Historia trochę smutna i optymistyczna
#1
Chciałabym Wam opowiedzieć o swoich przeżyciach. Moja historia jest zapewne podobna do przeżyć wielu z Was, ale dla mnie jest osobistą tragedią.

Zacznę od początku. Obecnie mam 29 lat. Decyzję o byciu mamą podjęłam w 2001 r., po 5 latach małżeństwa. Zbytni się nie przygotowywałam, brałam folik i próbowaliśmy. W połowie czerwca 2001 r. kupiłam test ciążowy ... i wielka radość: 2 kreski. Nie spieszyłam się zbytnio do lekarz, nie czułam takiej potrzeby. Myślałam o imionach, ubrankach, mebelkach itp. Byliśmy szczęśliwi. W połowie lipca wybrałam się do ginekologa. Był to czwartek. Potwierdziła ciążę, kazała zgłosić się do poradni po niedzieli po skierowania na badania rutynowe. Wszystko było ok. W sobotę zaczęłam plamić. Nic więcej, żadnych bóli, tylko małe krwiste plamienie. Nie miałam zielonego pojęcia, że to może być niebezpieczne w ciąży. W niedzielę ustało. W poniedziałek wyrwałam się na chwilę z pracy i pobiegłam po skierowania. W poradni spotkałam swoją kuzynkę, która była już w końcowych tygodniach ciąży. Spytała mnie, czy też jestem w ciąży, ale ja nie chciałam jeszcze nikogo informować, więc zaprzeczyłam. (Gdybym wiedziała, że to prorocze słowa...) Weszłam do gabinetu, gin wypisała skierowania, już miałam wychodzić, ale wspomniałam jej, że miałam plamienie i naiwnie zapytałam czy mam się martwić? Moja gin nagadała na mnie, że tak późno o tym mówię, że nie zgłosiłam się wcześniej i umówiła na jutro na USG. Poszłam podłamana do domu. Nie wiedziałam co mam robić. Wybraliśmy się jeszcze tego samego dnia prywatnie na usg. To był 9 tc. Lekarka na usg powiedziała, że nie widzi pracy serduszka. Nie mogłam w to uwierzyć. Następnego dnia zgłosiłąm się do szpitala. Tam mnie przebadali jeszcze dwa razy. USG dopochwowe również nie wykazało pracy serca. Zostałam w szpitalu na łyżeczkowanie. Byłam załamana. Mąż mnie wspierał cały czas, przeżywał to na swój sposób.

Miałam takie irracjonalne uczucie, że to był chłopiec. Żył tylko 9 tygodni w moim brzuchu, ale pokochałam go całym sercem. Nazwałam go Anrzejek. Było mi bardzo ciężko pogodzić się z tą stratą, od lekarzy usłyszałam, że tak chciała natura, może dziecko miało jakąś wadę, tak naprawdę to nie wiadomo. Nikt nie kazał mi robić żadnych badań, kazano odczekać najlepiej rok i zacząć nowe starania. Byłam grzeczną pacjentką, nie robiłąm żadnych awantur, tylko potulnie zgodziłam się z lekarzami.

Mąż w dobrej wierze (ale bez konsultacji ze mną) zapowiedział wszystkim znajomym i rodzinie, którzy wiedzieli o ciąży i stracie, żeby nigdy nie poruszali tego tematu w mojej obecności. Czułam się zagubiona, osamotniona w swoim żalu i cierpieniu. NIe miałam odwagi nikogo prosić o rozmowę, bo tak naprawdę to oni by mnie nie zrozumieli. Nie miałam się komu wypłakać... Dopiero po roku, czy nawet później dowiedziałam się od męża, że to była jego inicjatywa. Nie rozumiał, że ja bardzo potrzebuję rozmowy.

Udało mi się jakoś pozbierać samej. Wiosną następnego roku zaczęliśmy starania o następne dziecko. Zrobiłam badania na toxo z własnej inicjatywy, badania podstawowe z krwi (wszystko było ok). Kilka cykli przeszło i nic. Moja gin zaczęła badać w czerwcu czy u mnie wysępują owulacje.

Przepraszam Was bardzo. Resztę napiszę później, bo teraz niestety muszę kończyć.
Odpowiedz
#2
Oto ciąg dalszy.

Na koniec czerwca zjawiłam się na usg. Doktor obejrzała jajniki i stwierdziłą, że widzi pęcherzyk. Kazała zgłosić się za dwa dni. Następne usg - pęcherzyk dalej był. Następne usg - pęcherzyka nie ma. Pękł - to było 1 lipca. Do tej pory mam zdjęcia z tych usg. Doktor umówiła się ze mną, że zgloszę się na wizytę po miesiączce. Trochę mnie to podłamało, bo myślałam, że ze starania się o dzidzię w tym cyklu nici. Czekałam więc na miesiączkę. Ale jej nie było. I znowu test ciążowy wyszedł pozytywny. Byłam szczęśliwa i pełna lęku - czy wszystko będzie dobrze? Niestety od samego początku miałam plamienia. Leżałam bardzo dużo, brałam hormony na podtrzymanie i nospę na bóle brzucha. Ale udało się!!! 24 marca 2003 r. urodziłam przez cc moją wspaniałą córeczkę (3350 gram, 53 cm długości i 10 punktów Apgar). Jest cudna, wspaniale się rozwija i jest kompletnie zdrowa (odpukać w niemalowane). Uwierzyałm, że poronienie w pierwszej ciąży było przypadkiem, wybrykiem natury i już nigdy mnie to nie spotka. Czułam się znakomicie jako mama, karmiłam swoje dziecko piersią, byłam przeszczęśliwa. Z nadzieją planowaliśmy z mężem kolejne dziecko (za dwa lata). I jak postanowiliśmy - tak się stało. Na początku sierpnia br. zrobiłam test - wynik był pozytywny. Czułam się znakomicie, zero bóli, plamień itp. Od razu byłam na wizycie u lekarza. Potwierdziła i kazała odpoczywać. Nic więcej nie było potrzeby robić. Następnego dnia zaczęłam plamić. Lekarka bezwzględnie kazała leżeć. Umówiłyśmy się na usg, które nic niepokojącego nie wykazało. Brałam duphaston, nospę i odpoczywałam. Wierzyłam, że wszysko się uda - musiało się udać, jest przecież Monisia, więc nic złego nie może już nas spotkać. Plamienia ustąpiły, wdał się stan zapalny. Długo nie mogłam go wyleczyć. Robiłam też jeszcze dwa razy usg, by znaleźć przyczynę plamień i sprawdzić czy z maleństwm jest wszystko w porządku. Przyczyny moja pani gin nie znalazła, ciąża przebiegała prawidłowo. Brałam nadal leki i wierzyłam, tak mocno wierzyłam. Czułam się wspaniale jako mamusia z dzidzią pod sercem. Fizycznie miałam cały czas skurcze, zaczęłam nawet dodatkowo łykać scopolan (oprócz nospy forte). W pracy miałam b.dużo stresów - dowiedziałam się nieoficjalnie od szefa, że likwiduje moje stanowisko i będę zwolniona. W domu rodzinnym, nie wiedząc jeszcze, że jestem w ciąży zaczęłam toczyć walkę o przymusowe leczenie ojca z alkoholizmu. Ciągle więc były jakieś awantury, wypominanie, straszenie - zresztą to nadal się ciągnie. Nie była to więc atmosfera sprzyjająca ciąży, ale starałam się, kiedy tylko mogłam, odpoczywać. I czekałam na następne usg w 13 tyg ciąży. Nadszedł wreszcie ten dzień. Niestety z przyczyn wyższych został przełożony o kolejny tydzień. Cierpliwie poczekałam i poszliśmy z mężem i aparatem na usg. Cieszyłam się, że zobaczę swoje maleństwo, że zrobimy jego pierwsze zdjęcia... Doktor sługo przyglądała się ekranowi nic nie mówiąc. Patrzyłam na jej skupioną twarz i zamierało mi serce ze strahu. Jak powiedziała, że musi zrobić jeszcze wewnętrzne usg, bo nie widzi dokładnie - już wiedziałam, że cziąża jest stracona. Czekałam tylko na jej słowa później: serce nie bije nie ma żadnych ruchów płodu. To był 15 tydzień ciąży. Dziecko miało niepełne 13 tygodni. Jego rozwój zatrzymał się dwa tygodnie temu...

13 października pojawiłam się w szpitalu na zabieg. Oczywiście stan mojej ciąży został potwierdzony jeszcze przez dwóch różnych lekarzy. Zaczęto dawać mi leki na rozkurczenie szyjki macicy i przygotowanie jej do łyżeczkowania. Pielęgniarka, po moim pytaniu, wyjaśniła, że mogę odczuwać skurcze. Dostawałam po jednej tabletce dopochwowo co dwie godziny i czekałam. Leżałam na sali z dziewczyną we wczesnej zagrożonej ciąży. Ona ciągle wychodziła z sali - jak później mówiła nie chciała być świadkiem mojego ronienia. Nikt mi tak naprawdę nie wyjaśnił czego mogę się spodziewać po tych lekach, jak to będzie wyglądać - kazano mi się tylko zabezpieczyć przed krwawieniem. Po 4 godzinach dostałam 3 tabletkę (zakładała je pielęgniarka, a ja za każdym razem skręcałam się z bólu). I zaraz się zaczęło - miałam skurcze. Najpierw słabe i krótkie, później coraz mocniejsze i dłuższe. Za jakiś czas zaczęły się skurcze parte, miałam straszne bóle krzyżowe i czułam, że mnie coś ciśnie na jelita (od kilku dni miałam zaparcia i bałam się, że jeszcze będzie jakaś niespodzianka). W pewnym momencie poczułam, że coś ze mnie wyskoczyło, i nagle bóle już nie były takie mocne, a skurcze przestałam prawie w ogóle czuć. Mąż zawiadomił pielęgniarkę, ze mnie lało się jak z kranu. Ruch się wokół mnie zrobił, ale i tak kazano mi czekać, bo anestezjolog był zajęty. Po chyba 6 butlach kroplówek nawadniających chciało mi się sikać.Byłam pewna, że już po wszystkim i pozostało tylko wyczyścić macicę. Odważyłam się więc pójść do łazenki za potrzebą. Usiadłam na sedesie i nagle poczułam, że ze mnie lei coś więcej. To było straszne. W łazience wypadło moje maleńkie dziecko. Wzięłam je ze sobą, nie mogłam pozwolić, by zostało tam. Widziałam je, było wielkości mojej dłoni (a mam b.drobne dłonie), miało główkę, brzuszek, rączki, nóżki, zamknięte oczka i malutki nosek. W moim odczuciu było prawdziwym maciupkim człowieczkiem, najpiękniejszym na świecie... Ne widziałam płci, ale znowu miałam przeświadczenie, że to chłopiec.

Na sali, po powrocie z łazienki czekała nas (mnie i męża) kolejna niespodzianka - odpowiedź na pytanie czy zabieramy maleństwo ze sobą. Nie wiedzieliśmy co odpowiedzieć. Nie miałam pojęcia co się robi z takimi małymi dziećmi, czy ksiądz zechce je pochować. Zdecydowaliśmy o zostawieniu w szpitalu, który je skremuje. Pielęgniarka jeszcze powiedziała, że będzie wzięty wycinek na badanie histopatologiczne.

Zaraz po tym zabrano mnie na zabiegowy.

Wczoraj minęło 2 tygodnie, a ja nadal jestem rozbita, zastanawiam się jak by było gdyby ... Zadaję sobie pytanie DLACZEGO??

Wszyscy mi mówią: nie martw się, masz wspaniałą córkę i na pewno wam się uda następnym razem. A ja wiem, że nic nie zastąpi utraconych dzieci, że tego nigdy nie zapomnę.

do tej pory jeszcze jakoś się trzymałam na zewnątrz, a teraz od dwóch dni mam chandrę, chodzę zła i burkliwa i czuję, że z godziny na godzinę jest gorzej.

Słowo \"optymistyczna\" w tytule oznacza moją córeczkę, teraz 2,5 letnią, która dopiero zaczyna mówić (ostatnio nauczyła się mówić swoje imię i słowo \"guma\" - ta do żucia :-))

A \"smutna\" to jestem ja na pewno. Może obecność wśród Was, które macie podobne przeżycia i osobiste tragedie pozwoli mi wyjść na prostą.

Dziękuję wszystkim, którzy cierpliwie zdołali dotrwać do końca mojej opowieści.

Agata - mama Moniki (24.03.2003) i dwóch Aniołków (25.07.2001 - 9tc i 13.10.2005 - 15tc)
Odpowiedz
#3
witaj

długo kazałaś czekać na ta druga część. Cieszę sie że masz taką super córeczkę, ja też mam dziewczynkę, i smutno mi za razem , że tyle przeszłaś. Jesteś bardzo silną osobą. Jeszcze wiele dobrego przed tobą trzymam za ciebie kciuki

martucha
Odpowiedz
#4
wiesz Agafio twoja historia przypomina mi moją ja tez miałam silne bóle krzyzowe i jak zaczeło sie parcie też zwlokłam sie ze szpitalnego łóżkai poszłam do toalety, a tam historia ta sama wypadło mi dziecko i wisiało na pepowince, tak bardzo byłam wystraszona, że nacisnełam na dzwonek w toalecie bo nie mogłam krzyknać pomocy, zatkało mnie ,jakaś część gardła zwineła sie w supeł i nic. pamiętam tylko pielęgniarke, gabinet i zabieg, trwało to z 10 min.Najgorsze było to że ja bałam sie patrzeć na prawie 20 tyg dziecko, robiłam wszystko żeby nie patrzeć, teraz mysle że może źle zrobiłam?

Minął prawie rok a ja nadal o tym myśle, mniej już w tym emocji ale nadal boli.

Ja w przeciwieństwie do Ciebie nie dostawałam żadnych leków ani czopków, przez tydzień leżałam w szpitalu z krwawieniem, a na USG nawet w dzień poronienia wszystko było ok,

W nocy długo męczyłam sie z bólami, tak co 10 min, ale lekarze nie byli zbyt zainteresowani. jak czytam te nasze historie to widze jak wiele z nas przechodzi przez takie piekło. mimo to starajmy sie być choć troche optymistycznie nastawione do świata!!!

Ja od niedawna moge spokojnie patrzeć na dzieci moich koleżanek, wcześniej ryczałam na widok wszystkich małych dzieci.

Pozdrawiam cie i życze pogody ducha, tak na przyszłośc!!!!
Odpowiedz
#5
Agafio, nie ma slow pocieszenia teraz dla Ciebie, podobnie jak i dla wielu z Nas. Ale Ty ich chyba nie potrzebujesz tak bardzo, prawda? Bo kazda z Nas przeciez wie, ze kiedys bedzie lepiej, kazda z Nas po cichu liczy na te kolejna szanse... Teraz potrzebne jest wlasnie te klika slow, w ktorych mozna opowiedziec o swoim Aniolku, o swojej rozpaczy i o tym, ze ciagle wraca pytanie \"Dlaczego?\". Zadaje sobie to pytanie od zeszlego piatku, bo wtedy wlasnie moje Malenstwo stalo sie Aniolkiem...
Odpowiedz
#6
Dominiko, w Twoich słowach jest wiele racji. Najbardziej właśnie brakowałao mi kogoś, komu mogłabym wszystko szczerze opowiedzieć, mimo iż to dla mnie były straszne przeżycia. Nie mogę tym obciążać męża, był wspaniały, był cały czas przy mnie, ale w tym trudnym momencie zawołał tylko pielęgniarkę i wyszedł z sali na korytarz. Wrócił do mnie, jak już dzidzię zabrano.Wiem, że jemu też nie jest łatwo, że cierpi na swój sposób. Ale same wiecie jak to jest - to nie mężczyzna nosił dziecko pod sercem, on nie miał burzy hormonalnej, która wbrew pozorom nie znika po poronieniu, lecz zostaje w nas jeszcze przez parę tygodni.

Dziękuję Wam za wszystkie słowa otuchy, zrozumienia i nadziei.
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości