och ci lekarze...
#1
Moj znajomy z pracy oczekiwal rok temu dziecka. Jak poszli z dziewczyna na usg, to wyszlo, ze cos jest nie tak. Mieli jeszcze pare usg i jedna lekarka powiedziala im, ze dziecko ma za mala glowke i chciala usunac ciaze. Oni sie uparli, dzieki Bogu i odmowili. Chodzili jeszcze do kilku innych lekarzy, wszyscy mowii ze dziecko jest male jak na swoj wiek. Lekarka ich straszyla, ze dziecko bedzie warzywem i sobie nie poradza. Oni sa mlodzi maja ledwie ze 20 lat. Dzieki Bogu nie posluchali tej jedzy i zdecydowali sie utrzymac te ciaze. DZisiaj przyszla znajomego dziewczyna z synkiem do nas do pracy, a ten maly caly i zdrowy. Jeszcze nie ma roku a juz chodzi. cuda sie zdarzaja. trzeba tylko w nie wierzyc.
Odpowiedz
#2
Oj tak, lekarze różni są... Sama znam takie przypadki: lekarze (dwóch różnych ekspertów) powiedzieli: \"Dziecko nie ma nerek, rokowania są złe\". Wysłali koleżankę do kliniki do usunięcia ciąży. Tam diagnozę potwierdzono, ale na zabieg miała poczekać jakieś 5 dni. W dniu zabiegu ostatnie kontrolne usg - lekarze zdziwieni, nerki są, gdzie trzeba. Koleżanka na to: \"Jak człowiek chce żyć, to medycyna jest bezradna\".

Ale z drugiej strony... Moje dziecko przy pierwszym usg było o 10 dni do tyłu w stosunku do wieku ciążowego. To mnie bardzo zmartwiło, bo wiedziałam, że różnica naprawdę wynosiła tylko 3 dni (obserwuję cykle, wiedziałam, kiedy była owulacja). Ani położna, ani lekarz nie przejęli się tym poważnie. Ważne, że serduszko bije, a dziecko jeszcze urośnie, nadgoni - mówili ... Urosło jeszcze ciut, ciut... Ale 3 tygodnie potem zaczęłam plamić i na usg powiedzieli mi, że dziecko od 2 tygodni nie urosło, a serduszko stanęło. Nie mogłam w to uwierzyć... Ten głośny werbel, to pam-pam-pam ucichło... Po tym, jak odegnałam strach, jak pozwoliłam, by racjonalni ludzie w białych fartuchach ukoili mój niepokój.

Przynajmniej lekarz się umiał się odnaleźć i zaczął rozmowę ze mną od słów: \"Stało się nieszczęście\" - będę mu za to długo wdzięczna.
Odpowiedz
#3
Mi z kolei lekarz powiedział, ze poroniłam w sposób bardzo oschły, nawet pokazał jakieś skrzepy i dodał „to jest Pani dziecko”. Ja cała zapłakana leżałam na fotelu a on mi mówi, ze nie ma co płakać bo za dwa miesiące przyjdę ponownie w ciąży. Potem zrobili mi USG i okazało się, że nie poroniłam…przetrzymali mnie jeszcze jeden dzień i w nocy od prysznicem dzidzia wyleciała ze mnie. A ja złapałam ją w locie. Najbardziej w tym wszystkim załamało mnie to, że już na wstępie spisali mnie i moje maleństwo na straty. Leżałam bez sensu w tym szpitalu a oni tylko na mnie patrzyli jak na jakiegoś królika doświadczalnego. Nie podali mi nic, żeby tą ciąże podtrzymać, bo jakiś konował dał złą diagnozę wcześniej. Ach ci lekarze…brak słów…szkoda tylko, że mają oni taką władzę nad bezradnym pacjentem, który stara się im mimo wszystko zaufać:|
Odpowiedz
#4
SKĄD JA TO ZNAM, ECH... Sad
Odpowiedz
#5
Ja mam miłe (jeśli w takiej sytuacji można tak powiedzieć) doświadczenie z lekarzami. Wszystko w ICZMP w Łodzi. Mój lekarz prowadzący ciążę najpierw długo patrzył na monitor, na którym nie biło już serduszko dziecka, zawołał drugiego lekarza, żeby to potwierdził. Po chwili poprosił mojego męża i dopiero w jego obecności powiedział, że przykro mu, ale maleństwo nie żyje. I że zrobi wszystko co w jego mocy, żeby nam pomóc. Obiecał, że on wykona zabieg łyżeczkowania, że nie pozwoli żeby ktoś inny mnie dotknął... Może dziwnie zabrzmiało, ale ja byłam mu wdzięczna. I kiedy następnego dnia stawiłam się w szpitalu znalazł dla mnie salę, na której nie leżały kobiety w ciąży, mogłam być tam z mężem, przed samym zabiegiem pogłaskał mnie po głowie i powiedział, że wszystko będzie dobrze, że nie pozwoli mi zrobić krzywdy i że nam pomoże w spełnieniu naszego marzenia o dziecku; kiedy leżałam na fotelu w sali w której kręcili się lekarze, anestezjolodzy itd goła z rozwartymi nogami mój gin okrył mnie zielonym fartuchem... W trakcie zabiegu wybudziłam się na chwilkę, pamiętam ból podbrzusza i moje słowa \'gdzie jest moje dziecko\'... i studentów, którzy obserwowali jak mój lekarz wykonywał zabieg. Mimo wszystko byłam mu wdzięczna, że nie wprowadził ich wcześniej - nie widziałam ich ani przed ani po zabiegu. Pamiętam też jeszcze pewną studentkę - przed zabiegiem musiałam mieć jeszcze raz usg żeby potwierdzić obumarcie płodu - a ona tak wyrywała się i prosiła lekarza, żeby pozwolił jej wejść na badanie, bo ona chce zobaczyć jak wygląda zmarła dziecko na usg... Mi łzy płyną, a mój gin do niej \"trochę wyczucia by się przydało...\" i trzasnął jej drzwiami przed nosem. Taka wdzięczna mu byłam.
Minął już prawie rok od tamtych chwil - a lekarz cały czas nam pomaga i wspiera - choć jest bardzo ciężko.
Wspaniały lekarz i człowiek.
Odpowiedz
#6
To naprawdę pocieszające ze są jeszcze tacy lekarzeSmile Oby przy następnej ciąży (daj boze zeby była następna) znalazl sie lekarz który okaze sie czlowiekiem
Odpowiedz
#7
Fragment wywiadu z lekarzem.
Cytat:- Etyka zawodowa? Niech pani nie będzie śmieszna. Życie to nie bajka. Medycyna to długie i trudne studia, po których jest się zerem. Młody lekarz to zwykły parobas. Zanim coś zacznie znaczyć, musi upłynąć kilka ładnych lat tkwienia w układach. I co? Jak twój profesor bierze kasę, kieruje swoich pacjentów na operacje, ty masz być Matką Teresą?

- Nie uwiera to pana?

- Dlaczego mam się wstydzić, skoro jestem świetnym specjalistą, to nie jest niczym zdrożnym, że zarabiam dużo. Lekarz po dziesięciu latach nauki dostaje tyle co fryzjer po dwuletniej zawodówce. Powołanie nie wystarczy do utrzymania rodziny. Gdyby wymagano ode mnie tłumaczenia godzinami pacjentom, co im dolega i obejmowania ich ramieniem, robiłbym to. Ale żeby godnie żyć, muszę pracować 60 godzin na tydzień, a potem wyspać się, spotkać z dziećmi, pobyć z żoną, odwiedzić mamę.

- Nie można wszystkiego tłumaczyć zmęczeniem.

- A pani miałaby siłę tłumaczyć kolejnej rozhisteryzowanej żonie umierającego na raka mężczyzny, że nic nie można już zrobić? Jest jedną z kilkunastu, jakie spotkam w najbliższym czasie. Gdybym każdego pocieszał, a zarabiał 2,5 tys., po roku bym oszalał. Lekarz ma w Polsce przede wszystkim zapisywać lekarstwa, bo tylko tyle zdąży w ciągu kwadransa przeznaczonego na pacjenta. Na współczucie nie ma czasu. U nas empatia kosztuje znacznie więcej niż leki i pewnie dlatego urzędnicy NFZ-u nie wliczyli jej w koszta leczenia. Jesteśmy za biedni na leczenie holistyczne.

- Pan nie rozmawia z pacjentami?

- Tylko tyle, ile muszę. Żeby przetrwać, nauczyłem się patrzeć na tych ludzi, ale tak żeby ich nie widzieć. Zazwyczaj zamiast: \"Pani mąż umiera\", mówię: \"Proszę udać się do najbliższego hospicjum, oni państwu pomogą. Ja już nic nie potrafię zrobić\". Zazwyczaj po tym ludzie nie chcą już rozmawiać. Zresztą brakuje mi czasu, bo muszę biec do kogoś, kto jeszcze ma szansę.

- Dla mnie to, co pan mówi, jest okropne.

- Żeby czuć się za kogoś odpowiedzialnym, trzeba go poznać. Nie mam szans, żeby się przywiązać do moich pacjentów. Więc traktuję ich z chłodną uprzejmością. Ale to nie jest moja wina. Tak działa system. Kończyłem studia już w wolnej Polsce, mieliśmy nadzieję na zmiany. Że będzie u nas tak jak na Zachodzie. Teraz mi się śmiać chce, że byłem taki naiwny. Gdy wszyscy zajmowali się lustracją i rozliczeniami, system służby zdrowia rozpadał się. I mamy to, co mamy - totalny kryzys.

Tak działa system. Na okazywanie ludzkich uczuć po prostu nas nie stać... Sad Bo NFZ za to nie płaci.

Mój lekarz w czasie kwadransa jest jednak w stanie nie tylko zbadać i wypisać recepty. Czyżby NFZ mu dopłacał za rozmowę? A może to dlatego, że płacę za wizytę prywatnie? Ale skoro tak, to dlaczego rozmawia ze mną nawet wtedy, kiedy za to nie płacę? Czy rzeczywiście wszystko zależy od pieniędzy i systemu? Chyba jednak nie.
Odpowiedz
#8
Ellen... myśle, że to wszystko zależy po prostu od człowieka... Straciłam troje dzieci i za każdym razem bylam w tym samym szpitalu. Dwa zabiegi łyżeczkowania spośród trzech wykonywał mój lekarz, trzeciego niestety nie mógl wykonać, bo w tamtym czasie nie pracował chwilowo w żadnym ze szpitali, a że ja jestem Rh ujemna to jak najszybciej po poronieniu powinnam mieć podaną immunoglobulinę...
Więc podczas żadnego z tych trzech pobytów w szpitalu nie usłyszałam ani jednego niemiłego słowa skierowanego w moją stronę... wręcz przeciwnie...
przy pierwszym poronieniu poznałam mojego obecneo lekarza a on w środku nocy jak przyjechałam z mężem do szpitala powiedział: Pani Moniko... mam niestety złą wiadomość, Pani dziecko nie żyje. Podczas wstawania z fotela i ginekologicznego podał mi nawet rękę...
Za drugim razem, został specjalnie dla mnie po pracy aby móc wykonać mi łyżeczkowanie, bo powiedziałam mu, że tylko jemu na to pozwolę... zgodził się... Poronienie miałam wywoływane farmakologicznie - sama decyzja o tym była dla mnie najtrudniejsza... ale wielu lekarzy stwierdziło, że pęcherzyk owszem jest w macicy, ale dzieciątka nie ma... i trwało to wszystko dobre 2-3 tygodnie, więc możnaby rzec, że nasze dziecko przygotowało nas na swoje odejście...
Za trzecim razem poroniłam będąc ze Stasiem w domu... Widziałam moje malutkie dziecko, tuliłam, całowałam, zabrałam ze sobą do szpitala... Zabie był wtedy tylko formalnością, bo był to już 13 tydzień...
Wszystkie ciąże prowadził ten sam lekarz (pierwszą co prawda tylko na finiszu...) i nidy nie usłyszałam od niego słów typu: płód, tkanki, niedziecko... wręcz przeciwnie... nawet w tej ciąży jak nasza Marysia była ledwie widoczną kropką na maksymalnym powiększeniu na USG to mówił o niej dzieciątko albo dzidziuś... i tak mówi do dzisiaj... jest naprawdę wspaniałym człowiekiem... i zawsze go będę polecała...
Za trzecim razem w szpitalu pewna położna widząc moje łzy ukradkiem na korytarzu wylewane podeszła i porozmawiałyśmy... ona sama była w takiej sytuacji jak ja... ciąża pierwsza poronienie, druga - synek, trzecia i czwarta - poronienie, piata... syn... doskonale mnie rozumiała i te moje łzy też... sama prawie płakała ze mną... widziałam to... i głaskała mnie po ręce... a to sa po prostu ludzkie odruchy... zwykłe ludzkie odruchy z serca płynące... nie potrzeba za nie wynagrodzenia w postaci pieniędzy z NFZ... ich wynarodzeniem jest wdzięczność pacjentek i satysfakcja, że mogły/mogli pomóc potrzebującym...
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości