Czy to Bog zsyla cierpienie?
#1
Kilka miesiecy temu bylam na Mszy, na ktorej ksiadz modlil sie za chora X, \"aby Bog dal jej sily do przezycia tej choroby, ktora na nia zeslal\".

Czy to Bog obdarza cierpieniem? nieszczesciem? choroba?
Jesli tak, to po to, aby nas czegos nauczyc?

Jest we mnie wiele buntu wobec takiego spojrzenia. Nie potrafie \'zwalic\' wszystkich nieszczesc - tych moich malych i tych duzych tego swiata - na Pana Boga. Zdaje sobie sprawe, ze czlowiek ktory cierpi patrzy zupelnie innymi oczami na otaczajaca go rzeczywistosc. Ze czesto w cierpieniu potrafi dostrzec Boga, ktory jest przy nim i sie nad nim lituje. A czasami nie potrafi - Boze, moj Boze, czemus mnie opuscil?!
Ze cierpienie - madrze przezyte - moze przyniesc dobro. I ta madrosc jest laska, czy darem. Ale nie kazde cierpienie przezywa sie w taki sposob, ktory prowadzi do wzrostu osoby.

Na poczatku Bog stworzyl swiat i wszystko, co stworzyl bylo dobre.
Cierpienie - samo w sobie, takie czyste nie jest dobre. Jego obecnosc w swiecie wynika z nieposluszenstwa pierwszych rodzicow. I obecnosc zla, cierpienia, chorob - to nie jest w pierwszym rzedzie dzialanie Pana Boga.

Czesto wracam do Hioba i jego historii i za kazdym razem odkrywam tam cos innego, nowego. Jego spojrzenie na Pana Boga tez nie bylo prawdziwym spojrzeniem, sam przyznaje \'do tej pory znalem Cie ze slyszenia, odwoluje to wszystko, co powiedzialem\'...

Pan Jezus przeszedl przez ziemie dobrze czyniac. Zaden Ewangelista nie napisal, ze zeslal na kogos chorobe... wprost przeciwnie.

\"Z nastaniem wieczora przyprowadzono Mu wielu opetanych. On slowem wypedzil zle duchy i WSZYSTKICH chorych uzdrowil.\" (Mt 8, 16)

\"Tak Jezus obchodzil wszystie miasta i wioski. Nauczal w tamtejszych synagogach, glosil Ewangelie krolestwa i leczyl WSZYSTKIE choroby i WSZYSTKIE slabosci. A widzac tlumy ludzi, LITOWAL sie nad nimi, bo byli znekani i porzuceni, jak owce nie majace pasterza.\" (Mt 9, 35-36)

\"Jezus wiec zdjety litoscia dotknal ich oczu, a natychmiast przejrzeli i poszli za Nim.\" (Mt 20, 34)

Gdybyscie mieli wiare jak ziarnko gorczycy... nie mam takiej wiary, nawet milionowej czesci takiej wiary. I to pytanie, w jakiego Boga wierze, jakiemu Bogu oddaje czesc - nieustannie wraca.

Monika
Odpowiedz
#2
Moniko, ja wielokrotnie w swoich wypowiedziach powtarzałam, że nie potrafię dostrzec w cierpieniu, nieszczęściu, tragedii i bólu \"cudownego\" dzieła Pana Boga, bo to by oznaczało, że On się z nami bawi \"temu dam, a temu nie, a co!\" \" a niech pocierpi, a niech ma nauczkę\"... Przecież to perfidia, a nie wyraz miłości i dobra. Wierzę, że całe zło tego świata, w tym śmierć naszych dzieci, może byc dziełem złego losu, fatum, szatana, zwał jak go zwał, ale na pewno nie Boga!

Jeśli Bóg jest naszym Ojcem, czyli Rodzicem, to można sobie porównać pewne sytuacje. Jeśli dziecko jest niegrzeczne, to rodzic je karze. Dziecko płacze, cierpi, rozumie swój błąd, przychodzi przeprosić, rodzic wybacza i zaczyna być dobrze.
A my za co zostałyśmy ukarane? Dlaczego to moje dziecko nie miało głowy, a nie np. pani Kowalskiej? Jeśli zostałam \"ukarana\", to chcę wiedzieć dlaczego, a nie wiem i żadna z Was nie wie, nie oszukujmy się. To tylko czyste rozważania i zwykłe popadanie w demagogię, że \"Bóg tak chciał, bo miał swój plan\". To chyba nie jest grzech, że dla mnie to kompletna bzdura, bo dostrzegam w Nim jedynie dobro, a nie zło? Bo żaden kochający rodzic nie znęca się nad swoim dzieckiem, by cierpiało!
Odpowiedz
#3
Moniko, z ust mi to wyjęłaś. Ja też jakoś nie mogę uwierzyć w Boże okrucieństwo. Przecież On jest Miłością i jak pięknie piszesz, Beato, jaki rodzic maltretowałby świadomie swoje dziecko i patrzyłby sobie spokojnie jak cierpi (chyba, że jakiś potwór).

Wierzę w to, że to Bóg pomaga nam przetrwać najczarniejsze chwile naszego życia, że jest przy nas i uzdrawia tych, których serce jest złamane, i zawiązuje ich rany. (Ps 147:2-4, BW), że ma moc każde zło jakie nas dotyka, każdy ból przemienić w dobro.

I nie wierzę, że cierpienie jest karą i nauczką. Tekst z dzisiaj: Ja nie pragnę śmierci występnego, lecz pragnę, aby się nawrócił i miał życie. (Ez 33,11)
Odpowiedz
#4
Zgadzam się z Wami i też nie mogę, nie chcę wierzyć w takiego Boga, który zsyła cierpienie, choroby, odbiera życie nawet tym najmniejszym...

Ale z drugiej strony, kiedy rozmyślam nad ludzkim losem, nad cierpieniem etc. powstaje we mnie mnóstwo wątpliwości związanych z tym tematem w kontekście Bożej wszechmocy. Wiele razy doświadczyłam tego, że z wielką ufnością prosiłam o coś Boga, namolnie, natrętnie, gorliwie, i to o co prosiłam, nie stało się... Pewnie każda z nas prosiła o zdrowie dla maluszka noszonego pod sercem, o opiekę nad nim... i tu pojawia się problem - czy prosiłam nie tak, jak trzeba, czy się źle modliłam, czy też z jakichś względów Bóg nie chciał tych próśb wysłuchać? A jesli tak, to dlaczego?

To pewnie jedne z tych pytań, na które odpowiedzi nie znajdziemy...
Odpowiedz
#5
Jeśli więc nie Bóg zsyła cierpienie- to kto?
Odpowiedz
#6
No a zło kto zsyła? To samo źródło, ale na pewno nie Bóg! Jaką trzeba być hipokrytką, żeby podziekować Panu Bogu za to, że zabrał dziecko i skazał na dożywotnie cierpienie, szukać w tym jakiegoś naciąganego sensu i niejako Jego planów i wmawiać sobie, że po śmierci dostaniemy odpowiedź i nagrodę za mękę. Jaka kochająca matka podziękuje za śmierć dziecka? Ja nie.
Zawsze powtarzam, że w Bogu szukam ukojenia bólu, a nie jego źródła.
Odpowiedz
#7
Mnie też przekonuje fakt, że w Ewangelii Jezus, który jest najprawdziwszym obrazem Boga na nikogo nie zsyła choroby, cierpienia czy śmierci. Za to jest wiele opisów uzdrowień, pocieszania, wskrzeszeń, przebaczenia. Zastanawiało mnie kiedyś to, że Jezus nie wyjaśnia szczegółowo tajemnicy zła i cierpienia. On na te trudne ludzkie pytania odpowiada swoim zaangażowaniem, solidarnością i ofiarą.
Nie wiem jak to jest z naszymi modlitwami, wiem tylko, że nie możemy przestać się modlić. Daleki byłbym od zapychania niewiedzy wolą Bożą i cieszę się, że Wam też to nie pasuje.
Jesteśmy powołani do wzajemnej pomocy, wspierania się i pocieszania. Ważnym powołaniem jest służba zdrowia, naukowcy, ochrona środowiska, itp. Nauka przez ostatnie dziesiątki lat rozwiązała wiele poważnych problemów zdrowotnych, choć wiele jeszcze przed nami. \"Wszystko, co Bóg stworzył było dobre\", a zatem coś się musiało później wydarzyć, że Boże dzieło, powierzone ludzkiej \"mądrości\" i \"wolności\" (świadomie pisze to w cudzysłowie), do dalszego kształtowania, tak się skomplikowało.
Grzech pierworodny, to dla mnie nie tyle wina, w której uczestniczymy, co raczej uczestnictwo w rzeczywistości obciążonej i skażonej przez odrywanie się ludzi od Bożego zamysłu. Przychodzimy na świat ukształtowany przez poprzednie pokolenia. Dotyczy to zarówno dysfunkcji rodzinnych jak i zaburzeń we wszechświecie i środowisku naturalnym. To trochę tak, jak z chorobą popromienną w Nagasaki i Hiroszimie. Konsekwencje wybuchów atomowych trwają i pewnie będą trwać jeszcze długo w tamtych rejonach świata.
Bóg daję moc i siłę, nazywamy to Odkupieniem, Zbawieniem, choć na pewno nie chodzi tylko o to, abyśmy zdrowo umarli. Bez perspektywy zmartwychwstania i życia wiecznego trudno uwierzyć w dobroć Boga. Ufam, że kiedyś \"każda łza będzie otarta z naszych oczu\" i już nie będzie ani cierpienia ani śmierci. Jesteśmy w drodze przez \"ciemną dolinę\". Lubię pieśń do Serca Pana Jezusa: \"Z tej biednej ziemi, z tej łez doliny, tęskny się wznosi do Ciebie śpiew\". Jednak są światełka w tym ciemnym tunelu i my sami możemy się nimi stać dla innych cierpiących i płaczących. Czyż to nie jest niesamowite, że sam Bóg staje się człowiekiem, przychodzi do nas, dzieli nasz los i prowadzi nas, zbłąkanych i obolałych do Domu Ojca? Tam się wszyscy odnajdziemy, wierzę w to mocno.
Z modlitwą
o.Marcin
Odpowiedz
#8
Niezwykle mnie to zaskakuje, bo nigdy wcześniej nie spotkałam się z takim tłumaczeniem faktu istnienia cierpienia. Na lekcjach religii przekonywano mnie, że cierpienie służy zbliżeniu się do Boga, że im więcej wycierpimy w życiu doczesnym- tym większa szansa, że po śmierci trafimy prostą drogą do raju. Sensem cierpienia miało być zatem zasłużenie sobie na nagrodę w życiu wiecznym. Takie tłumaczenie wydawało mi się zawsze nieco \"naciągane\", ale osoby duchowne, które znałam, nie potrafiły lub nie chciały udzielić mi innego. Nigdy tego nie rozumiałam, bo przecież wiele osób przeżywa swój czas ziemski nie doświadczając wiele bólu a są dobrymi ludźmi, czy więc tylko dlatego, że za mało się nacierpieli mieliby nie zaznać szczęścia po śmierci?
Teraz widzę, że niekoniecznie tak musi być i to nie tylko wg mojej teorii, ale także wg Kościoła, co bardzo mnie cieszy.
Odpowiedz
#9
http://prasa.wiara.pl/?grupa=6&art=11958...1157473733

Do poczytania. I fragment:
Bogu cierpienie – tak jak zło i śmierć – podobać się nie może, a zadaniem człowieka jest robić wszystko, by cierpienia było jak najmniej. Owszem: ostatecznie jest ono nieusuwalne, ale nie znaczy to, że nie należy użyć wszelkich sił, by w każdym konkretnym przypadku je zniwelować. Dopiero gdy nie da się odsunąć kielicha cierpienia, można mówić o jego zbawczym wymiarze, i to tylko wtedy, gdy przeżywa się je w łączności z cierpiącym Chrystusem. Samo cierpienie – wbrew temu, co się często powtarza – nie uszlachetnia. Przeciwnie, jest źródłem destrukcji.

Tekst dotyczy tego, co slyszymy w polskich kosciolach, czyli kazan.

Monika
Odpowiedz
#10
hmmm, a ja sie nie do konca z tym zgadzam. mowiac ze \"Dopiero gdy nie da się odsunąć kielicha cierpienia, można mówić o jego zbawczym wymiarze\" mozna wysnuc przekonanie, ze wszelkie mozliwe sposoby na unikniecie cierpienia sa dobre. a przeciez wiemy nie sa. wiele z nich owaszem moze zlagodzic np. bol fizyczny a mocno zaszkodzic duchowi. i nie chodzi tu tylko o leki, ktore np. powoduja utrate badz zaburzenia swiadomosci czy mocno uzalezniajace.
najwazniejsze by przezywac cierpienie w lacznosci z Chrystusem, wtedy nabiera ono sensu. ale nie mozna powiedziec ze cierpienie nie ma sensu, jesli ktos nie przezywa go z Bogiem. bo to cierpienie moze go do doprowadzic do Boga, moze ukazac mu wazne rzeczy w jego zyciu, moze go przemienic wewnetrznie.
temat jak dla mnie jest bardzo obszeny dlatego do tej pory nie udzielalam sie na tym watku zeby nie \"wpasc\" bo zwyczajnie nie mam na to czasu Sad dzis tylko taka krotka refleksja
pozdrawiam
Odpowiedz
#11
Masz racje Madness - temat jest obszerny i... trudny.
Niemoznoscia jest opisanie jednym zdaniem sensu czy bezsensu cierpienia. A czasami takie \'jedno zdanie\' potrafi zranic albo wyrobic nieprawdziwy obraz Boga, ktory ciagnie sie potem za czlowiekiem przez cale zycie.

Mi najblizsze jest myslenie o cierpieniu jako o Tajemnicy - im bardziej wchodze w temat, tym wiecej pytan we mnie. I mam swiadomosc, ze tak bedzie zawsze.

Monika
Odpowiedz
#12
\"Bóg z tymi, którzy Go miłują współdziała we wszystkim dla ich dobra\".
W każdym cierpieniu, bólu, a nawet grzechu możemy zwrócić się do Boga, a On nas umocni i nawet ze zła wyprowadzi dobro.
o.M.
Odpowiedz
#13
Czytałam ten artykuł już parę razy i chciałam dorzucić parę myśli.

Rzeczywiście wielu chrześcijan (nie wyłączając mnie samej) ma takie przekonanie, że \"do nieba idzie się z kamyczkiem\" i że im bardziej człowiek się nacierpi, tym bardziej jakoś \"zasługuje\" na zbawienie. Może to też jest pocieszające, w trudnych chwilach, kiedy nie ma nadziei, powiedzieć sobie, że przynajmniej to cierpienie przybliża do zbawienia. Ale tak przecież nie jest, bo Chrystus nas odkupił za darmo i żadnymi swoimi czynami nie możemy bardziej lub mniej na zbawienie zasłużyć. Świetnie wiem, jak bardzo trzeba walczyć z pokusą \"czucia się lepszym\" tylko dlatego, że spełnia się jakieś przykazania, których może ktoś inny nie spełnia. Jaką wartość ma takie wypełnianie przykazań, w którym kieruję się wyłącznie nakazem zewnętrznym albo strachem przed karą? Jakąś pewnie ma, bo w końcu sama wierność ma wartość. Ale ks. Draguła słusznie zauważa (za T. Bartosiem), że wiara to nie to samo, co moralność.

Zgadzam się z tym fragmentem: Bogu cierpienie – tak jak zło i śmierć – podobać się nie może, a zadaniem człowieka jest robić wszystko, by cierpienia było jak najmniej. Bóg przyszedł na świat, żeby zwyciężyć zło i śmierć, żeby przezwyciężyć naszą beznadzieję. Tu nie chodzi o unikanie cierpienia za wszelką cenę - tu chodzi chyba o to, żebyśmy nie byli cierpiętnikami. Powinniśmy robić, co się da (w granicach rozsądku), żeby leczyć nasze choroby, uzdrawiać bolesne relacje z ludźmi, radzić sobie z naszymi obciążeniami psychicznymi... Przecież każdy z nas z pewnością - gdyby tylko mógł - zrobiłby wszystko, żeby ocalić nasze dzieci od śmierci i cierpienia. Tylko nie można - i tu zaczyna się pytanie o to, jak będziemy przeżywać to, co stało się naszym udziałem - czy pozwolimy, żeby nas zniszczyło, czy wyprowadzimy z tego jakieś dobro, choćby malutkie - może większe współczucie dla innych, większa wrażliwość i wyrozumiałość, lepsze zrozumienie życia... Nie wiem.

Jest tam taki przykład - znów z Bartosia - że mamy tendencję do postrzegania różnych rzeczy jako obciążenia - pracy, obowiązków domowych, wychowania dzieci. Na pewno są ludzie, którzy tego tak nie przeżywają, dla których to właśnie jest radosnym przeżywaniem codzienności. Ale także dla mnie codzienność - zwykły dzień - bywa ciężarem, nie umiem jej przeżywać twórczo i rzadko pamiętam o tym, że to w codzienności Bóg nas zbawia. Dużym odkryciem była dla mnie książeczka Z. Nosowskiego: \"Szare a piękne\".

Ostatnio myślę sobie, że cierpienie jest jednak potrzebne, żeby nauczyć się pewnych rzeczy, których może bez niego bym się nie nauczyła. Ale ono nie może zwyciężać, trzeba z nim walczyć - a taką formą walki dla chrześcijan jest chyba oddanie tego, co nas boli, w ręce Boga.
Odpowiedz
#14
Przeczytałam dziś bardzo piękne rozważania ks. Andrzeja Draguły na temat języka, którym wyrażamy swoje doświadczenie wiary. Zacytuję fragmenty, ale warto przeczytać całość:

Co się Bogu podoba

Cytat:Język (...) zaklina także rzeczywistość religijną: „kreuje” tajemnice wiary w świadomości mówiącego. (...) O tajemnicy życia i śmierci ludzie (niegdyś?) zwykli mówić w sposób prosty. Gdy człowiek przychodził na świat, mówiono, że Bóg dał dziecko lub nim obdarował. Taka perspektywa daru towarzyszy choćby rytuałowi małżeństwa, w którym kapłan pyta nowożeńców o pragnienie przyjęcia dziecka, którym ich Bóg obdarzy. Początek życia, niepoddany ludzkiej kontroli i władzy, wyrażał się w tej misteryjnej relacji: Bóg daje życie, człowiek je tylko przyjmuje. Ten sposób mówienia odzwierciedlał taką perspektywę wiary, w której to Bóg sam jest bezpośrednim dawcą życia, nawet jeśli w swym biologicznym początku zależne jest ono od dwojga istot ludzkich.

Nieco bardziej skomplikowana wydawała się kwestia końca ludzkiego życia. Gdy życie człowieka kończyło się po wielu latach, w sposób naturalny, formuła, że oto Bóg zabrał kogoś do siebie, wydawała się jasna. Bóg jest przecież panem życia i śmierci. Formuła ta okazywała się jednak niewystarczająca w przypadku śmierci nagłej, tragicznej, samobójczej czy śmierci osoby młodej. Perspektywa Boga, który zabiera niewinne dziecko czy osobę w kwiecie wieku, stawała się nie do przyjęcia i rodziła bunt przeciwko Bogu bawiącemu się ludzkim losem.

Rytuał pogrzebu konsekwentnie przeciwstawia się takiej perspektywie i mówi o przygarnięciu bądź przyjęciu umarłego przez Boga. Wyrażenia te służą budowaniu przekonania o niebezpośredniej roli Boga w akcie umierania człowieka. To śmierć go zabrała, zabiła choroba, być może drugi człowiek, ale nie Bóg. Liturgia nie unika zupełnie odniesienia się do „udziału” Boga w akcie umierania. W modlitwie za zmarłych podczas Mszy św. kapłan prosi Boga, aby pamiętał o tych, których wezwał z tego świata do siebie.

O ile jednak czasownik „wzywać”, wpisując się w teologię życia jako powołania, wydaje się nam do przyjęcia, o tyle trudniej już nam zaakceptować czasownik „spodobać się”, który pojawia się w formułach pogrzebowych. Czy rzeczywiście można powiedzieć, że „spodobało się Bogu zabrać” kogokolwiek – jak to czasami czytamy w nekrologach?

Pytanie, jak mówić o Bogu w perspektywie życia i śmierci, jest pytaniem o Jego „udział” w poczęciu i umieraniu, a w dalszej perspektywie pytaniem o Boga jako przyczynę wszystkich zdarzeń naszego życia. To, jaką damy odpowiedź, zależy od tego, jak blisko uplasujemy Boga wobec danego faktu: od tego, czy uczynimy go bezpośrednią, czy też może ostateczną, tzn. pierwszą, przyczyną danego wydarzenia. Z jednej strony mamy koncepcję, którą roboczo można nazwać interwencjonistyczną. Według niej każde zdarzenie jest skutkiem bezpośredniego działania Pana Boga. W skrajnej formie można tutaj Boga widzieć jako tego, kto niejako palcem popycha rzeczywistość świata i nieustannie ingeruje w nasze życie. O ile gotowi jesteśmy przyjąć tę koncepcję w przypadku wydarzeń pozytywnych, trudniej ją zaakceptować przy złych. Sprowadza się to często do obwiniania Pana Boga, do czynienia Go bezpośrednim sprawcą czy autorem zła.

Taka koncepcja „udziału” Boga jest też nie do obronienia przy interpretacji śmierci małych dzieci, śmierci nagłej, tragicznej, samobójczej czy też bezpośrednio spowodowanej przez drugiego w wyniku wypadku czy zabójstwa. Czy mordercę można rozumieć jako narzędzie w ręku Boga? Czy to Bóg rzeczywiście chciał „zabrać”? Podobne pytania możemy sobie postawić w kontekście eutanazji. Często wobec osób pomagających w dokonaniu eutanazji używa się pojęć typu „anioł śmierci”. Czy rzeczywiście został on zesłany przez Boga?

Koncepcji tej przeciwstawmy teraz wizję opatrznościową, według której Bóg jest przede wszystkim źródłem ostatecznego zamysłu i przyczyną pierwszą, co wcale nie wyklucza istnienia przyczyn wtórnych, bezpośrednich. Optyka ta wcale do łatwych nie należy. Łączy bowiem wszechmoc Boga z wolnością człowieka, doskonałość Bożego działania z niedoskonałością stworzenia. Katechizm przypomina, że Bóg zdolny jest wyprowadzić dobro nawet z samego zła (zło nie staje się mimo to dobrem). W tej perspektywie – dla wielu wcale niełatwej do zaakceptowania – zupełnie inaczej brzmią stwierdzenia, że nic ostatecznie nie dzieje się bez woli Bożej, że wszystko jest łaską. Nabierają one sensu jedynie w wizji opatrznościowej, ukazującej Boga jako tego, który prowadzi swoje stworzenie nawet przez dramaty zła i grzechu do ostatecznego celu: zbawienia człowieka.
Odpowiedz
#15
Dziś przeczytane:
\"Przekonanie, że cierpienie jako takie ma moc odkupienia, jest niezgodne z Objawieniem (...) Trzeba pamietać, że w żadnym momencie swojego życia Jezus nie szukał cierpienia ani nigdy go na nikogo nie zesłał. Jak ujął to francuski jezuita Francois Varillon \"cierpienie nie było Jego sprzymierzeńcem, lecz przeciwnikiem\". Jezus nie wyjaśnił istnienia zła, pokazał natomiast jak przeżywać cierpienie, gdy jest ono nieuchronne (..) Cierpienie może pochodzić od nas, od innych, od świata, od Złego, ale nigdy od Boga.\"

I dalej: \" Tylko miłość ma moc odkupicielską, a nie cierpienie. Nie musimy wyrażać wdzięczności, dziękować Bogu za jakieś nieszczęście, chorobę, żałobę; ale poprzez cierpienie, na wzór Jezusa, możemy chwalić Boga, to znaczy zachowć pewność, że Ojciec działa w tym, co nas rozbija, alienuje, sprawia nam ból, prowadzi do zwątpienia, aż po samo doświadczenie śmierci.
Wola Boża nie objawia się w tym, że Jezus i my cierpimy, bo Bóg chciał takiego biegu wypadków, lecz w sposobie, w jaki na wzór Jezusa ufamy, że On nas kocha.\"
ks. J. Prusak SJ \"Czy Bóg potrzebuje naszego cierpienia?\" Tygodnik Powszechny 24.02.2008
Odpowiedz
#16
Pieknie napisane...

Jakby ktos w tych dwoch paragrafach ujal to, do czego dochodzilam sama i dlugo rozbijajac sie o rozne potoczne sformulowania z serii \"Bog tak chcial\", \"spotkala was wielka laska\", \"dziekuj za to, co cie spotkalo\".

Monika
Odpowiedz
#17
Jak mówić o życiu, które boli?

http://www.bkaznodziejska.pl/nr/forum_ho...zyciu.html
Bardzo ciekawy artykuł. Najchętniej wkleiłabym go w całości, bo mogę coś wyrwać z kontekstu a w przyszłości może go nie być pod tym linkiem :?

(...)zbawcza wartość cierpienia nie mieści się w nim samym, gdyż pozostaje ono nadal trudnym do przyjęcia bezsensem, ale w towarzyszącej mu miłości (por. SD 13). Dopiero więc wówczas, kiedy kontemplując Ukrzyżowanego Zbawiciela nauczymy się takiego przeżywania cierpienia, będziemy mogli zamieniać je w coś dla siebie ważnego, w coś, co niesie ratunek – zbawienie. A zatem nie samo cierpienie jest tutaj ważne, lecz to, co z nim zrobimy. Nie samo złamanie nogi, lecz sposób przeżywania związanego z tym bólu. A sposoby przeżywania bywają różne: od buntu, przekleństwa, po refleksję i modlitwę.
I tak, przy umiejętnym podejściu do cierpienia, możemy dostrzec, jak choroba staje się okazją do postawienia sobie fundamentalnych, życiowych pytań, jakich bez niej byśmy sobie nie postawili; do zdobycia się na bezwzględną szczerość wobec siebie; do uświadomienia sobie potrzeby kogoś Innego, Boga, który jedynie może nas zbawić oraz do nawiązania z Nim kontaktu. Stąd wedle ks. Józefa Tischnera cierpienie jest potrzebne, „aby człowiek przestał wreszcie w życiu grać cudze role, a był naprawdę sobą? «Kiedy przychodzi cierpienie i pyta, jak się nazywasz, trzeba umieć podać mu swoje własne imię». Dopiero wtedy, kiedy przychodzi cierpienie w momencie śmierci, stajemy się naprawdę sobą. Opadają z nas wszelkie gry, takie czy inne maski. W cierpieniu odkrywamy, zdobywamy siebie”6 . Jan Paweł II pisał zaś, że cierpienie może służyć nawróceniu, czyli „odbudowaniu dobra w podmiocie” (SD 12).
Możemy również dostrzec, że cierpienie staje się rodzajem próby, próby – nie kary, jak Hiobowi starali się wmówić jego przyjaciele. Benedykt XVI w Jezusie z Nazaretu wskazuje na istnienie i zbawienną rolę podobnych prób w rozwoju życia religijnego: „Aby osiągnąć dojrzałość, ażeby miejsce powierzchownej pobożności mogło zająć głębokie zjednoczenie z Bogiem, człowiek musi przechodzić przez doświadczenia. Jak sok z winogron, by się stać szlachetnym winem musi przejść okres fermentacji, tak też człowiek potrzebuje oczyszczenia i transformacji. Bywa to niebezpieczne dla niego, może nawet ponieść porażkę, są to jednak drogi, które trzeba przejść, by dojść do siebie samego i do Boga. Miłość jest zawsze procesem oczyszczeń i wyrzeczeń, bolesnych przemian, prowadzących do dojrzałości”7 .

(...)cierpienia nie należy pojmować teoretycznie, tylko trzeba je praktycznie znosić. Jak? Przez niewzruszone, bezgraniczne zaufanie Bogu – mimo wszystko. Na drodze wiary w Boga, który pozostaje światłem mimo i w najgłębszej ciemności: „«Jeżeli Bóg z nami, któż przeciwko nam? (…). I jestem pewien, że ani śmierć, ani życie, ani aniołowie, ani Zwierzchności, ani rzeczy teraźniejsze, ani przyszłe, ani Moce, ani co wysokie, ani co głębokie, ani jakiekolwiek inne stworzenie nie zdoła nas odłączyć od miłości Boga, która jest w Chrystusie Jezusie, Panu Naszym» (Rz 8,31.38n) – jak Apostoł Paweł, który napisał te słowa nie w pochwalnym uniesieniu, lecz na podstawie gorzkiego doświadczenia cierpieniem”9.
Odpowiedz
#18
Cytat:[autor cytatu=Malgosia]
Jezus nie wyjaśnił istnienia zła, pokazał natomiast jak przeżywać cierpienie, gdy jest ono nieuchronne
Ała, wszystko mnie teraz boli. To fundamentalny dla mnie wątek od 2002 roku. Sprawdziłam dziś swoje pierwsze wpisy z 2006 roku, dotyczą oczywiście relacji z Bogiem, naderwanej, 4 lata po śmierci moich dzieci. Dziś jestem 48 dni po śmierci kolejnego synka i nic a nic mądrzejsza.

Z tego cytatu Małgosi dla siebie biorę to, że Jezus pokazał, że cierpienie może być nieuchronne. Może to jakaś odpowiedź na moje pytanie, dlaczego nie mógł/ nie chciał uzdrowić Piotrusia.

Ale nadal jestem na Niego bardzo zła.
Odpowiedz
#19
Troche sobie wasze wypowiedzi poczytalam...rzeczywiscie to trudny temat...
ostatnio sie nad tym w szpitalu zastanawialam czemu los ciagle zsyla mi klody pod nogi...
Wierze ze Bog jest wielkim Miloscierdziem i ze jest jakis cel w tym co mnie spotyka...
gdzies wyczytalam ze Bog zsyla na nas jedynie takie doswiadczenia i cierpienia, ktore jestesmy w stanie udzwignac...
Odpowiedz
#20
Ja wierzę w życie wieczne i to daje mi nadzieję że po drugiej stronie spotkam moje dzieci, że dowiem się dlaczego. Nie wyobrażam sobie jak cięzko muszą mieć osoby nie wierzące w życie po życiu, dla których w momencie smierci wszystko się kończy...
Odpowiedz
#21
Małgoś. Z przerażeniem czytam co napisałaś. Ja jestem chyba taką osobą. W Boga wierzyłam zawsze, zawsze i mocno. Modlę się, również za zmarłych, wierząc, że Oni SĄ, tam, gdzieś, nie wiem gdzie... Boję się swojej niewiary w niebo. I co to znaczy, że wątpię? Skoro wiem, że Bóg jest i w Jego istnienie wierzę. Nieba zawsze unikam. I łza mi się kręci, kiedy ktoś mówi \"spotkamy się w niebie\". Bo ja boję się, że nieba nie ma. Nie wiem, gdzie będę. Boję się, że po śmierci nie ma nic...
Odpowiedz
#22
Jasia dobrze cię rozumiem. Wierzyłam w życie wieczne, obcowanie świętych i we wszystko dopóki nie okazało sie, ze na tej wierze muszę zbudować silne i konkretne pocieszenie dla siebie. Okazało sie, że raczej mi sie to w głowie nie mieści, że jest coś poza tym życiem, a co dopiero zmartwychwstanie ciała. Ale oprócz tego staram sie wierzyć w Boga i Jezusa Chrystusa. Dużo tu sprzeczności. Ale moje życie aktualnie to jeden chaos.
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości