kościelnego (traumą była dla nas komunia córki w cholernym kościele, gdzie dowiedziałam od ks. Tadeusza, że najlepsi księża, których spotkałam, mają grzech śmiertelny, bo dostałam od nich wsparcie, a raz dyspensę i zgodę na bycie matką chrzestną). Mam do nich żal, bo kiedy umierało moje dziecko, kiedy poroniłam, nie było żadnego, mimo że chciałam. Kiedy mówi się w kościele o życiu poczętym, bardzo łatwo księża wydają sąd, że matka usuwająca ciążę jest zabójczynią. Dlaczego nie ma żadnego z nich, jak kobieta roni? Dlaczego niejednokrotnie są problemy, kiedy kobieta chce pochować np. 7 czy 8 tygodniowe dziecko/płód?
Poroniłam dokładnie 29 maja 2008 roku i od tamtej pory jestem innym człowiekiem. Niby sobie poradziłam, niby się uśmiecham, niby żyję, ale zupełnie inaczej niż przed poronieniem. Wszystko jest inne. Inaczej będą wyglądać święta w tym roku, bo miałam tulić w ramionach moje upragnione maleństwo. Straciłam wiarę i nadzieję, że mogę jeszcze kiedyś zaśmiać się tak zupełnie szczerze. Chciałabym zrozumieć, dlaczego tak się stało. Chciałabym wiedzieć, że śmierć mojego dziecka miała jakiś sens. Na razie nie potrafię. Wokół mnie rodzą się dzieci, wśród osób mi najbliższych, a ja patrzę na to i wiem, że nie mam prawa płakać, bo narodziny to radość.
Najtrudniejsze w tym wszystkim jest to, że najbliższa moja przyjaciółka, jest w ciąży z takim samym terminem porodu jak mój. Ona pierwsza dowiedziała się, że jestem w ciąży i pierwsza, że ono umarło. Nigdy nie byłyśmy w tak trudnej sytuacji.
Nigdy nie zadawałam pytania: Dlaczego? Ani, jak urodziłam się jako niechciane dziecko, ani, jak dorosłam i zrozumiałam, że moje dzieciństwo to ból i trauma, ani, jak córka leżała na OIOM-ie, ani, jak się rozwodziłam. W pozostałych tragicznych sytuacjach też, ale teraz pytam. Dlaczego i za co? Czym zasłużyłam?
Bardzo chciałabym urodzić drugie dziecko, ale nie mogę pozbyć się lęku. Brak we mnie nadziei. Bardzo potrzebuję teraz Boga, bardzo. I człowieka, który pomoże mi go znaleźć.
Pozostałe sprawy toczą się gdzieś obok mnie. Im bliżej terminu porodu, tym ciężej. Często płaczę, teraz też. Ale co rano ubieram się do pracy, maluję i wkładam uśmiech.


Dziś pochowaliśmy moją ukochaną uczennicę. Cudowną dziewiętnastolatkę, która rozpoczynała nowe życe. Zginęła w tragicznym wypadku. Znowu się rozsypałam. Nic już nie rozumiem. Wkoło mnie beznadzieja.Boże, gdzie jesteś?!
Odpowiedz
#2
często sama się zastanawiam jakie są granice bólu,cierpienia... wiem tylko tyle że Bóg jest przy nas szczególnie w bólu i płacze razem z nami.Przykro mi strasznie że tyle zła wydarzyło się w Twoim życiu wyobrażam sobie jak trudno żyć bez nadziei,rodziny która powinna być fundamentem w którym człowiek czuje się kochany,bezpieczny.Powinno ale jak widać nie zawsze tak jest.Ludzie często to nie anioły a szczęśliwe domy to czasem fikcja.Oni są omylni,popełniają wiele błędów.Jedyne co mogła bym Ci doradzić to jeśli nie zostawisz przeszłości i nie przebaczysz to ona Cię zniszczy.Zło niszczy zabierając nadzieję,sens.Może mogłabyś tą trudną przeszłośc powierzyć Bogu a gdy wybaczysz pójść do spowiedzi,zawierzyć,zaufać że tylko Bóg może i potrafi to sensownie poukładać.Ja w ten sposób staram się postępować i nie jest mi łatwo to napisać.Też mam trudną przeszłość ale zrozumiałam że jeśli nie zostawię jej to ona sprawi że nie zaznam radości.A co do księży to oni też nie zawsze znają nas i popełniają błędy jak wszyscy.Uwierz Bogu a nie ludziom a nigdy się nie zawiedziesz..Mnie też strasznie boli że to taki temat tabu a księża z niewiedzy nie zawsze potrafią podpowiedzieć jak postąpić z dzieckiem takim maleńkim.U mnie samej nie było księdza przy pochowunku a czytałam że dziewczyny nie miały z tym problemu.Zostawiłam to Bogu...tylko tyle bo nie cofnę czasu.Życzę Tobie Milo pokoju w sercu a wiem że nauczysz sie jeszcze uśmiechać jesteś jeszcze w głębokiej żałobie.Daj sobie czas.Ja sama gdy patrzyłam na cierpienie Jana Pawła II ono dodawało mi sił że cierpienie ma sens i nie jest bez owocne
Odpowiedz
#3
Milo,
najpierw kilka fragmentów:
\"Bóg nie jest źródłem cierpienia i go nie potrzebuje. Nie jest tyranem sycącym się krwią poddanych, przeciwnie, jest Miłością i płacze nad tragedią swych dzieci.\"
\"jest tanią mądrością mówić, iż cierpienie uszlachetnia\"
To z podesłanego mikiedyś przez wuchową tekstu o cierpieniu: www.mateusz.pl/duchowosc/sl-dopelnianie.htm

Ja też nie widzę sensu w śmierci dzieci, ale wierzę, że Bóg jest z nami i cierpi z nami.

Jeszcze kilka cytatów, które zapisywałam sobie i powtarzałam w chwilach smutku i rozpaczy:
\"Bliski jest Pan tym, których serce jest złamane\" (Ks. Psalmów 34:19, Biblia Warszawska)
\"Pan (…) uzdrawia tych, których serce jest złamane, i zawiązuje ich rany\" (Ps 147:2-4, BW)
\"Płacz stał mi się pożywieniem\" (Hi 3,24)
\"Panie mój, Królu nasz, Ty jesteś jedyny, wspomóż mnie samotną... wspomóż mnie opuszczoną\" (Est 14,17k-m.r-t)
Pan (…) uzdrawia tych, których serce jest złamane, i zawiązuje ich rany. (Ps 147:2-4, BW)

Dużo sił
Odpowiedz
#4
Milu, tak bardzo Cie rozumiem chociaz nie wiem jak pomoc... przytulam do serca
Odpowiedz
#5
Mila przytulam mocno...
Odpowiedz
#6
A ja, odkąd straciłam moje dziecko (miesiac temu) jeszcze bardziej boję się śmierci. Boję się, że Bóg się na mnie \"uwziął\", choć teoretycznie wiem, że tak nie jest, że to bez sensu, że Bóg jest dobry. Ale się boję. Że strace np. mojego czteroletniego syna. Że stracę np. kolejną ciążę. I jak ja to przeżyję? Nie umiem się modlić. Nie wiem jak. Niby próbuję ale chyba nie wychodzi. Nie wiem zupełnie jak sobie poradzić, przeciez nie mozna życ z obsesją, że na pewno zaraz coś złego się stanie...
Odpowiedz
#7
Ja tez mam bardzo podobnie, dopadaja mnie czasem takie katastroficzne myslie, np ze maz nie wroci z miasta, ze kolejna ciaze strace. Ale to chyba juz bedzie ze mna na zawsze - ten strach- te hustawki nadziei i trwogi. I chociaz coraz czesciej staram sie myslec pozytywnie to czarne scenariusze i tak ukrywaja sie w glowie. WYchodza gdy sa najmniej potrzebne. I nie znam na to lekarstwa.
Odpowiedz
#8
Dziewczyny-jest mi trochę głupio, bo ja w kółko piszę o sobie i swoich przeżyciach, ale może dzięki temu, że opiszę trochę swoje przeżycia to komuś innemu będzie lżej.

Troula-to co Ty przeżywasz obecnie ja rónież przechodziłam. Nie pamiętam, na jakim etapie żałoby to było (ale myślę że bezpośrednio po poronieniu). Mój mąż ma pracę zmianową i pracuje też na noce, po których musi wrócić ok 30 km do domu. Bałam się puszczać go do pracy, bo myślałam, że nie wróci, że coś mu się stanie, że będzie miał wypadek. Ja nie wiem z czego to ynika, ale myślę że chodzi o poczucie bezpieczeńśtwa. A właściwie o jego utratę-rodzina daje poczucie bezpieczeńśtwa, szczęścia, stabilizacji. Straciłaś dziecko więc automatycznie przestałaś czuć się bezpieczna w swoim świecie. Wiesz, że to co spotkało maleństwo może spotkać każdego z cżłonków Twojej rodziny. Nagle wszystko staje się kruche i nietrwałe. Dodatkowo dochodzi nasza niemoc-przkonujemy się, że niewiele od nas zależy, że czasem, pomimo naszych chęci, dobrej woli, wusiłku i starań złe rzeczy po prostu się zdarzają. Mam nadzieję, że Twój strach w końcu minie, odejdzie, po prostu potrzebujesz więcej czasu. Uściski
Odpowiedz
#9
Mirko, dziękuję. Mi zawsze bardzo pomoga, kiedy czytam jak inni przeżywali swoje, podobne problemy. Czyli Tobie to minęło...? Ech, mam nadzieję, że i u mnie z czasem bedzie lepiej.
Odpowiedz
#10
Minęło. Ze wszystkim można się oswoić. Dojście do siebie zjamuje trochę czasu ale w końcu wszystko wraca do normy. Żałoba powoli mija, nadchodzi czas, kiedy chce się uśmiechać. Dużo czasu minęło zanim mąż powiedział do mnie, że wreszcie znowu śmieją mi się oczy Smile Zresztą fizycznie też trzeba do siebie dojść-rozchwiane hormony muszą wrócić do normy. Żal będzie zawsze, ale i życie zacznie w końcu brać górę nad śmiercią. Daj sobie czas a wszystko się poukłada. Powodzenia.
Odpowiedz
#11
Te oczy...
Nie bez powodu ktoś powiedział, że są zwierciadłem duszy.
Kiedy we wtorek wróciłam z prezentacji w seminarium mąż mi powiedział, że już nie pamięta kiedy ostatni raz miałam takie szczęśliwe oczy...
Nie na długo...
Niestety...
Zrobiłabym wszystko, żeby świętem mojego dziecka był 1 czerwca, a nie 15 października i żebym mogła mu kupić zabawkę, a nie znicz...
Odpowiedz
#12
Niom Smile
Odpowiedz
#13
przykro mi....ja to przeżywam po raz drugi.......koleżanki z pracy też były w ciąży w tym czasie kiedy straciłam pierwsze i drugie dziecko.....one się cieszą a ja mam znowu żałobę...i nikt się nie liczy z moimi emocjami...rozmawiają wzajemnie o swych pociechach, a ja wychodzę bo nie mogę tego słuchać,,,za bardzo to boli....ale staram się tłumić w sobie te odczucia....
Odpowiedz
#14
Cytat:[autor cytatu=Mika74]
Zrobiłabym wszystko, żeby świętem mojego dziecka był 1 czerwca, a nie 15 października i żebym mogła mu kupić zabawkę, a nie znicz...
Mika74 jak prawdziwe to co piszesz, chyba każda z nas pod tym podpisałaby się obiema rękami.
Ja po stracie trzeciego dziecka nie radzę sobie zupełnie. Nie wiem jaki jest Bóg, nie rozumiem tego co mnie/nas wszystkich spotyka, dlaczego One odchodzą, skoro tak bardzo walczymy o nasze dzieci??? I dlaczego przynajmniej widoku ciężarnych i beztroskich rozmów szczęśliwych kobiet przed, w trakcie i po ciąży wciąż musimy doświadczać? Czy przynajmniej to nie może zostać nam oszczędzone? Ja sobie z tym kompletnie nie radzę, to boli tak bardzo, słowa \"a zrobię sobie dziecko bo np. nie che mi się chodzić do pracy\" są jak nóż w serce.
Kiedyś byłam na spacerze z moimi dziećmi, w pewnym momencie zaczęłam z nimi biegać i śmiać się. Wtedy moja córka podbiegła , przytuliła się i powiedziała \"mamusiu, znowu jesteś taka jak kiedyś\". To jest takie trudne :\'(
Oddałabym wiele - jak każda z nas - by życie potoczyło się inaczej. Tak bardzo chciałabym nie obciążać smutkiem moich dzieci. I myślałam, że to mi świetnie wychodzi ale tak nie jest, one doskonale to wyczuwają.
Można stłamsić smutek na jakiś czas ale potem to wszystko wychodzi, uderza ze zdwojoną siłą...
Odpowiedz
#15
życie jest niesprawiedliwe...ale nic nie możemy na to poradzić...gdy inni się cieszą,my cierpimy....i wcale nie obchodzą ich nasze odczucia..nasz ból...bezsilność i ogromne rozdarcie...to jest przykre........
Odpowiedz
#16
Cytat:[autor cytatu=madawi]
Nie wiem jaki jest Bóg, nie rozumiem tego co mnie/nas wszystkich spotyka, dlaczego One odchodzą, skoro tak bardzo walczymy o nasze dzieci???

madawi, to Twoje pytanie \"jaki jest Bog\" caly czas za mna chodzi.
Mi niejako runal caly swiat wiary, to nie byl jakis krach w jednym momencie, bardziej proces, zadawania pytan, w jakiego Boga wierze. Wciaz docieraly rozne pobozne nietrafione pocieszenia a na dnie serca przekonanie, ze Bog jest zupelnie inny niz ten, o ktorym mowia.
Doswiadczenie poronienia spowodowalo, ze na nowo musialam odpowiadac sobie na najprostsze pytania dot. wiary. I to jest jakies \'dobro\', ktore wyniklo z mojej historii.
Chcialabym sie z Toba podzielic choc czescia przemyslen, ale na razie czas jest tu przeszkoda. Obiecuje jednak, ze po kawalku bede sie dopisywac do watku. To pytanie jest dla mnie b. wazne.

Pozdrawiam,
Monika
Odpowiedz
#17
W niedziele Msza i homila \'tematyczna\' dot. prawd wiary, ojciec na poczatku powiedzial, ze cala homilie mozna sprowadzic do jednego zdania, ze Bog jest kims bliskim.

To stwierdzenie o tym, ze jest On Kims Bliskim, Kims, komu na nas zalezy warto sobie postawic przed oczami na caly czas pytan, ktore pojawiaja sie po smierci dzieci.

Jednoczesnie mam swiaodomosc, ze cokolwiek bysmy powiedzieli o Bogu, to okaze sie to jakas nieprawda, bo Bog jest Tajemnica i do konca nigdy (nawet w wiecznosci) Go nie poznamy.

Madawi, to odkrywanie, jaki jest Bog podzililam sobie na dwie grupy.

1) Pierwsza to potoczne tlumaczenia, dlaczego tak sie stalo. Jakas proba wytlumaczenia Panem Bogiem nieszczescia. Wytlumaczenia Jego decyzji. Udowodnienia, ze w gruncie rzeczy to, co nas spotkalo - pochodzi od Niego i jest dobre.
I ze czlowiek wierzacy tak powinien spojrzec na smierc dziecka.
Upraszczam, ale zaraz wyjasnie.

Chodzi mi o te wszystkie sformulowania typu:
Bog tak chcial.
Taka byla Jego wola.
Nie zrozumiemy Jego decyzji.
Bog zabierajac dobre, daje lepsze.
Potraktuj to jako probe wiary.
Czegos to Ciebie nauczy.
Przez cierpienie do nieba.
Spotkala was wielka laska.
itd.

2) Poniewaz ogromnie mnie tego typu wypowiedzi zloscily zaczelam sie zastanawiac, kto tu ma racje, czy ksiadz, ktory takie rzeczy mowi, czy moi przyjaciele, bardzo wierzacy ludzie? A moze ta zlosc jednak ma racje bytu? (za ktora bylo mi strasznie wstyd)

Zaczelam sie \'rozgladac\', gdzie dostrzec dobre dzialanie Boga w naszym przerwanym, tu na ziemi, rodzicielstwie.

-----------------------------------------------------

To tyle tytulem wstepu. Teraz rozwine 1)

----------------

\"Bog tak chcial. Taka byla Jego wola.\"

No czego chcial Bog? Tego calego mojego/naszego bolu? Gdy matka traci 6. z kolei dziecko i nie ma tu na ziemi zadnego, to tego tez chcial Bog?
Czy koszmaru szpitalnego zaserwowanego przez personel szpitalny - rowniez?
Smierc jest ostatecznym zlem, ktore dotyka czlowieka. I tego zla doswiadczylismy cala moca. Czy naprawde Bog chce dla nas zla?

Mysle, ze kazdy z nas slyszac \"Bog tak chcial\" ma tysiace podobnych pytan.

---------------------

\"Nie zrozumiemy Jego decyzji.\"

Bog jest Tajemnica i rzeczywiscie \'nie zrozumiemy\', nie pojmiemy wielu spraw. On jest Bogiem, my tylko stworzeniem.
Ale dodajac tutaj informacje o \'decyzji\' zwalamy na Boga wine za smierc dziecka. Tak jakby On w tym maczal palce, a teraz my mamy to pokornie przyjac.

Moze wiec nie warto zadawac sobie pytan o sens smierci, o kres, o dzialanie Boga w smierci naszej czy naszych dzieci, o dzialanie Boga w smierci Jezusa Chrystusa, skoro \'nie zrozumiemy\'. Czy to tak jest, ze przeciwnosci losu mamy z pokora i grzecznie przyjac i isc, jakby nic sie nie stalo, \'bo nie zrozumiemy\'?

W tle jest to niewypowiedziane \"Bog tak chcial\".

---------------

\"Bog zabierajac dobre, daje lepsze.\"

Znow wina w calym wydarzeniu lezy po stronie Boga. Tego, ktory mial byc bliskim, kims, kto kocha, kto czuwa itd.

Co to ma byc to lepsze? Czy kolejne dziecko, ktore urodzilo sie po poronieniu ma byc to \'lepsze\' niz to \'dobre\', ktore zmarlo? Bez sensu.
A jesli dziecko sie nie urodzi po poronieniu?

I znow szukamy jakiego wytlumaczenia, ze bedzie \'lepsze\'. Kto z nas nie chcialby miec lepszego majac tylko dobre?

Bog ma wiedziec lepiej od nas, wiec to On decyduje, ze zabierze nam dziecko. Niewazne \'koszty\', czyli cala zaloba.

----------------------------

\"Proba wiary. Lekcja.\"

Jesli \'cena\' ma byc smierc dziecka, to ja moze Boze poprosze o inna probe?
Przeciez jest 1000 innych metod, aby nauczyc sie bycia otwartym na cierpienie innych, dostrzezenie nie tylko wlasnych problemow.

I druga uwaga, potocznie sadzi sie, ze \'cierpienie uszlachetnia\'. Nie zawsze. Czasami totalnie nas zamyka. Sa ludzie, ktorzy doswiadczywszy ogromu cierpienia, gorzknieja, zamykaja sie w sobie, robia sie cyniczni itd.

Sa tez tacy, dla ktorych smierc dziecka jest taka proba, ze ich wiara tego nie wytrzymuje. Obarczajac wina Boga - odchodza od Niego na dlugo, czasami na zawsze.

Sa tez i tacy, ktorzy Go odnajduja.

Ale nie wiem, ktora postawa jest czestsza. (Jesli juz patrzec okiem statystyka.)

---------

\"Przez cierpienie do nieba.\"

Kazdy z nas ma swoja wlasna droge, wlasny krzyz.

Ale! - innym dzieci nie umieraja, inni rodza normalnie i nie widza problemu w ogole w zajsciu w ciaze.
Dlaczego smierc spotkala moje dziecko?
To moze ja poprosze o inny zestaw cierpienia?

Trudno cos sensownego powiedziec komus, kto cierpi. Najlatwiej chyba zbyc, zbagatelizowac. Najtrudniej - madrze towarzyszyc.

-----------------------------

\"Spotkala was wielka łaska.\"

To ja dziekuje za taka laske. Poprosze o \'normalne\' zycie, spokojne i bez TAKICH łask.

--------------------------

Troche ironizuje, troche draze, ale mysle, ze warto zatrzymac sie i zadac sobie i po 100 pytan, nawet najbardziej durnych, ktore moga pojawic sie po roznych pseudo-poboznych stwierdzeniach. Zobaczyc, co rzeczywiscie mamy w sercu i w jakiego Boga wierzymy?

-----------------------------------

Czasami slysze, ze \'swietnie sie stalo, bo powstala strona, sa ulotki, pomaga sie wielu ludziom, jest stowarzyszenie itd.\" albo \"to sie stalo po to, by...\" Mam ochote krzyczec wtedy, zeby rozmowca sie wypchal (przepraszam), bo naprawde stala sie tragedia.
Szukanie sensownej przyszlosci nie nada sensu przeszlosci (smierci dzieci).
Gdyby ktos mi dal wybor pomiedzy poronieniami a tym, co sie stalo pozniej (stowarzyszenie, przyjaznie, pomoc), to moj wybor bylby jasny. Zadne dobro, ktore sie pojawilo czy ktore sie pojawi, nie zniweluje mi smierci dzieci.

--------------------

No wiec, jaki jest Pan Bog? Gdzie jest Jego dobroc? Łapałam sie choc najmniejszych odpowiedzi, bo te wyzej doprowadzaly mnie do totalnego odrzucenia tego, co slyszalam.

Jestem rodzicem.
Pan Bog daje nam dzieci, to On obdarzyl nas laska rodzicielstwa. Wiez, ktora powstala miedzy nami a dziecmi jest jedyna i niepowtarzalna - takze dzieki lasce Boga - i nie skonczyla sie tylko dlatego, ze dziecko umarlo.
Bycie rodzicem to niejako tez nasze podobienstwo do Boga, gdyz na Jego obraz i podobienstwo zostalismy stworzeni.
Nawet jesli prze grzech umieramy dla Boga, to i tak nas bedzie kochal.
Tak samo my, rodzice po stracie, nawet jesli dziecko zmarlo, nikt i nic nie zabroni nam milosci do niego. I to jest jakies dobro.

Kto uczynil smierc.
Smierc, jak uczy Pismo Swiete, weszla na swiat przez zawisc diabla. Jesli juz kogos mozna obwiniac za to, co sie stalo, to jego, ojca klamstwa. Jeszcze wszystko zrobi tak, zeby to Boga obwiniac o okrucienstwo i niesprawiedliwosc.

Jaka jest w tym rola Pana Boga.
Wierze, ze przez Meke, Smierc i Zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa smierc nie ma nad nami wladzy. Choc doswiadczamy jej tu na ziemi, to nasze zycie, zmienia sie, ale nie konczy. Szatan chce nam \'zabrac\' dzieci poprzez smierc, ale to Pan Bog je z niej ratuje.
Tu znow dotykamy Tajemnicy Bozego dzialania. I to jest dobre dzialanie Pana Boga w doswiadczeniu smierci dziecka.

Bog - Pocieszycielem.
W to wierze i takiego Boga doswiadczam, ktory pochyla sie nad nami (czasami przez drugiego czlowieka), wspolczuje nam, i jest z nami w tym calym bolu.

Bog pamieta o moich dzieciach.
\"Czyz moze niewiasta zapomniec o synu swego lona? A nawet jesli ona zapomni, to ja nie zapomne o tobie. Oto wyrylem cie na moich dloniach.\" /Iz/

Bog, ktory nie zatraca.
Bog mowi o sobie, ze nie zgasi knotka o slabym plomyku, ze nie zlamie trzciny nadlamanej, ze nie przychodzi zatracac...

Bog, ktory leczy wszystkie choroby.
Jezus w Ewangelii uzdrawia wszystkich, ktorzy do Niego przychodza. Nie mamy ani jednej relacji, ze kogos zostawil. Nie mamy tez slow, ze kogos spotkalo nieszczescie, bo - Bog tak chcial, bo ma to byc lekcja, nauczka, proba wiary czy kara za grzechy itd.
Moze wiec ten Bog, w ktorego wierze, jest zupelnie inny niz z tych pseudopoboznych pocieszen? Moze...

Wiem, ze czasami okropnie trudno zobaczyc bliskosc Boga, gdy po prostu zwija z bolu. Ale wiem tez, ze warto sobie stawiac pytania i szczerze szukac odpowiedzi.

Monika
Odpowiedz
#18
Moniko, zgadzam się całym sercem z każdym słowem.

Ks. Adam Boniecki powtarza w sumie w tym roku to, co napisał wcześniej:
http://tygodnik.onet.pl/0,16450,vademecu...ntarz.html

Cytat:Wciąż noszę w sobie śmierć tych, których kochałem: rodziców, innych bliskich ludzi. Byli cząstką mego życia. Po ich odejściu świat jest inny i ja jestem inny. W miarę upływu lat przybywa ich, a świat jest inny coraz bardziej. Z ich śmiercią i ja trochę umarłem. Czas ran nie leczy, choć trzeba żyć jak przedtem, normalnie, nie na cmentarzach, ale między żywymi. Śmierć tych, których kochamy, nas przemienia. Naukę Jezusa o zmartwychwstaniu są zdolni przyjąć dopiero ci, którzy przeszli przez doświadczenie śmierci tych, których kochali, własnej śmierci: un peu mourir.

Nad kim płaczesz? Nad tymi, co umarli, czy nad sobą? Nad sobą. Opłakując ich śmierć, opłakujesz własne osamotnienie, własną dolę tego, który został. Własną śmierć. Bo ich odejście to trochę (un peu) twoja własna śmierć.

Nieodwracalność. Niczego już się nie da naprawić, niczego odwołać, nie da się powiedzieć tego, z powiedzeniem czego się zwlekało. Za późno na skąpioną – nie wiedzieć czemu – czułość. Teraz niewykonane, niepowiedziane, nienaprawione trzeba nieść w sobie. „Śpieszmy się kochać ludzi...”. Kochać? Śpieszmy się, żeby zdążyć powiedzieć o miłości.

Nie ma sensu tamtych niespełnień spychać na dno niepamięci. Prędzej czy później wypłyną. Są gorzką prawdą o nas, a prawda o nas to pokora. Tak, nie było nas tam, gdzie powinniśmy być. I nic tego nie zmieni.

Ale ja płaczę nie tylko nad sobą. Płaczę nad swoim dzieckiem, bo choć wiem, że nie ma lepszego miejsca niż to, w którym teraz jest, to czuję, że jej miejsce jest, powinno być przy mnie, w moich ramionach. I płaczę dlatego, że choć ten świat jest taki, jaki jest i nie jest doskonały, to nie dane jej było go zobaczyć.
Odpowiedz
#19
Moniko, Ty zawsze ubierzesz w słowa to, co myślę Smile
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości